Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Śpiewak: Ciągłe przywoływanie ofiar Holokaustu, aby zbić kapitał polityczny, to podłe dezawuowanie ich pamięci

Śpiewak: Ciągłe przywoływanie ofiar Holokaustu, aby zbić kapitał polityczny, to podłe dezawuowanie ich pamięci https://unsplash.com/photos/D878bmDEUmQ

Idea, że mienie bezspadkowe będzie trafiało do organizacji zagranicznych, jest czymś oburzającym. Jeśli amerykańscy czy izraelscy Żydzi uważają, że ich roszczenia nie zostały zaspokojone, to ich adresatami powinny być rządy w Wiedniu lub Berlinie, a nie państwo polskie, które poniosło w tym czasie niewyobrażalne straty. Ostra reakcja Izraela na uchwalone w Polsce prawo, a zwłaszcza wypowiedź ministra spraw zagranicznych Yaira Lapida, jest dla mnie całkowicie niezrozumiała. Myślę, że on to robi na użytek wewnętrznej polityki krajowej, budując sobie w ten sposób kapitał polityczny. Z działaczem społecznym, Janem Śpiewakiem, rozmawia Marcin Bogacz.

Polski Sejm przyjął zmiany w Kodeksie postępowania administracyjnego ws. reprywatyzacji. Najostrzej na polskie prawo reagują dyplomaci izraelscy. Dlaczego zarzucają polskim władzom antysemityzm, negowanie Holokaustu i prowokacje? Czy te oskarżenia mają podstawy?

Reakcja Izraela, a zwłaszcza ministra spraw zagranicznych, Yaira Lapida, jest dla mnie niezrozumiała. Myślę, że on to robi po prostu na użytek wewnętrznej polityki krajowej, budując sobie w ten sposób kapitał polityczny. Mam nadzieję, że zarówno rząd izraelski, jak i Lapid wycofają się z ich haniebnych słów.

Sam jestem polskim Żydem i członkiem Gminy Żydowskiej w Warszawie. Większość mojej rodziny zginęła w Holokauście, część wyemigrowała przed wojną do Izraela, mój dziadek ukrywał się w lesie pod Białymstokiem, a moja babcia przeżyła, ponieważ została zesłana przez Stalina do Azji Centralnej. Dla mnie ciągłe przywoływanie ofiar Holokaustu, aby zbić kapitał polityczny, to podłe dezawuowanie pamięci ofiar. Gdy polityka międzynarodowa jest całkowicie podporządkowana wewnętrznemu sporowi politycznemu, to wówczas skutki są zawsze wyjątkowo negatywne.

Czy Żydzi zyskali na reprywatyzacji w Polsce?

Prawo wprowadzone w Polsce ma charakter niedyskryminacyjny. Obywatele Izraela byli traktowani tak samo jak wszyscy inni obywatele i bardzo często skutecznie udawało im się egzekwować swoje prawa. Warto zaznaczyć, że mnóstwo spadkobierców polskich Żydów, którzy posiadali swoją własność w Warszawie, otrzymało gigantyczne odszkodowania pieniężne lub te nieruchomości w naturze. W sprawie, w której zostałem uczyniony w Polsce przestępcą – czyli Joteyki 13, – połowa tej kamienicy trafiła w ręce Izraelczyków. W innej słynnej historii na ul. Poznańskiej 14 ogromna kamienica trafiła finalnie w ręce… amerykańskiego Żyda. Traktowani oni byli na tych samych zasadach co obywatele Polski i mogli partycypować w prywatyzacyjnej bonanzie nad Wisłą.

Prawdziwej bonanzie – przez ostatnie 30 lat Polska wydała 4,5 tys. nieruchomości w Warszawie i wypłaciła przynajmniej kilkanaście miliardów zł odszkodowań za reprywatyzację w samej tylko stolicy. Ponadto odszkodowania wynosiły 100% obecnej wartości nieruchomości –  dostawali albo 100 procent obecnej wartości tych nieruchomości, albo nawet odbudowane z wojennych gruzów za publiczne pieniądze kamienice.

Choć trzeba przyznać, że spadkobiercy zapewne też padali ofiarą działalności grup przestępczych i bywali zmuszani do współpracy z nimi. Oczywiście pozostaje też pytanie, czy po 32 latach jest sens oporu wobec tej ustawy? Ile tych nieruchomości realnie pozostało jeszcze do zwrócenia?

Przejdźmy do szczegółów. Co nowe przepisy dokładnie zakładają? Czy mógłby Pan wyjaśnić kontekst tych zmian i ocenić, czy są one potrzebne?

