Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Czy za prymitywny wizerunek kobiety w polskiej fantastyce odpowiada prawica? O dziadersach fantastyki i filmikach Katarzyny Babis

Czy za prymitywny wizerunek kobiety w polskiej fantastyce odpowiada prawica? O dziadersach fantastyki i filmikach Katarzyny Babis Źródło: Julita B.C. - flickr.com

Świat polskiej fantastyki obiegła afera. Wszystko z powodu niedawno opublikowanych, szyderczych filmików Katarzyny Babis o pisarzach dziadersach, które wywołały wielowątkową dyskusję na temat wizji i roli kobiet w literaturze. A samo pojęcie dziadersa, czyli pana reprezentującego dość archaiczne poglądy w kwestii różnic między płciami i na domiar przekonanego o swej nieomylności w tym względzie, niezwykle szybko zaczęło pojawiać się w różnorodnych komentarzach społeczno-politycznych. Czy ten spór może coś wnieść do krytyki literackiej w jej popularnym wydaniu? I czy rzeczywiście wszystkie zarzuty wobec dziadersów były słuszne?

Rozpustnice, idiotki i ładne tło

Lista dziadersów jest dość długa. Do tej pory Katarzyna Babis przeanalizowała twórczość Andrzeja Ziemiańskiego, Jacka Piekary i Andrzeja Pilipiuka. I niestety trzeba przyznać jej rację, że nie jest dobrze. Mówiąc wprost – jest koszmarnie. Wyżej wymienieni autorzy nigdy nie należeli do literackiej czołówki. Trudno nawet nazwać ich pierwszorzędnymi pisarzami drugorzędnymi. Kuleje u nich zarówno fabuła, jak i język. Choć można to jeszcze wybaczyć książkom tworzonym wyłącznie dla zapewnienia przyjemności, to jednak snute przez nich, zwłaszcza przez Ziemiańskiego i Piekarę, wizje na temat kobiecości są naprawdę niepokojące.

Wszystkie kobiety w Achai Andrzeja Ziemiańskiego w stresujących sytuacjach mają problem z nietrzymaniem moczu, a nawet jeśli są zaprawionymi w boju wojowniczkami, to i tak ich styl bycia jest podobny do nastolatek z amerykańskich filmów dla młodzieży. Chichotanie, okładanie się poduszkami oraz gadanie o ciuchach i kosmetykach. Baby są w końcu jakieś inne i zawsze to z nich wychodzi. Trochę marna ta wizja, czyż nie? Z twórczością Jacka Piekary nie jest  inaczej. W swym cyklu Inkwizytorskim używa on kobiet jako seksualnych rekwizytów. Jego wzorowany na średniowieczu świat jest w końcu mroczy i zły, więc brutalne gwałty idealnie podgrzeją atmosferę. I odciągną od toku opowieści, w której zasadzie nic ciekawego się nie dzieje. Prawdopodobnie dlatego główny bohater, co jakiś czas musi nam przypominać, że naprawdę nie jest gejem, bo inaczej umarlibyśmy z nudów. W Kuzynkach Andrzeja Pilipiuka jest trochę lepiej. Dziewczyny (nawet kilkusetletnie) są naiwne i mało bystre, ale przynajmniej starają się działać i mają coś do powiedzenia (choć rzadko jest to błyskotliwe).

Ale dlaczego miałoby nam to przeszkadzać? Przecież wolność twórcza to świętość, to pewna kreacja, wszyscy mrugamy oczami i wiemy, że nic tu nie jest prawdą i tak na niby się dzieje. Zresztą fantastyka rządzi się swoimi prawami. Zacznijmy od tego ostatniego argumentu. Postrzeganie fantastyki jako literatury gorszego sortu jest już kuriozalne. Udowodniło to już wielu wybitnych autorów tego nurtu. A jeśli taka opinia ma usprawiedliwieniem dla „mocnych” fragmentów tekstów, to należy zastanowić się, po co nam te okropieństwa.

Nie mam zamiaru nawoływać do wyrugowania brutalności z literatury – o ile rzeczywiście czemuś służy. Trudne tematy nierzadko wymagają sportretowania mrocznej strony natury ludzkiej. Jednakże granica między poruszaniem kontrowersyjnych treści a epatowaniem swoimi chorymi fantazjami jest bardzo cienka. I zbyt często przekraczana.

