Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Uwielbiamy ją wspominać i wychwalać, ale jej nie znamy. Jak ocenić Konstytucję 3 maja?

przeczytanie zajmie 12 min
Uwielbiamy ją wspominać i wychwalać, ale jej nie znamy. Jak ocenić Konstytucję 3 maja? Senate Chamber of Warsaw's Royal Castle [za:] Wikipedia

Pierwsza w Europie i druga na świecie – to są dwie rzeczy, które każdy Polak wie na temat Ustawy Rządowej z 3 maja 1791 r., nazywanej powszechnie Konstytucją 3 Maja. Obie nieprawdziwe i wcale nie najistotniejsze. Wbrew legendzie nie było to też wybitne dzieło sztuki prawniczej. Najcenniejsze bowiem w Konstytucji Trzeciomajowej jest jej przesłanie, które niestety pozostaje zapomniane.

Piękny manifest, przeciętny dokument

Wartość dzieła sztuki prawniczej, jakim jest konstytucja, nie polega na szybkości jej uchwalenia, ale na jej treści. Konstytucja zasługuje na dobrą ocenę, jeśli zniechęca polityków do nadużywania władzy, a zarazem stanowi poręczne narzędzie do rozwiązywania bieżących konfliktów społecznych. Wtedy konstytucja spełnia swoją podstawową rolę, która stanowi o jej istocie: stabilizuje ustrój państwa, dając społeczeństwu przewidywalne i spokojne rządy, niezależnie od tego, kto w danym momencie sprawuje władzę.

Konstytucja 3 Maja z tej roli wywiązała się jedynie częściowo, bo choć wreszcie ustabilizowała sytuację w kraju, to obowiązywała zaledwie kilkanaście miesięcy do czasu, aż wyparł się jej własny autor, król Stanisław August Poniatowski, przyłączając się pod naciskiem swoich doradców do konfederacji targowickiej. Jednak nawet gdyby do tego nie doszło, wciąż można by żywić obawy, czy Ustawa Rządowa z 1791 r. spełni swoje zadania. Konstytucja 3 Maja zawierała bowiem kilka niezbyt dobrze przemyślanych i konfliktogennych postanowień, które z biegiem czasu mogłyby zgotować umęczonej Rzeczypospolitej wiele nowych sporów ustrojowych.

Nie oznacza to jednak, że akt ten nie ma żadnych zalet. Przede wszystkim Konstytucja 3 Maja jest cennym manifestem politycznym, wyrażającym wiele z tych ideałów, które były w Polsce szlacheckiej najpiękniejsze, a które stanowią – nawet jeśli się z nimi już nie do końca zgadzamy – część naszego dziedzictwa. Nie można też nie docenić znaczenia mitologicznego, jakiego Konstytucja nabrała w czasach rozbiorów, stając się jednym z symboli scalających nasz naród w dążeniu do niepodległości.

Konstytucja jako lekarstwo na kryzys 

W pierwszej kolejności sprostujmy: ściśle rzecz biorąc, Konstytucja 3 Maja była trzecią konstytucją w Europie i czwartą na świecie. Pierwsza w Europie i na świecie była konstytucja Republiki Korsyki z 1755 r. (zapomniana, bo obowiązywała tylko 14 lat, a sama Korsyka została anektowana przez Francję i nigdy już nie odzyskała niepodległości), a drugą – konstytucja Królestwa Szwecji z 1772 r. (często pomijana, bo nie została ustanowiona przez parlament, lecz oktrojowana przez króla Gustawa III). Te fakty nie powinny umniejszać naszych powodów do dumy. Nadal Rzeczpospolita była jednym z pierwszych krajów na świecie, który uporządkował swój ustrój w konstytucji. A stało się to możliwe dzięki przełomowi geopolitycznemu, który dał państwu polsko-litewskiemu chwilę  wytchnienia od kurateli państw zaborczych.

