Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Instagram, fitness i onanizm, czyli jak dystrybuować narcyzm i samotność. Wokół filmu „Sweat”

przeczytanie zajmie 8 min
Instagram, fitness i onanizm, czyli jak dystrybuować narcyzm i samotność. Wokół filmu „Sweat” Screen ze zwiastuna filmu „Sweat”

Co łączy grubego, masturbującego się stalkera ze szczupłą i wypacykowaną influencerką fitness? Oboje są ofiarami Instagrama – platformy opartej o dystrybucję narcyzmu, która czyniąc stories z intymnego życia, w doskonały sposób ukrywa naszą samotność.

Jest 5:30. Do apartamentu położonego na modnym warszawskim osiedlu dobija się kurier roznoszący dietę pudełkową. Sylwia Zając, wchodząca gwiazdka fitnessowej influencery, otwiera drzwi, przeglądając jednocześnie komentarze, serduszka i lajeczki, które pojawiły się na jej koncie, gdy spała. Zabiera z wycieraczki śniadanie złożone  z jarmużu i rzodkiewek lub czegoś podobnego. Je na szybko w kuchni,  krzycząc jednocześnie przez telefon na producenta diety, ponieważ po raz kolejny odważył się zamknąć starannie wyliczone kalorie w obrzydliwe plastikowe pudełka. W końcu to grzech główny dla pro-ekologicznie nastawionych fanów. Plastik to zło, bo przynosi bolesny cios odlajkowania profilu.

Nieznośna lekkość protein i banana

Sylwia kończy rozmowę i nagrywa pierwszego porannego vloga. Słodko wita się z fanami, pokazując, jak zmiksować w blenderze banana z odżywką białkową. Mówi, że wszystkich kocha, a szczególnie firmę X dostarczającą jej „super mega zajebiste odżywki”, po czym jedzie na pokaz fitness do galerii handlowej, nagrywając po drodze kolejny filmik. Po morderczym treningu i infantylnym wiadrze miłości wylanym na piszczących fanów wraca do pustego modernistycznego wnętrza służącego jej za mieszkanie. Podczas spaceru z psem Dżeksonem zauważa, że ktoś ją obserwuje. Z okna zdezelowanej skody gapi się na nią gruby koleś po trzydziestce. Po chwili Sylwia spostrzega, że typ się onanizuje, nie mogąc odciągnąć od niej zrozpaczonego wzroku. To stalker, który śledzi każdego jej posta, a wieczorami parkuje samochód pod jej domem, oczekując z wytęsknieniem, aż wysportowana Sylwia wystawi choć kawałek sprężystej łydki zza drzwi klatki schodowej.

I to właściwie tyle, kolejny film jak z mema. Podobny do Hejtera Komasy, który miał być o małomiasteczkowych incelach szerzących nienawiść w necie, doprowadzając dzięki rozsiewanym fejkom do zbiorowej masakry.

Sweat uderza w te same tony. Bazuje na typowym wyobrażeniu na temat życia w świecie Instagrama. Posługuje się specyficznymi technikami tego medium – balansuje na granicy filtrów wyszczuplających, wbudowanej w ten świat infantylności i paradoksie pokazywania nawet najbardziej intymnych momentów swojego życia w taki sposób, aby te – choć starannie reżyserowane – sprawiały wrażenie spontanicznej ulotności. Niestety oprócz głównej postaci gra aktorska wypada raczej blado, a portrety psychologiczne bohaterów są nieznośnie powierzchowne.

