Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Grafik płakał jak projektował? W II RP nawet paragony były atrakcyjne wizualnie

Grafik płakał jak projektował? W II RP nawet paragony były atrakcyjne wizualnie Wajwód, Antoni (1905-1944), plakat wyborczy 1938

Uwaga odbiorcy stała się towarem. Twórcy nieustannie prześcigają się w pomysłach, aby przyciągnąć ludzi do stworzonych przez siebie projektów graficznych. W epoce wszechobecnych, choć nierzadko mało estetycznych obrazów, warto odkryć na nowo niemal zapomniane polskie projektowanie graficzne. Udaną próbą zaprezentowania takich pozytywnych wzorców jest książka Piotra Rypsona Nie gęsi: polskie projektowanie graficzne 1919-1949.

Piotr Rypson, historyk i krytyk sztuki, kurator wystaw, przez wiele lat związany z Muzeum Narodowym w Warszawie, starał się w niej udowodnić, że Polska posiadała nie tylko wybitne pojedyncze projekty graficzne, lecz także cały zapomniany język wizualnej komunikacji. Odtwarza pieczołowicie polski alfabet wizualny, pokazując jednocześnie jego odrębność. Nie gęsi… przywracają pamięć o polskim dziedzictwie graficznym – opisują niemalże całe jego spektrum w okresie II RP, nie ograniczając się przy tym do najbardziej znanych przykładów, takich jak Polska Szkoła Plakatu.

Książka skonstruowana jest za pomocą metafory mapy. W końcu celem autora jest przeprowadzenie czytelnika przez zaginione obszary polskiej grafiki. Lektura Nie gęsi… przypomina jednak przede wszystkim zwiedzanie muzeum. Jesteśmy nieraz wręcz przytłoczeni bogactwem przedstawianego materiału wizualnego, który w wielu przypadkach został opatrzony jedynie lapidarnym opisem. Czytelnik może poczuć się trochę zagubiony, kiedy błądzi między projektami graficznymi, którego nie zostały wspomniane w tekście. Orientacji nie ułatwiają również cytaty nieopatrzone żadnym komentarzem. W tym muzeum-labiryncie wszystkie eksponaty musimy zinterpretować samodzielnie.

Niemniej wybranie konwencji mapy sprawia, że Rypsonowi udaje się rozjaśnić tak skomplikowane zjawisko przez wciąganie nas w kolejne obszary życia w latach 1919-1949. Dzięki temu autor nie tylko nie bombarduje nas datami, lecz także zapoznaje czytelników z tłem społeczno-politycznym czasów rozkwitu polskiej grafiki. Czasami tylko możemy poczuć się oszołomieni występującymi licznie nazwiskami projektantów. Nie jesteśmy w stanie ich wszystkich zapamiętać i gdy dany twórca pojawia się po raz kolejny, mamy już tylko mgliste poczucie, że skądś go kojarzymy.

Jednocześnie celem autora było wyszukiwanie połączeń między poszczególnymi grafikami, aby udowodnić, że Polska posiadała indywidualny język projektowania graficznego, co znajduje potwierdzenie w tematycznym podziale książki. Uwaga czytelnika zostaje skupiona na tym, jakie techniki, style czy kreski stosowano w danym obszarze codzienności, a nie na tym, który konkretnie twórca stosował dane zabiegi.

Przemek Dębowski, autor składu, typografii i okładki, w tym zakresie zastosował ciekawe rozwiązanie – pozostawił pierwsze strony rozdziałów czarnymi, co oddziela wizualnie kolejne obszary wędrówki po świecie projektowania graficznego. Grafika z robotem na okładce – fragment ilustracji Wojna, pomór, głód – zgodnie z zamysłem autorów miała zaskakiwać, ponieważ nawiązuje do wykorzystywania grafiki w popkulturze. Gdybyśmy zobaczyli taką okładkę na półce w księgarni, poczulibyśmy konsternację – bez odpowiedniego kodu interpretacyjnego ilustracja nie koresponduje z treścią. Niewątpliwą zasługą Dębowskiego jest estetyczny oraz logiczny układ grafik i tekstu, wpisujący się w koncepcję symbiozy słowa i obrazu.