W drugiej połowie XVIII wieku Rzeczpospolita była pogrążona w głębokim kryzysie.  Niespodziewanie nastąpiła jednak niezwykle korzystna dla Polski zmiana w sytuacji międzynarodowej: w 1787 r. Rosja wypowiedziała wojnę Imperium Ottomańskiemu, co wykorzystało Królestwo Szwecji, atakując Rosję z drugiej strony. Aby z obu starć wyjść zwycięsko, Rosja musiała więc wykorzystać pełen potencjał swojej armii.

Carycy Katarzynie Wielkiej wypadła więc z ręki najcenniejsza karta, którą mogła wetować wszelkie próby reform wzmacniających nasz kraj – groźba interwencji zbrojnej. Caryca zawiązała sojusz z Austrią, co przechyliło szale zwycięstwa na jej stronę, ale pogorszyło jednak jej relacje z Prusami.

Widmo ekspansji rosyjskiej w kierunku tureckim spotkało się z chłodnym przyjęciem ze strony Prus, a także Wielkiej Brytanii i Holandii, które były wielce zaniepokojone groźbą opanowania przez Rosję cieśnin tureckich: Bosforu i Dardaneli, stanowiących okna na Morze Czarne i Morze Egejskie i mające przez to strategiczne znaczenie z handlowego i militarnego punktu widzenia.

Koalicja prusko-brytyjsko-holenderska szykowała się więc do wojny z Rosją i Austrią. Była to sytuacja dla Polski iście wymarzona: wszyscy jej zaborcy skłócili się, stając po przeciwnych stronach barykady. Pośrodku zaś znajdowała się Rzeczpospolita. Brytyjczycy liczyli, że zyskają na wojnie dzięki otwarciu szlaku handlowego na granicy polsko-pruskiej, przez który mogliby sprowadzać niezbędne towary importowe, takie jak drewno wysokiej jakości, smoła czy wosk (co pozwoliłoby im uniezależnić się od dostaw z Rosji); Prusacy liczyli, że skuszeni korzyściami handlowymi Brytyjczycy chętnie wyślą swoją słynną flotę na Bałtyk, atakując Rosję od strony morza; zarówno Brytyjczycy, jak i Prusacy spodziewali się, że Rzeczpospolita zbrojnie zaangażuje się do wojny przeciwko Rosji, aby powetować sobie straty po I rozbiorze oraz odzyskać upragnioną suwerenność.

Król Stanisław August postanowił jednak wykorzystać tę okazję, aby wynegocjować od Katarzyny zgodę na pewne reformy ustrojowe w zamian za zaangażowanie się zbrojne po stronie Rosji przeciwko Turcji. Caryca unikała jednoznacznej odpowiedzi, zgodziła się jedynie na zwołanie sejmu pod tzw. węzłem konfederacji (z możliwością głosowania większością głosów), w celu uchwalenia podatków i zwiększenia liczebności stałego wojska do kilkunastu tysięcy. Na żadne reformy wewnętrzne nie było zgody.

Król zwołał więc sejm, aby uchwalić to, na co zgodziła się caryca, ale ku jego zdumieniu deputowani nie chcieli na tym poprzestawać. Prędko przystąpili do rozmów na temat niezbędnych reform ustrojowych: likwidacji nieszczęsnego liberum veto, utworzenia rządu centralnego z prawdziwego zdarzenia w miejsce znienawidzonej Rady Nieustającej oraz ustanowienia stałej, 100-tysięcznej armii. Z czasem i król przyłączył się do obozu reform. Tak zaczął się trwający 4 lata Sejm Wielki (1788-1792). Z wielkim entuzjazmem szlachta przyjęła oficjalne poparcie dla reform ze strony Prus, z którymi zawiązano nawet sojusz wojskowy w marcu 1790 roku. Niestety, obóz reformatorski dominujący w Sejmie nie miał spójnej koncepcji polityki zagranicznej, przez co nie wykorzystał on szansy, jaką dawało to przymierze (do czego jeszcze wrócimy).

