Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Nie ulec szantażowi Łukaszenki. Wpuszczenie koczujących osób sprowokuje cierpienie tysięcy kolejnych

Nie ulec szantażowi Łukaszenki. Wpuszczenie koczujących osób sprowokuje cierpienie tysięcy kolejnych Autorka: Magdalena Karpińska

Pomimo bardzo trudnej sytuacji osób koczujących przy polsko-białoruskiej granicy w Usnarzu Górnym, Polska nie powinna przyjmować tych, którzy nielegalnie próbują dostać się do naszego kraju. Powodów jest kilka, ale jeden wydaje się absolutnie kluczowy – wpuszczenie nawet niewielkiej grupy osób będzie zaproszeniem wysłanym w stronę Łukaszenki, aby ten nadal mógł traktować ludzi jak „mięso armatnie” w wojnie hybrydowej. Równocześnie status uchodźców należy się Afgańczykom, których polskie władze sprowadziły do naszego kraju z uwagi na doświadczenie współpracy i realne zagrożenie ich życia. Polskie władze mają wobec nich dług, który we właściwy sposób spłacają.

Diabelski plan Łukaszenki

Polska od tygodnia żyje kryzysem migracyjnym na granicy z Białorusią. W debacie publicznej słychać wzburzenie komentatorów i zarzuty mówiące o niehumanitarnych działaniach polskiego rządu, który postanowił uszczelnić granicę. Podnoszony jest argument o małej liczbie imigrantów koczujących na polsko-białoruskiej granicy, z której przyjęciem 38 milionowe państwo polskie nie powinno mieć problemów.

Paradoksalnie bardziej niekorzystne, jak słusznie argumentował w Onecie Roman Graczyk, jest przyjęcie 30 osób z Usnarza Górnego niż 7 tys. uchodźców w ramach ustalonej relokacji przez rząd Ewy Kopacz. Obecna sytuacja jest efektem szantażu autorytarnego reżimu, który może wywołać proces, nad którym trudno będzie zapanować, podczas gdy pierwsza sprawa była unijnym uzgodnieniem.

Celem Łukaszenki jest pokazanie destrukcyjnego potencjału Białorusi dla całej UE. Aby to zademonstrować, białoruski reżim potrzebuje wywołać dużą falę nielegalnej migracji, która zrodzi problemy w poszczególnych państwach Unii i będzie skłaniać Brukselę, a także państwa członkowskie, do negocjacji z Mińskiem. Jeśli okazałoby się, że szlak przez Polskę jest drożny, to taka informacja szybko dostałaby się na internetowe fora bliskowschodnie i Łukaszenka nie miałby problemów z kolejnymi chętnymi, których nad polską granicą mogłyby pojawić się tysiące.

Zatrzymanie na granicy koczujących osób choć może wydawać się niehumanitarne, to z chrześcijańskiej perspektywy jawi się jako bardziej roztropne. Takie działanie pozwoli uchronić przed dramatem kolejne osoby, które omamione obietnicami przedostania się do Niemiec będą białoruskim służbom płacić oszczędności swojego życia. Nie jest to więc element Realpolitik, ignorujący chrześcijańską etykę. Oceniając sytuację z moralnego punktu widzenia, nie można patrzeć na nią w odizolowaniu od szerszego kontekstu międzynarodowego i pytań o dalsze konsekwencje.

Trzeba docenić głos bp. Krzysztofa Zadarki, przewodniczącego Rady Konferencji Episkopatu Polski zajmującej się problemami migracji. Biskup w wyważonych słowach podkreśla potrzebę analizowania tej sytuacji z perspektywy cierpienia osób koczujących na granicy, zachęca do gościnności i humanitarnej pomocy, zauważa jednocześnie, że państwo musi brać pod uwagę „złożoności uwarunkowań geopolitycznych, wywołujących aktualne procesy migracyjne”. W tej konkretnej sytuacji mamy bowiem do czynienia ze znanym dylematem dotyczącym moralności rozpatrywanej w perspektywie politycznej. Etyka przekonań nakazuje, aby w imię chrześcijańskiej troski o dobro drugiego wpuścić tę niewielką liczbę osób do naszego kraju. Etyka odpowiedzialności zaś, a więc ta, którą w sytuacjach wyjątkowo trudnych powinien kierować się polityk, nakazuje coś zupełnie odwrotnego – nie można po prostu wpuścić tych osób, bo to sprowokuje jeszcze większe cierpienie już nie 30 ludzi, ale całych tysięcy.

