Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Ani Polska, ani Turcja, ani Francja. Nikt nie chce przyjąć walczących o przetrwanie Afgańczyków

przeczytanie zajmie 12 min
Ani Polska, ani Turcja, ani Francja. Nikt nie chce przyjąć walczących o przetrwanie Afgańczyków Źródło: EU Civil Protection and Humanitarian Aid - flickr.com

Na polsko-białoruską granicę przybywają grupy imigrantów z Iraku i Afganistanu. Instrumentalne wykorzystanie ludzkich tragedii przez białoruski reżim do wzmagania presji migracyjnej może nieść poważne skutki nie tylko dla Polski, ale i dla całej Unii Europejskiej. We wrześniu czekają nas wybory parlamentarne w Niemczech, a w kwietniu prezydenckie we Francji. Powrót kryzysu imigracyjnego jest ostatnim problemem, z jakim chcą się zmagać zwłaszcza przywódcy walczący o reelekcję. Będzie im jednak ciężko zrzucić problem na najbliższe sąsiedztwo Afganistanu. Region już teraz poważnie odczuwa skutki afgańskiej emigracji z ostatnich dni.

Ludzkie dramaty nie tylko na Twitterze

Dramatyczne obrazki z Afganistanu na długo pozostaną w zbiorowej pamięci zachodnich społeczeństw. Niszczenie flag w placówkach dyplomatycznych, żeby talibowie nie wykorzystali ich w propagandowych działaniach, poufne dokumenty rządowe lądujące w niszczarkach, pośpieszne pakowanie się i ewakuacja pracowników ambasad, misji humanitarnych, mediów i kontyngentów wojskowych – wszystko to blednie przy Afgańczykach rozpaczliwie chwytających się skrzydeł startujących amerykańskich samolotów, żeby uciec przed nową rzeczywistością pod rządami talibów.

Afganistan mimo wszystko nie jest krajem ogarniętym wojenną pożogą, nie jest Syrią sprzed kilku lat. Afgańskie siły rządowe poddają się bez walki, dowódcy i żołnierze uciekają za granicę, a talibowie starają się (nie zawsze skutecznie) powstrzymywać agresję i przemoc bojowników.

Niezależnie od relatywnie niskiego poziomu brutalności przy zwycięskim pochodzie talibskich wojowników, jak i zapowiedziach gołębiej polityki społecznej, inkluzywnego traktowania kobiet na rynku pracy i w edukacji, czy pojednawczych gestów wobec szyickiej mniejszości, dziesiątki tysięcy Afgańczyków w popłochu opuszcza swoje dobytki i z pustymi rękami próbuje dostać się do samolotów ewakuujących obcokrajowców. Wśród nich są współpracownicy wywiadu, ambasad, misji pokojowych i organizacji pozarządowych, w tym tłumacze i ich rodziny.

Emigracja z Afganistanu nie zaczęła się jednak w połowie sierpnia – miliony już kilka miesięcy temu zaczęły napływać do sąsiednich krajów.

Region pęka w szwach

Od maja do końca lipca ćwierć miliona Afgańczyków została wewnętrznymi uchodźcami. Wielu z nich opuściło rodzinne strony, ale nie mogło przedostać się za granicę.

Pakistan i Iran goszczą prawie 90% z 2,5 miliona zarejestrowanych afgańskich uchodźców. W Iranie jest oficjalnie 780 tysięcy afgańskich uchodźców, a liczba niezarejestrowanych obywateli tego kraju może zbliżać się do 2 milionów. Należą do nich głównie Hazarowie, przedstawiciele szyickiego odłamu islamu, którzy u pierwszych rządów talibów w latach 90. XX wieku byli szczególnie narażeni na represje i przemoc ze strony władz.

W Pakistanie żyje oficjalnie 1,4 miliona Afgańczyków, co czyni ich trzecią największą na świecie grupą uchodźców. Szacunki ONZ mówią, że rezyduje ich tam nawet 3 miliony. Rząd prognozuje, że kolejne 700 tysięcy może próbować forsować granicę. Chcąc się na to przygotować, Islamabad planuje ściśle kontrolować granicę i umieszczać przybyszów w przygranicznych obozach dla uchodźców, a nie wpuszczać do miast, jak postępowano w latach 90. Minister spraw wewnętrznych Pakistanu, Sheikh Rashid, zapowiedział, że nie otworzy granic dla uchodźców z Afganistanu.