Idealnym przykładem niezrozumienia tej różnicy była dyskusja wokół książki Bartka Rojnego Parafil wydanej przez wydawnictwo Znak. Na jej łamach znalazł się sugestywny i drobiazgowy opis gwałtu dokonanego za pomocą tarki do sera. Ostatecznie przeproszono za ten fragment, ale wydawnictwo nie zamierza rezygnować z dostarczania czytelnikom kolejnych książek tego autora. Dorota Grusza, redaktorka wydawnictwa, w odpowiedzi na wątpliwości wysunięte przez Rozrywka.Blog, podsumowała całą dyskusję w następujący sposób: „Parafil” to literatura gatunkowa, i podobnie jak wiele innych kryminałów porusza wątki, które budzą skrajne emocje. Bohaterem jest ekspert od dewiacji pomagający policji w ujęciu psychopaty. To tytuł skierowany do odbiorcy, który jest przygotowany na takie treści. Sceny przemocy w „Parafilu” są bardzo brutalne. Trudno jednak wskazać konkretną granicę – w kryminałach/thrillerach/powieściach grozy, ale i w literaturze pięknej, pojawiają się mocne, transgresyjne opisy przemocy”.

Wątpię, że każdy miłośnik kryminałów sięgający po Parafila był przygotowany na taką scenę. Jednakże potraktujmy tę wypowiedzieć poważnie i spójrzmy na ten tytuł zgodnie z poleceniami redaktorki. Jaki transgresyjny wymiar niesie ze sobą drobiazgowy opis brutalnego gwałtu? Przychodzi mi na myśl tylko kolejny stopień zobojętnienia wobec przemocy. Niektórzy starali się bronić autora, ponieważ doszukiwali się u niego prób wniknięcia w psychikę seryjnego mordercy. Niemniej od czytania bestialskich opisów wcale nie wzrośnie nasza wiedza. Jeżeli rzeczywiście chcemy dokształcić się w tym temacie, to warto sięgnąć po książki Johna Douglasa, prawdziwego eksperta w tej dziedzinie. Okazuje się wtedy, że istnieje dość wyraźna różnica między rozkoszowaniem się chorymi fantazjami a ich rzeczową analizą. I wcale nie trzeba uciekać od kontrowersyjnych treści.

Jednakże w tej aferze najbardziej przerażające były niektóre komentarze pod stosownym wpisem na fanpage’u wydawnictwa Znak. O ile jestem w stanie zrozumieć, że ktoś może bronić  niczym nieograniczonej wolności twórczej autora, nawet za cenę pauperyzacji ważnych tematów społecznych, o tyle trudno mi pojąć chwalenie się wytrzymałością przy lekturze ostrych wątków i robienie tego w duchu wykrzywionego współzawodnictwa. Co ciekawe, przodowały w tym panie. Naprawdę trudno było znieść zachwyt nad tym, „że mnie już takie sceny w ogóle nie ruszają”, albo nawoływanie „o coś bardziej brutalnego, bo takie rzeczy to razić mogą co najwyżej przedszkolaków”.

Drodzy komentujący! Wcale nie jesteście ani lepsi, ani bardziej wyluzowani od tych, którym nie pasuje szczegółowy opis gwałtu za pomocą tarki do sera. A panie, wzruszające ramionami, gdy po raz kolejny czytają o wypruwaniu flaków, wcale nie są „fajnymi ziomeczkami” do tańca i różańca. Po prostu coś jest nie tak z waszą wrażliwością. Krytycy Rojnego wcale nie są wydelikaconymi istotkami, którym przeszkadza odrobinka krwi. Dostrzegają po prostu, że czymś nie na miejscu jest promowanie autorów oferujących czytelnikom jedynie swoje zwyrodniałe fantazje, które nie służą ani żadnemu fabularnemu celowi, ani nie posiadających żadnej literackiej wartości. Pominę już to, że czerpanie przyjemności z coraz to bardziej wyszukanych opisów przemocy jest czymś głęboko niepokojącym.

Kobiety nie mają łatwego życia w popkulturze. Oczywiście jest to pewne uogólnienie i z pewnością znajdziemy przykłady wyłamujące się z tej konwencji. Jednakże uśrednione spojrzenie nie napawa optymizmem. Dziewczyny pojawiają się jako tło dla ważnych wydarzeń. Stanowią dodatek do perypetii spotykających głównego bohatera. Tworzy się je według kilku klisz, które są już tak sztampowe, że przyjmujemy je ze znudzeniem lub irytacją. Wyuzdane rozpustnice albo nieskazitelne anielice wymagające ratunku. Naiwne dziewczątka nieskażone inteligencją, ale przynajmniej zabawne.

