Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Unia Europejska jako liberalne imperium. Czy czeka ją upadek analogiczny do losów monarchii habsburskiej?

Unia Europejska jako liberalne imperium. Czy czeka ją upadek analogiczny do losów monarchii habsburskiej? Pałac Schönbrunn [za:] Wikipedia

Obecnie CK nostalgia jest znana głównie miłośnikom dobrego polskiego kina i kojarzy się z pewnymi dezerterami. Jednakże dla wielu z nas skrót CK zaczyna powoli stanowić niezrozumiałą zbitkę. Niemniej obecna jeszcze w PRL-u fascynacja upadłym imperium austro-węgierskim była wyznacznikiem zarówno tęsknoty za starymi dobrymi czasami, jak i uosabiała wiadomy znak tego lepszego, zachodniego świata. Aczkolwiek warto zostawić sentymenty za sobą i zobaczyć, o czym mogą nas pouczyć sukcesy oraz porażki wielkiego państwa Franciszka Józefa. W końcu nad nami również krąży widmo nowego imperializmu – pod sztandarami Unii Europejskiej.

W ostatniej dekadzie ubiegłego stulecia jednym z najbardziej charakterystycznych znaków nowej polskiej rzeczywistości były etykiety wody mineralnej Żywiec, z których spoglądał zawsze tak samo pogodny cesarz Franciszek Józef. Nie był to tylko element mody na stylistykę retro, ale także symptom uwolnienia pamięci zbiorowej ze sztywnych ram wielkich narracji historycznych.

Zapoczątkowana jeszcze w schyłkowym PRL-u fascynacja Austro-Węgrami stanowiła zarazem wyraz tęsknoty za przynależnością do Zachodu, chęci znalezienia (a może nawet wynalezienia) nowej polskiej tożsamości, jak i nostalgii za piękną epoką niewinności, w której nie wiedziano jeszcze jak straszne mogą być systemy totalitarne i rozbuchany nacjonalizm. Habsburski mit, opisany jeszcze w latach 60. XX w. przez Claudio Magrisa, fantazja o kraju z dalekiej przeszłości, w którym nic nie działo się do końca na serio, idealnie trafiała w nastroje lat 90.

W zaskakujący sposób monarchia o duszy tak starej jak oblicze cesarza stała się atrakcyjna w epoce odwrotu od polityczności. W poszukiwaniu wzorców nowej polskiej tożsamości kultura okresu transformacji, świadoma własnej wtórności (by posłużyć się terminem Rémiego Brague’a), zaczęła poszukiwać nieoczywistych, leżących poza wąsko rozumianą polską tradycją, korzeni polskości. Znalazła je m.in. w Galicji, czy szerzej w naddunajskiej monarchii. Jaka wizja państwowości mogłaby odpowiadać bardziej latom 90. nad Wisłą celebrującym różnorodność i nieokreśloność niż kraj bez właściwości, parafrazując Musila, wiecznie zawieszone między nieuchronnością upadku a niespełnionymi nadziejami Austro-Węgry? Do pewnego stopnia państwo Franciszka Józefa stało się liberalną utopią końca XX w.

Tyle lata 90. Modernizacja nie pozostawiła wiele miejsca ck. nostalgii. Miejsce tęsknoty za Zachodem wyobrażonym zajął mierzony w kolejnych statystykach wyścig za Zachodem realnym. I choć dzisiaj na próżno szukać podobizn cesarza na etykietach, to można zaryzykować tezę, że Austro-Węgry są nam bliższe niż kiedykolwiek wcześniej. Zarówno, jeśli chodzi o te wyobrażone, ponieważ stanowiły jeden z fundamentów współczesnej polskości, jak i te realne, które dostarczyły budulca dla habsburskiego mitu w jego nadwiślańskim wydaniu. W czym się owa bliskość przejawia?

