Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Interwencje behawioralne to nie totalitaryzm

Interwencje behawioralne to nie totalitaryzm https://unsplash.com/photos/PMxT0XtQ--A

Czy państwo może wpływać na zachowania obywateli? Chyba tylko libertarianin nie zgodzi się, że przynajmniej czasami interweniowanie przez państwo w postawy obywateli jest dopuszczalne. Szczególnie, że istnieją naukowe podstawy, by twierdzić, że ludzie podlegają regularnym błędom poznawczym i efektom psychologicznym, które utrudniają im wybieranie tego, co najlepsze dla nich samych (np. dla ich zdrowia).

Sebastian Stodolak, autor tekstu „Behawioryzm wstrzykiwany. Paszportów covidowych należałoby zakazać?”, który ukazał się w Dzienniku Gazecie Prawnej, twierdzi, że przywileje dla zaszczepionych (np. umożliwienie im podróży czy korzystania z zamkniętych na tę chwilę usług) są formą dyskryminacji, bo nie wszyscy mogą lub chcą się zaszczepić. Jest to dla niego przykład szerszego problemu – stosowania przez państwo pozaekonomicznych zachęt do prospołecznego, racjonalnego działania (czyli zaszczepienia się).

Takie programy, coraz popularniejsze na świecie, znane są jako interwencje behawioralne, bazujące na odkryciach ekonomii behawioralnej. Są stosowane w różnych dziedzinach polityki publicznej, np. w ochronie zdrowia, ekologii, systemie emerytalnym, ruchu drogowym i innych.

Mają one na celu modyfikację tzw. architektury wyboru, czyli wszystkich czynników, które wpływają na to, jak człowiek postrzega pewien problem decyzyjny. Architekt wyboru, np. państwo, może do pewnego stopnia kształtować sytuację wyboru, przez co (statystycznie) wpływa się na postawy ludzi stających przed danym wyborem. Zdaniem Stodolaka jest to niedemokratyczne działanie władzy. To państwo bowiem ustala, jakie zachowania w konkretnych sytuacjach wyboru są pożądane i manipuluje obywatelami tak, by ci częściej tak właśnie się zachowywali. Robi to poprzez zachęty bazujące na mniej widocznych, pozaekonomicznych bodźcach. W ten sposób ograniczana jest wolność wyboru jednostki, bo państwo warunkuje obywateli tak, aby ci przyjmowali zgodne z wolą władzy postawy, oraz nagradza „posłusznych”. Jak pisze autor: „Uznanie takich interwencji za standardowe narzędzie polityki pcha nas w ramiona miękkiego, paternalistycznego totalitaryzmu. W takim ustroju może i pozostawia się nam formalnie wolny wybór, ale troskliwa władza sprawia, że wybieramy zawsze to, czego od nas oczekuje”. Stodolak zauważa co prawda, że istnieją akceptowalne, dobre interwencje behawioralne (głównie te, które upraszczają biurokrację urzędową), i oddziela je od tych niedopuszczalnych, „inwazyjnych”, które tworzą nam świat niemal jak z dystopijnych powieści.

Wizja przedstawiona przez Stodolaka jest mocno przesadzona, a argumenty autora nierzadko pomijają kluczowe cechy zarówno interwencji behawioralnych (i kontekstu, w którym są wprowadzane poszczególne programy), jak i systemów totalitarnych, a także społecznego kontekstu współczesnego funkcjonowania ludzi.

W odróżnieniu od historycznego apartheidu, czyli sięgającej w niemal każdy aspekt życia społecznego dyskryminacji ludzi ze względu na rasę, przywileje dla zaszczepionych nie wydają się tak nieetyczne – tzw. szczepionkowe paszporty w dość niedługim okresie powinni móc dostać prawie wszyscy. Nawet jeśli zgodzimy się z Sebastianem Stodolakiem, że można mieć zarzuty co do etyczności tego rozwiązania, to już argumentacja o nieetyczności interwencji behawioralnych nie ma dobrego uzasadnienia. Architektura wyboru istnieje bowiem zawsze, niezależnie, czy miesza się w nią państwo, czy nie – a jeśli się nie miesza, to ludzie i tak ulegają manipulacjom, tylko że ze strony rynku, biznesu, marketingu lub własnej nieracjonalności. W tym sensie pełna wolność wyboru jednostki jest mitem, homo oeconomicus nie istnieje.