Piotr Rypson uważa, że dziedzictwo języka literatury II RP przetrwało, natomiast spuścizna języka wizualnego została zapomniana. Jego książka na wielu poziomach pokazuje, jak te dwa języki łączą się i przenikają. Jako przykład symbiozy słowa i obrazu przedstawia np. książki futurystów – ich projekty okładek, nawiązujące do treści utworów, były czymś więcej niż estetyczną zabawą. Przecież w manifeście Prymitywiści do narodów świata propagowali wyższość formatu i druku nad samą treścią. Nie gęsi… kładą jednak główny nacisk na funkcjonalizm i estetykę w projekcie graficznym – forma nie przyćmiewa bowiem treści, ale ją eksponuje.

Układ książki nawiązuje do obszarów, gdzie wykorzystywana była grafika w okresie II RP. I tak na przykład po rozdziale Dymek i coś mocniejszego Rypson prowadzi nas w rozdział U doktora – wyjaśniając: „Po nocnych i suto zakrapianych eskapadach wypada więc zajrzeć do apteki”. Poruszając się po kolejnych obszarach, równocześnie odkrywamy nowe w owym czasie funkcje i zastosowania grafiki – w przemyśle, handlu, urządzaniu domu, transporcie czy wydawnictwach.

W okresie II RP jednym z głównych zleceniodawców dla grafików było państwo. W trudnym czasie odradzania się państwowości należało zaprojektować tak podstawowe znaki, jak np. godło. Rząd zlecał artystom także projekty różnych kampanii społecznych. Skarb Państwa zrealizował kampanię reklamową dotyczącą Pożyczki Narodowej. Na jej tle zachęcająca do wzięcia udziału w szczepieniach akcja prowadzona obecnie przez rząd pod hasłem Ostatnia prosta wypada blado – zarówno graficznie, jak i merytorycznie. Plakat umieszczony na stronie rządowej jest nieudolnym kolażem. Fotografie ambasadorów kampanii nie mieszczą się w swoich przestrzeniach. Użycie koloru niebieskiego i komiksowej stylistyki, mające być w założeniu ciekawe i świeże, w pandemicznej rzeczywistości kojarzy się raczej ze sterylnym szpitalem. Dodatkowo, niebieskie tło, na którym znajdują się zdjęcia gwiazd sportu i aktorów, wymusiło skontrastowanie kolorów twarzy w taki sposób, że skóra postaci jest raz pomarańczowa, a raz biała. Kampania, w której głównym argumentem za szczepieniem są wizerunki znanych osób, kojarzy się raczej z reklamą banku, a nie z ważnym przedsięwzięciem społecznym.

Ulotka, będąca częścią kampanii Pożyczki Narodowej, została zaprojektowana przez króla polskiego fotomontażu Mieczysława Bermana – i właśnie w tej technice została po mistrzowsku wykonana. Kampania pod hasłem Własnemi siłami odwołuje się do obaw większości obywateli przed wykupieniem obligacji, odpowiadając na nie korzyściami z wpłaty. Każdy argument „za” ma swoją ilustrację – na przykład dla zabezpieczenia wypłaty kapitału i odsetek w złotych otrzymujemy znak równości między stosami monet a papierem z obligacją. Tekst na ulotce nawiązuje do poczucia wspólnoty, dowodząc, że pożyczka pomaga zarówno narodowi, jak i jednostce. Grafiki korespondują z tekstem. Gdy mowa jest o tym, że pożyczka wewnętrzna zabezpieczona jest całym majątkiem państwa, w kontur Polski wklejone są zdjęcia przedstawiające majątek kraju – koleje, fabryki i przedsiębiorstwa. Kształt ten jest obrysowany kolorem czerwonym, ponadto tekst na dole ulotki również został umieszczony na takim tle. Jest to czytelne, a jednocześnie subtelne odwołanie do kolorów polskiej flagi. Ilustruje to fakt, że z pożyczki skorzysta cały naród. Znajdowała się tam także prognozowana data osiągnięcia celu, a zatem wpłacający wiedzieli, do czego dążą i kiedy cel zostanie uzyskany.

Czytając o grafice w II RP, doznamy zdumienia, kiedy dowiemy się, w jakich obszarach grafika była wtedy wykorzystywana. Jednym z nich były rachunki – ich wizualne bogactwo, w porównaniu do dzisiejszych paragonów, jest zdumiewające. Artyści nadawali znaczenie nawet najmniejszym formom graficznym, przybliżając do dzieła sztuki coś tak niepozornego, jak kwitki.