Opcjonalnie istnieje jeszcze dla nich schemat Mary Sue – bohaterki, której wszystko idzie jak po maśle, a jej niesamowitym mocom nie mogą się oprzeć nawet najpotężniejsi wrogowie. Szkoda tylko, że odbiorca jedynie ziewa i bezmyślnie przerzuca strony lub gapi się w ekran. Nie chodzi mi oto, że teraz mamy wszędzie na siłę wciskać kobiece postacie. Wystarczy, że będą bardziej sensownie kreowane. Z większym polotem i finezją. Będą pełnoprawnymi charakterami, a nie odzwierciedleniem seksualnych fantazji autora.

Jak powstają prawicowi chłopcy

Trudno spierać się z Katarzyną Babis na tym poziomie analizy. Rzeczywiście wizerunek kobiet w fantastyce pozostawia wiele do życzenia. Niełatwo to zbyć powołując się na wolność twórczą. Owszem papier przyjmie wszystko, lecz raczej nie warto zapełniać go wielokrotnie przeżutymi przez popkulturę stereotypami. Tym bardziej, kiedy postacie kobiece to jedynie wyraz mało wyszukanych poglądów autora. Naprawdę, jeśli wszędzie widzisz złowieszcze, zdeprawowane rozpustnice lub urocze idiotki, to czas najwyższy zmienić otoczenie. Zawsze też warto skonfrontować swoje przekonania z rzeczywistością lub po prostu zacząć traktować dziewczyny jak ludzi, a nie jakiś niesprecyzowany byt odmienny i nieznany. Jednakże rozważania Katarzyny Babis nie ograniczają się wyłącznie do krytyki literackiej, gdyż są jedynie punktem wyjścia do postawienia kilku mocnych, społecznych tez.

Polska fantastyka (a przynajmniej ten jej specyficzny nurt pisarzy utworzony pod szyldem wydawnictwa Fabryki Słów) jest koszmarna nie tylko dlatego, że dostarcza nam mało wyrafinowanych wrażeń estetycznych. Przez nią nasze społeczeństwo chyli się ku upadkowi, gdyż młodzi chłopcy jak gąbka chłoną zawarty w nich przekaz. Z rumieńcami na policzkach zaliczają kolejne tomy Achai. I przez to przeobrażają się w straszliwe oraz plugawe monstra – w prawicowców.

Wiecie, przecież to jest właśnie prawicowa literatura. Dlatego też tak bardzo powinniśmy na nią uważać. Wystarczy jedno nieuważne spojrzenie i przepadliśmy. Skąd wiemy, że fantastyka jest prawicowa? Oczywiście przez takie, a nie inne przedstawianie kobiet. Prawdopodobnie ten nienawistny stosunek do przeciwnej płci to podstawowa cecha prawicowców.

Jednak jeżeli wciąż mamy wątpliwości, to możemy sprawdzić samych pisarzy. Z Andrzejem Pilipiukiem sprawa jest prosta. W jego książkach wprost pojawiają się pochwalne fragmenty na temat UPR-u. I za to też najbardziej mu się dostaje. Kreślone przez niego bohaterki podlegają mniejszej krytyce, niż jego polityczne upodobania. Z resztą jest już trochę trudniej. Ale od czego mamy Facebooka? Wystarczy zajrzeć na ich profile i przeanalizować ich wpisy. I od razu mamy odpowiedź – wstrętna prawica. Katarzyna Babis w swych filmikach mocno walczy z Rolandem Barthesem i poglądem „śmierci autora”, w którym nie miesza się danego dzieła z osobistymi przekonaniami twórców. Nie będę już się wyzłośliwiać i wypunktowywać, że koncepcja Barthesa jest trochę bardziej skomplikowana, a wzmiankowana „śmierć autora” ma znacznie głębsze znaczenie niż „poglądy twórcy się nie liczą”. W końcu taka wersja tej idei już od dłuższego czasu jest obecna w różnorodnych dyskusjach. Najważniejsze w tym wszystkim pozostaje to, do czego prowadzi nas ten ideologiczny sprawdzian.