Mamy Klaudiusza „giga-chada”, co by chciał tę Sylwię „wyruchać”, jak jej szczerze wyznaję, ale być może z powodu nadpotliwości i agresji, będących zapewne konsekwencjami przyjmowanych przez niego koksów, jego plany spełzają na niczym. Jest milcząca matka Sylwii mieszkająca w jakimś nieokreślonym Pułtusku czy innej Łomży, która nie jest w stanie zaakceptować kariery córki. Jakiś menadżer, co pali skręcanego papieroska w fancy klubokawiarni i załatwia Sylwii występ w Dzień dobry TVN. Nudno, nic się nie dzieje. Irytuje nachalne lokowanie produktu (reklamują się Fiat, 4F, wspomniane odżywki białkowe i TVN). Po 20 minutach kręcę się na fotelu, kilka osób obok chyba podobnie – wyciągają telefony i, o ironio, przeglądają swoje media społecznościowe, być może w poszukiwaniu swoich własnych „Sylwii”.

Narcyzm wciśnięty w różowe body

Jednak jeden wątek tego filmu zasługuje na docenienie. Szwedzki reżyser, Magnus von Horn, sugeruje, że w postawionym na głowie świecie Insta zarówno obserwujący, jak i obserwowani grają w tę samą grę, biorą więc na siebie jej reguły i konsekwencje. Do najważniejszych z nich należą narcyzm i jego lustrzane odbicie – samotność. To dwie choroby, które dotykają tak samo influencerkę i spoconego stalkera, chorobliwie łaknącego jej uwagi.

Karolina Lewestam kilka miesięcy temu na łamach „Pisma” opublikowała tekst łączący wszystkie te wątki – autoerotyzm, samotność, narcyzm i uzależnienie od mediów społecznościowych. Autorka, streszczając opowiadanie Kristena Roupeniana pt. Kociarz, które stało się hitem New York Timesa w 2017 r., pisze tak: „[…] Trudny był dla mnie inny fragment: gdy bohaterka, desperacko próbując podkręcić ampery swojego pożądania, zatrudnia do pomocy wyobraźnię i ogląda scenę z punktu widzenia kochanka. Wyobrażony przez nią Robert myśli: »Popatrzcie tylko na tę piękną dziewczynę. (…) Jest idealna, ma idealne ciało, wszystko w niej jest idealne, ma dopiero dwadzieścia lat, ma skórę bez skazy, tak strasznie jej pragnę, bardziej, niż kiedykolwiek pragnąłem jakiejkolwiek kobiety, pragnę jej tak bardzo, że gotów jestem umrzeć«. Natężenie prądu idzie w górę; obraz zachwyconego nią Roberta pozwala Margot wejść w układ fizyczny, który ją odrzuca. Mój cringe, w swojskiej transkrypcji krindż, brał się z tego, że rozpoznałam w tym fragmencie wstydliwy motyw przewodni kobiecego pożądania, a może ludzkiego życia: nasze oczy się nie liczą; liczą się oczy skierowane na nas; ba, nawet te oczy mają ograniczoną przydatność – najważniejsze są te, których spojrzenie sobie wyobrażamy. Żeby seks, żeby życie dało się przeżyć, musi być pełne nieprawdziwych luster”.

To właśnie te nieprawdziwe lustra napędzają w Sweat zarówno Sylwię, jak i jej stalkera. Dosłownie pozwalają im żyć. Ona: piękna, wysportowana, popularna, całymi dniami wdzięcząca się do zdjęć i kamery potrzebuje wypudrowanej nierzeczywistości, żeby odczuwać erzac prawdziwej satysfakcji z życia. On: brzydki, otyły, samotny, wywołujący odczucie obrzydzenia, potrzebuje jej nierzeczywistego piękna, aby móc marzyć o prawdziwej relacji z kobietą. Oboje żyją w letargu swoich własnych wyobrażeń, napędzając ruch na Insta – tej społecznej maszyny do dystrybuowania narcyzmu i nierzadko patologicznych niby-relacji.

Narcyzmu polegającego na umiłowaniu własnego wyobrażenia o sobie samym, albo w odruchu fascynacji własną potęgą, jak czyni to Sylwia, chwaląc się swoimi 600-tysiącami followorsów, albo w odruchu perwersyjnego użalania się nad własną niedolą i brzydotą, jak czyni to stalker, wgapiając się godzinami w swoje wyobrażenie o idealnej kobiecie.

