Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Praca w parafii? 700 zł na „etat”. 10 problemów polskiego Kościoła, na które nikt już nie zwraca uwagi

Praca w parafii? 700 zł na „etat”. 10 problemów polskiego Kościoła, na które nikt już nie zwraca uwagi Źródło: Profil Facebookowy Gmina Nakło nad Notecią

Być może największe niebezpieczeństwo klerykalizmu tkwi w tym, że go nie widać. To wcale nie zbratanie ołtarza z tronem jest dziś dla Kościoła najbardziej niebezpieczne. Krycie pedofilskich zbrodni zaś nie wyczerpuje definicji klerykalizmu w całej jego grozie. Klerykalizm jest w nas. Nie zdajemy sobie często nawet sprawy z tego, że właśnie z nim mamy do czynienia, a uśpieni przyzwyczajeniem nie potrafimy zareagować. To klerykalizm pluszowy, który po cichu zbiera swoje żniwo.

Esej pochodzi z numeru Pressji pt. Pobożny antyklerykalizm. Tekę w całości i nieodpłatnie możesz pobrać tutaj.

Maskotka

Klerykalizm, jakkolwiek by go nie definiować, nie jest cechą lub zjawiskiem związanym wyłącznie z duchowieństwem. Takie powiązanie jest nie tylko błędne, ale i szkodliwe dla słusznej z nim walki, bo w duchownych automatycznie włączają się mechanizmy obronne, a w świeckich poczucie, że „nas to nie dotyczy”. Powiedzmy więc sobie na początek jasno i wyraźnie. Klerykalizm dotyczy nas wszystkich. Klerykalna struktura przeżarła nas do cna. Świeccy nie są od klerykalizmu wolni. To złudzenie, że wymyśliła go sobie jakaś odrębna kasta kapłanów, która uciska teraz biedny i bezradny lud. Żeby klerykalizm działał, muszą w niego wierzyć i muszą go budować dwie strony. Żeby klerykalizm był skuteczny, obie strony – duchowieństwo i świeccy – muszą grać według przyjętych reguł. Dopiero kiedy któraś ze stron owe reguły wypowie, jeśli nie przyjmie do wiadomości klerykalnych zasad i zacznie żyć mimo nich, dopiero wtedy klerykalizm pęknie. I dopiero wtedy się okaże, czy skorupa była już tylko pusta wydmuszką, czy pod spodem, pod pękniętą skorupą objawi się żywy Kościół gotowy funkcjonować zgodnie z regułami Ewangelii.

Na razie gramy. Gramy i wydaje nam się, że tak musi być. Tymczasem klerykalizm przebrany za pluszową maskotkę podgryza nam gardło i powoli, po cichu wysysa z Kościoła życie.

Twarz pierwsza. Elita

„Kto wychodzi z Kościoła z powodu księdza, tak naprawdę nigdy nie wszedł do niego z powodu Jezusa”. To zdanie na pierwszy rzut oka wydaje się całkiem w porządku. Jest pobożne. Zwraca uwagę na to, jak bardzo ten, który je głosi, ma świadomość, czym w swojej istocie jest Kościół. To deklaracja wiary w Mistyczne Ciało Chrystusa.

Jednocześnie jest to również deklaracja pogardy i obojętności dla najtrudniejszych ludzkich doświadczeń. To pełne wyższości zakwestionowanie całego doświadczenia wiary, które odchodzący być może ma za sobą. Jest to powiedzenie dzielące i wykluczające zarazem. „Cóż, nie nadawałeś się, nie chodziło ci o Jezusa. Lepiej nam będzie bez ciebie. Nie wierzysz tak dobrze, jak my”.

Nie ma znaczenia, czy tezę tę głoszą duchowni czy świeccy. To teza do cna klerykalna, która dzieli wierzących na lepszych i gorszych, tych bardziej i mniej się nadających. Na naszych i tych, bez których, cóż, może będzie nam lepiej. To teza uspokajająca sumienia tych, którzy w życiu może mieli więcej szczęścia, a może po prostu mieli mniej odwagi do zadawania trudnych pytań. To teza, która nie pozostawia miejsca na poczucie braterstwa, na współodpowiedzialność jednych za drugich, na wspólnotę miłości, w której się zwyczajnie cierpi, kiedy kogoś zabraknie. I nawet, jeśli na pierwszy rzut oka tak to nie wygląda, jest to właśnie myślenie klerykalne, choć pluszowe, sprawiające wrażenie, że wszystko jest ok. To myślenie bezwzględne dla człowieka.