Wśród rozważanych w przestrzeni publicznej scenariuszy postuluje się wpuszczenie tych osób przez legalne granice i przyjęcie wniosków azylowych już w Polsce zgodnie z ustawą o pomocy cudzoziemcom. Należy jednak pamiętać, że wnioski azylowe można już teraz zgłaszać w polskich placówkach dyplomatycznych na terytorium Białorusi, m.in. w Grodnie i Brześciu, a także na Bliskim Wschodzie, w Irbilu czy Iraku. Dlaczego nikt z koczujących osób tego nie zrobił?

Kolejnym problemem z takim podejściem jest prawdopodobny scenariusz negatywnego rozpatrzenia części wniosków złożonych po przekroczeniu granicy, który powinien oznaczać wydalenie z Polski. Jest jednak oczywiste, że w sytuacji odmowy ochrony w Polsce Białoruś ich nie wpuści na swoje terytorium z powrotem. Przyjęcie i osadzenie tych osób w ośrodkach dla uchodźców w Polsce oznacza, że te albo tutaj zostaną, albo przemieszczą się dalej w stronę państw UE. Świadome są tego faktu rządy państw Europy Zachodniej i Bruksela, dlatego w większości popierają twarde stanowisko Polski i Litwy.

Powołanie się na procedurę ochrony międzynarodowej cudzoziemców jest więc obarczone poważnym problemem – nie jesteśmy w stanie zrealizować pełnej ścieżki prawnej, ponieważ nie zależy ona jedynie od polskich władz. Zrozumiałe jest więc skierowanie osób do polskich placówek dyplomatycznych na Białorusi. W ten sposób damy status uchodźcy tylko tym osobom, które rzeczywiście spełniają kryteria.

Należy także dodać, że wbrew stanowisku nowego Rzecznika Praw Obywatelskich, Marcina Wiącka, sam fakt zgłoszenia ustnego przez granicę woli otrzymania ochrony międzynarodowej przez koczujących nie jest wystarczający, aby zgłoszenie było prawne skuteczne. Jest ono możliwe w trakcie wjazdu na terytorium Polski podczas kontroli granicznej.

Głównie imigranci ekonomiczni, głównie z Iraku

Procedura azylowa najprawdopodobniej zakończy się niepomyślnie dla osób, którzy teraz nielegalnie próbują przekroczyć granice. Podkreślmy, że w tej grupie wielu z nich to Irakijczycy pochodzących z Kurdystanu i innych części kraju, gdzie jest relatywnie bezpiecznie.

Osoby zwożone z Bliskiego Wschodu przez Łukaszenkę najczęściej nie uciekają przed wojną, a szukają lepszej przyszłości, wykupując za spore pieniądze bilet na Białoruś. Podróż ta jest zorganizowana przez białoruskie służby, które oferują przelot samolotem do Mińska wraz z noclegiem, a następnie przewóz busem pod granicę z Polską. Proceder ten został dobrze udokumentowany przez dziennikarzy.

Drugim argumentem jest to, że status uchodźcy powinien być nadawany w pierwszym bezpiecznym dla uchodźców państwa, a tym państwem jest Białoruś, a nie Polska. Choć trwają tam prześladowania opozycji to nie jest państwo, które stanowi realne zagrożenie dla Irakijczyków.