Zwieńczeniem prac Sejmu Wielkiego miała być konstytucja, akt prawny porządkujący zasady ustrojowe Rzeczypospolitej. Prace ciągnęły się przez ponad rok, mimo że czas naglił, bo sprzyjająca reformom koniunktura międzynarodowa nie mogła trwać wiecznie. Autorów projektu konstytucji było kilku: poseł i członek Komisji Edukacji Narodowej Ignacy Potocki, marszałek sejmu Stanisław Małachowski, ksiądz Hugo Kołłątaj, referendarz wielki litewski, a także – o czym często się zapomina – król Stanisław August oraz jego sekretarz Scipione Piattoli, ksiądz z Włoch.

Z uchwalenia konstytucji cieszyła się nie tylko szlachta, ale także mieszczaństwo, a do pewnego stopnia nawet chłopstwo, choć to ostatnie zyskało na dziele 3 maja niewiele.

Kompromisowa reforma zamiast krwawej rewolucji

Zauważmy, że Konstytucja 3 Maja została uchwalona w pokojowych warunkach, bez jednego wystrzału, co w tamtych czasach wcale nie było takie oczywiste. Za rzadko doceniamy tę starą cechę naszego dawnego społeczeństwa (nie tylko szlachty), jaką była niechęć do przelewania polskiej krwi w imię polityki.

Polska była jednym z nielicznych krajów w Europie, w których nigdy nie doszło do obalenia władzy i zmiany ustroju na skutek zbrojnej rewolucji. Owszem, były żywiołowe i niekiedy dramatyczne debaty sejmowe, zdarzały się nawet bunty i rokosze, ale zawsze kończyły się one jakimś porozumieniem elit politycznych. Nigdy nie byli u nas popularni radykałowie żądający obalenia istniejącego porządku za wszelką cenę. Nie można było tego powiedzieć o takich państwach jak Rosja, Wielka Brytania czy Francja, których elity polityczne miały na sumieniu krew wielu swych rodaków przelaną oczywiście „w imię większego dobra”.

Polską reformę  docenił nestor brytyjskiego konserwatyzmu Edmund Burke, który  na łamach „Morning Herald” zestawił krytykowaną przez niego krwawą rewolucję francuską (która zaczęła się parę lat wcześniej i trwała w najlepsze) z pokojową „rewolucją polską”: „Nikt straty nie poniósł, nikt poniżonym nie został. Począwszy od króla aż do dziennego wyrobnika… żadna kropla krwi nie prysnęła; nie było tam zdrady, ni obelgi, ni zmowy na czyj honor, sroższej nad zabójstwo od miecza; nie przysposobionego lżenia religii, obyczajów ani łupiestwa, ani konfiskaty; żaden obywatel pojmanym, żaden więzionym nie został, żaden wygnanym. Lecz takowe podziwu godne postępowanie, zachowane było jedynie dla tego chwalebnego związku, którego celem było utrzymanie prawdziwych, istotnych i nieodzownych praw człowieka. Na koniec to wielkie dzieło ten ma zaszczyt najcelniejszy, że zawiera w sobie nasiona dalszego ulepszenia w porządnym wynoszeniu się na tych samych zasadach, które naszą starą brytyjską konstytucję czynią tak wyborną. To jest powód powinszowania i święcenia tej rocznicy przez wieki”.

Trudno nie pokusić się tu o pewną analogię do czasów współczesnych: także i dziś warto docenić metodę punktowych reform państwa tam, gdzie ono nie domaga, w pokojowy sposób i w drodze politycznego kompromisu.