Tadżykistan pod koniec lipca zapowiadał, że jest gotowy przyjąć 100 tysięcy uchodźców, ale od tego czasu nie wydał nowych oświadczeń. Nie byłoby jednak zaskoczeniem, gdyby przyjął tę samą taktykę, co Uzbekistan i inne kraje Azji Środkowej – zamknięcia przejść granicznych. W piątek Uzbekistan odesłał 150 Afgańczyków do ojczyzny, powołując się na umowę z talibami.

Państwa regionu są rządzone przez zsekularyzowanych przywódców, dla których głównym zagrożeniem jest religijny ekstremizm. A ten może kiełkować właśnie w grupach imigrantów z Afganistanu. Byłe sowieckie republiki mają skomplikowaną historię relacji z tym krajem i niejednolitą strukturę etniczną. Część mniejszości jest podatna na fundamentalizm religijny, co islamskie ugrupowania terrorystyczne, takie jak Islamski Ruch Uzbekistanu, mogą próbować wykorzystać.

Szacuje się, że od pół do miliona uchodźców z Afganistanu może wkrótce trafić do Turcji. Już teraz turecką granicę przekracza dziennie od 500 do 2000 Afgańczyków. Żeby dostać się z Kabulu do Anatolii, migranci muszą przebyć ponad 1,5 tysięcy kilometrów. Transport zapewniają przemytnicy, inkasując od 600 do 4000 USD – samochodem, autobusem czy nawet na koniu. Biedniejsze osoby pokonują dystans pieszo, co może zając kilkadziesiąt dni. To niebezpieczna podróż, uchodźcom doskwiera głód, trudne warunki w górach Zagros, bywają bici i okradani przez straż graniczną lub zwykłych złodziei.

To właśnie na Turcję szczególną uwagę zwracają europejscy przywódcy. Austriacki premier, Sebastian Kurz, powiedział niemieckiej gazecie Bild, że jest to bardziej odpowiednie miejsce dla afgańskich uchodźców niż Niemcy, Austria czy Szwecja. Zaś 18 sierpnia grecki minister ds. migracji, Notis Mitarachi,  oświadczył, że Turcja jest bezpiecznym miejscem dla Afgańczyków opuszczających kraj. Ateny poinformowały także o zbudowaniu 40-kilometrowego muru wzdłuż swojej granicy. Wcześniej w podobnym tonie wypowiedział się jeden z amerykańskich wysokich urzędników, czym doprowadził Erdogana do furii. Dzień później Waszyngton wycofywał się ze swoich słów, ale gołym okiem widać, że kwestia imigrantów i uchodźców nad Bosforem rozpala emocje i tym razem Unia Europejska może nie być w stanie zasypać niepokojów tureckiego społeczeństwa pieniędzmi, jak zrobiła to w 2015 r. (za co była już wtedy krytykowana przez obywateli).

Dla Ankary te komentarze działają jak płachta na byka. Turcja jest już schronieniem dla ok. 4 milionów uchodźców. Gospodarka przeżywa trudny okres, inflacja bije rekordy, a kurs tureckiej liry jest na wieloletnim dnie. Nie dziwi więc, że społeczeństwo ma już dość goszczenia kolejnych setek tysięcy imigrantów. Nastroje na tureckiej scenie politycznej są ponadpartyjnie zdecydowanie antyimigranckie. Przedstawiciel głównej opozycyjnej partii, Kemal Kılıçdaroğlu, opowiada się za twardą postawą wobec Unii Europejskiej, dla której przywódców kryzys imigracyjny jest ostatnim, z którym chcieliby się teraz zmagać.

Niemieccy wyborcy zagłosują przeciw uchodźcom?