Pisarz musi mieć odpowiednie poglądy

Naturalnie zgadzam się z tym, że twórcy w swoich pracach nie konstruują wyłącznie wyobrażonych światów, lecz odbija się w nich w mniejszym bądź większym stopniu ich światopogląd. Ba! Mogą nawet dzięki nimi zabrać głos na ważne tematy społeczno-polityczne. Kłopotliwie robi się wtedy, gdy wcześniej trzeba ustalić, kto w tym duchu może się wypowiadać. Albo kiedy tworzymy ogólne wnioski na temat genezy pewnych przekonań politycznych, bazując na osobistych stereotypach. Wydaje się zaś, że polska fantastyka wydaje się idealnie pasuje do roli straszaka przed prawicową zarazą. Niemniej o ile wizerunek kobiet u Jacka Piekary jest słabiutki, o tyle wnioskowanie, że ta wizja wywodzi się z jego ogólnego poglądu na świat, a właściwie pewnego wyobrażenia na temat tego stanowiska skonstruowanego ze stosownych postów na Facebooku, jest równie wątpliwe.

Oczywiście możemy wierzyć w ten lewicowy fantazmat, że wszyscy prawicowcy nienawidzą kobiet i muszą dać temu upust w tworzonej przez siebie literaturze. Jednak jest on tak samo prawdziwym jak przekonanie o wstrętnych feministkach nienawidzących mężczyzn. Miło jest sobie tak odbijać piłeczkę, ale to nie doprowadzi nas do żadnej konkluzji. Co najwyżej będziemy patrzeć na literaturę (i inne wytwory kultury) w ideologicznej optyce, przez co zmieni się jej podstawowa funkcja.

Zamiast pobudzać do myślenia i krytyki stanie się wyłącznie przyjemną papką potwierdzającą nasze opinie. Czy naprawdę chcemy, aby książki były jedynie nośnikiem prostej przyjemności? Zapewniały terapeutyczną radość z przynależności do grupy? Chcemy za każdym razem sprawdzać ideologiczną przynależność autora zanim sięgniemy po książkę?

Andrzej Pilipiuk przemyca program UPR-u do swoich książek. Śmiało krytykujmy, że robi to w sposób naiwny, a jego stanowisko na temat kwestii bezdomnych i problemów nastolatków w Kuzynkach jest mało lotne. Niemniej dalej ma do tego prawo. I jednocześnie nie są to opinie konstytutywne dla prawicowego światopoglądu – także w jego polskiej wersji. A nawet gdybyśmy uznali go za największego reprezentanta „bycia prawicowym” w literaturze, to nadal jego książki powinny wciąż bronić się (lub nie) podstawie innych kryteriów niż światopoglądowa zgodność z czytelnikiem. Inaczej prowadzi to do naprawdę kuriozalnych sytuacji – przede wszystkim do ślepoty w stosunku do „swoich pisarzy”.

Trzeba im dać do lektury słuszne książki

Wojciech Chmielarz, obecnie jeden z najpopularniejszych twórców kryminałów, również nie radzi sobie zbyt dobrze z konstruowaniem wyrazistych kobiecych postaci. Właściwie także mamy u niego niezłą paradę stereotypów. Policjantkę-femnistkę używającą feminatywów, która oczywiście musi być silna, brutalna i trochę dziwna. Byłą żonę, będącą kliszą toposu wrażliwej niewiasty. I nową partnerkę głównego bohatera, której rola sprowadza się do zaspokajania jego seksualnych potrzeb. A jest jeszcze prostytutka rozpustnica zarażająca biednych mężczyzn wirusem HIV. Na szczęście posty Wojciecha Chmielarza na Facebooku są „odpowiednie”, więc prawdopodobnie nie musi się on obawiać zbytniej krytyki swych bohaterek. Przecież jego książki nie spowodują, że czytelnicy przeobrażą się w tych strasznych prawicowców.

W tym przekonaniu o książkach, przez które mieliby powstawać prawicowi chłopcy, widać dwie ważne rzeczy. Z jednej strony przeświadczenie o mocy literatury i możliwości zmieniania przez nią świata, podczas gdy z drugiej strony wyłaniam nam się kolejna odsłona paternalizmu – kiedy dostarczymy ludziom właściwe książki, to zaczną myśleć w należyty sposób.

Żadnego z tych przypuszczeń nie można utrzymać. Pierwsze z nich upada już na poziomie komentarzy pod filmikami Katarzyny Babis, kiedy oglądający przyznają się, że dopiero teraz (a nie w trakcie lektury) dostrzegli, jaki przekaz ukrywa się w polskiej fantastyce. Znów powróćmy do Andrzeja Pilipiuka. Przecież on wprost pisze, jaka partia polityczna jest mu szczególnie bliska. Jednak czytelnicy dostrzegli to dopiero po odpaleniu YouTuba…

Okazuje się, że ich czytelnictwo jest zupełnie bezrefleksyjne. Dostarcza im wyłącznie przyjemności i dobrej zabawy. Nie ma żadnej potrzeby obawiać się prawicowej ofensywy. Kilka książek to za mało, aby ktoś został prawicowcem. Podobnie upada druga kwestia. Wygląda na to, że lewica nadal traktuje swoich oponentów jako słabo wykształconych troglodytów, którym potrzeba jedynie odrobinę edukacji, aby stanęli w końcu po właściwej stronie. Parę dobrych lektur i sprawa załatwiona.