Wolność najważniejsza

Niestety, za sprawą edukacji szkolnej, pojęcie wolności szlacheckiej kojarzy się większości Polaków jak najgorzej – z warcholstwem rozpasanej szlachty, która przez lata blokowała konieczne reformy w imię egoistycznych interesów, co doprowadziło do rozbiorów. Prawda jest jednak bardziej skomplikowana niż przedstawiają to podręczniki. Wystarczy sięgnąć do znakomitych „Dziejów Polski” autorstwa profesora Andrzeja Nowaka, aby się przekonać, że szlachta była zalążkiem społeczeństwa obywatelskiego, która od czasów rozbicia dzielnicowego przez stulecia budowała polski republikanizm, tworząc unikalny na skalę światową model ustrojowy, z którego możemy być dumni: monarchię rządzoną przez prawo stanowione przez społeczeństwo polityczne.

Jednym z kluczowych elementów tego republikanizmu była wolność, która zanim została utożsamiona z nierządem, stanowiła realną i godną szacunku wartość. Wolność ta była rozumiana jako prawo rządzenia własnymi sprawami według osobistego uznania, a za najważniejsze gwarancje tej wolności szlachta uznawała nietykalność osobistą oraz szeroko pojmowaną własność prywatną. Umiłowanie tak rozumianej wolności osobistej przez Polaków było główną przyczyną, dla której w Rzeczypospolitej nigdy nie było monarchii absolutnej, a fundamentalną zasadą ustrojową były rządy króla podporządkowanego prawu we współpracy ze społeczeństwem.

Dlatego właśnie Konstytucja majowa wymienia jedynie trzy prawa obywatelskie, które w oczach szlachty były absolutnie najważniejsze: prawo do „bezpieczeństwa osobistego”, czyli ochrony przed bezprawnym aresztowaniem bez uzasadnionego powodu i bez zgody sądu, prawo do wolności osobistej i prawo do poszanowania własności. Konstytucja określa własność wręcz jako „źrenicę wolności obywatelskiej”. Bardzo to słuszne spostrzeżenie twórców Konstytucji: własność jest źrenicą wolności, bo człowiek nie może być prawdziwie wolny, jeśli nie będzie miał czym zarządzać i z czego żyć. Człowiek bez własności chętnie sprzeda swoją wolność w zamian za wikt, zaszczyty i opierunek.

Twórcy Konstytucji doskonale zdawali sobie z tego sprawę, bo pamiętali, jakie szkody Rzeczypospolitej wyrządziła tzw. gołota, czyli liczna biedota szlacheckiego pochodzenia, która w XVIII wieku w zamian za pieniądze od magnatów i zagranicznych ambasadorów zrywała sejmiki, blokowała reformy i wybierała ciołków na królów. Nic dziwnego więc, że przy okazji uchwalenia Konstytucji 3 Maja postanowiono również odebrać prawa polityczne szlachcie-gołocie (do czego jeszcze wrócę).

To jest chyba najbardziej zapomniane przesłanie Konstytucji majowej. Podstawowa zasada ustrojowa Rzeczypospolitej, jaką jest wolność, została zachowana, choć oczywiście wszyscy godzili się, że musi ona podlegać pewnym niezbędnym ograniczeniom dla zapewnienia stabilizacji państwa takim jak stały sejm, stały rząd centralny, stałe podatki czy stała armia.

Obecna konstytucja z 1997 r. co prawda również gwarantuje prawo do nietykalności, wolność osobistą, własność prywatną czy wolność gospodarczą, ale w praktyce tzw. prawa ekonomiczne uznaje się za najmniej istotne – i to z błogosławieństwem Trybunału Konstytucyjnego, który od lat 90. po dziś dzień konsekwentnie podkreśla w orzecznictwie, że własność czy wolność gospodarczą można ograniczać w większym stopniu niż inne prawa obywatelskie.