Wszystkie ręce na pokład w kwestii szczepień

Zacznijmy od ogólnego stwierdzenia – zaszczepienie większości populacji UE (i świata w ogóle) to rzecz kluczowa dla opanowania pandemii. Nie sądzę, by był sens dyskutować na poważnie o tym, czy się szczepić, oraz o tym, że powinno się to zrobić możliwie najszybciej i w jak największej skali. Na szczęście Sebastian Stodolak tego nie podważa i słusznie wskazuje, że nie należy zrównywać przeciwników paszportów szczepionkowych z antyszczepionkowcami i pseudonaukowymi foliarzami.

Niestety wątku antyszczepionkowców nie da się zupełnie pominąć. Ta grupa jest w czasie pandemii prawdopodobnie jedną z najbardziej szkodliwych społecznie (pod względem oczywistego zagrożenia biologicznego powodowanego przez pandemię – na koronawirusa zmarło na świecie już kilka milionów osób, jednak wciąż spotyka się głosy mówiące o „plandemii”). Ruchy antyszczepionkowe od wielu lat działają w zasadzie bez przeszkód, doprowadzając m.in. do utraty odporności zbiorowej wobec odry. Najlepszym sposobem walki z pseudonaukowymi, antyspołecznymi postawami stają się różnego typu interwencje. Mają one na celu skłanianie ludzi legalnymi środkami do wyboru tego, co dla nich najlepsze.

Stodolak przekonuje, że wprowadzenie paszportu szczepionkowego będzie dyskryminacją osób, które nie mogą (a nie tylko nie chcą) przyjąć szczepionki. Absolutnie nie należy dyskredytować ewentualnego poczucia dyskryminacji i wypływającej z niego niechęci wobec przywilejów dla zaszczepionych u takich osób. Oczywiście w dłuższym okresie i oni skorzystają na paszportach szczepionkowych, jeśli za przesłankę przyjmiemy, że takie przywileje istotnie przyspieszyłyby zaszczepienie wystarczającego odsetka ludzi w społeczeństwie. Oznacza to jednak wymaganie pewnego poświęcenia: sytuacja ludzi niemogących się zaszczepić co prawda by się nie zmieniła (tak czy inaczej byliby poddani pandemicznym obostrzeniom), ale wiadomo, że człowiek porównuje się do innych, a takie osoby w swoim otoczeniu obserwowałyby coraz więcej ludzi z paszportem szczepionkowym. Z pewnością wynikałby z tego pewien dyskomfort, który trwałby tak długo, jak długie będzie trwanie lockdownów i ograniczeń.

Nie wprowadzając utylitarystycznej kalkulacji skali tego dyskomfortu w porównaniu z korzyściami społecznymi płynącymi z przyspieszenia szczepień przez paszporty, można przyjąć, że dobrostan tej grupy osób to istotny argument. Jednak w mojej ocenie nie tyle przeciwko przywilejom dla zaszczepionych, ile przeciw zbyt bliskiej dacie wprowadzenia takich paszportów (tak, aby minimalizować czas trwania ich dyskomfortu, a zarazem jak najszybciej i najbardziej chronić zdrowie ludzi przed koronawirusem poprzez szczepionki).

Powodem niemożliwości zaszczepienia się może też być powolna akcja szczepień. W tym wypadku jednak nie wydaje się, by uprzywilejowanie osób zaszczepionych było nie do przyjęcia – w końcu możemy optymistycznie szacować, że w nie tak długim okresie zaszczepieni będą wszyscy, którzy chcą i mogą. Ponadto, nietrafiony wydaje się też argument z nierówności dochodowych, które miałyby się przełożyć na nierówności w dostępie do paszportu szczepionkowego. Wszakże realizowane programy szczepień przewidują najczęściej przyznanie pierwszeństwa kluczowym grupom zawodowym, takim jak pracownicy medyczni, nauczyciele itp., które często (np. w naszym kraju) są słabo wynagradzane. Szczepienia są obecnie darmowe, więc nie widzę powodu, dlaczego miałyby być większym wyzwaniem dla biedniejszych.