Wszystko zaczęło się w maju 2015 r., kiedy to Trybunał Konstytucyjny orzekł, że dotychczasowa praktyka sądów administracyjnych w zakresie unieważnienia decyzji administracyjnych jest niekonstytucyjna, bowiem łamie konstytucyjną zasadę pewności wobec prawa i narusza prawa nabyte polskich obywateli.

Mowa tutaj o art. 156. par. 2 kodeksu postępowania administracyjnego, który został stworzony, aby w sytuacjach nadzwyczajnych obywatel miał szansę unieważnić decyzję, która narusza jego interesy. Jednak nikt się chyba nie spodziewał, że polskie sądy będą wykorzystywać ten artykuł, aby unieważniać (czyli całkowicie eliminować z obrotu prawnego) decyzje nacjonalizacyjne z lat 40. czy 50. XX w. wydane na podstawie trzech dekretów: dekretu o reformie rolnej, dekretu o nacjonalizacji przemysłu i dekretu Bieruta.

Oczywiście można dyskutować o ich sensowności, ale były one wydane z myślą o dostosowaniu prawa do specyfiki tamtych czasów. A więc przede wszystkim w celu odbudowy Warszawy z ruin, uspołecznienia gospodarki i podniesienia warunków życia chłopów żyjących w II RP w nędzy. Sądy administracyjne począwszy od końca lat 90. zaczęły stosować ten przepis w celu dokonywania zwrotów nieruchomości. Urząd miasta, w tym wypadku warszawski, albo odpowiedzialne ministerstwo wydawało nową decyzję administracyjną w oparciu o te same dekrety co z drugiej połowy lat 40 XX wieku.

Czyli obecnie nie ma żadnego innego prawa regulującego te kwestie?

W Polsce nie ma żadnego generalnego prawa, które rozwiązuje kwestię reprywatyzacji. Do tej pory odbywała się ona na dwa sposoby. Pierwszym, było właśnie unieważnienie starych decyzji i wydawanie nowych, tak jakbyśmy udawali, że znowu jest 1945 r., nie było PRL-u, nie było transformacji, nigdy nie odbudowywano tych budynków i nie rozdawano ziemi rolnikom. Potem wydawano decyzje reprywatyzacyjne, chociaż wszystko się zmieniło, nastał XXI wiek, a na tych terenach zdążyły powstać szkoły, nowe budynki mieszkalne itd.

Druga droga polegała na przeprowadzaniu postępowań spadkowych tam, gdzie nie było powojennej nacjonalizacji – właściwie nie wiadomo, czy można nazwać ten proces reprywatyzacją. W Krakowie, Łodzi, Lublinie, a także w mniejszych miastach Polski nie doszło do przerwania własności. Jeśli ktoś był w księdze wieczystej w 1939 r. to on lub jego spadkobierca może zgłosić się po nieruchomość, przeprowadzając zwykłe postępowanie spadkowe. Tego nowa ustawa nie zmienia – cały czas będzie można się ubiegać o swój spadek tą drogą.

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2015 r. dotyczy tylko pierwszego przypadku. Mówi on, że taka praktyka sądów administracyjnych jest niedopuszczalna i nielegalna. Zresztą rola sądów administracyjnych w tej sprawie w debacie publicznej jest moim zdaniem niewystarczająco uwypuklana. Tworząc te absurdalne zasady i możliwości unieważnienia decyzji, które były wykorzystywane przez ponad pół wieku, przyczyniły się one do wielu skandalicznych działań.

Jednym z ważniejszych aspektów sprawy jest fakt, że nieruchomości podlegające reprywatyzacji bardzo często nie trafiały bezpośrednio do właścicieli albo ich spadkobierców.

Dokładnie. Sprawy toczą się drogą indywidualną przez sądy. Jeśli mówimy o Warszawie, to wygląda to w skrócie tak: najpierw unieważnia się decyzję o nacjonalizacji z lat 40. XX w. i występuje o nową na podstawie dekretu Bieruta. Za każdym razem są podejmowane indywidualnie przez urzędników, a więc uznaniowość jest gigantyczna, co tworzy pole do przekrętów i łapówkarstwa. Przykładowo, jedna decyzja w Warszawie o reprywatyzacji nieruchomości potrafiła być warta 20-40 milionów zł. Tak wysokie kwoty sprzyjają rozprzestrzenianiu się korupcji i powstawaniu zorganizowanych grup przestępczych.