W teorii prawnicy uznają zasady in dubio pro libertate (nakaz rozstrzygania wątpliwości co do interpretacji przepisu na korzyść wolności obywatela) czy in dubio pro tributario (nakaz rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika), ale są one rzadko stosowane w praktyce organów administracji, a jeśli już, to jedynie jako absolutna ostateczność. W teorii wolność osobista może być ograniczana „tylko wtedy, gdy to konieczne w demokratycznym państwie” (art. 31 ust. 3 konstytucji z 1997 r.) a  wolność gospodarcza może wyłącznie ze względu na „ważny interes publiczny”(art. 22 konstytucji z 1997 r.), w praktyce większość polityków i prawników zaakceptuje każde ograniczenie wolności dla bliżej nieokreślonego „dobra” obywatela. Między innymi dlatego, że od wielu lat edukacja szkolna, a także edukacja prawna na uczelniach wpaja nam, że prawa ekonomiczne są mniej ważne niż prawa polityczne.

Tymczasem prawa polityczne nie są w stanie prawidłowo funkcjonować bez odpowiednio chronionych praw ekonomicznych. Spójrzmy na tzw. gołotę – uprzywilejowanych, ale ubogich szlachciców, którzy mieli wszystkie możliwe uprawnienia polityczne. Czy znajdujący się w takiej sytuacji finansowej szlachcice mogli korzystać ze swoich uprawnień politycznych z myślą o dobru państwa? Oczywiście nie, bo naturalne jest, że niemal każdy człowiek w pierwszej kolejności myśli o tym, żeby zadbać o to, żeby mieć co włożyć do przysłowiowego garnka. Szlachcice nie byli tu wyjątkiem i dlatego tysiące z nich chętnie sprzedawało swoje głosy magnatom i zagranicznym ambasadorom w zamian za wypełnienie ich „garnków”. I tu możemy się pokusić o kolejną analogię do czasów współczesnych: na populistyczne obietnice najbardziej podatni są ubodzy wyborcy. Czym oni się różnią od wspomnianej szlachty-gołoty?

Reforma polityczna państwa

Nic dziwnego więc, że jedną z decyzji Sejmu Wielkiego było pozbawienie gołoty praw politycznych – nastąpiło to jeszcze przed uchwaleniem Konstytucji 3 Maja, w Prawie o sejmikach z 24 marca 1791 r. W samej Konstytucji potwierdzono wszystkie dotychczasowe przywileje szlacheckie, ale zarazem – co niezmiernie istotne – nie zastrzeżono ich na wyłączność, zostawiając furtkę na poszerzanie społeczeństwa politycznego o „nisko urodzonych”, ale utalentowanych i zasłużonych dla kraju Polaków, zwłaszcza mieszczan. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że odtąd każdy, kto sobie na to zapracował, mógł wstąpić do stanu szlacheckiego: wszyscy właściciele dóbr ziemskich, wnoszący podatek dziesiątego grosza. Szlachta polska i tak była już liczna w zestawieniu z innymi krajami europejskimi (ok. 10% populacji), a ta zmiana z czasem potężnie zwielokrotniłaby jej szeregi.

Mieszczanie zyskali prawo delegowania swoich przedstawicieli do władzy prawodawczej i wykonawczej – co prawda tylko 24, i to jedynie z głosem doradczym, ale i tak była to zmiana na lepsze. Zwiększono samorządność miast, likwidując tzw. jurydyki (przywileje wyłączające prywatne posiadłości szlacheckie w obrębie miast spod sądownictwa miejskiego).  Zniesiono przeszkody dla wolności gospodarczej, likwidując zakaz posiadania gruntów przez mieszczan oraz zakaz parania się handlem i rzemiosłem przez szlachtę. Można mieć żal do Sejmu, że tymi postępowymi zmianami objął wyłącznie miasta królewskie, których w Rzeczypospolitej czasów stanisławowskich było łącznie 375 (26%), z pominięciem miast kościelnych (145 czyli 10%) i prywatnych (932 czyli 64%). Mimo to był to duży krok naprzód i na gruncie tego stanu prawnego miała szansę wyrosnąć polska klasa średnia, podstawa każdego zdrowego, stabilnego ustroju – jak uczy nas mistrz Arystoteles.

