Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Tusk wraca, Trzaskowski dezerteruje, PiS zaciera ręce

przeczytanie zajmie 8 min
Tusk wraca, Trzaskowski dezerteruje, PiS zaciera ręce Źródło: Piotr Drabik - flickr.com

Po sześciu latach rządów Zjednoczonej Prawicy największa partia opozycyjna wygląda jak nieudanie zrestrukturyzowane przedsiębiorstwo, nad którym unosi się duch emerytowanego prezesa, kurczowo trzymająca się status quo. To nie nowoczesna firma mogąca bić się o nowe rynki. Jednak czym innym jest uczucie melancholii, a czym innym realna możliwość powrotu do przeszłości. Dlatego chociaż wielu w Platformie i jej elektoracie wielu wzdycha za Donaldem Tuskiem, to zamiast zbawcą może okazać się grabarzem partyjnego duopolu.

Wydawać by się mogło, że po 6 latach rządów prawicy trudno będzie zepsuć komfortową sytuację największej partii opozycyjnej, której w teorii wystarczyłoby tylko czekać na zużycie się rządów Zjednoczonej Prawicy. W cieniu dyskusji o stanie koalicji rządzącej obserwowaliśmy jednak nieustanny rozkład Platformy Obywatelskiej.

Na sobotniej konwencji partii Borys Budka mówił, że ustępuje Tuskowi w imię interesu Polski, bo tylko były premier może pokonać Kaczyńskiego. Jednak gdyby Tusk wypychaniem kolejnych silnych osobowości nie uczynił z Platformy partii, której tylko on może przewodzić z sukcesami, a która domaga się jego powrotu 7 lat po jego odejściu, to Borys Budka nigdy nie zostałby jej szefem.

Z tej perspektywy zadaniem polityków Platformy nie była nigdy wygrana z PiS-em, która radykalnie utrudniałaby powrót Tuska, ale jedynie takie przehibernowanie, aby w odpowiednim momencie były szef mógł znów zasiąść za sterami ugrupowania. Bez wyborów, bez większego oporu partyjnego aktywu, bez warunków. W sposób, którego nie powstydziłby się sam Kaczyński.

Trzaskowski przespał szansę

Popularne powiedzenie „kiedy kot śpi, myszy harcują” odnosi się w polskiej polityce zarówno do Kaczyńskiego, jak i Tuska. Tego pierwszego tyczyły się wtedy, kiedy schowany na Nowogrodzkiej pozwalał rozszaleć się PiS-owskim skrzydłom w resortach czy obecnie, gdy bije się w piersi za „zaniedbanie partii” ze względu na obowiązki rządowe. Tego drugiego zaś nieustannie od czasów transferu do Brukseli, kiedy polska opozycja stała się pełna myszy wzbijających na moment polityczny kurz, a nie pełnoprawnych liderów, którzy mogli wspiąć się na poziom prawdziwych drapieżników – Millera, Tuska czy Kaczyńskiego.

Opozycyjna opinia publiczna bardziej kreowała nowych liderów, ścieląc przed nimi czerwony dywan i wręczając kolejne berła pierwszeństwa, niż odpowiadając na polityczną rzeczywistość. Liderów szukano na ulicy wieszcząc oddolne rewolucje – jak w przypadku Mateusza Kijowskiego czy Marty Lempart. Szukano w szeregach Platformy – w Radosławie Sikorskim, Borysie Budce czy Rafale Trzaskowskim. Wreszcie szukano w nowych formacjach czy projektach – jak w przypadku Roberta Biedronia czy Szymona Hołowni. Ten ostatni nie miał szansy się sprawdzić, stając się jednym z głównych motorów kryzysu Platformy i powrotu Tuska.

Najpoważniejszym hamulcowym planu powrotu Tuska mógł stać się Rafał Trzaskowski, cieszący się w przeciwieństwie do byłego szefa partii wysokim społecznym zaufaniem i dzierżący kapitał 10 mln głosów oddanych na niego w ostatnich wyborach prezydenckich.

Jego sprzeciw wyrażony został jednak zaledwie poprzez milczenie na sobotniej konwencji, kiedy nie wystąpił jak Budka z laudacją na cześć byłego przewodniczącego. Tym samym po zmarnowaniu energii wyborów 2020 roku, kiedy przez rok zwlekał z założeniem swojego ruchu, także tym razem wykazał się polityczną biernością, potwierdzając zarazem swoją pozycję pierwszorzędnego polityka drugorzędnego.

Znamy już chyba odpowiedź na pytanie, czy odcinający się od Tuska w kampanii wyborczej Trzaskowski, w którym wielu widziało potencjał na polityka formatu byłego przewodniczącego Rady Europejskiej, dokona skutecznego politycznego ojcobójstwa. Po sobotniej konwencji wiemy już, że zamiast stać się prawdziwym politycznym liderem i tchnąć w liberalną opozycję nowe życie, zamiast skazywać ją na zredukowanie do monofunkcji antypisu, wybrał oczekiwanie.