Przede wszystkim jednak te praktyki naruszały prawa nabyte lokatorów. Mówimy tu głównie o ludziach, którzy wchodzili w stosunek najmu z miastem stołecznym Warszawa. Podpisywali długoterminowe umowy, które służyły przede wszystkim celom mieszkaniowym, a ceny czynszów w nie wpisane były kontrolowane. Budynki były znacjonalizowane dekady temu (np. w 1948 r.) i ludzie mieszkali w nich od wielu lat, a więc czuli się w nich pewnie i bezpiecznie. I nagle przychodził nieznajomy, twierdząc, że to teraz on jest właścicielem budynku. Umowy najmu były następnie zrywane, a lokatorzy wyrzucani z mieszkań. Szacujemy, że około kilkudziesięciu tysięcy osób w Warszawie w ten sposób pozbawiono mieszkania.

Szeroko wykorzystywany był więc fakt, że roszczenia do nieruchomości można bez przeszkód nabyć na wolnym rynku?

Tak, nie było w tej sprawie żadnego ograniczenia. Prawdziwym spadkobiercom bardzo często blokowano możliwość reprywatyzacji. Ich jedyną opcją była sprzedaż tych roszczeń podmiotom trzecim i wtedy – nagle! – ta reprywatyzacji okazywała się możliwa. Jeśli nie było jasnych zasad i regulacji dotyczących tych zwrotów, to urzędnicy mogli zawsze wymyśleć jakiś powód, zgodnie z którym nie zwrócili nieruchomości albo przedłużali tę sprawę w nieskończoność.

Za przykład takiej sytuacji może być Pałac Błękitny na placu Bankowym (w samym centrum Warszawy) należący przed wojną do rodziny Zamoyskich, którzy przez lata bezskutecznie próbowali go odzyskać. W końcu sprzedali roszczenia i nowy właściciel odzyskał ten pałac warty dziesiątki milionów zł w pół roku. To nie odosobniony przypadek – podobnych było wiele w samej Warszawie.

Kolejnym z narzędzi mafii reprywatyzacyjnej było fabrykowania testamentów czy podszywania się pod spadkobierców. Dużo łatwiej było ukraść majątek pożydowski niż nieruchomości, którym interesowali się spadkobiercy mieszkający na miejscu. Jeśli Żydzi w Polsce zostali w 90% wymordowali przez nazistowskie Niemcy, to ich potomkowie często nie wiedzieli o spadkach lub nie przeżyli wojny i wtedy majątek był nacjonalizowany. Gang łowców kamienic, który działał w Krakowie, po prostu fabrykował tożsamości – jego członkowie podawali się za wnuków tych Żydów, którzy byli właścicielami nieruchomości przed wojną. Płacono łapówki w sądzie wieczystoksięgowym i przekupywano sędziego w sprawie postępowań spadkowych. Łapówki były bardzo niskie według świadka koronnego, który ujawnił całą sprawę – jedynie 5 tys. zł od kamienicy. Tak przynajmniej kilkaset nieruchomości (głównie żydowskich) w Krakowie zostało ukradzionych. Odpowiedzialny za to gangster został prawomocnie skazany jedynie na wyrok w zawieszeniu i wyszedł niemalże od razu z więzienia, a potem rozpłynął się w powietrzu.

Sejm RP wprowadzając tę ustawę wykonuje wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2015 r., któremu przewodniczył wtedy Andrzej Rzepliński. Żaden z parlamentarzystów nie głosował przeciwko temu prawu, a wyrok TK popiera od samego początku również nieprzychylny obecnie rządzącym Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar. Czy ta sprawa jest więc wyłączona z polskich sporów politycznych?

Wydaje mi się, że tak. To jest rzadki przykład, gdzie jest faktycznie porozumienie ponad podziałami. Chociaż pierwsza reakcja polityków Platform Obywatelskiej i wspierającego ją obozu liberalnego była utrzymana w logice sekciarskiego sporu PO-PiS. Silnie uderzano w rząd po części zasłużenie, bo można krytykować władzę za to, że nie przygotowała się dyplomatycznie do wprowadzania tej ustawy. Na początku nie było większego wysiłku ze strony naszych służb dyplomatycznych, żeby wyjaśnić zagranicznym partnerom, o co chodzi w tej nowelizacji. Ale myślę, że po tym pierwszym uderzeniu, które było niemalże jak odruch Pawłowa, przyszło opamiętanie i nie widać już głosów krytyki co do samej ustawy.

