Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Powrót Tuska. Czasy idą niebezpieczne, a nas czeka kolejne mordobicie za garażami

Powrót Tuska. Czasy idą niebezpieczne, a nas czeka kolejne mordobicie za garażami Źródło: EU2017EE Estonian Presidency - flickr.com

Dlaczego wraca? Czy może mu się udać? Na dwa najważniejsze pytania związane z powrotem Donalda Tuska można udzielić jednej, łączącej je odpowiedzi. Tusk wraca, bo wierzy, że udać może mu się właśnie teraz. W pierwszej kolejności nie ze względu na wewnętrzną dynamikę polityczną, ale raczej na nastroje poza Polską. Tusk wraca, bo lepiej niż inni politycy rozumie polityczną dekoniunkturę, w której znalazł się rząd PiS, ale pośrednio my wszyscy.

Po złej stronie historii

Można znęcać się nad tuskowym populizmem. Swoim politycznym come-backiem pokazał, że mimo politycznych objawień ostatnich lat nikt – ani estradowy wyjadacz Paweł Kukiz, ani telewizyjny celebryta Szymon Hołownia – nie dorównuje mu w sztuce uprawniania polityki przez odgrywanie post-politycznych spektakli. Sobotnie wystąpienie Tuska sytuowało się gdzieś między wykładem motywacyjnym internetowego coacha a, co sam zresztą próbował zarzucić konkurentem, kabaretowym stand-upem. Niedzielna konferencja prasowa – trwająca ponad półtorej godziny i zakończona, rzecz jasna, konfrontacją z dziennikarzem TVP Info – potwierdziła, że jego medialne talenty nie są pieśnią przeszłości.

Okazji do analiz wpływu powrotu Tuska na dynamikę nastrojów społecznych i polityczne poparcie będzie w najbliższym czasie aż za wiele. Dziś ważniejsze wydaje się co innego. Cytując idealnie pasujące, choć tyczące się zupełnie innej kwestii, słowa Jarosława Kaczyńskiego z sobotniego Kongresu PiS: „Musimy wyciągać wnioski z doświadczeń, musimy uwzględniać różnego rodzaju konteksty, czyli timing”. Patrząc na owe doświadczenia, konteksty i ów timing – w powrocie Tuska trudno nie widzieć klamry.

Tusk wyjeżdżał z Polski po aferze taśmowej, którą sam definiował jako „pisaną cyrylicą”. Dziś wraca, gdy zaczyna się – można sądzić, że moment kulminacyjny daleko przed nami – kolejna „pisana cyrylicą” afera związana z atakami na mailowe konta polityków.

Tusk wyjeżdżał, gdy w 2014 r. na Zachodzie zaczynał się kryzys dotychczasowych elit symbolizowany później w wymiarze personalnym prezydenturą Trumpa, a w wymiarze instytucjonalnym – Brexitem. Dziś wraca, gdy stare elity z amerykańską administracją na czele próbują odreagować upokorzenia ery Trumpa. Odreagować je również na Polsce.

Tusk wyjeżdżał, gdy świat Zachodu, po zajęciu Krymu i wojnie w Donbasie, porzucał na jakiś czas naiwny stosunek wobec Rosji, niejako legitymizując krajową retorykę PiS. Dziś wraca, gdy Zachód znów zaczyna cieplej spoglądać na Rosję, choć ostatnie lata przynosiły kolejne dobitne dowody, że co do bandyckiego charakteru tego państwa nie można mieć żadnych złudzeń. Nie oglądając się na to, nasi europejscy sojusznicy chcą ponownie zaprosić Putina do stolika.

Nawet gdy będziemy abstrahowali od największych geopolitycznych przetasowań i zaostrzającej się rywalizacji amerykańsko-chińskiej, to widać gołym okiem, jak atmosfera międzynarodowa wokół Polski gęstnieje. Obserwujemy kolejne, dotąd głównie symboliczne, afronty Amerykanów wobec Polski. Ostatnio doszły do tego skandaliczne próby zewnętrznej ingerencji w ponadpartyjną decyzję Sejmu ws. reprywatyzacji i obrzydliwe słowa nowych włodarzy Izraela.