Twarz druga. Modlitwa

„Pomodlę się za ciebie”. Te słowa padają w najróżniejszych okolicznościach. Zapewnienie o modlitwie jest godne i sprawiedliwe w sytuacji, kiedy człowiek nie może zrobić nic innego albo kiedy po ludzku zrobił już wszystko. Ale jest i inne, pluszowo-klerykalne „pomodlę się za ciebie”. To słowa, które słyszą ludzie proszący o pomoc, kiedy potrzebują paru złotych, wstawiennictwa u kogoś albo chociażby rozesłania wici w parafii czy w internecie. Zamiast prostego działania, które wymagałoby tylko odrobiny wysiłku, otrzymują obietnicę modlitwy.

„Pomodlę się za ciebie” słyszą ludzie zwalniani w Kościele z pracy. „Pomodlę się za ciebie” słyszą ludzie skrzywdzeni przez konkretnego księdza. „Przecież nie jesteś sam, modlę się za ciebie!” – słyszą samotni, opuszczeni, bezradni. Wystarczyłoby z nimi usiąść i pogadać. Wystarczyłoby wysłuchać. Problem w tym, że to jest trudniejsze. Łatwiej jest uciec i w samotności odprawić za kogoś mszę. Przecież nikt nie może niczego modlącemu się zarzucić! Ukryty w klerykalnym świecie, w innej, transcendentnej przestrzeni na swój sakralny sposób robi wszystko, co najlepsze. Daje rzecz najcenniejszą z cennych według świętych kryteriów. Że zlekceważył potrzeby człowieka? Ale przecież się za niego modli!

Nie kwestionuję wagi modlitwy. Zwracam tylko uwagę, że klerykalna modlitwa – modlitwa która nie uzupełnia, a zastępuje lub wręcz przeczy działaniu miłości – jest dla drugiego człowieka policzkiem. Skrzywdzony, którego krzywdzący zapewnia o swojej modlitwie, przestaje wierzyć w jej siłę. Odrzucony, którego odrzucający zapewnia o swojej modlitwie, powie, że żadnej modlitwy nie potrzebuje. To rany zadawane przez pluszowy klerykalizm, których nie da się łatwo zaleczyć.

Twarz trzecia. Misja

Podczas jednej ze swoich podróży po Polsce (tu usilnie staram się nie zdradzić miasta ani diecezji) spotkałam człowieka, który pracował w kościelnej instytucji. Był rzemieślnikiem mającym umiejętności z jednej strony nie do przecenienia w miejscu, w którym pracował, ale z drugiej zupełnie nieprzydatne już we współczesnym świecie (tu staram się nie zdradzić, czym konkretnie się zajmował). Zatrudniony był, teoretycznie przynajmniej i w kurialnym rozumieniu, „na etat”. Pokazał mi kwitek ze swoją wypłatą. Otrzymywał na rękę nieco ponad 700 zł. I zaklinał mnie przy tym, żebym nigdzie o tym nie pisała, bo go zwolnią i w ogóle bez środków do życia zostanie. Dlatego tak usilnie staram się go nie zdradzić, bo wiem, że taka utrata pracy jest możliwa.

Kilka lat temu opracowałam ankietę kierowaną do katechetów. Znalazło się w niej pytanie o to, czy poza pracą w szkole mają jakieś dodatkowe obowiązki przy parafii i czy otrzymują za to wynagrodzenie. Standardową odpowiedzią było „tak” na pierwsze i „nie” na drugie pytanie. Najbardziej jednak zapamiętałam odpowiedź kobiety w dojrzałym wieku z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem pracy. Napisała, że nie otrzymuje dodatkowego wynagrodzenia, ale kiedy proboszcz poleca jej zrobić jakieś zakupy, może sobie zatrzymać resztę.

