Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Tęsknota za monogamią. Czy katolickie małżeństwo ma przyszłość?

Tęsknota za monogamią. Czy katolickie małżeństwo ma przyszłość? https://unsplash.com/photos/5ZPbQJdJDic

Dziś na terytorium relacji intymnych mamy do czynienia z sytuacją, w której dotychczasowe zakazy stają się nieistotne, a nawet mocniej – domyślnym sposobem życia w późnej nowoczesności jest podchodzenie do seksualności i relacji bez wymagających norm. Jak pokazał już Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya, krótkotrwała przyjemność, powierzchowne znajomości i brak bezpieczeństwa na dłuższą metę stają się nieznośne. Chcemy czegoś więcej. Czy szansą na to „coś więcej” może być katolickie małżeństwo?

Małżeństwo w odwrocie

W prawicowej publicystyce często czytamy o galopującej „rewolucji obyczajowej”, której celem jest zniszczenie tradycyjnej rodziny i małżeństwa, które ma być jej podstawą. Te alarmujące głosy nie są całkowicie bezpodstawne.

Gdy bowiem spojrzymy na Hiszpanię, kraj tradycyjnie katolicki, zauważymy, że liczba ślubów bardzo szybko spada, a sytuacja wygląda jeszcze poważniej, jeśli weźmiemy pod uwagę śluby kościelne. Podczas gdy w 1993 r. aż 79,4% wszystkich ślubów stanowiły ceremonie religijne, to już w 2017 r. sytuacja odwróciła się o 180 stopni, ponieważ aż 80,2% ślubów z tego roku to ceremonie świeckie. Liczba ślubów kościelnych spada również w Polsce. W 1990 w naszym kraju zawarto bowiem 230 tysięcy małżeństw sakramentalnych, a w 2019 r. liczba ta spadła do 122 tysięcy. Jeśli zaś chodzi o śluby cywilne, to ich liczba wzrosła. w 2019 r. zawarto ich bowiem 74 tysiące, a w 1999 r., czyli po wejściu w życie konkordatu, było to 69 tysięcy. Tendencja jest zatem widoczna, chociaż nie przybrała jeszcze aż tak wyraźnych kształtów jak w Hiszpanii.

Jedną z przyczyn „kryzysu rodziny” ma być działalność środowisk lewicowych, które intensywnie promują alternatywne modele życia. I rzeczywiście, niektóre grupy postulują daleko idące zmiany w strukturze społecznej, które niejednokrotnie mogą budzić niepokój. Odpowiedzią na te nowe tendencje najczęściej jest okopywanie się wokół obowiązujących dotąd praktyk i modeli życia, niezależnie od tego, czy są one dobre czy złe. Nie mam oczywiście na myśli tego, że konserwatyści bronią przemocy domowej czy innych patologii, ale ostatnie dyskusje na temat „świadomej zgody”, nierówności ekonomicznych pomiędzy kobietami i mężczyznami, czy też zmiany definicji gwałtu pokazują, że w wielu obszarach niechęć do zmian pewnych relacji społecznych jest bardzo silna. Wydaje się jednak, że takie skrajnie zachowawcze podejście w dłuższej perspektywie skazane jest na porażkę.

A przecież właśnie taką strategię często przyjmują polscy autorzy chrześcijańscy, zarówno świeccy, jak i duchowni. Wszyscy doskonale znamy okryte złą sławą słowa abp. Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”, która chce zburzyć nadany przez Boga naturalny porządek oraz zniszczyć tradycyjną rodzinę i małżeństwo rozumiane jako związek kobiety i mężczyzny. Wydaje się jednak, a potwierdza to doświadczenie z krajów Zachodu, że taka postawa nie jest w stanie zatrzymać toczących się procesów społecznych.

Czy istnieje zatem jakaś alternatywa dla takiego podejścia? Wydaje mi się, że tak, ale dotarcie do niej wymagałoby gruntownego przemyślenia chrześcijańskiego przesłania dla świata.

Czym jest „tradycyjna rodzina”?

Gdy zapyta się przeciętnego Polaka, czym jest „tradycyjna rodzina”, zapewne odpowie, że opiera się ona na małżeństwie, czyli dobrowolnym i opartym na miłości związku kobiety i mężczyzny, którego celem jest wspólne wychowanie potomstwa. Taki model rodziny jest jednak czymś stosunkowo nowoczesnym, a w minionych stuleciach stosunki rodzinne, w szczególności jeśli chodzi o małżeństwo, były organizowane w sposób zupełnie odmienny niż dziś.