Krach i kryzys idą ramię w ramię

Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba cofnąć się o prawie półtora stulecia do, wyjątkowego z przynajmniej dwóch względów, roku 1873. Po pierwsze miała wtedy miejsce wystawa światowa w Wiedniu. Celem jej było pokazywanie zarówno siły, jak i stabilności państwa dotkniętego serią kryzysów politycznych, spowodowanych szeregiem przegranych wojen i niepokojami społecznymi. Poza tym wystawa miała też przynieść wymierny zysk. Miarą ambicji tego przedsięwzięcia niech będzie fakt, że powierzchnia ekspozycyjna była pięciokrotnie większa od paryskiej sprzed sześciu lat! Nic nie zapowiadało katastrofy. Niestety ten idylliczny obraz zmącił jeden z największych kryzysów giełdowych XIX w. Była to druga przyczyna, dla której rok 1873 został na długo zapamiętany. Krach z 9 maja pociągnął za sobą bankructwo około 300 firm oraz upadek ponad połowy austriackich banków. W kolejnych miesiącach kryzys objął nie tylko monarchię, lecz także rozprzestrzenił się na cały świat.

Kryzys zachwiał pozycją liberałów zasiadających licznie w zarządach notowanych na giełdzie spółek. Słabość nie oznaczała jednak upadku. Pozostali aktywnymi graczami na scenie politycznej do samego końca istnienia monarchii, a ukształtowane przez nich instytucje oraz sposób myślenia o roli państwa przetrwały ją samą. Jeszcze do niedawna panowała rozpowszechniona przez Carla E. Schorske’go opinia, że jako import z Europy Zachodniej miał być czymś z gruntu obcym Europie Wschodniej, przyzwyczajonej do rządów autorytarnych. Ale czy istotnie tak było? Pieter M. Judson w Imperium Habsburgów. Wspólnocie narodów sugeruje, że od czasów Marii Teresy monarchia miała liberalny charakter. Inaczej mówiąc, przekonuje amerykański badacz, państwo Habsburgów było liberalnym imperium. Jeśli zatem nie w nieprzystawalności liberalizmu do miejscowych warunków należy szukać przyczyn upadku liberałów, to gdzie?

Przyczyn było kilka, ale wszystkie warunkowane były specyfiką austriackiego liberalizmu. Elitarystyczny charakter kół liberalnych, który w połączeniu z nadmiernym przywiązaniem do niemieckości oraz doktrynerskim antyklerykalizmem stał w sprzeczności z deklarowanymi ideami równości i wolności osobistej. Dla liberałów bowiem kultura niemiecka, wyczyszczona z elementów religijnych, była wzorcem uniwersalnej obywatelskości, mającej przekształcać monarchię w nowoczesne państwo. Paradoksalnie więc polityka równościowa związała liberałów z niemieckim nacjonalizmem. Liberalne wiedeńskie elity i ich lokalne ekspozytury de facto nie miały mieszkańcom prowincji do zaoferowania niczego poza akcesem do niemieckości.

Usamodzielniający się mechanizm – jak budować tożsamość na zgliszczach imperium

Wreszcie, ważną rolę odegrało utożsamienie zasad liberalnych z interesami zamożnego mieszczaństwa. W rezultacie liberałowie znaleźli się w niewygodnej sytuacji. Po utracie władzy w Wiedniu, lokalni działacze liberalni skupili uwagę na kwestii niemieckości, nolens volens stając się „budzicielami tożsamości narodowej”. Liberałowie nie przegrali więc przez strukturalną słabość, ale przez stworzenie mechanizmu, który się usamodzielnił. Odmawiając pełni praw poszczególnym grupom dali im asumpt do samookreślenia, a jednocześnie ustawiali relacje polityczne w kategoriach dominacji i podporządkowania.  Jednocześnie Austro-Węgry nie porzuciły liberalnego kursu – pewne rozwiązania ewoluowały, wytwarzając fenomen tożsamości imperialnej w założeniu likwidującego napięcia między partykularyzmem a uniwersalizmem.

Tożsamość imperialna pozwalała łączyć ze sobą tożsamość państwową i narodową. Niewątpliwie Wiedeń pozostawał politycznym centrum i wyznaczał horyzont kulturalnych aspiracji, ale nie na zasadzie eksploatacji peryferii. Prowincje korzystały na relacji ze stolicą, ale również wytwarzały swoje małe centra, które kooperowały między sobą, tworząc policentryczną strukturę. Rzecz jasna ideał często rozbijał się o polityczną pragmatykę, zarówno na poziomie lokalnym, jak i centralnym. Jednak mimo że Austro-Węgry nie były wzorcem demokratycznej praworządności i pokojowego współżycia różnych wspólnot, to stworzyły instytucje na tyle trwałe, że znalazły swoją kontynuację w krajach sukcesyjnych.