Niedawno słyszałam opowieść o proboszczu jednej z nieźle prosperujących parafii, który postanowił zwolnić z etatu gospodynię, a w zamian rozliczać się z nią wyłącznie godzinowo. Kobieta zarabiała niewiele, a budżet rodzinny miała napięty, zadała więc racjonalne pytanie, czy proboszcz zagwarantuje jej określoną liczbę godzin w miesiącu, czy będzie tak, że przywiezie obiad z miasta i uzna, że znów nie jest potrzebna. Usłyszała, że takiej gwarancji nie dostanie, że nie może być pewna żadnej kwoty w miesiącu. Ona akurat nie usłyszała tego, co słyszy wielu innych: „Nie jesteśmy po to, żeby kogoś utrzymywać”. W Kościele przecież pracuje się dla misji.

Gdyby pisać tekst poświęcony wyłącznie przemocy finansowej, która w klerykalnych strukturach jest nie tylko powszechna, ale wręcz naturalna, przykłady takie można by mnożyć. Tu dość napisać, że nikt nie zauważa, że w ten sposób upokarza się człowieka. Wszyscy się na to zgadzają albo przynajmniej przełykają jak gorzką, ale konieczną pigułkę. Wszyscy milczą. Bo temu, który nie ma i zarabia miesięcznie 700 zł, odbiorą i to, co ma. Czyż nie spełnia się Ewangelia?

Twarz czwarta. Lojalność

Wszyscy milczą. Wiosną ubiegłego roku po tym, jak na portalu „Więzi” ukazał się mój tekst zatytułowany Jak się bawię w chowanego, odbierałam setki wiadomości – przede wszystkim od dziennikarzy pracujących w lokalnych, katolickich mediach. Wszyscy powtarzali jedno: dziękuję. Dziękowali za to, że ktoś głośno powiedział o tym, co nas wszystkich w naszych sumieniach dręczy. Że wiemy o całej masie zła. Znamy tajemnicę nieprawości Kościoła. Widzimy nadużycia, krzywdę ludzi, bezwzględność. Widzimy, jak struktura staje ponad człowiekiem. I nic nie możemy zrobić. To przecież zwykle nie są wielkie przestępstwa, które można zgłosić do prokuratury. To małe obrzydliwości, to dziesiątki podłości, pogryzania, szczucia, chamstwa, cynizmu, wyrachowania, pazerności – tego wszystkiego, co na końcu ubiera się w ornat i wychodzi całować ołtarz.

Widzimy, że pod spodem dzieje się źle, ale głośno możemy mówić o tym tylko, co widać. Nie ma dziś chyba w Polsce katolickiego dziennikarza zatrudnionego w kościelnych mediach, który by nie zmagał się z konfliktem sumienia i nie próbował sobie odpowiedzieć na pytanie, kim właściwie jest – dziennikarzem czy PR-owcem. Jeśli chce pozostać dziennikarzem wiernym przede wszystkim swojemu odbiorcy, a nie interesom wydawcy, prędzej czy później straci pracę. Jeśli zgodzi się na ustępstwa i będzie budował kościelny PR zgodnie z mniej lub bardziej oficjalnymi wytycznymi, ulegnie telefonicznym wpływom ze strony kolejnych biskupów, prędzej czy później przyzna, że ma złamane sumienie. I będzie z tym złamanym sumieniem rozpaczliwie próbował dopracować jeszcze tych kilka lat do emerytury.

Tak. Spotkałam dziennikarzy pracujących dla Kościoła i kochających Kościół, którzy mówili: „Złamali mu sumienie”. To kolejna, dramatyczna twarz klerykalizmu, którego nikt zdaje się na co dzień nie zauważać. Przecież tak musi być, przecież Kościół ma prawo do swoich mediów, przecież biskup ma prawo, przecież oddanie… Prawda i człowiek muszą poczekać w kolejce tam, gdzie pierwsza jest lojalność wobec instytucji. I już samo to, że nie mogę tu teraz, że nie chcę, że obawiam się pisać o miejscach, tytułach i nazwiskach, jest najlepszym dowodem na to, że pluszowy klerykalizm ma się dobrze. W nas wszystkich. I to nie od księży, ale od świeckich zapewne usłyszę po tym tekście: „I po co ci było o tym pisać?”.