Już sama definicja rodziny jest dość problematyczna. W dyskursie najczęściej pojęcie to pojawia się w dwóch podstawowych znaczeniach. Rodzina może być postrzegana jako suma osób połączonych pokrewieństwem lub więzami małżeńskimi, czyli jako ród, jako dynastia. W węższym sensie o rodzinie mówi się jednak często jako o komórce społecznej składającej się z osób, które wychowują razem dzieci i tworzą gospodarstwo domowe. Już na pierwszy rzut oka widać, że obu tym definicjom umykają różne społeczne zjawiska.

Również historia rodziny to obszar niezwykle bogaty, którego nie da się streścić w tak krótkim artykule. I to nawet jeśli spojrzymy wyłącznie na cywilizację zachodnią, nie wnikając zbytnio w inne kultury. Mamy zatem grecko-rzymski model rodziny antycznej, w której kluczową rolę odgrywał pater familias, ojciec rodziny, który jako jedyny z familii miał prawa obywatelskie i posiadał bardzo szeroko zakrojoną władzę nad domownikami. Miłość romantyczna nie odgrywała dużej roli, a w kwestiach matrymonialnych największe znaczenie miały kwestie polityczne lub ekonomiczne. W wiekach średnich małżeństwo często pieczętowało sojusze dynastyczne, ale takie pragmatyczne podejście nie dotyczyło wyłącznie warstw najwyższych. W Rzeczpospolitej Obojga Narodów przykładowo chłopi pańszczyźniani nie mieli prawa do opuszczenia dóbr swojego pana, co w znaczny sposób ograniczało ich swobodę w doborze współmałżonków. Często także małżeństwa aranżowano tak, aby móc połączyć dwa gospodarstwa. Chłopi bardzo często narzekali na brak ziemi uprawnej, a większe gospodarstwo poprawiało szanse na utrzymanie rodziny.

Dzisiejsze rozumienie „tradycyjnej” rodziny jest zatem stosunkowo młode. Współcześni badacze, m.in. Piotr Szukalski i Tomasz Szlendak, twierdzą że stosunki rodzinne, które dziś uznajemy za tradycyjne, wykształciły się dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym i w okresie PRL, czyli w minionym stuleciu. Co ciekawe, również przekonanie o tradycyjności rodziny wielopokoleniowej jest w dużej mierze błędne. Brytyjskie badania dowodzą bowiem, że mieszkanie kilku pokoleń pod jednym dachem nie było czymś powszechnym, a jeśli już występowało, to wynikało to przede wszystkim z przyczyn ekonomicznych.

Jak zatem widzimy, obrona tzw. „tradycyjnej” rodziny wcale nie musi oznaczać obrony pewnego „naturalnego” stanu rzeczy, mocno utrwalonego w historii ludzkości, lecz pewnego historycznego stanu, który jest w dużej mierze projektowany jako naturalny, a w rzeczywistości jest wynikiem pewnych kulturowych, ekonomicznych i społecznych procesów. Nie jest to oczywiście nic nowego, również w minionych wiekach twierdzono, że utrwalone w społeczeństwie stosunki rodzinne wynikają z natury i nie powinno się ich zmieniać.

Takie podejście wcale nie musi się jednak wiązać z całościowym odrzuceniem esencjalizmu i stwierdzeniem, że takie pojęcia jak „człowiek”, „rodzina”, „kobieta” czy „mężczyzna” nic nie znaczą i konotują wyłącznie pewne społeczne konstrukty. Należy jednak zachować pewną uczciwość i przynajmniej próbować oddzielić istotę od pewnych historycznych przesądów, które się na niej nabudowały.

Stanąć w prawdzie o kobiecie i rodzinie

Kościół katolicki odegrał bardzo istotną rolę w historii cywilizacji zachodniej. Nie ulega wątpliwości, że przyczynił się do jej rozkwitu i moralnej doniosłości, ale należy także pamiętać, że jego przedstawiciele uczestniczyli również w pisaniu ciemnych kart jej historii. Widać to także, gdy spojrzymy na to, jaką rolę Kościół odegrał w tworzeniu i umacnianiu funkcjonującego w Europie modelu rodziny.