Koniec Austro-Węgier nie był kresem myślenia w kategoriach imperialnych (państwa sukcesyjne same zachowywały się jak małe imperia). Zaś dla większości jego byłych mieszkańców upadek habsburskiego liberalnego imperium nie przyniósł jakościowej poprawy życia, m.in. z powodu przerwania łańcuchów dostaw i wprowadzenia ceł. Rok 1918 unaocznił fakt, że własne państwo narodowe nie zawsze jest lepsze od imperium.

Unia Europejska – Nowe Imperium

Co ta historia może powiedzieć nam o współczesności? Takie byty polityczne jak Unia Europejska stanowią próbę odpowiedzi na pytanie, dlaczego zawiódł XIX-wieczny model liberalizmu. Państwo o tradycji politycznej niepomiernie dłuższej niż UE zniknęło z map Europy w przeciągu mniej niż miesiąca. Co prawda, obecnie Zachodowi nie zagrażają ani nacjonalizm, ani komunizm, ale ponownie mechanizmy liberalnej polityki posłużyły do podważenia liberalnego status quo. Dobitnym przykładem jest tu Brexit i kryzys pandemiczy. Kto jeszcze dekadę temu, wliczając w to Nigela Fararage’a, wierzył w możliwość odwrócenia procesu integracji europejskiej? Z kolei nieskoordynowane działania Unii w przeciwdziałaniu COVID-19, powracanie granic oraz przerwane łańcuchy dostaw wciąż podważają wiarę w siłę sprawczą Wspólnoty.

Istotą imperialnej tożsamości nie była etniczna spójność, lecz wielość w jedności, streszczana w słynnej habsburskiej dewizie – viribus unitis – wspólnymi siłami. Różnorodność, zawsze niełatwa, w dobie narodzin masowej polityki, która zamieniła się w wieloetniczność nie musiała jednak skończyć się katastrofą. O różnych formach federalizmu myśleli zarówno Franciszek Ferdynand, jak i ostatni cesarz, Karol I. Spóźniona inicjatywa tego ostatniego nie miała co prawda wielkich szans na realizację, lecz można przypuszczać, że w innych okolicznościach umożliwiłaby stabilizację regionu. Idea liberalnego imperium uległaby w ten sposób kolejnemu przeobrażeniu.

Mogłaby też przybrać formę reprezentowaną obecnie przez UE, którą można postrzegać jako nową formę liberalnego imperium. Podobnie jak Austro-Węgry obejmuje ona obszar zróżnicowany etnicznie i religijnie, zapewniając mu stabilność dzięki stosownym instytucjom. Wszak współcześnie linie podziału przebiegają nie tyle o między poszczególnymi krajami lub blokami (np. kraje „starej” i „nowej” Unii, „północą” i „południem”), o ile wewnątrz społeczeństw (np. między dużymi a małymi i średnimi miastami). Ponadto ci, którzy współdzielą jedną tożsamość narodową, często wyznają różnorodne systemy wartości. Konflikty światopoglądowe dzielą Hiszpanów czy Polaków nie w mniejszym stopniu niż „Niemców” i „Słowian” za czasów Austro-Węgierskich.

Liberalizm w opałach – jak przeobrazić model i go nie zniszczyć

Czy może jednak istnieć imperium bez silnego, jasno określonego centrum? A jeśli tak, to czy takie „zdecentralizowane” imperium może wytworzyć imperialną tożsamość, podobną do tej habsburskiej? Zdaje się, że na oba pytania można odpowiedzieć twierdząco. Specyfika europejskiego projektu z jego rozproszoną strukturą (pozycja Berlina czy Paryża w UE jest jednak znacząco słabsza niż Wiednia w ck. monarchii), otwarciem na nowe kraje i planowaną ściślejszą integracją (ważnym elementem będzie tu wspólny pandemiczny dług) tworzą z Unii liberalne imperium.

Trudno nie odnieść wrażenia, że jedynie taki projekt polityczny może stanowić odpowiedź na zróżnicowanie współczesnej Europy, której nie łączy już chrześcijaństwo ani niepodważalne odwołanie do grecko-rzymskiego antyku. Ma to szczególne znaczenie w przypadku Europejczyków o korzeniach pozaeuropejskich, którzy przynoszą swoje własne tradycje kulturalne, polityczne i religijne, wchodzące w dialog, ale też i konflikt z tym wszystkim co reprezentuje nasz kontynent. Stąd też tak ważna jest ochrona liberalnych instytucji, nie oznaczająca przywiązania do liberalnych zasad gospodarczych, wytwarzających nadmierne nierówności, a w konsekwencji gwałtowne niepokoje społeczne.