Twarz piąta. Rozmowa

O traktowaniu kobiet w Kościele można by mówić dużo i na różnych poziomach. Można pisać o kapłaństwie kobiet (czy mieści się w hipotetycznym chociażby potencjale Kościoła, czy jest wykluczone na wieki wieków) i funkcjach liturgicznych, do których mają dostęp teoretyczny (jak to się działo przy ostatniej zmianie, kiedy kobiety dopuszczone zostały do pełnienia posługi akolity i lektora, choć w Polsce nawet świeccy mężczyźni tych posług – w ściśle liturgicznym sensie – niemal nie pełnią). Można pisać o (nie)obecności kobiet w kuriach, na wydziałach teologicznych i w seminariach duchownych. To klerykalizm oczywisty, przejawiający się zamykaniem konkretnych przestrzeni dla obecności kobiet jako części wspólnoty Kościoła.

Ale jest tu również nasz klerykalizm pluszowy. Wygląda przyjaźnie i dlatego łatwo go zignorować. Nie tylko duchowni, ale i mnóstwo świeckich westchnie zdziwionych, zapyta, o co chodzi. Chodzi np. o to, jak łatwo wielu księży mówi per „ty” zwłaszcza do kobiet, niezależnie od tego, ile mają lat. Jeśli trzydziestolatek zwraca się w ten sposób do mojej siedemdziesięcioletniej mamy, to choć go lubię i przyjmuję w domu na kawie, mam ochotę zapytać, dlaczego to robi. Przecież nie wyraziła na to zgody, to ty uznałeś, że tak ci będzie wygodniej. Ale nie pytam.

Kiedyś ktoś uczył mnie, że zasada jest prosta. Jeśli ktoś zwraca się do mnie po imieniu, to znaczy, że ja do niego również powinnam. Ale czy ta zasada nie ma gdzieś granic? Co powinnam zrobić, jeśli biskup w trakcie jednej rozmowy płynnie przechodzi od „pani” do „ty”. Również zwrócić się do niego po imieniu?

To oczywiście tylko pretekst. Chodzi o lekko wyczuwalną nutkę protekcjonalizmu, kiedy ktoś mi mówi, co i w jaki sposób powinnam pisać, jak myśleć, na co zwracać uwagę. Chodzi o tę różnicę, której się nie da opisać, a którą czuje rozmówca. Czy ktoś naprawdę mnie słucha, czy jedynie daje czas, żebym powiedziała swoje, bo odpowiedź i tak ma już gotową.

Drobiazgi, pluszowe drobiazgi ze świata klerykalnego. Upupiają, infantylizują, padają gdzieś mimochodem, ale skutecznie pokazują, kto tu rządzi i gdzie jest moje miejsce w szeregu.

Twarz szósta. Normalność

Kilka lat temu jedną z ważniejszych informacji, jakie poszły w świat ze Zjazdu Gnieźnieńskiego, było zdjęcie z opisem: „Prymas usiadł na schodach”. Tłum uczestników w auli, ktoś zatarasował przejście, spotkanie już trwało. Usiadł. Po ludzku chciałoby się zapytać: i co z tego? Dorosły, sprawny mężczyzna w zatłoczonej sali nie chciał robić zamieszania, więc zrobił dokładnie to samo, co dziesiątki innych osób wokół niego. Usiadł na schodach. Zrobienie z tego newsa, sensacyjnej wręcz wiadomości, która budować miała pozytywny PR, jest doskonałym przykładem klerykalnego (choć pluszowego) myślenia wcale nie wśród duchowieństwa, ale wśród samych świeckich. Bo kim jest dla nas biskup, jeśli zachwyca nas, że usiadł na schodach albo zjadł grochówkę z papierowego talerza? Jak o nim myślimy i jak go traktujemy, skoro to, co zwyczajne i ludzkie jest dla nas niemal jak zejście bogów z Olimpu? Czy to on robi z siebie księcia Kościoła, siadając na schodach, czy raczej to my takim księciem go mianujemy, zachwycając się prostym gestem jak czymś nadzwyczajnym? To jest klerykalizm. To dzielenie Kościoła na tych, dla których siedzenie na schodach jest zwyczajne, i na tych, o których trzeba pisać newsy dla KAI.