Last but not least, coraz wyraźniej widać, że na całym świecie głównym orężem rywalizacji „lokalistów” i „globalistów” stają się tzw. kwestie światopoglądowe. Proces ten, przysłaniany nam przez krajową polaryzację, radykalnie przyspiesza i daje przewagę „globalistom”. Przewagę te zyskują przez kulturę, korporacyjny kapitalizm, wreszcie głębsze procesy rozpadu więzi będące raczej podglebiem, a nie – jak chcieliby stojący po prawej stronie kulturowego frontu – efektem moralnego permisywizmu. Kto nie wierzy, niech zerknie w globalną historię wyszukiwania hasła „LGBT” i zobaczy, jak wiele się zmieniło od czasu przejęcia władzy w Polsce przez prawicę.

Można zaklinać rzeczywistość twierdząc, że to polskie homofobiczne władze wywołują światopoglądowe awantury, ale prosta konfrontacja z faktami temu przeczy. Jesteśmy – nie jako naród, który oddał władzę Kaczyńskiemu, ale po prostu jako Polacy – „po złej stronie historii”, by posłużyć się frazą przedstawicielki „ultrakonserwatywnej” administracji Donalda Trumpa.

Do tego wszystkiego dochodzi pandemia, która w dłuższej perspektywie nie wzmocni ani podmiotowości zwykłych ludzi, ani międzynarodowej solidarności. Pesymistycznych prognoz można przytoczyć wiele, ale posłużmy się możliwie najmniej kontrowersyjnym przykładem – globalnych podatków.

Opowieść o likwidacji rajów podatkowych, zaprzestaniu równania w dół i sprawiedliwszym rozłożeniu korzyści fiskalnych brzmiała cokolwiek obiecująco. Wiele wskazuje – jak na naszych łamach pisał Łukasz Błoński, a szerzej analitycy Polskiego Instytutu Ekonomicznego omówili to w naprawdę godnym polecenia podcaście – że skończy się jak zawsze. Zyskają najsilniejsi.

Jeśli pandemia coś zmieniła, to tyle, że pod solidarystyczną retoryką dobrze skrywane będą jeszcze silniejsze narodowe egozimy.

Przerwany sen o podmiotowości

Siedem lat temu intuicja co do timingu Tuska nie zawiodła. Opuścił krajową politykę przed serią porażek swojego obozu, wyczuwając wiatr zmian i słabości własnego zaplecza. Dobrze odczytał globalne trendy. Jeśli nie zawiedziecie go i dziś, to będzie to tryumf o wiele donioślejszy, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. To będzie nie tylko zwycięstwo jednego populisty nad drugim i zwieńczenie trwającej od dekad rywalizacji. To będzie tryumf w fundamentalnym sporze o to, czy III RP mogła w ogóle kiedykolwiek stać się państwem, którego chciałby Kaczyński.

Swoją polityczną filozofię prezes PiS przypomniał w sobotę. Prymat woli ludu, który wyraża się niekwestionowaną pierwszorzędnością konstytucji nad aktami międzynarodowymi i decyzjami innych instytucji. Intelektualna, medialna i gospodarcza niezależność od obcych wpływów. Wreszcie, wykorzystanie wyjątkowej – Kaczyński używał odnośnie do polskiego ładu retoryki „największej szansy 1000 lat historii” – okazji do nadgonienia cywilizacyjnych zapóźnień względem zachodniej Europy. Zdolność do przeprowadzenia modernizacji na własnych warunkach.

To marzenie Kaczyńskiego można nazwać właśnie snem o podmiotowości. Wiele wskazuje na to, że ów sen przerywa nie Tusk, ale odgłosy z zewnątrz. Sen okazuje się snem właśnie, niczym ponadto. Budzimy się w rzeczywistości, która jako żywo przypomina koszmar. Koszmar podległości, w którym ostatecznie decyzje i polityka polskich władz wielkiego znaczenia nie mają.

Oczywiście, uczciwie patrząc pewnie decyzje i polityka polskich władz częściej w ostatnich latach szkodziły, niż pomagały. Pewnie można było roztropniej: z sądami, z Żydami, z kobietami, z gejami. Ale ostatecznie to rzecz drugorzędna. Na pochyłe drzewo każda koza skacze. Jeśli chce się uderzyć psa, to kij się zawsze znajdzie.