Jednak w bliższej lub dalszej przyszłości być może za dawki szczepionki trzeba będzie indywidualnie płacić. Ponieważ jednak w interesie całego społeczeństwa (w tym rządu, firm, pracodawców i pracowników) jest, by odpowiednio duży odsetek populacji był zaszczepiony – co będzie zapewniać odporność na pandemię – to nie powinno być trudną politycznie decyzją, by wprowadzić refundację szczepionki dla biedniejszych (szczepienia na niektóre inne choroby, głównie w wieku dziecięcym, są dziś darmowe). Dopłat lub całkowitego pokrycia kosztów szczepień mogą też dokonywać prywatne przedsiębiorstwa, jeśli tylko zrozumieją, że zdrowi pracownicy umożliwiają płynne działanie biznesu. Należy jednak przyznać, że Stodolak słusznie upatruje zagrożenia dyskryminacji w nierównościach ekonomicznych, w razie gdyby szczepionki stały się płatne.

W kwestii przywilejów szczepionkowych kluczowa będzie ich skuteczność w zachęcaniu do szczepienia. Być może są one w stanie przekonać tylko już przekonanych do zaszczepienia, a niezdecydowanych i przeciwnych szczepionce tylko dodatkowo zniechęcić. Jeśli tak, to byłby to decydujący argument, by paszportów szczepionkowych nie wprowadzać. Jeśli są one akceptowane przez społeczeństwo, to prawdopodobnie będą one skuteczne. Kluczowe nie jest pytanie, czy przywileje są postrzegane jako dyskryminacja przez ludzi przeciwnych szczepionce (zapewne są), lecz czy w przypadku wprowadzenia paszportów więcej osób niezdecydowanych wybierze zaszczepienie się, niż gdyby paszportów nie wprowadzać.

Interwencja interwencji (i manipulacji) nierówna

Zasadniczy problem, jak się wydaje, ma Sebastian Stodolak z faktem, że poprzez różne formy bardziej psychologicznego niż ekonomicznego nakłaniania ludzi do podejmowania takich, a nie innych decyzji, rząd obciąża kosztami tych, którzy temu nie ulegają. Jego zdaniem jest to „miękki totalitaryzm”. Nie jest to jednak prawda. Podstawą interwencji behawioralnych proponowanych przez ekonomistów behawioralnych, takich jak Richard H. Thaler i Cass R. Sunstein (twórcy teorii impulsu – nudge – czyli teorii wpływania na preferencje ludzi poprzez pozaekonomiczne bodźce), jest brak kosztów dla „nieposłusznych” – stąd nazwa „liberalny paternalizm”, zostawiamy wolność wyboru.

Nie mówimy bowiem o sytuacji znanej z totalitarnych systemów: zrób, jak każe ci państwo albo pójdziesz do więzienia, nałożymy na ciebie podatek lub zmusimy do emigracji. Behawioralna interwencja to o wiele bardziej zysk dla tych, którzy się na nią zgodzą, niż strata dla tych, którzy wolą postępować tak, jak dotychczas.

Uznanie, że ludzie często postępują nieracjonalnie, zachowują się ze szkodą dla siebie i innych, czy po prostu nie potrafią na bieżąco ocenić skutków swoich działań (szczególnie długookresowych), to nie przejaw antywolnościowej ideologii, lecz wnioski z setek badań naukowych. Dlatego tak bardzo uwiera w tekście Stodolaka częste stosowanie argumentu z równi pochyłej.

Zakazać wszelkich interwencji behawioralnych, bo kilka kroków dalej czeka nas totalitaryzm – sugeruje Stodolak. Tymczasem w rzeczywistości państwo jest w stanie tak kształtować sytuację wyboru, by ludzie częściej podejmowali decyzje zgodne z ich własnym interesem – czego sami nierzadko nie są w stanie zrobić.