Chrześcijanie niejednokrotnie przyczyniali się bowiem do umacniania patriarchalnego modelu rodziny, czyli takiego, w którym mężczyzna dominuje nad kobietą na płaszczyźnie ekonomicznej, społecznej, a często również prawnej. W jego ramach kobieta bardzo często była zepchnięta wyłącznie do sfery domowo-reprodukcyjnej. Model ten niejednokrotnie był bardzo krzywdzący dla kobiet i był jedną z przyczyn ich cierpienia.

Chrześcijańscy pisarze mieli niejednokrotnie dość ambiwalentny, a w niektórzy przypadkach nawet wrogi, stosunek do kobiet. „Czyż nie wiesz, że jesteś Ewą, na tobie ciąży przekleństwo Boga. Ty jesteś bramą szatana. Z twojej winy musiał umrzeć Syn Człowieczy” – czytamy w dziele Tertuliana, autora z II wieku.

Bardzo duży wpływ na postrzeganie kobiet w świecie chrześcijańskim wywarły poglądy św. Augustyna. Dowodził on, że obraz Boga na Ziemi może reprezentować wyłącznie mężczyzna albo ludzka para, natomiast nie jest to pisane kobiecie występującej samodzielnie, to jest w oderwaniu od mężczyzny. O ile zatem mężczyzna i kobieta są równi na poziomie duszy, o tyle na poziomie ciała istniały między nimi różnice, świadczące o wyższości mężczyzny. Dziś taka perspektywa jest niemal całkowicie porzucona, a gdy podobna argumentacja przywoływana jest przez polityków pokroju Janusza Korwin-Mikkego, wywołuje to słuszne oburzenie.

Należy jednak zauważyć, że nie jest to, jak było to w przypadku Tertuliana, argument odnoszący do się do kwestii metafizycznych, lecz do przygodnych, związanych z ówczesnym wyobrażeniem o biologicznym uposażeniu płci. Autorzy chrześcijańscy, mimo że często prezentowali poglądy diametralnie różne od tych, które uznawano w pogańskiej starożytności, to często przejmowali utrwalone wówczas stereotypy i przesądy. Podobnie rzecz się ma m.in. ze słynnym ustępem z Summy Teologicznej, w której św. Tomasz powiela Arystotelesowski pogląd, że kobieta pod pewnym względem jest czymś „niedoszłym i niewydarzonym” i rodzi się na skutek „słabości siły czynnej” albo „niedyspozycji materii”.

Aby oddać myśli chrześcijańskiej sprawiedliwość, należy wspomnieć, że od samego początku w Kościele pojawiały się także zupełnie inne głosy. Klemens z Aleksandrii już w III wieku pisał tak:

„A przecież w ramach gatunku ludzkiego nie jest oczywiste, żeby kobieta posiadała inną naturę, a mężczyzna inną! Ale chyba tę samą, a jeśli tak, to również tę samą cnotę. Jeśli więc ktoś uważa, że męską cnotą jest wstrzemięźliwość oraz sprawiedliwość i inne cnoty im towarzyszące, to jedynie mężczyźnie przystoi być cnotliwym, kobieta zaś ma być rozwiązła i niesprawiedliwa?! Doprawdy, aż wstyd to mówić! Nic podobnego! Zabiegać o wstrzemięźliwość, o sprawiedliwość i wszelką inną cnotę powinni jednakowo kobieta i mężczyzna, wolny i niewolnik, jeśli jedna i ta sama cnota przysługuje jednej naturze.”

Niestety, przez stulecia dominowały jednak inne poglądy na temat kondycji kobiety. Bliższe niestety Tertulianowi niż Klemensowi z Aleksandrii. Sprawiły one, że wielu chrześcijan utrwalało stosunki społeczne, w których kobieta była zepchnięta do gospodarstwa domowego lub klasztoru, podporządkowana mężczyźnie i pozbawiona udziału w życiu publicznym.