Niewiele dała Konstytucja 3 Maja dała najliczniejszej warstwie społeczeństwa, jaką byli chłopi, ograniczając się do ogólnikowej deklaracji oddania ich „pod opiekę prawa i rządu krajowego”, co w istocie oznaczało utrzymanie status quo, w tym zwłaszcza poddaństwa.

Często mówi się, że Konstytucja 3 Maja wprowadziła „trójpodział władzy”, co jest zdecydowanym uproszczeniem. Podział władzy na wykonawczą i prawodawczą funkcjonował już w Rzeczypospolitej co najmniej od konstytucji nihil novi z 1505 r., a zjawisko wyodrębniania się władzy sądowniczej obserwujemy już co najmniej od statutów Kazimierza Wielkiego, które podkreślały znaczenie zasady niezawisłości sędziowskiej.

Konstytucja nie dokonała specjalnej rewolucji w zakresie władzy prawodawczej i sądowniczej. Tą pierwszą powierzyła funkcjonującemu już od ponad 300 lat dwuizbowemu parlamentowi (Izbie Poselskiej i Senatowi), zwanemu łącznie Sejmem. Istotną zmianą było wykluczenie króla z procesu ustawodawczego przez odebranie mu prawa sankcji. W sądownictwie nie dokonano wielkich zmian: utrzymano sądy stanowe, zachowano też jurysdykcję tzw. komisji wielkich, czyli organów władzy wykonawczej w zakresie sporów dotyczących ich właściwości (a więc sądy nie zostały zupełnie oddzielone od egzekutywy).

Polska „rewolucja” charakteryzowała się więc szacunkiem dla sprawdzonych instytucji państwa – poprawiono w nich jedynie to, co nie działało: likwidując liberum veto, odbierając uprawnienia polityczne zubożałej i podatnej przez to na korupcję szlachcie, częściowo znosząc instrukcje sejmikowe dla posłów oraz upowszechniając zasadę elekcyjności sędziów. Można mieć pewne wątpliwości co do braku jakiejkolwiek przeciwwagi dla parlamentu, zważywszy na to, że król polski stawał się jedyną głową państwa w Europie, a może nawet i na świecie, który nie miał ani prawa sankcji, ani prawa weta.

Krokiem w dobrym kierunku było też stworzenie rządu centralnego o stałym składzie, którego Polska dotąd nie miała, pod nazwą Straży Praw, złożonej z pięciu ministrów pod przewodnictwem króla. Jednocześnie jednak Konstytucja 3 Maja wprowadziła równoległą strukturę władzy wykonawczej w postaci komisji wielkich, które formalnie podlegały Straży, ale na ich czele mieli stać komisarze wybierani przez Sejm. Tu twórcy Konstytucji nie wykazali się chyba przenikliwością, bo wymyślone przez nich rozwiązanie wprowadzało faktyczny dualizm władzy wykonawczej, co groziło konfliktami między Strażą a komisjami.

Wreszcie wypada wspomnieć o kwestii, o której dzisiaj mówi się najrzadziej, a która najbardziej rozpalała wówczas emocje – Konstytucja 3 Maja wprowadzała monarchię dziedziczną w miejsce elekcyjnej, odbierając szlachcicom jedno z ich najbardziej uświęconych praw wyborczych. Rozwiązanie bez wątpienia rozsądne, bo przyczyniało się do stabilizacji państwa, ale wzbudziło ono kontrowersje wśród części szlachty, a także – co istotne – na dworach w Berlinie, Wiedniu i Petersburgu.