Państwo jako tzw. architekt wyboru staje się rzecznikiem racjonalnej części człowieka – tej, która mówi „nie pal kolejnego papierosa”, „spożywaj mniej cukru” lub „zaszczep się”. Jasne, że totalitarne reżimy też twierdziły, że działały dla dobra ludzi. Jednak poza tym, że interwencje behawioralne nie polegają na rozstawianiu „kolczatek” na drodze tych, którzy nie chcą się im poddać, to zasadniczo mają one dobrze ugruntowane podstawy naukowe.

Innymi słowy, kwestia tego, czy palenie szkodzi zdrowiu, a szczepienie jest potrzebne, nie jest mocno polityczna – wiedza naukowa daje nam i rządzącym podstawy, na których można opierać interwencje. W przypadku systemów totalitarnych trudno mówić o takich podstawach (a jeśli brak ich również w stosowanych współcześnie interwencjach, to należy to piętnować).

Warto podkreślić, że nie ma takiej sytuacji wyboru, na którą nic nie wpływa. Nie ma czegoś takiego jak „czysty” problem decyzyjny. Jeśli nawet nie ma żadnego oddziaływania ze strony państwa, to wciąż na architekturę wyboru wpływa rynek, prywatne firmy, ich marketing, grupy interesu różnego rodzaju i w różnych formach, globalne i lokalne narracje obecne w społeczeństwie, szeroko pojęta kultura, a także zupełnie przypadkowe czynniki.

Iluzją jest to, że gdyby nie interwencje behawioralne, człowiek mógłby manifestować w pełni swoją wolną wolę – nawet pomijając ogólną nieracjonalność, tak by nie było. Status quo praktycznie nigdy nie jest neutralne.

Thaler i Sunstein w książce Impuls. Jak podejmować właściwe decyzje dotyczące zdrowia, dobrobytu i szczęścia, która jest podstawą metody behawioralnej w polityce publicznej, przybliżają doskonały przykład – uczniowie w szkołach amerykańskich ze stołówkami typu szwedzki stół wybierają statystycznie częściej te produkty, które są położone na tej części stołu, która jest bliżej wejścia do stołówki. Jasnym jest, że kucharze kładą pewne dania bliżej wejścia, a inne dalej – muszą podjąć taką decyzję, nie ma tu „neutralności”. Interwencja behawioralna polega na tym, by zmienić ułożenie produktów tak, by zdrowsza żywność leżała bliżej wejścia do stołówki, aby uczniowie częściej po nią sięgali (szczególnie tam, gdzie do tej pory bliżej wejścia leżały mniej zdrowe dania typu fast food).

Powyższy przykład pokazuje, że brak aktywnego wyboru, tj. pozostawienie (nawet losowego) status quo, nie jest neutralne, lecz też jest jakimś wyborem. Widać to również w przypadku przywoływanych przez Stodolaka Pracowniczych Planów Kapitałowych. To, czy naszą opcją domyślną będzie uczestniczenie w PPK, czy nieoszczędzanie w PPK, też jest wyborem – a żadne status quo nie jest tu neutralne, bo wiemy, że większość ludzi statystycznie pozostanie przy domyślnej opcji. Ustalając status quo na nieuczestniczenie w PPK, architekt wyboru podejmuje decyzję, że lepiej, by więcej ludzi było skazanych na poddanie się swoim nieracjonalnościom (np. nieumiejętności długookresowego samodzielnego oszczędzania emerytalnego – tak po prostu działa nasz mózg), niż miało wsparcie w tym problemie decyzyjnym, i dlatego nie jest to neutralny wybór.

W zasadzie nie wiem, dlaczego Stodolak sądzi, że interwencja behawioralna jest bezprawna. Twierdzi, że „nie ogranicza się [ona] do wywierania wpływu, nie jest zwykłym przekonywaniem. Ociera się o manipulację, a często nią jest. Władza nie może – jeśli chce nazywać się demokratyczną – tworzyć «architektury wyboru obywateli»”.