Prezydent Francji, Emmanuel Macron, określił sytuację w Afganistanie jako ważne wyzwanie dla bezpieczeństwa Francji i wezwał do walki ze wspólnym wrogiem – terroryzmem. Macron chce chronić się przed nielegalnymi przepływami migracyjnymi i widzi w tym pole do współpracy dla UE, Stanów Zjednoczonych i Rosji. Angela Merkel ogłosiła zaś, że w Afganistanie błędnie oceniono rozwój sytuacji. Według szefa niemieckiego ministerstwa spraw wewnętrznych celem polityki migracyjnej powinna być pomoc na miejscu przy pomocy ONZ.

Słowa francuskich i niemieckich przywódców mogą się wydawać szokujące, biorąc pod uwagę biegunową rozbieżność między retoryką przyjętą przez Unię Europejską podczas kryzysu imigracyjnego w 2015 r. Wtedy zachodnie kraje wzywały do otwierania granic, a państwa niechętne przyjmowaniu imigrantów, jak Polskę, określano jako niehumanitarne i egoistyczne. Co spowodowało tę zmianę podejścia do imigracji?

W Niemczech nadchodzą wybory parlamentarne, a we Francji prezydenckie. Priorytetem jest teraz walka z pandemią, próba zaszczepienia jak największej części społeczeństwa przed potencjalną jesienną falą zarażeń oraz pełne otwarcie i odbudowa gospodarki po zeszłorocznej recesji. Ważny jest też Europejski Zielony Ład, który określi kierunki unijnej polityki energetycznej, środowiskowej i gospodarczej na najbliższe dekady.

W obu krajach temat imigracji byłby twardym orzechem do zgryzienia dla rządzących i otworzyłby nowe możliwości dla narodowych i prawicowych partii. W Niemczech mniej prawdopodobne jest polityczne trzęsienie ziemi niż we Francji. Macron nie gryzł się w język, próbując zyskać sympatię umiarkowanie prawicowych wyborców, którzy mogliby odpłynąć do jego głównej konkurentki Marine Le Pen ze Zjednoczenia Narodowego. O ile lewicowa część francuskiego społeczeństwa i liberalne media europejskie mogą się na to oburzać, o tyle takie przesłanie ma większe szanse na unijną jedność. Nie tylko bowiem Francji i Niemcom grozi zalew imigrantów.

Polska granica w centrum uwagi

W ostatnich dniach na granicy wschodniej granicy Polski dochodziło do spięć między polskimi a białoruskimi pogranicznikami. W przygranicznych lasach i polach pojawiło się wiele grup Irakijczyków i Afgańczyków chcących przedostać się do Polski. Ich celem są zachodnie kraje UE. Michał Dworczyk, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, określił działania Mińska jako hybrydowe. Reżim Łukaszenki od kilku miesięcy oskarżany jest o pomaganie migrantom w docieraniu do unijnej granicy i zarabianiu na tym procederze. Dotychczas dotyczyło to głównie Litwy, ale aktualnie w coraz większym stopniu Polski. O szczegółach i konkretnych działaniach, które dowodzą temu procederowi, opowiadał w wywiadzie na naszych łamach Dominik Wilczewski.

***

Po porażce amerykańskiej misji w Afganistanie i ogromnej fali emigracji, której jesteśmy świadkami, rośnie rola krajów tranzytowych, przez które uchodźcy i imigranci chcą się dostać do krajów bogatej Europy Zachodniej. Mowa tu głównie o Białorusi i Turcji. Polska, Litwa i Grecja z pewnością będą potrzebować unijnego wsparcia, nie tylko finansowego, ale i politycznego dla zapewnienia bezpieczeństwa zewnętrznych granic UE. Bruksela będzie musiała też wypracować nowe porozumienie z Turcją, która już teraz pęka w szwach i jest niechętna przyjmowaniu setek tysięcy nowych uchodźców. Unijne fundusze mogą tu nie wystarczyć, biorąc pod uwagę możliwe ryzyko użycia imigrantów przez Turcję jako broni przeciw Brukseli. Dodatkowa cena polityczna, jaką rząd w Ankarze musiałby zapłacić przed swoimi obywatelami, jest teraz znacznie wyższa niż 6 lat temu.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.