Twarz siódma. Autorytet

W jednej z diecezji furorę robiła fotografia wrzucona do sieci przez jednego z proboszczów. Oto on sam, kanonik, we wszystkich możliwych przynależnych mu fioletach pojechał na wieś święcić przydrożną kapliczkę i tam na tle pustych pól w owych fioletach został sfotografowany. Nawet biskup złośliwie zapytał wówczas, czy więcej kolorowych ubranek już mu się do bagażnika nie zmieściło i czy naprawdę musi po łąkach biegać w pełnym stroju chórowym.

To mogłaby być opowieść o księżowskiej próżności, ale jest też niestety opowieścią o próżności świeckich, którym wydaje się, że im bardziej ksiądz odstawiony, tym bardziej oni są przez niego szanowani.

To złudzenie uszanowania przez kapłański autorytet ma też inne oblicze. Odkrywa się ono przy okazji setek tysięcy uroczystości święcenia obiektów wszelakich – basenów, dróg, sklepów, siłowni, strzelnic i fontann miejskich. Niektórzy jeszcze próbują się w tej kwestii oszukiwać, ale przecież włodarzom i właścicielom nie o to wcale chodzi, żeby owe obiekty służyły większej chwale Boga. Chodzi o to, by uroczystości dodać prestiżu kapłańską obecnością, żeby było ładniej i żeby, nie daj Bóg, proboszcza mieć przeciwko sobie.

Nawet jeśli ktoś z Warszawy uśmiechnie się teraz z politowaniem, że bajki opowiadam, ja również się uśmiechnę, bo tak to nadal na prowincjach całej Polski wygląda. I nie ma nic wspólnego z pobożnością. To czystej wody pluszowy klerykalizm, który uznaje kogoś za postać szczególną i wykorzystuje ową szczególność do kwestii zgoła innej niż sprawowanie sakramentów.

Twarz ósma. Poświęcenie

Na jedną z wiejskich parafii pojechał młody ksiądz w zastępstwie za urlopującego się proboszcza. Pomagająca na plebanii i w kościele kobieta zaprosiła go do domu na kolację. Młody ksiądz pojechał, od progu się zdziwił i żeby grzecznie nawiązać rozmowę, stwierdził, że to takie nietypowe, że mężczyzna w kuchni rządzi i kolację przygotowuje. Mężczyzna na księdza spojrzał zupełnie bez sympatii i trzaskając garami odpowiedział: „A co mam robić, jak żona wiecznie w kościele siedzi?”.

Ksiądz – zwłaszcza taki gorliwy i naprawdę przejęty parafią – łatwo zapomina, że życie jego parafian nie kręci się wokół kościoła. Kościół parafialny i parafialne życie, jakkolwiek ważne, nie są dla ludzi życiem jedynym. Choć dla księdza na pierwszym miejscu zawsze będzie to, żeby mszę odprawić, kościół sprzątnąć, ołtarz ubrać i dzieciom kolejne spotkanie przygotować, dla nich pierwsze będzie, żeby obiad ugotować, dom sprzątnąć, z dziećmi iść na spacer i męża pocałować.

Tam, gdzie się o tym zapomina – i po stronie księdza, i gorliwych pań (bo zwykle są to panie) – wkrada się nasz pluszowy klerykalizm. Jest świat lepszy przy zakrystii, ten kościelny i kapłański, i świat gorszy, drugoplanowy, zwyczajny, który można w imię większego poświęcić. I znów jakby mimochodem dostaje się świeckim.

Twarz dziewiąta. Posłuszeństwo

Jeden z dziennikarzy poszukiwał informacji w ważnych sprawach dotyczących nadużyć ze strony biskupów. Nie potrzebował ich twarzy, nie potrzebował nazwisk. Chciał tylko wiedzieć, żeby zrozumieć sytuację i okoliczności. To miało być proste potwierdzenie wątków, które składały mu się w całość dla moralnej pewności, że nie nadinterpretuje faktów. Skierowany do konkretnej diecezji zderzył się z murem. Nikt nie chciał z nim rozmawiać, choć wiedzieli wszyscy. „Jeśli coś powiem, wszyscy i tak będą wiedzieli, że to wyszło ode mnie”.