Interwencje behawioralne nie mają być przekonywaniem ani nie tworzą architektury wyboru, lecz zmieniają ją tak, by łatwiej było podejmować racjonalne decyzje. Architektura wyboru istnieje zawsze, pytanie brzmi, czy chcemy pozostawić jej kształtowanie wyłącznie rynkowi, biznesowi i naszej psychologii, czy też włączymy w nią jeszcze państwo (które zmniejszy nasze nieracjonalności).

Jest chyba formą pewnego liberalnego mitu przekonanie, że człowiek pozostawiony sam sobie jest w stanie bez przeszkód manifestować swą wolność i demokratyczne wartości, tak jak gdyby na jego decyzje nie miały wpływu kampanie marketingowe (szczególnie w mediach społecznościowych, działających na nasz mózg i emocje), dezinformacja i propaganda używane nie tylko przez polityków, lecz również przez podmioty prywatne i grupy interesu, oraz mnóstwo innych czynników.

Jeśli stosowane od ponad dekady na całym świecie interwencje behawioralne są bezprawne, to tak samo powinniśmy powiedzieć o marketingowym zabiegu w „Żabce” czy „Biedronce”: „kup sześć produktów, zapłać jak za pięć”. Kontynuacją tego mitu wydaje mi się przekonanie Stodolaka, że interwencje behawioralne, mające naukowe podstawy, ale stosowane przez państwo, są nieakceptowalne, lecz kiedy stosują je firmy prywatne, to jest to dopuszczalne. Dlaczego to, że podlegałbym w pracy, parafrazując autora, nie tylko przekonywaniu, lecz manipulacjom sprzecznym z demokratycznymi wartościami, byłoby w porządku? Biznes działa wszak dla własnego zysku (to na zysk firmy i jej właścicieli pracują jej pracownicy), a państwowe interwencje behawioralne najczęściej dla „zysku” mojego i społeczeństwa.

Wracając do szczepień, kwestia paszportów szczepionkowych jest bardziej zniuansowana, by można było ją rozpatrywać jako kolejną interwencję behawioralną. Jak zostało już wspomniane, zaszczepienie jak największej liczby ludzi jak najszybciej jest kluczowe. Dlatego państwa i NGO-sy walczą z antyszczepionkowymi postawami.

Tymczasem gdyby człowiek był racjonalnym homo oeconomicus, nie potrzebowałby żadnych zachęt do wzięcia darmowej szczepionki (i nie potrzebowałby też żadnych innych interwencji behawioralnych). Pominąć można nawet problem z racjonalnością, inteligencją, dostępem do informacji, emocjami, strachem itd. – powszechnie dostępne naukowe informacje powinny zniwelować te czynniki.

Projekty takich interwencji, jak przywileje dla zaszczepionych, są wyrazem raczej pewnej bezsilności państw wobec grup nieuznających naukowo potwierdzonych informacji. Często bowiem nie da się takich ludzi przekonać, po prostu zapewniając im wiedzę dobrej jakości czy debatując z nimi.

Obecnie jako wyjaśnienie dla pseudonaukowych postaw wskazuje się nie brak wiedzy czy niewyedukowanie, lecz raczej efekty tzw. poznania kulturowego (cultural cognition). W skrócie, niektóre poglądy, które przyjmujemy, stają się częścią naszej tożsamości, definiujemy się przez nie, traktujemy je emocjonalnie, przywiązujemy się do nich, a ataki na nie traktujemy jak personalne ataki na nas samych. Tak jest z płaskoziemcami, różnymi grupami politycznymi, a także z antyszczepionkowcami.

Interwencje behawioralne pozwalają ominąć niemożliwe do spełnienia zadanie przekonywania ludzi do zmiany swojego światopoglądu, a więc swojej tożsamości. Otwiera się im bowiem możliwość uniknięcia niekomfortowej psychicznie zmiany światopoglądu, oferując korzyści, które mogą uzasadnić przyjęcie szczepionki pomimo ogólnej antyszczepionkowej postawy.