Największą polityczną zbrodnią Kaczyńskiego nie są błędne decyzje. Największą zbrodnią Kaczyńskiego jest fakt, że narysował swoim zwolennikom wygórowane państwowe aspiracje, których kraj taki, jak III RP – półperyferyjny i wciąż za słaby intelektualnie, gospodarczo i kulturowo – spełnić nie jest w stanie. Przekonywał się przecież o tym wielokrotnie przez minione sześć lat.

Przykładów nie brakuje. Wycofywanie się rakiem a to z planów podatkowych, a to z ustawy o IPN, a to z regulacji dotyczących sądownictwa… Wreszcie nawet symboliczna, spektakularna porażka w tak małostkowej sprawie jak przedłużenie Tuskowi kadencji w Radzie Europejskiej. Trudno budować zdolność do zwyciężania w potyczkach kluczowych, gdy notorycznie wywołuje się nowe – często drugorzędne, głupie i z góry przegrane.

Jeśli timing Tuska okaże się trafiony, to zwycięży jego pragmatyzm, realizm, anty-romantyzm. Pod prozachodnimi aspiracjami i ksero-modernizacją skrywa przecież pogodzenie się z polskim losem i polską pozycją. Zwycięży jego stosowana tak na krajowym podwórku w wymiarze osobistym, jak i w globalnej polityce w wymiarze państwowym, taktyka, by nie uczestniczyć w przegranych bitwach.

„Jest jakiś tragiczny rozziew w polskości – między wyobrażeniem a spełnieniem, planem a realizacją. Jest ona etosem pechowców, etosem przegranych i zarazem niepogodzonych ze swą przegraną” – pisał wszak w swoim wybitnym przecież, gorzkim i niesłusznie sprowadzanym do frazy o „nienormalności”, eseju z 1987 roku.

Manichejskie oszustwo

„Najbardziej prorosyjska i proniemiecka jednocześnie jest rażąca słabość instytucjonalna polskiego państwa, które ugina się pod ciężarem projektów większych niż dwukadencyjne. I na to, jak na razie, ani Kaczyński, ani Tusk nie znaleźli rady” – napisał na Twitterze Jakub Wiech. To jeden z celniejszych komentarzy do weekendowego spektaklu oskarżeń.

Może jednak marzenie o wyrwaniu się z determinizmu polaryzacji jest nadto naiwne. Być może nie ma co łudzić się kolejnym sennym rojeniem, jakim może okazać się wizja, w której twórczy spór elit prowadzi do urzeczywistnienia snu o podmiotowości. Tusk nie jest Dmowskim, a Kaczyński nie jest Piłsudskim, choć i ich przeciwstawne koncepcje obrodziły niepodległością przecież głównie z racji zewnętrznych okoliczności.

Ale jeśli tak, to wówczas ostateczny wybór między tuskowym „realizmem” a „romantyzmem” Kaczyńskiego, otwarte zestawienie aspiracji z realiami, jawna konfrontacja snu o podmiotowości z koszmarem podległości – mogłyby mieć swój cenny, terapeutyczny i wychowawczy dla wspólnoty politycznej wymiar.

Problem w tym, że ani Tusk wracając do przewodzenia Platformie, ani Kaczyński obejmujący swoją ostatnią kadencję prezesa PiS, konfrontować tych wizji nie chcą. Wolą kryć je pod peruką i kontuszem. Jeden karmi nas antypolityczną filozofią, drugi – równie niepolityczną mitologią. Obu łączy wszak ostatecznie – mimo wszelkich różnic, przeciwnych akcentów i zdobników pozorujących odmienne dyskursy – to samo manichejskie oszustwo.

Od szesnastu lat pod władzą Kaczyńskiego i Tuska Polski nie trzeba reformować, modernizować, „w milczeniu się zbroić”. Należy po prostu przegonić złych i dać rządzić dobrym. Nie o miejsce Polski w świecie tu chodzi, nie o różne drogi do polskiej podmiotowości i nie o różne odpowiedzi na wyzwania nowoczesności. Koniec końców obaj sprowadzają swoją polityczną receptę dla narodu do tego, by odsunąć od władzy „tych złych”, czyli tych drugich. A wtedy wszystko już będzie dobrze.

Ani to romantyczne, ani realistyczne. Zwyczajnie głupie i nieprawdziwe. Czasy idą niebezpieczne, a nas czeka kolejne mordobicie za garażami. Jedyne co większość z nas może zrobić, to nie dać się chociaż wkręcić w kibolski doping.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.