Co więcej, we współczesnych warunkach obrona liberalnych instytucji może być jedynym sposobem na zabezpieczenie osób wierzących czy konserwatystów, ponieważ wpisany w liberalny projekt pluralizm i poszanowanie indywidualności, dają przestrzeń wolności w sytuacji, gdy władza polityczna dąży do realizacji jednej wizji światopoglądowej. Jeśli liberalne instytucje staną się orężem w walce o dominację, nietrudno o powtórkę ze scenariusza austriackiego – próbując wyrugować przeciwnika, tworzy się pozbawionego skrupułów wroga.

Przykładem może być stosowana przez liberalnych posłów obstrukcja rządów Badeniego po ogłoszeniu zamiaru równouprawnienia języka czeskiego z niemieckim na terenie krajów korony św. Wacława. Stała się ona jedną z przyczyn trwającego latami kryzysu parlamentarnego i podkręciła nastroje nacjonalistyczne. Przed podobnymi wyzwaniami stoją dziś Polska, Węgry czy Hiszpania, zdominowane przez nowe formy polityk tożsamościowych zawłaszczających kolejne instytucje.

Konieczność korekty – wielogłosowość oparta na tradycji

Tak jak w czasach Franciszka Józefa, tak i dziś krytyków modelu liberalnego nie brakuje. Niemniej alternatywne rozwiązania wcale nie wydają się atrakcyjne. Nawet podejmowane dziś próby zbudowania nieliberalnej demokracji zaczynają napawać niepokojem część jej twórców. A może zamiast odrzucenia dziedzictwa Oświecenia, którego symbolem jest habsburska tradycja liberalna, należałoby dokonać jedynie jego korekty?

XIX-wieczni austriaccy liberałowie nie doceniali wagi religii czy sfery symbolicznej, ale stworzone przez nich instytucje nabierały powagi dzięki trwałości monarchii, która legitymizację czerpała z autorytetu kościoła i tradycji politycznej. Co prawda, trudno sobie wyobrazić któregokolwiek z unijnych oficjeli w roli nowego Franciszka Józefa, lecz nie o konkretną postać tu chodzi, ale o niezbędność pierwiastka arystokratycznego, zakorzenionego w mocniejszym gruncie niż aktualne nastroje społeczne. Może warto przyznać, że nie sposób się obejść bez Uniwersytetu, Sądu, Administracji oraz wszelkich inne „nieegalitarnych” instytucji opartych na wiedzy, smaku i doświadczeniu, niejednokrotnie akumulowanych przez pokolenia? W końcu trudno o bardziej niedemokratyczną, a zarazem niezbędną rolę niż arbiter.

Należy zdystansować się od polityk tożsamościowych, wyznaczając nieprzekraczalne granice między poszczególnymi grupami interesu oraz spróbować zbudować własną inkluzywną narrację. Wiedeńscy liberałowie nie byli zdolni do stworzenia takiego programu, a wykluczając całe grupy społeczne sami sobie założyli pętlę na szyję. Dziś co prawda nikt nie postuluje odmowy komukolwiek prawa wyborczego, ale trudno nie zauważyć wielu przestrzeni wykluczenia. Podobnie jak w wieku XIX można usłyszeć, iż ludzie biedni, niewykształceni i religijni „wybierają niewłaściwie”. Dawny i współczesny paternalizm zdają podawać sobie ręce, gdy chodzi o praktyczną aplikację ideałów równości.

Wreszcie model liberalnego imperium, konsekwentnie rozwijany, mógłby stanowić odniesienie dla obecnego modelu integracji europejskiej. Zamiast grzebać liberalna demokrację, można wzbogacić ją o doświadczenie habsburskiej wielogłosowości i polityki symbolicznej, nie uciekającej od transcendencji. Uparte trwanie przy jednym wzorcu modernizacyjnym może skutkować przedzierzgnięciem idei równości w wizję wyrównywania. Trwałość sentymentów habsburskich, których symbolem stała się przywołana na wstępie etykieta wody Żywiec, opierała się na atrakcyjności „miękkiego” uniwersalizmu austro-węgierskiego, w którym tożsamości polityczne mogły się przenikać. Ostatecznie przecież udało się państwu habsburskiemu wytworzyć wspólną przestrzeń kulturalną, dziedziczoną przez kraje sukcesyjne monarchii. Mówiąc wprost: liberalizm, sprzęgnięty z ideą imperialną, podobnie jak konserwatyzm może mieć moc wspólnototwórczą, nawet jeśli swoich źródeł nie będzie upatrywać w koncepcji narodu.