Mniej rozsądny był nieprzemyślany wybór dynastii, która miała objąć rządy po Stanisławie Auguście: Wettinów. Problem w tym, że samego księcia saskiego Fryderyka Augusta I… w ogóle nie zapytano wcześniej o zdanie, z góry zakładając, że zgodzi się na objęcie tronu polskiego, a ten – jak się potem okazało – uzależniał zgodę od przyzwolenia Rosji, Prus i Austrii.  Nie miał on żadnych męskich potomków, tylko córkę, która jako następczyni tronu po ojcu musiałaby wziąć sobie męża, przyszłego króla. Z tą zaś kwestią wiązał się problem międzynarodowy – Austria obawiała się, że następczyni polskiego tronu zostanie wydana za Hohenzollerna, Prusy – że za Habsburga albo co gorsza, za Romanowa, a Rosja generalnie odrzucała możliwość wprowadzenia monarchii dziedzicznej w Polsce, która mogłaby poważnie ograniczyć jej wpływy.

Ostatnią lekcją, jaką możemy wyciągnąć z Konstytucji 3 Maja, jest znaczenie wartości moralnych dla porządku prawnego. Ustawa Rządowa w artykule I stanowi, że „Religią narodową panującą jest i będzie wiara święta rzymska katolicka, ze wszystkiemi jej prawami.” Ten sam przepis w dalszej części zdania potwierdził obowiązującą od stuleci w Rzeczypospolitej zasadę tolerancji dla innych religii.

Inaczej niż poprzedzająca ją konstytucja amerykańska z 1787 r. oraz kolejna po niej konstytucja francuska z września 1791 r., polska konstytucja zachowała instytucję religii panującej. Był to akt kompromisu pomiędzy wartościami elit, które w dużej mierze były już niewierzące, a wartościami większości społeczeństwa, któremu katolicyzm wciąż był bliski.

Niewykorzystana szansa

Niestety, Konstytucję 3 Maja uchwalono zbyt późno: szlachecki obóz reformatorski za bardzo ociągał się z przedłożeniem ostatecznego projektu, a na dodatek popełnił kilka fatalnych błędów w polityce zagranicznej, której większość szlachciców po prostu nie rozumiała. Właśnie wtedy najbardziej bolesny okazał się brak stabilnego rządu centralnego, a przez to brak profesjonalnej dyplomacji, która byłaby w stanie wypracować spójną koncepcję polityki międzynarodowej.

Wielu szlachciców liczyło, że Rzeczpospolita będzie mogła zachować neutralność w nadchodzącej wojnie Prus i Wielkiej Brytanii z Rosją, co było założeniem naiwnym z uwagi na geopolityczne położenie Rzeczypospolitej, w bezpośrednim sąsiedztwie imperium Katarzyny. Politykę mocarstw zostawili więc własnemu biegowi.

Tymczasem sprzyjająca Rzeczypospolitej koniunktura z każdym miesiącem słabła: niespodziewanie w lipcu 1790 r. doszło do porozumienia Prus i Austrii. Cesarz austriacki Leopold II, świadom miażdżącej przewagi militarnej Prus, przyjął ich ultimatum, żądające natychmiastowego wycofania się z wojny z Turcją i rezygnacji z jakichkolwiek roszczeń terytorialnych na wschodzie. Tym samym Prusom odpadł jeden z powodów do wojny z Rosją. Z kolei w sierpniu 1790 r. Rosja zawarła pokój ze Szwecją, co pozwoliło carycy skupić się na wojnie z Turcją. Pozycja Rosji uległa zatem zdecydowanej poprawie, a co za tym idzie – pozycja Polski uległa odpowiedniemu pogorszeniu.

Na domiar złego we wrześniu 1790 r. Sejm podjął uchwałę o nienaruszalności terytorium Rzeczypospolitej, co zostało źle odebrane przez sprzymierzone z nami Prusy, które liczyły na odstąpienie im Gdańska i Torunia w zamian za korzystny traktat handlowy obniżający cła do minimum. Traktat ten miał fundamentalne znaczenie nie tylko dla samych Prusaków, ale także dla Brytyjczyków, którzy – jak wspomniałem powyżej – liczyli, że otworzą sobie tym sposobem szlak handlowy z Polską. Jedną decyzją z września 1790 r. Sejm odebrał Prusom i Wielkiej Brytanii jeden z ważniejszych powodów do zaangażowania się w wojnę z Rosją.

