Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Zasypanie nierówności pieniędzmi to za mało, żeby przywrócić solidarność społeczną [VIDEO]

„Gdy dokonywała się w Polsce transformacja ustrojowa, bardzo pilnie słuchaliśmy płynących zza Oceanu porad, w jaki sposób wprowadzić kapitalizm. Za czasów komunizmu Ameryka była inspirującym punktem odniesienia. Tutaj było szaro, była komunistyczna dyktatura, która ograniczała wolność, podczas gdy w USA było kolorowo, był bogaty kapitalizm i wolność, którą dawał amerykański rząd. Choć od upadku komunizmu minęło już kilka dekad, ten obraz trwa wciąż głowach wielu Polaków, a na pewno w głowach starszego pokolenia. Tymczasem dziś Stany Zjednoczone są już w zupełnie innym miejscu” – mówi Andrzej Kohut, ekspert CAKJ ds. międzynarodowych, w najnowszym KluboTygodniku o walce z nierównościami społecznymi w USA i zmianach w amerykańskiej kulturze.

„Kryzys z 2008 r. dobitnie pokazał, że nawet ciężka praca może nie zapewnić spokojnej starości. Później przyszłą pandemia, która również pokazała, że sama ciężka praca i liczenie na siebie może nie wystarczyć. Ledwo zaczął się lockdown i jedna piąta Amerykanów straciła swoje źródło dochodów, co oznaczało potencjalne bankructwa, brak pieniędzy na spłatę kredytu, brak ubezpieczeń zdrowotnych, a więc ryzyko ogromnego zadłużenia w wypadku choroby lub wręcz widmo braku leczenia. Ten czarny scenariusz nie spełni się do końca, ponieważ administracje Trumpa i Bidena nie wahały się wpompować w gospodarkę bilionów dolarów, żeby ratować obywateli przed skutkami kryzysu. Doświadczenia zarówno z 2008 r., jak i z 2020 r. stworzyły w USA grunt pod dyskusję o tym, że być może należy poszerzyć świadczenia socjalne, co miałoby zostać sfinansowane z wyższych podatków dla najbogatszych obywateli i najbogatszych korporacji” – mówi Kohut.

„Po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta popularne stały się porównania obecnej sytuacji do czasów Epoki Pozłacanej (Gilded Age). Mowa o końcówce XIX w., gdy Stany Zjednoczone bardzo szybko się industrializowały, a fortuny magnatów przemysłowych rosły. Z jednej strony to wtedy USA stały się mocarstwem, z drugiej jednak bogactwo w tamtych czasach nie rozkłada się w społeczeństwie równo. Mieliśmy wówczas do czynienia zarówno z przykładami ekstremalnego bogactwa, jak i ekstremalnej biedy. Stąd nazwa epoki – pod pozłacaną powierzchnią kryła się prawdziwa nędza. Te różnice generowały napięcia, które doprowadził do powstania dwóch recept: populizmu i progresywizmu. Obie grupy dzieliły podobną diagnozę, tj. bogacze wykorzystali szerokie, biedniejsze warstwy społeczeństwa, różniły się jednak w tym, że progresywiści nie budowali swojego poparcia na gniewie społecznym, proponując w zamiast program reform, który zastaną sytuację miał uzdrowić. Ten wycinek z historii USA jest wykorzystywany do opisu obecnej sytuacji” – przedstawia ekspert.

„Najnowsza historia Stanów Zjednoczonych to okres niezwykłego bogacenia się, który wynika z globalizacji i rozwoju technologii. Widać to w statystykach. Najbogatszy 1% Amerykanów w ciągu ostatnich dekad osiągnął wzrost swoich płac o 160%. Jednocześnie w tym samym czasie dla biedniejszych 90% Amerykanów ten wzrost płac prawie nie nastąpił. Wydaje się zatem, że mamy okres, który jest bardzo podobny do Epoki Pozłacanej. Istnieją nierówności społeczne, nasila się frustracja, na którą starają się odpowiedzieć populiści i progresywiści” – uważa Kohut.

„Robert D. Putnam i Shaylyn Romney Garrett w książce The Upswing pokazują, że choć analogia między czasami współczesnymi a Epoką Pozłacaną jest w dużej mierze trafna, to na dynamikę zmian w Stanach Zjednoczonych należy spojrzeć przede wszystkim przez pryzmat zmian kulturowych – drogi od wielkiego indywidualizmu w kierunku większej wspólnotowości i znowu z powrotem w kierunku większego indywidualizmu. Na przykład na gruncie ekonomii niskie podatki będą przejawem większego indywidualizmu, wyższe podatki będą przejawem większej wspólnotowości czy też solidaryzmu społecznego, a powrót do niższych podatków będzie oznaczał większy indywidualizm. Podobnie autorzy opisują także historię uzwiązkowienia w Stanach Zjednoczonych lub nierówności społecznych. Robert Putnam i Shaylyn Romney Garrett zmianami w kulturze tłumaczą nie tylko kwestie ekonomiczne, lecz także polaryzację polityczną, którą mierzą liczbą ponadpartyjnych inicjatyw w Kongresie, oraz partycypacją Amerykanów w różnych stowarzyszeniach, która współcześnie jest coraz rzadsza i staje się coraz bardziej fasadowa. Chociaż autorzy stawiają tezę, że obecne negatywne zjawiska można pokonać, to prosty robinhoodyzm nie zwiększy solidarności społecznej” – mówi ekspert.

„Rozmawiając o różnicy pomiędzy wartościami wspólnotowymi a indywidualistycznymi nie rozmawiamy o wyborze pomiędzy czarnym i biały.. Nie jest prawdą, że wszystko, co wiąże się z wartościami wspólnotowymi jest dobre, a to, co wiąże się z indywidualizmem, jest złe. Autorzy The Upswing zauważają, że odbicie wahadła w latach 60. w kierunku indywidualizmu było spowodowane tym, że przeakcentowanie wartości wspólnotowych doprowadziło do większego konformizmu i większej presji społecznej, a także do tak daleko idącego zatarcia się różnic w polityce, że zaczęto apelować o większą polaryzację, by obywatele mieli wybór. Należy zatem pamiętać, że to nie jest wybór między zero a jeden. Dlatego należy szukać równowagi między indywidualizmem a wspólnotowością, mając jednak na uwadze fakt, że na razie to wahadło wychyla się bardzo mocno w kierunku indywidualizmu” – podkreśla Kohut.