Na jednym z wydziałów pojawiły się poważne kłopoty z księdzem profesorem. Jego reputacja i zachowanie zaczęły szkodzić zarówno wizerunkowi uczelni, jak i jego współpracownikom, na których spływały fałszywe oskarżenia. Współpracownicy postanowili podjąć pewne kroki, żeby chronić i uczelnię, i siebie. Od przyjaznych sobie osób w kurii usłyszały, że mają dać spokój, bo jedynymi, którzy ucierpią, będą oni sami.

To anonimowe przykłady, jedne z wielu. Oprócz nich są i głośne sprawy zamykania księżom ust, nakładania zakazu wypowiedzi, odbierania parafii, wysyłania na parafie pod lasem, odbierania zajęć na uczelniach. To wewnątrz środowiska są proste i czytelne komunikaty: albo jesteś posłuszny, albo cię nie ma. Albo myślisz jak wszyscy, albo nikt cię nie usłyszy. W klerykalnym systemie nie ma miejsca na niezależność myślenia. Nie ma miejsca na poszukiwania, wątpliwości, pytania rzucone chociażby tylko testowo dla podjęcia ważnej dyskusji. W klerykalnym systemie jest tylko posłuszeństwo idące czasem po granice absurdu. I jest strach, żeby tego posłuszeństwa nie złamać, bo poza nim nie ma już nic.

Twarz dziesiąta. Praca

Proboszcz na parafii, lat niespełna pięćdziesiąt. Parafia wiejska, bez wikariusza. Duża plebania, jakiś pies, może ze dwa koty. Kawałek ogrodu. Jedna msza w dzień powszedni. Ze trzy, cztery razy w miesiącu jakiś pogrzeb w ciągu dnia. Raz w tygodniu godzina spotkania dla kandydatów do bierzmowania i dla dzieci pierwszokomunijnych. Ksiądz strasznie zapracowany, nie ma w co włożyć rąk. Trudne życie i odpowiedzialność wielka. Ach, ileż nasłuchać się można o tym trudzie.

Świecki mężczyzna w jego wieku też ma dom. Remonty i ogród do ogarnięcia, rachunki zapłacić, psa nakarmić. Tyle, że oprócz tego zamiast godziny mszy i pogrzebu kilka razy w miesiącu ma co najmniej osiem godzin dziennie pracy zawodowej, a potem jeszcze rodzinę i dzieci, którymi się trzeba zająć. I to nie jest żaden heroizm. To jest całkiem zwyczajne i dobre życie, średnia krajowa.

To jest jeszcze jedna twarz pluszowego klerykalizmu. Niby niewinna, a sprawiająca, że ciężko pracujących ojców rodzin trafia szlag, kiedy słuchają księdza narzekającego na swoje zapracowanie.

Banalne?

Ktoś zapyta, o czym właściwie opowiadam i po co. Garść banalnych historyjek, które wydarzyć się mogły zawsze i wszędzie. Żadna z nich nie jest dowodem zbrodni.

Pogarda i przemoc. Przywileje. Poczucie własnej wyjątkowości albo znamię wyjątkowości nadawane drugiemu. Odrębne prawa, które obowiązują tylko niektórych. Podział na kasty. Wewnętrzna lojalność ponad prawem i prawdą. Protekcjonalność z jednej i służalczość z drugiej strony. To wszystko może mieć twarze okrutne i jednoznaczne, wtedy łatwo je zdemaskować i odrzucić. Ale może mieć też twarze pluszowe, pogodne, niewinne, oswojone. Może mieć twarze, które nawet nie zdziwią, więc o oburzeniu tym bardziej nie ma mowy. I one właśnie są najgroźniejsze, jak grzech, który wkrada się w życie pod pozorem dobra, a potem nie sposób go wyplenić.

Pluszowe twarze klerykalizmu są zaprzeczeniem chrześcijaństwa. Każda z nich jest sprzeniewierzeniem się Ewangelii – jej przesłaniu o miłości Boga i bliźniego. Tyle tylko, że jeśli ich nie zauważymy w tych banalnych historiach, które dzieją się zawsze i wszędzie, jeśli nie zaczniemy działać wbrew nim, wówczas klerykalizmu nigdy pokonać nie zdołamy. A to dopiero pod nim bije serce Ewangelii.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.