W końcu, jeżeli przyznamy prawicowcom jakąkolwiek formę podmiotowości, to jeszcze należałoby wejść z nimi w jakiś dialog. A tak można ich zbyć za pomocą kilku stworzonych na tę okoliczność wyobrażeń. Ponownie przypominam sobie przestrogę Agnieszki Sikory z Wolność, równość, przemoc przed tą straszną prawicą, która zaczęła zajmować się problematyką ekologiczną. Absolutnie nie wolno działać z nimi ramię w ramię w tej ważnej sprawie. Cel może szczytny, lecz przecież powszechnie wiadomo, że oni tak naprawdę chcą tylnymi drzwiami wprowadzić faszyzm.


Skąd się biorą prawicowe dziewczyny?

Warto jeszcze zapytać, co z prawicowymi dziewczynami? Czy one również powstają w jakiś szczególny sposób? Wiadomo, że z zasady czytają lepsze książki niż polską fantastykę, więc są słabiej wodzone na pokuszenie. Jednakże kobiety, które nie zgadzają się z tezami formułowanymi w duchu lewicowej wrażliwości, są problematyczne. Trzeba jakoś to wytłumaczyć, pokazać, gdzie popełniły błąd. A także trochę utemperować i uprzedmiotowić, nawet jeśli tylko podejrzewamy je o prawicowe ciągoty.

Idealnym obrazem takich zachowań jest sprawa podpisania przez Maję Lidię Kossakowską listu w obronie Jacka Komudy, kiedy wybuchła afera z jego opowiadaniem opublikowanym w Nowej Fantastyce. Dodajmy, że tekst ten, łączący homoseksualizm z pedofilią, gdzie bohaterowie w pseudośredniowiecznym anturażu debatują o cywilizacji śmierci, to kolejny tekst wywołujący estetyczny niesmak. Sprawa z listem protestacyjnym jest jednak nieprzeciętnie interesująca w związku z omawianym przez nas kontekstem.

List w obronie wolności twórczej Jacka Komudy pojawił się na wielu portalach. W mediach społecznościowych funkcjonował głównie w formie miniaturki. Dlatego też mogły pojawić się liczne posty na temat tego, że nie podpisała go żadna kobieta.

Komentujący niestety nie zauważyli podpisu Marii Lidii Kossakowskiej, ponieważ trzeba było kliknąć w materiał, aby wyświetlili się wszyscy protestujący. W końcu jednak ktoś zwrócił na to uwagę, więc trzeba było zmienić narrację. Wtedy pojawiły się wpisy na temat tego, że Kossakowska nie ma własnego zdania lub po prostu znajduje się pod jarzmem swojego męża – Jarosława Grzędowicza, również pisarza fantasy – i to on kazał jej to zrobić.

Głosy w obronie jej podmiotowości były naprawdę nieliczne. Nie mam wystarczającej wiedzy na temat jej poglądów politycznych, ale prawicowe kobiety często muszą mierzyć się z podobnymi komentarzami. Słyszą, że chcą się przypodobać facetom, że są wrogami innych kobiet, że nie potrafią samodzielnie myśleć, że ktoś je do tego zmusza, że muszą się trochę dokształcić i na pewno zrozumieją swój błąd. Tak jakby nie miały prawa do własnego zdania i opinii. Cóż światopoglądowe walki nigdy nie brały jeńców. Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam.

Polityczne kryterium oceny literatury

Od jakiegoś czasu coraz częściej głównym kryterium tego, czy dana książka jest dobra czy też nie, jest zaliczenie jej do określonego nurtu społeczno-politycznego. A nawet więcej – cała kultura stała się zależna od tego podziału. W pewnym momencie lewicowa wrażliwość zmonopolizowała dyskurs dotyczący twórczości artystycznej. I nie chodzi w żadnym wypadku o stosowanie konkretnych narzędzi badawczych, np. wpisywanie danego dzieła w perspektywę feministyczną bądź postkolonialną, które są ufundowane na pojęciu emancypacji.