Mimo to Wielka Brytania nadał była skłonna do zaatakowania Rosji, licząc, że uda się z Rzeczpospolitą wypracować jakieś porozumienie. Zostało nawet przygotowane ultimatum, które miało zostać przedstawione carycy wiosną 1791 roku. Dyplomacja rosyjska, reprezentowana przez ambasadora Rosji w Londynie Siemiona Woroncowa, usilnie pracowała nad storpedowaniem tego ultimatum, kupując posłów opozycji, dziennikarzy prasy opozycyjnej, a nawet oddziałując na ministrów rządu premiera Williama Pitta Młodszego, który osobiście stanowczo parł ku wojnie.

Udało się: niespodziewanie na przełomie marca i kwietnia 1791 r. w rządzie brytyjskim doszło do rozłamu, na skutek którego część ministrów stanowczo sprzeciwiła się jakiejkolwiek wojnie z Rosją, wskutek czego premier Pitt ugiął się i zrezygnował na dobre z dotychczasowych planów. Zabrakło w Londynie na miejscu polskiej placówki dyplomatycznej, która mogłaby przeciwdziałać sabotażowi ambasadora rosyjskiego.

Bez niezbędnego wsparcia floty brytyjskiej Prusy straciły resztki motywacji do wojny. Rzeczpospolita znów została sama, choć jeszcze w kwietniu 1791 r. król i szlachta nie zdawali sobie z tego sprawy. W styczniu 1792 roku Rosja wygrała ostatecznie wojnę z Turcją, podpisując korzystny dla siebie pokój, po którego zawarciu mogła ponownie zwrócić się ku zbuntowanej Polsce.

Okażmy szacunek twórcom Konstytucji 3 Maja

Konstytucja 3 Maja nie była ani dokumentem wybitnym, ani pierwszym dokumentem tego rodzaju w Europie. Została przyjęta zdecydowanie za późno, do czego przyczyniły się liczne błędy dyplomatyczne króla i polskiej szlachty, którzy nie wykorzystali dostatecznie niepowtarzalnej koniunktury międzynarodowej, jaka istniała w 1790 roku. W efekcie Konstytucja 3 Maja obowiązywała zaledwie kilkanaście miesięcy, do czasu gdy Prusy i Wielka Brytania straciły jakąkolwiek motywację do walki z Rosją, która z kolei mogła sobie znów pozwolić na zbrojną interwencję w Rzeczypospolitej, doprowadzając do obalenia jej nowego ustroju.

Z pewnością jednak stanowiła krok w kierunku uzdrowienia patologii ustrojowych Pierwszej Rzeczypospolitej. Jak słusznie zauważył przedwojenny historyk Stanisław Smolka: „konstytucja nie ocaliła bytu politycznego – wskazała środki do ratowania narodowego bytu”. Na uznanie zasługuje też przyjęcie Konstytucji 3 Maja w pokojowy sposób, bez przelewania niczyjej krwi, a także w duchu politycznego kompromisu (łączącego polską tradycję z ideami Oświecenia).

Nie można też lekceważyć znaczenia mitologicznego, jakiego Konstytucja 3 Maja nabrała w naszej tradycji w XIX wieku, stając się jednym z symboli niepodległości. Ale skoro pielęgnujemy ten mit, świętując w tym roku 230. rocznicę uchwalenia tej Konstytucji, to okażmy szacunek jej twórcom i pochylmy się nad zapomnianymi ideałami, o których dzisiaj tak niewiele się mówi: wolności osobistej i własności, które mają fundamentalne znaczenie dla budowania elit politycznych; szacunku dla ciągłości władzy i dla instytucji państwa, które należy reformować na drodze punktowej transformacji, a nie totalnej rewolucji; a także o pozytywnej roli religii w sprawach publicznych.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.