Trzeba więc jasno oddzielić uchodźców od migrantów. Jaki jest jednak tego sens, skoro również dziś koczujący na granicy imigranci ekonomiczni są w obiektywnie bardzo trudnej sytuacji życiowej? Tutaj dochodzimy do kluczowej tezy – ludzi w złej sytuacji materialnej, którzy chcieliby przyjechać do Polski i innych państw UE, są setki milionów. Po prostu nie jesteśmy w stanie ich wszystkich przyjąć. Z tego powodu pierwszeństwo w UE (poprzez status uchodźcy) mają osoby, które są w najgorszym położeniu, a więc uciekających przed bezpośrednim zagrożeniem życia, czyli uchodźców. Ich liczba jest znacznie bardziej ograniczona, przez co można im realnie i szybko pomóc.

Przyjmijmy uchodźców z Afganistanu

Status uchodźców należy się tym Afgańczykom, których polskie władze sprowadziły bezpośrednio samolotami do naszego kraju z uwagi na doświadczenie współpracy i realne zagrożenie ich życia. Te osoby bez wątpienia nie tylko spełniają kryterium uchodźcy, ale i polskie władze mają wobec nich dług, który we właściwy sposób spłacają.

Dodatkowym argumentem jest to, że w pełni kontrolujemy ich liczbę i wiemy, że nie będzie lawino rosła w czasie. Nie należy więc mieszkać sytuacji Afgańczyków, którzy uciekli bezpośrednio do Polski z osobami, które przeleciały na własną rękę samolotami do Białorusi, a teraz chcą migrować dalej, na Zachód.

Czy to oznacza, że polskie władze mogą zamknąć oczy na dramaty ludzkie tuż za naszą granicą? W żadnym wypadku. Należy zrobić wszystko, aby tym ludziom pomóc, ale bez wpuszczania ich na terytorium Polski. Regularne dostarczanie jedzenia, wody, odzieży oraz innych niezbędnych środków to nasza powinność chrześcijańska.

Jednak należy mieć na uwadze, że koczujące osoby znajdują po stronie białoruskiej. To skutecznie utrudnia pomoc, ponieważ w wielu wypadkach oznaczałoby to złamanie prawa, w tym także unijnego. Nie jest prawdą, że są oni w pasie „ziemi niczyjej”, bo takiej po prostu nie ma. Jedynym legalnym sposobem jest dostarczenia im pomocy jest konwój humanitarny. Problem polega na tym, że polski rząd taki konwój już wysłał, ale nie otrzymywał zgody na wjazd od Mińska. Warto też podkreślić, że osoby koczujące są zaopatrywane przez białoruskie służby graniczne w podstawowy asortyment, aczkolwiek trudno stwierdzić, jaka jest skala tej pomocy.

To nie oznacza oczywiście, że możemy ustać w wysiłku o dalszy godny los tych osób. Polskie władze powinny – także poprzez unijne instytucje – zwiększyć presję na Białoruś, aby zatrzymała proceder, a także wypracować legalny i bezpieczny sposób odesłania koczujących osób do domu.

Mur jest potrzebny

Części osób udało się przedostać na terytorium Polski i zostali osadzeni w ośrodkach dla uchodźców. W ciągu ostatnich 2 miesięcy wnioskami o udzielenie ochrony międzynarodowej objęto około 1000 osób. Już teraz nie jest to mała liczba, a przecież z każdym dniem kolejne jednostki przedzierają się przez naszą granicę. Kryzys może się nasilać, ponieważ uszczelniona została granica litewsko-białoruska.

W tej sytuacji nie powinno dziwić, że rząd zdecydował się na dodatkowe uszczelnienie granicy nie tylko Polski, ale całej Unii Europejskiej. Dbania o jej szczelność oczekują od nas zarówno państwa członkowskie UE, jak i unijne instytucje.