Takie myślenie pokutuje również dziś. W ostatnim czasie dość głośna była sprawa Jacka Pulikowskiego, autora popularnych książek i konferencji dla narzeczonych i małżeństw katolickich, który w trakcie jednego ze swoich wystąpień stwierdził, że żona nie powinna odmawiać mężowi współżycia, a jeśli już „naprawdę nie może”, to powinna „uprosić” męża, aby sam zrezygnował z seksu. Jest to oczywiście przykład bardzo drastyczny i skrajny, ale dobrze ilustruje myślenie osób, które bronią dominującej pozycji mężczyzny w małżeństwie.

Takie podejście do zagadnień małżeńskich, czy też ogólnie damsko-męskich, trzeba raz na zawsze wyrugować, w czym niebagatelną rolę powinna odegrać katolicka opinia publiczna. A gdy już uda nam się zerwać ze szkodliwymi tezami i postawami, będziemy mogli na nowo wyjść z chrześcijańskim przesłaniem do świata.

Małżeństwo po katolicku jako atrakcyjny ideał

Mimo że na kartach Pisma Świętego można momentami dostrzec dość ambiwalentne podejście do spraw związanych z małżeństwem i rodziną, to jednak gdy spojrzymy na tę kwestię holistycznie, dojdziemy do wniosku, że rodziny niejednokrotnie odgrywały ważną rolę w Bożym planie, a powodzenie w życiu rodzinnym było oznaką szczególnego Bożego błogosławieństwa. Wystarczy spojrzeć na historię Świętej Rodziny, ale równie dobrze można przywołać tu także historie Abrahama, Jakuba i wielu innych postaci biblijnych.

Małżeństwo ma być związkiem, w którym kobieta i mężczyzna mają stawać się jednym ciałem, a podstawowym celem takiego związku, oprócz wydania na świat potomstwa, jest wzajemne uświęcanie się małżonków. Mają oni wzajemnie wspierać się w osiąganiu najważniejszego celu chrześcijanina – świętości. Do tego celu kobieta i mężczyzna mają jak najbardziej równy dostęp. Podkreślali to już autorzy wczesnochrześcijańscy, m.in. św. Ignacy z Antiochii, św. Grzegorz z Nazjanzu, a także wspominany już św. Klemens z Aleksandrii.

Ta perspektywa obecna jest także we współczesnej nauce Kościoła. Wielkie zasługi w podkreślaniu godności kobiety w Kościele ma Jan Paweł II, który jako pierwszy papież w historii publikował oficjalne dokumenty kościelne poświęcone kobietom, a w Familiaris consortio pisał tak:

„Należy przede wszystkim podkreślić godność i odpowiedzialność kobiety, równe godności i odpowiedzialności mężczyzny. Równość ta realizuje się w szczególności we właściwym małżeństwu i rodzinie dawaniu się drugiemu współmałżonkowi i dawaniu się obojga dzieciom. (…) Stwarzając człowieka «mężczyzną i niewiastą», Bóg obdarza godnością osobową w równej mierze mężczyznę i kobietę, ubogacając ich w niezbywalne prawa i odpowiedzialne zadania właściwe osobie ludzkiej.”

Tu dochodzimy do kolejnego punktu, w którym nauka Kościoła o małżeństwie może być atrakcyjna z punktu widzenia współczesnego świata. Chodzi mianowicie o odpowiedzialność. Chrześcijaństwo pokazuje, że człowiek nie składa się wyłącznie ze swoich potrzeb i aspiracji, ale jest także odpowiedzialny za swoje zbawienie i dobro otoczenia. W ten sposób chrześcijańskie małżeństwo, w którym małżonkowie „dają się” sobie nawzajem i swojemu potomstwu, może stanowić wyłom w społeczeństwie konsumpcyjnym opartym w dużej mierze o egoizm.

Współczesna nauka Kościoła wcale nie neguje potrzeb seksualnych człowieka. Jan Paweł II podkreśla, że mężczyzna i kobieta złączeni małżeństwem mają obowiązek dążyć do stawania się wzajemnym darem dla siebie, a temu postulatowi sprzeciwia się traktowanie drugiej osoby jako przedmiotu zaspokojenia pożądania seksualnego. Takie podejście do relacji intymnych nie daje się też pogodzić ze stylem życia zakładającym przygodne i nieudane zbliżenia. Budowanie zaufania, bezpieczeństwa i domowej intymności, a więc podstaw katolickiego ideału małżeństwa, nie może zostać zastąpione przez szybki seks z nieznajomą osobą na imprezie.