Najsłodsze kłamstwo – być jak Ewa Chodakowska

Szkoda, że kontrast Sylwii i jej stalkera, a jednocześnie ich paradoksalne podobieństwa, nie zostały pociągnięte przez twórców. Wątek nadawał się na główną oś fabularną filmu. Aż prosiło się, żeby zdekonstruować mit cielesności mającej poddawać się w pełni naszym pragnieniom. Tak jak gdyby każdy, bez względu na swoje geny, naturalne predyspozycje i rodzaj wykonywanej pracy, mógł wyglądać jak Ewa Chodakowska czy inna Jola Żelazo. Wystarczy tylko, aby ten ktoś regularnie ćwiczył przed telewizorem i zajadał się jarmużem i rzodkiewkami. To kłamstewsko, przypominające kit wciskany Polakom w latach 90. przez „Telezakupy Mango” uchodzi filmowej Sylwii płazem. Wydaje się, że sam reżyser mówi: „Każdy może być Sylwią, jeśli tylko będzie intensywnie ćwiczył, a Insta fitness laski są spoko, bo motywują wszystkich do pracy”. Być może motywują i to nawet całe rzesze ludzi, ale jednocześnie sprzedają naiwną opowieść, że twoje ciało to projekt i możesz wyglądać, jak tylko chcesz (o ile zakupisz pakiet MÓJ premium i MOJĄ dietę za jedyne 69,99 złotych miesięcznie).

Trzeba oddać reżyserowi, że potrafił przynajmniej pokazać, że życie Insta lasek ubranych w różowe body, samo w sobie różowe nie jest. Sylwia pomimo tłumu obserwujących ją kont w Internecie jest samotna, zagubiona, łaknie prawdziwej akceptacji ze strony drugiego człowieka. Dlatego jest dokładnie taka jak jej cień, który obserwuje każdy jej krok. Jest też w pewnym sensie dumna z istnienia stalkera, choć jednocześnie przeraźliwie się go boi.

„Skoro stałam się czyjąś obsesją, to widocznie istnieje powód, dla którego ten obleśny typ uznaje mnie za bóstwo”, można wyczytać z jej ciekawskich oczu, które wypatrują z okna mieszkania zdezelowanej skody. Stalkera Sylwii  można także odczytać jako materializację jej lęków. Sylwia nie boi się swojego cienia, lecz tego, co  on reprezentuje – braku piękna i popularności, bez których influencerka nie mogłaby istnieć.

Mityczny narcyz, który wpatrywał się we własne lustrzane odbicie nie był zdolny do zawiązania żadnej rzeczywistej relacji. Był otępiony własnym wizerunkiem. Ćpał siebie, jak czynią to zarówno kochający swoje wyobrażenie gwiazdki Internetu, jak i nienawidzący swoich wizerunków stalkerzy. Patologiczne skupienie na sobie, podbijane Insta-kulturą, to jeden z powodów epidemii samotności, z którą się dziś mierzymy.

***

Nie chcę upatrywać w mediach społecznościowych siedliska szatana i stwierdzać utopijnie, że Facebook i Insta etc. są do zaorania i najlepiej  po prostu zrezygnować z ich użytkowania. Byłbym hipokrytą, bo sam nie wyobrażam sobie bez nich życia (ok. Insta nie używam, przeglądałem dla celów poznawczych). Trzeba jednak pamiętać, że media te, jak świetnie pokazuje Lewestam, powstały jako konsekwencja egotycznej kultury i nie są ani przezroczyste, ani moralnie obojętne. Bazują zbyt często na naszych najgorszych instynktach, stwarzając dwie klasy ludzi – obserwujących i obserwowanych. Ważną, choć niestety jedną z niewielu zalet Sweat jest to, że uwypukla tę ciekawą obserwację – obie wspomniane wyżej klasy  używają tych samych narzędzi  do poradzenia sobie z tymi samymi problemami – epidemią samotności i narcyzmu.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.