Kolejny nieoczywisty dział to zlecenia dla wojska. Grafika miała budować wizerunek armii silnej i nowoczesnej. Rypson odnosi się krytycznie do skutków takich założeń, wskazując na stworzenie propagandowego mitu potężnej armii. Wydawano ulotki, czasopisma i książki o tematyce wojskowej w wysokich nakładach. I choć duża część środowisk twórczych nie zgadzała się z postępującą militaryzacją, to wojsko było ważnym klientem dla grafików, którzy nierzadko odkładali na bok swoje przekonania, by przyjąć intratne zamówienia.

Zresztą niektóre inicjatywy zasypywały podziały polityczne. Poparcie dla na przykład Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej było bardzo wysokie przy antymilitarnym nastawieniu dużej części twórców. Dzięki uwzględnieniu nastrojów społecznych II RP możemy znów spojrzeć na prezentowane grafiki przez pryzmat historii i potraktować je jako świadectwo czasów.

Dziś takie motywy kojarzą się głównie z odzieżą patriotyczną. Popularny sklep Red is Bad oferuje ich szeroki przekrój. Choć ostatecznie okazuje się, że t-shirt bywa t-shirtowi nierówny. Koszulka z napisem Powstanie Warszawskie na ratunek odwołuje się do prostych skojarzeń – Niemcy są literalnie nieludzcy (przedstawieni na kształt robotów), a dobry powstaniec jest naturalnie większy od reszty postaci. Operowanie tak dosadnymi skojarzeniami i ciemną kolorystyką jest najprostszym rozwiązaniem graficznym. W przeciwieństwie do zleceń dla wojska z II RP, dzisiejsze projekty nawiązujące do wojskowości są przede wszystkim znakiem ściśle określonych poglądów politycznych.

Dzisiejsi graficy często uciekają się do dosadności. II RP wybierała subtelniejszą symbolikę. Na przykład plakaty wspominanej Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej dzięki diagonalnemu układowi linii kojarzyły się z lekkością, tak potrzebną w powietrzu. Nietypowe dla wojska żywe kolory miały przedstawiać działalność Ligi jako świeżą oraz nowatorską. W latach 1919-1949 ceniono zaś nowoczesność w grafice militarnej. Przykładowo jednym z najbardziej innowacyjnych rozwiązań było opracowywanie co miesiąc innego typograficznie tytułu miesięcznika Podoficerów Wojska Lądowego i Marynarki Wojennej „Wiarus”.

Nie gęsi… otrzymujemy kompleksowy portret polskiego społeczeństwa utworzony ze swoistego języka wizualnego wykorzystywanego w poszczególnych grafikach. Grafika opowiada nam o codzienności. Mimochodem dowiadujemy się, że jako lekarstwa reklamowano wtedy kodeinę i morfinę.

Lektura Nie gęsi… wywołuje tęsknotę za jakościową grafiką. Ciągłość dziedzictwa graficznego II RP zapewniają nam dzisiaj jedynie pojedyncze, wybitne projekty. Trudno jednak mówić, że ten język wizualny zostaje kontynuowany tak jak na to zasługuje. Gdy patrzymy na przykład na realizacje nominowane do Polish Graphic Design Awards, czujemy podobny zachwyt, co przy przeglądaniu Nie gęsi… – nie są one jednak widoczne w przestrzeni publicznej. Zamiast tego jesteśmy przytłoczeni wstrętną szyldozą i mało wyrafinowanymi reklamami, przeznaczonymi dla mało wymagającego odbiorcy.

Nie gęsi… zachęcają do otwarcia oczu na świat grafiki oraz dalszych poszukiwań i interpretacji. Piotr Rypson pokazuje czytelnikowi potencjalne kierunki samodzielnej wędrówki po świecie grafiki z lat 1919-1949. Zebrany materiał wzbudza podziw, pozostawiając niedosyt w momentach, gdy dane grafiki nie zostały dokładnie opisane. Autor jako pierwszy tak przekrojowo potraktował to zagadnienie, tworząc unikatowy zbiór polskich projektów graficznych. Z zachwytem patrzyłam na niezwykłe bogactwo graficzne II RP. Lektura będzie dla nas zarówno źródłem wiedzy o projektowaniu graficznym, jak i estetyczną przyjemnością. A może niektórych zainspiruje do podążania inną niż dotychczas drogą w projektowaniu graficznym?

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.