Budowa muru ma także dodatkowe znaczenie. Straż Graniczna jest oskarżana o „wypychanie” osób (pushback), które przekroczyły granicę z powrotem na Białoruś, co jest niezgodne z prawem międzynarodowym. Sytuacja nie jest łatwa do oceny z uwagi na brak dowodów, a także przez szereg niejasności. Powrót na stronę białoruską osób przekraczających nielegalnie granicę nie musi być efektem siłowego działania SG, ale choćby samego faktu dostrzeżenia przez nich strażników czy komend, które w ich stronę wykrzykują polscy strażnicy. Powrót może więc być wynikiem strachu czy zakłopotania, a nie przemocy.

Trudno zgodzić się z zarzutem, że mur stanowi kolejny dowód antyuchodźczej polityki rządu w sytuacji, w której w tym samym czasie z otwartymi ramionami przyjęto z Afganistanu samolotami więcej uchodźców niż kiedykolwiek wcześniej w historii III RP. Ponadto za rządów PiS także liczba migrantów ekonomicznych w Polsce była absolutnie rekordowa. Według OECD Polska w 2017 r. przyjęła najwięcej tymczasowych imigrantów zarobkowych na świecie.

Anarchizacja życia publicznego

Zarzuty wobec władz o łamanie prawa międzynarodowego za to, że nie dopuszczają osób chcących pomagać koczującym i nie pozwalają na przerzut paczek są nieuzasadnione. Takie działanie to jawne pogwałcenie prawa i to nie tylko polskiego, ale także unijnego. Straż Graniczna jest zobowiązana nie tylko do ochrony granicy przed nielegalnym jej przekroczeniem, ale także przed przemyceniem towarów przez granicę.

Gdyby poseł Gdula chciał realnie pomóc potrzebującym, mógłby dostarczyć im ją od strony białoruskiej przez legalne przejście graniczne, a nie przekraczając ją w niezgodnym z prawem miejscu. Niestety inni zdecydowali się pójść o krok dalej, co było po prostu niebezpieczne.  Poseł Sterczewski postanowił przedostać do potrzebujących wbrew woli Staży Granicznej. Choć ucieczka przed strażnikami skończyła się niepowodzeniem, to ewentualny sukces nielegalnego przekroczenia granicy mógłby narazić go nawet na aresztowanie przez białoruską straż – polski immunitet nie chroni posła za granicą, zwłaszcza na Białorusi.

Niestety przykładów nieodpowiedzialności w polskiej debacie publicznej jest znacznie więcej. Jeden z najbardziej opiniotwórczych dzienników opublikował tekst wzywający do przewrócenia zasieków na granicach w duchu obywatelskiego nieposłuszeństwa, ponieważ „bariery są tylko w naszych głowach”.

To co warto odnotować to przekroczenie granicy debaty nie tylko poszczególnych osób, ale i instytucji. Słusznie w Dzienniku Gazecie Prawnej Zbigniew Parafianowicz zauważył, że jedna z prywatnych stacji telewizyjnych skorzystała w głównym serwisie informacyjnym z materiału Państwowego Komitetu Przygranicznego Republiki Białorusi (odgrywającego kluczową rolę w przerzucie osób z Bliskiego Wschodu), który miał na celu zdyskredytować polską Straż Graniczną. Jest to bez wątpienia przekroczenie dotychczasowych norm. Istniała niepisana zasada, że z materiałów propagandowych białoruskiego reżimu się w Polsce nie korzysta.

Koncentracja mediów na działaniach SG, a nie na przyczynie kryzysu leżącej po drugiej stronie granicy, to kolejny przygnębiający wątek całej tej sytuacji. Na Litwie czy Łotwie podobna strategia rządu wobec podsyłanych przez Łukaszenkę osób spotykają się ze zrozumieniem niemal całej klasy politycznej i opinii publicznej. Niezależnie od tego, jak zakończy się sprawa osób koczujących przy granicy, Łukaszenka siedzi przed telewizorem z poczuciem dobrze wykonanej roboty, widząc w głównych serwisach materiały wyprodukowane przez białoruskie instytucje.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.