Iluzja business as usual

Według Sebastiana Stodolaka paszport szczepionkowy odbierze wolność ludziom niezaszczepionym – nie będą oni mogli np. podróżować czy pójść do kina. Autor pyta, za co odbieramy im tę wolność: „Za to, że nie wykonują natychmiast zaleceń władzy? Czy za to, że nie doceniają powagi sytuacji?”. Otóż nie, ta mityczna wolność nie jest odbierana z powodu nieposłuszeństwa ludzi i totalitaryzmu władzy. Szaleje globalna pandemia. To jest powód, dla którego nie można bezpiecznie chodzić do kina czy podróżować oraz trzeba nosić maseczkę – niezależnie od tego, jaki jest stosunek ludzi wobec władzy.

W Polsce pandemia zebrała żniwo już ponad 100 tys. zgonów (nie tylko z powodu śmierci na COVID-19, lecz również ze względu na gorszy dostęp do opieki zdrowotnej). Jeśli ktoś z różnych powodów, które, poza barierami zdrowotnymi, wynikają najczęściej z pewnej nieracjonalności, nie jest gotowy na to niezwykłe poświęcenie, jakim jest zaszczepienie się, to nie grożą mu żadne restrykcje. Ale przynajmniej niech ci, którzy wykażą się tą odrobiną egoistycznej prospołeczności i się zaszczepią, mają z tego korzyści. To chyba akceptowalna „kara” za „brak serca” dla tych, którzy nie doceniają powagi sytuacji?

Dopóki trwa pandemia, nie ma mowy o „normalności”. Nowa normalność to obostrzenia, które wymusza troska o zdrowie i życie swoje i innych. Ale akurat paszporty szczepionkowe mogą przyspieszyć proces odmrażania gospodarki i życia społecznego. Bez takiego przywileju ze znoszeniem obostrzeń trzeba będzie czekać, aż zaszczepią się prawie wszyscy. Gdyby paszporty wprowadzić, można by odmrażać różne sektory wcześniej i limitować dostęp do nich zaszczepionym klientom. W tym sensie przywileje dla zaszczepionych są rozwiązaniami liberalnymi.

Jednak iluzja business as usual to także argument przeciw paszportom. Tę iluzję rozumiem tu jako uleganie pokusie dążenia do jak najszybszego, zbyt gwałtownego „powrotu do normalności”, czyli zachowań jak sprzed pandemii i znoszenia obostrzeń. 25 czerwca 2021 jako potencjalny termin wprowadzenia przez UE paszportów szczepionkowych wydaje mi się niepokojąco bliski.

Po pierwsze, zaszczepienie się daje głównie to, że w przypadku złapania wirusa, przebieg choroby będzie łagodny lub bezobjawowy. Nie daje odporności na zarażenie i jedynie pośrednio zmniejsza zdolność do zarażania innych. Innymi słowy, choć jestem zaszczepiony, nadal mogę przetransportować wirusa.

Po drugie, w pandemii, podczas lockdownów, bardzo ważna jest solidarność społeczna. Jest nam łatwiej siedzieć w domu wiedząc, że nasi znajomi też siedzą w domu, a nie przy piwie w barze czy w kinie. Jeśli nagle relatywnie mała (choć rosnąca) grupa ludzi będzie miała możliwość robienia rzeczy tak wyczekiwanych przez wszystkich i nieprzestrzegania ograniczeń, może się to odbić na niechęci do przestrzegania obostrzeń przez wielu innych, niezaszczepionych.

***

Państwo, wiedząc o skrzywieniach poznawczych, może dostarczać łagodzącej je pomocy w podejmowaniu różnych decyzji. Pomocy na zasadzie wsparcia, ułatwienia, a nie groźby lub kary. Wydaje się to uzasadnione szczególnie współcześnie, gdy jednostka musi zmagać się nie tylko z własnymi ograniczeniami psychologicznymi, ale także z dezinformacją potęgowaną specyfiką mediów społecznościowych, potężnym marketingiem prywatnych firm czy uzależniającym urokiem różnych produktów (nie tylko używek). W takim świecie nie istnieje żaden homo oeconomicus, ale państwo może przybliżyć obywatela do tego idealnego modelu, wchodząc od czasu do czasu w buty rzecznika tej racjonalnej części ludzkiej osobowości. I dla dobra jednostki oraz społeczeństwa nie powinno unikać tej roli.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.