Po prostu to lewica miała kojarzyć się z szeroko rozumianą sztuką. Prawicy pozostawało wychwalanie Sienkiewicza, tworzenie prac ludowo-religijnych oraz marudzenie na niedostateczną polskość danych artystów. Potem poszło już z górki – twórcy o nastawieniu lewicową tworzą dzieła, a prawicowcy albo wymyślają wątpliwej jakości sztampę, albo się kompromitują. Wystarczy zweryfikować światopogląd danej osoby i już wiemy z czym mamy do czynienia.

W historii popularnej krytyki, tej wychodzącej poza wąskie grono specjalistów, jak dotąd nie wydarzyło się nic gorszego od tego podziału. Nawet nie wiadomo, od czego rozpocząć wymienianie wad tej ideologicznej optyki. Podkreślmy tylko najważniejsze elementy, które wpływają na coś więcej niż tylko gust. Przede wszystkim kultura staje się elementem walki danych formacji społeczno-politycznych zarówno prawicowych, jak i lewicowych.

Chociaż jej rola w zmienianiu świata zdecydowanie zmalała, to wciąż jeszcze umożliwiała intelektualnie pobudzenie. A przynajmniej zetknięcie się z innymi ideami, co mogło skłonić nas do krytycznego spojrzenia na własne stanowisko. Obecnie coraz częściej staje podstawą do prostackiego umocnienia własnej tożsamości na bazie przyklaskiwania temu, co już wcześniej uznaliśmy za słuszne. Czytanie właściwych książek lub oglądanie odpowiednich filmów okazuje się warunkiem koniecznym, aby zaliczyć się do danej grupy światopoglądowej. I wytwarza takie fantazmaty na temat oponentów, które nie tylko uniemożliwiają rzetelną dyskusję, lecz także przekształcają ich we wstrętnych wrogów, wobec których używać można tylko argumentów siłowych.

Przecież nie ma niczego przyjemniejszego od przekonania się, że ktoś uważa tak samo, jak my. Miło jest wychwalać polską klasykę i psioczyć na Olgę Tokarczuk lub Radka Raka. W końcu samodzielne zmierzenie się z ich książkami wymaga już pewnego wysiłku. Dodatkowo pogłębia społeczne podziały. Jedni czują się lepiej, ponieważ sięgają po wartościowe utwory, a inni chlubią się nieznajomością współczesnej literatury.

Tym czasem każda ze stron szuka tego samego – jedynie potwierdzenia swoich racji. Im więcej lewicy i prawicy w kulturze, tym więcej bylejakości. Ten podział wspomaga przecież emotywne podejście do twórczości artystycznej, gdzie jedynym kryterium jest „podobało mi się” lub „nie podobało mi się”, dlatego dana praca jest dobra bądź zła. A przecież istnieje nikła szansa, że sprzeczny z moimi zestaw poglądów przyniesie mi przyjemność. Niech lepiej artyści nie kombinują i wpiszą się w jakąś opcje, żeby jeszcze przez przypadek nie zajrzeć do jakiejś prawicowej książki. Jeszcze zmieni nam się perspektywa.

Literatura nie musi unikać zaangażowania. Pisarz może posiadać wyrazisty światopogląd, który będzie propagował w swoich pracach. Nawet niech nas wyraźnie do tego zachęca, uderzając w nasze przekonania. Jednakże niech robi to w sposób wyszukany, nie depcząc przy tym inteligencji czytelnika. Bardziej od światopoglądowej edukacji potrzebujemy dzieł trudnych, zmuszających do myślenia, przynoszących nam nowe spojrzenie na zastane problemy społeczno-polityczne. Mam tak samo dość czytania o cywilizacji śmierci, jak i kierunkowania mojego myślenia w stronę lewicowej wrażliwości.

Z chęcią zapoznam się z literaturą poruszającą problematykę feministyczną, narodową, LGBT, katolicką, o ile żadna ze stron nie będzie starała się mnie pouczać na temat tego, jak powinnam myśleć. Niech skłonni mnie do przemyśleń lub do zmiany zdania. Niech jednak nie trzaska mi nad głową ideologicznym biczem i nie straszy, że inaczej zostanę wykluczona z danej grupy. Trudno. Kultura naprawdę nie potrzebuje podziału na lewicę i prawicę, a twórcy nie powinni się obawiać, że ich tablica na Facebooku będzie podstawowym kryterium oceny ich prac. Jedyne czego potrzebujemy to wartościowych dzieł, wyłamujących się z tego trywialnego podziału.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.