Dlaczego w Polsce przez tyle lat nie udało się wprowadzić w życie ustawy reprywatyzacyjnej?

Taka ustawa została przyjęta w 2000 r. przez rząd AWS i Unię Wolności. Zawetował ją jednak prezydent Aleksander Kwaśniewski. Właściwie to była ona bardzo hojna dla przedwojennych spadkobierców. Zgodnie z nią można było odzyskiwać nieruchomości, a odszkodowania wynosiły do ok. 50% ich obecnej wartości. Czytając o tym, natknąłem się na słowa prezydenta Kwaśniewskiego, który mówił wtedy, żeby takie sprawy załatwiać przez sądy… No i załatwiano… Ostatecznie jesteśmy jedynym krajem byłego bloku wschodniego, który takiej ustawy reprywatyzacyjnej nie przyjął.

Nie jest to przypadek. Można tę reprywatyzację uznać za formę uwłaszczenia się nomenklatury politycznej związanej zarówno z PRL, jak i z nowymi elitami postsolidarnościowymi. Bardzo ważną rolę odgrywał tutaj chaotyczny okres transformacji ustrojowej, która była niesprawiedliwa i tworzyła okazję do nieuczciwego zarobku dla członków elit politycznych i powiązanych z nimi biznesmenów. To naprawdę było „państwo z kartonu”.

Czy opinia międzynarodowa jest świadoma polskiego problemu z reprywatyzacją nieruchomości? Próbował Pan nagłaśniać jej skutki. Jakie były tego efekty?

Po ogłoszeniu tzw. JUST Act 447 przez Kongres amerykański razem z organizacjami lokatorskimi zorganizowaliśmy konferencję prasową w polskim parlamencie, zapraszając amerykańskich senatorów, żeby przyjechali i na własne oczy zobaczyli skutki reprywatyzacji w Warszawie. Niestety nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Sam mówiłem przedstawicielom ambasady amerykańskiej o działaniach mafii reprywatyzacyjnej i rozkradaniu majątków, co również nie doczekało się odpowiedzi.

Świadomość tego co się wydarzyło w Polsce po 1989 r. jest za granicą niewielka. Problem tkwi w tym, że to nasze elity polityczne w dużej mierze stworzyły ten problem. To w końcu nie Amerykanie kazali nam oddawać mafii kamienice. I dzisiaj nasza dyplomacja powinna jeszcze mocniej nagłaśniać te sprawy i wyjaśniać, jak naprawdę wygląda sytuacja. Oczywiście to jest trochę wstydliwa sytuacja – zapraszać osoby z zagranicy, żeby pokazywać jak polskie państwo przez lata nie poradziło sobie z tym problemem. Ale może tak po prostu trzeba…

Czy istnieje związek między omawianą ustawą antyreprywatyzacyjną a głośnym Just Act 447 przyjętym przez kongres USA?

W oświadczeniu ambasady Izraelskiej obie te kwestie zostały pomieszane, podczas gdy jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Idea, że mienie bezspadkowe będzie trafiało do organizacji zagranicznych jest czymś oburzającym. Jeśli amerykańscy czy izraelscy Żydzi uważają, że ich roszczenia nie zostały zaspokojone, to ich adresatami powinny być rządy w Wiedniu lub Berlinie, a nie państwo polskie, które poniosło w tym czasie niewyobrażalne straty. Co ciekawe, np. Austriakom udało się w jakiś sposób uniknąć tematu roszczeń, o których w tym kontekście niemal w ogóle się nie mówi.

Od prawie stu lat istnieją w Polsce przepisy regulujące kwestie mienia bezspadkowego. Problem jest w tym, że bardzo często nie przeprowadzano tych postępowań w imieniu skarbu państwa. Niejednokrotnie zdarzało się, że nieruchomości, które powinny trafiać na podstawie tych przepisów do skarbu państwa, trafiały w prywatne ręce. Jest to wina także państwa polskiego i samorządów, które przez te 30 lat nie przeprowadzało tych postępowań i nie dokonywało odpowiednich wpisów do ksiąg wieczystych.

Anglojęzyczna wersja materiału do przeczytania tutaj. Wejdź, przeczytaj i wyślij swoim znajomym z innych krajów!

Artykuł (z wyłączeniem grafik) jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zezwala się na dowolne wykorzystanie artykułu, pod warunkiem zachowania informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie „Dyplomacja publiczna 2021”. Prosimy o podanie linku do naszej strony.

Zadanie publiczne finansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie „Dyplomacja publiczna 2021”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.