Propaganda zaprocentuje

Sobotnie wystąpienie Donalda Tuska było wydarzeniem fascynującym. Wyrwane niczym z 2007 roku, przeplatane raz oskarżeniami koalicji rządzącej o niemal metafizyczne zło, raz sprowadzające ją do groteski, żartu, karykatury. Tusk uwodził jak za najlepszych lat. Raz to przerażając i mobilizując „PiS to zło i nie ma żadnego ale”, raz to odprężając i ośmieszając: „stawiają wszystko na głowie, Czarnek – edukacja, Ziobro – sprawiedliwość, Sasin – zarządzanie”.

Sala to zapadała się w fotel, to zanosiła śmiechem, razem z upokorzonym przed chwilą Borysem Budką. Polaryzacja w przemówieniu wróciła ze swadą, siłą i polotem. Każdy komentujący, który głośno zastanawiał się, czy wybitne retoryczne umiejętności Tuska wystarczą, spotykał się z natychmiastowym oskarżeniem o zdradę opozycyjnych ideałów.

Jednak czy słusznie? Wielu komentatorów utożsamia dobro Platformy z dobrem ogółu. Jeżeli jednak zdefiniujemy to dobro chociaż jako odsunięcie PiS od władzy, a nie powrót Platformy do roli hegemona wśród konkurentów Kaczyńskiego, to nadzieje mogą okazać się płonne.

PiS przez 6 lat rządów czekało na powrót Tuska, będąc pewnym, że on nastąpi. Nieustannie o nim przypominano obstawiając scenariusz, że znów będzie chciał odegrać rolę w polskiej polityce. Propaganda zapętlała do znudzenia jego wystąpienia w Brukseli, wypowiedzi po niemiecku, wszystkie opinie o wydarzeniach w Polsce. Rzucano w niego wszystkim, co tylko mogło się do niego przykleić.

Jednym słowem PiS robiło to, co Tusk w sobotę – przypominał o złu, które w każdej chwili może powrócić do polskiej rzeczywistości i z którym trzeba będzie walczyć. Teraz zaciera ręce, bo sześcioletnia kampania nabiera sensu. Nie trzeba wiele robić, bo rozprężony elektorat ściśnięty w polaryzacyjnym uścisku znów powróci do PiS-u przerażony ewentualnym powrotem liberałów do władzy.

Polityka i Polacy zmienili się bardziej niż Tusk

Powrotowi Tuska nie powinna przyklasnąć ani ani Lewica, ani Hołownia, ani PSL. Wszyscy oni próbowali uciekać spod polaryzacyjnego młota, który właśnie uderzy z nową mocą. Czy zmiażdży ich ponownie windując PiS i PO i dystansując wszystkich pozostałych? Nie wszystko jednak na to wskazuje.

Po sześciu latach rządów Zjednoczonej Prawicy największa partia opozycyjna wygląda jak nieudanie zrestrukturyzowane przedsiębiorstwo, nad którym unosi się duch emerytowanego prezesa, kurczowo trzymająca się status quo. To nie nowoczesna firma mogąca bić się o nowe rynki.

Jednak czym innym jest uczucie melancholii, a czym innym realna możliwość powrotu do przeszłości. Dlatego chociaż wielu w Platformie i jej elektoracie wielu wzdycha za Donaldem Tuskiem, to zamiast zbawcą może okazać się grabarzem partyjnego duopolu.

Młoda Lewica postrzega Tuska jako boomera, który wodził ją za nos przez niemal dekadę i niekoniecznie da złapać się na jego ostre słowa o Kościele. Elektorat Hołowni to według badań osoby, które zaktywizowały się po raz pierwszy od lat i nie odnajdywały w sporze PO-PiS. Zapewne i w samej Platformie jest grupa osób, która powrotowi Tuska nie jest przychylna, a przyszłość tej partii widziała w pokoleniu 40-latków.

Polacy mają dziś większe oczekiwania wobec polityki redystrybucyjnej, a triki z odwołaniem się do zachodnich autorytetów działają słabiej niż jeszcze dekadę temu. Wreszcie zmienił się samo PiS. Nie tylko wykonano ogromną pracę obrzydzania Tuska, ale na swoim froncie nadal ma polityka, który cieszy się sporym społecznym zaufaniem i który stanowić będzie polityczny bufor między Kaczyńskim a Tuskiem – premiera Morawieckiego.

Wbrew pozorom Polacy i polska polityka naprawdę zmieniła się mocno. Pytanie, czy wystarczająco zmienił się też Donald Tusk. Potrafił to w przeszłości, ale powroty „starego” rzadko kończą się sukcesem. Czy Tusk znowu okaże się politykiem innego formatu, który osiąga dotąd niedostępne? Przekonamy się najpóźniej za dwa lata. Na razie wygląda na to, że sam stary-nowy lider zmienił się dużo mniej, niż świat wokół niego.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.