Unia Europejskie uczy się od Polski – jak lata 90. mogą zmienić obecną sytuację

Inspiracją może być w tym względzie doświadczenie polskie po 1989 r., które potrafiło połączyć sprzeczne tradycje, ucieleśniane przez przywołaną na wstępie etykietę wody mineralnej Żywiec. Błogie spojrzenie Jego Apostolskiej Mości przypominało, że rama tożsamościowa jaką daje państwo czy naród nie są jedynymi, że obok nich mogą istnieć równolegle, często przenikające się tożsamości. Jeśli w ramach liberalnego projektu, jakim wciąż pozostaje III Rzeczpospolita udałoby się wypracować nowy polski modus vivendi, to stałby się on miejscową odpowiedzią na europejski kryzys liberalizmu.

Musiałoby to jednak oznaczać wyjście poza niszczący spór o liberalną demokrację, w której jedna ze stron pragnie utrzymania liberalnego status quo (ewentualnie restauracji dawnego porządku), a druga chce całkowitego przemodelowania rzeczywistości. Albo inaczej: zamiast się zastanawiać nie nad projektem kolejnej Rzeczpospolitej, która funkcjonowałaby w jakiejś nowej międzynarodowej wspólnocie (np. Trójmorza), może należałoby zabrać się za mozolną naprawą tej, która już istnieje. Prawdopodobnie nie jest to spektakularna wizja, ale to właśnie skromność tego projektu czyni go czymś możliwym.

Owa współczesna polskość, wychodząca z pozycji peryferii, zatem pozbawiona mesjańskich pretensji, mogłaby zaoferować lokalne, a jednocześnie mające uniwersalistyczny charakter rozwiązanie. Jego pośrednikami mogłaby być diaspora żyjąca w krajach Unii, często wchodząca w twórczy dialog/spór z innymi tożsamościami (emigranckimi, lokalnymi i państwowymi) oraz różne instytucje państwowe (chociażby Instytut Adama Mickiewicza). Oba te głosy musiałby jednak działać w sprzężeniu, tyle tylko, że na różnych poziomach, zwłaszcza literackim. To ona w końcu może stać się naszym soft power. Wyspiański, Brzozowski czy Krasiński zobaczeni i przeczytani na nowo ukazali by się jako twórcy mierzący się ze współczesnymi, nie tylko polskimi przecież, zagadnieniami: kwestią źródeł kultury i wspólnoty politycznej, znaczeniem oraz miejscem religii w życiu społecznym czy sensotwórczą rolą pracy w życiu człowieka.

Liberalna utopia, o której mowa była wcześniej, nie musi pozostawać w sferze mitu. Pomocne może się okazać polskie doświadczenie lat 90. – dzięki unikalnemu połączeniu „rozszczelnionej” tożsamości, szukającej dla siebie nowych genealogii, świadomej swojej wtórności a przy tym „otwartej w wielu kierunkach” z tradycją religijną i historyczną, tworzącymi spoiwo dla stabilnych tożsamości. Choć zwolennicy i przeciwnicy nadwiślańskiego modelu liberalnego niechętnie by się do tego przyznali, to owemu „niedookreślonemu” kształtowi charakteru państwa, zawieszonemu między różnymi wartościami (symbolem jest tu preambuła konstytucji z 1997 r.), współczesna polska polityczność zawdzięcza swoją stabilność. A bez tej ostatniej trudno budować dobre instytucje.

Jeśli udałoby się docenić dziedzictwo III Rzeczypospolitej i udoskonalić jej model, przez odejście od walki między „brązownikami” (zwolennikami tezy o idealnym kształcie liberalnego status quo) z „złomiarzami” (zwolennikami radykalnej rewizji najnowszej przeszłości), to uratować można nie tylko krajową stabilność, lecz także europejskiego liberalnego imperium. Inaczej możemy obudzić się świecie, w którym jakiś współczesny Roth tworzy mit europejski w obliczu nadciągającej katastrofy.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.