Budowanie chrześcijańskiej rodziny nie ma zatem być powielaniem zastanych wzorców, które są konstytuowane nie tylko przez religię, ale także przez różne uwarunkowania społeczno-ekonomiczne. Powinno być budowaniem na fundamencie duchowym, tworzeniem nowej jakości w świecie, w którym wartości mają często charakter mocno relatywny, bo opierane są albo na emocjach, albo na mechanizmach ekonomicznych.

Jak stwierdził Anthony Giddens, współczesne społeczeństwo jest pozbawione korzeni i opiera się stałym kalkulowaniu ryzyka, a także adaptacji do zmiennych warunków. Prawdziwie chrześcijańska rodzina stanowi oczywiste remedium na tę podstawową bolączkę późnej nowoczesności.

Taka wizja wydaje się spójna z wizją papieża Franciszka, który zresztą w swoim nauczaniu o małżeństwie i rodzinie garściami czerpie z przywoływanych wyżej nauk Jana Pawła II. Warto zatem wsłuchać się w apel papieża, który został zawarty w adhortacji apostolskiej Amoris laetitia:

„Chcę powiedzieć ludziom młodym, że nic z tego nie ulega osłabieniu, gdy miłość przyjmuje formę instytucji małżeństwa. Związek znajduje w niej sposób na ukierunkowanie swej stabilności oraz swego rzeczywistego i konkretnego rozwoju. To prawda, że miłość jest czymś więcej niż zewnętrzną zgodą lub pewną formą umowy małżeńskiej, ale prawdą jest również, że decyzja o nadaniu małżeństwu widzialnego kształtu w społeczeństwie, z określonymi zobowiązaniami, podkreśla jego znaczenie: ukazuje powagę utożsamienia z drugą osobą, wskazuje na przezwyciężenie młodzieńczego indywidualizmu i wyraża stanowczą decyzję przynależności jednego do drugiego.”

Tęsknota za monogamią

Czy choć częściowy renesans katolickiej rodziny jest w ogóle możliwy? Nie wiem, ale wierzę, że tak. W ludziach wciąż jest potrzeba stabilizacji i miłości, która ujawnia się nawet wśród tych, którzy opowiadają się za emancypacją. Na Netfliksie, przez niektórych uznawanym za główne narzędzie demoralizacji młodzieży, pojawiła się ostatnio amerykańska adaptacja Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya. Serial wzbudził mieszane reakcje, ale jedna rzecz zwraca w nim uwagę.

Świat, w którym nie ma monogamii, a dostęp do niezobowiązującego seksu i psychotropów jest na wyciągnięcie ręki, przedstawiony został jako koszmar. A impuls do obalenia panującego reżimu wypłynął z chęci stworzenia stabilnego, monogamicznego związku.

I dziś mamy do czynienia z sytuacją, w której dotychczasowe zakazy stają się nieistotne, a nawet mocniej – domyślnym sposobem życia w późnej nowoczesności jest podejście do seksualności i relacji bez wymagających norm. Jak pokazuje Nowy wspaniały świat, w takiej rzeczywistości pojawia się tęsknota za innym, pełniejszym rodzajem związku. Krótkotrwała przyjemność, powierzchowne znajomości i brak bezpieczeństwa zaczynają nam przeszkadzać. Chcemy czegoś więcej. Szansą na to „coś więcej” może być katolickie małżeństwo.

***

Wiele oczywiście zależy od postawy ludzi Kościoła. W tym tekście zostały bowiem przedstawione tylko niektóre wątki, które wymagają namysłu. Warto pochylić się także nad takimi kwestiami jak kult dziewictwa, hierarchiczny charakter relacji w Kościele, a także etyka seksualna. Jan Paweł II, tworząc swoją teologię ciała, pokazał nam jednak, że taki namysł jest możliwy. Wydaje się, że kluczowe jest to, czy Kościół ponownie będzie chciał wejść w dialog z nauką, czy też okopie się na własnych pozycjach.

Trzeba bowiem stanąć w prawdzie o człowieku nie tylko na płaszczyźnie teologicznej, lecz także biologicznej i społecznej. Dlatego trzeba wsłuchiwać w głos nauki, nawet jeśli oznacza to dyskusję z wydziałami gender studies.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.