Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Prawna definicja zgwałcenia jest niewystarczająca, toksyczna męskość istnieje, a Łukasz Warzecha nie ma racji

Prawna definicja zgwałcenia jest niewystarczająca, toksyczna męskość istnieje, a Łukasz Warzecha nie ma racji Autorka: Magdalena Karpińska

Są sprawy, w których trzeba się z lewicą spierać, ale są też takie, w których należy szukać porozumienia ponad ideowymi podziałami. Kwestia zmiany prawnej definicji zgwałcenia i krytyka toksycznego modelu męskości należy do drugiej kategorii tychże spraw. A szukanie wszędzie na siłę lewackich spisków i nieustanne funkcjonowanie w logice wojny kulturowej to naprawdę kiepski pomysł.

Artykuł stanowi część cyklu polemicznego poświęconego zmianie prawnej definicji zgwałcenia i szerzej – zjawisku tzw. kultury gwałtu. Zachęcamy serdecznie do lektury pozostałych materiałów dla poznania szerszego spektrum poglądów:

Magdalena Grzyb – Polskie prawo jest ślepe na prawdziwe oblicze przemocy seksualnej. O zmianie definicji zgwałcenia z art. 197 kk

Łukasz Warzecha – Gwałt po nowemu. O zgubnych konsekwencjach lewicowego paradygmatu [POLEMIKA] 

Karolina Olejak i Maria Sobuniewska – Sześć mitów głównych gwałtu (i dlaczego trzeba je obalić) 

Na kulturowej wojnie z przebrzydłym lewactwem

W reakcji Łukasza Warzechy na tekst Magdaleny Grzyb najbardziej wymowna i symptomatyczna jest perspektywa polemiczna przyjęta przez publicystę. Wyjściowy artykuł autorki Kultury Liberalnej poświęcony jest w przeważającej części argumentacji prawnej za zmianą definicji zgwałcenia zawartej w artykule 197 Kk. Dodatkowo Grzyb uzupełnia przedstawioną argumentację o kulturowy i genderowy kontekst obecnego brzmienia tegoż przepisu.

Warzechy w jego polemicznym głosie nie interesuje w pierwszej kolejności tak traumatyczna i dramatyczna jak gwałt – dla niego to przede wszystkim doskonała okazja do tropienia „lewackiego bełkotu” (licentia poetica samego Warzechy). Przyjęta przez publicystę perspektywa niespecjalnie zaskakuje, jeśli rozpatrywać ją szerzej – jako kolejny przykład postrzegania rzeczywistości polityczno-społecznej przez dominującą część polskiej prawicy, która funkcjonuje w paradygmacie ideologicznej wojny kulturowej. Żeby było jasne – część lewicy działa podobnie, ale to nie jest powód do usprawiedliwiania autorów „Do Rzeczy”, „Sieci”, „Polonia Christiana” czy Ordo Iuris, dla których każde działanie podejmowane przez lewicę to podstępny atak na cywilizację judeochrześcijańską.

Jak w praktyce działa logika ideologicznej wojny kulturowej, Warzecha pokazuje już na samym początku swojego artykułu. Autor stara się tam zdeprecjonować i podważyć wiarygodność danych Fundacji Ster, na które powołuje się w swoim tekście Grzyb. Czyni to jednak w sposób mocno specyficzny i merytorycznie wątpliwy – najpierw denuncjuje autorkę raportu jako „skrajnie lewicową aktywistkę”, następnie stwierdza, że z tego powodu całość badań ma z pewnością charakter ideologiczny, a dobór respondentek (wszystkich 451, jak zakładam) był na pewno tendencyjny. Tak więc całość raportu należy potraktować jako pisany pod z góry założoną tezę.

Podchmielony wujek Ździsiek z rodzinnego wesela

Dalej jest jeszcze ciekawiej – Warzecha przytacza w swoim tekście fragmenty raportu fundacji, na które Grzyb we własnym artykule w ogóle się nie powołuje. Dla polemisty problemem jest rzekomo „całkowicie arbitralna definicja molestowania seksualnego” przyjęta przez autorki badania. W tym celu przytacza pytania zadane respondentkom, które tyczyły się tego, czy w swoim życiu spotkały się z określonymi zachowaniami ze strony mężczyzn: od obnażania się przez nich w miejscu publicznym lub w innej sytuacji, w której kobieta sobie tego nie życzyła, przez obsceniczne zachowania sugerujące aktywność seksualną lub próbę wymuszenia kontaktu fizycznego, aż po dotykanie w sposób seksualny lub próbę pocałunku wbrew woli kobiety.

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że każdy rozsądny człowiek po lekturze tych pytań nie miałby wątpliwości, że wskazane zachowania należy zakwalifikować jako podpadające pod kategorię molestowania, ale nie redaktor Warzecha. Dla niego kluczowym problemem wydaje się to, że od teraz faceci nie będą już mogli opowiadać „nieprzyzwoitych dowcipów”. W tym celu snuje nawet porównania z powieścią Milana Kundery (sic!).

Koncentracja na wątpliwym, anegdotycznym charakterze problemu molestowania odsyła nas niestety do figury starszego, lekko już podchmielonego wujka na weselu. Myślę, że nie trzeba szczegółowo tłumaczyć o co w tej metaforze chodzi – przecież każdy z czytelników takowego krewnego w rodzinie najprawdopodobniej ma. Nachalność, natarczywość, „końskie zaloty”, chroniczna niezdolność zrozumienia, że słowo „nie” naprawdę oznacza „nie”, syndrom „uciekającej dłoni” (w stronę kobiecych pośladków) – to tylko część repertuaru tego typu niesmacznych/obleśnych mężczyzn.

Spór o toksyczną męskość i lewicowy zamach na romantyczne związki

W ten sposób dochodzimy do kluczowej płaszczyzny sporu między Warzechą a Grzyb: zmiany kulturowego modelu relacji intymnych między mężczyzną a kobietą. Autorka Kultury Liberalnej obszernie przedstawia związek między aktualną prawną definicją zgwałcenia a stojącą za nią wizją męskości, którą określa mianem „męskiego przywileju”. Brzmi to może nieco ideologicznie, ale rzecz jest finalnie niegroźna i co do meritum słuszna.

Dziś przepisy, jak i ich interpretacja przez sądy zakładają sytuację, „według której zgwałceniem jest doprowadzanie drugiej osoby do obcowania płciowego przemocą, groźbą lub podstępem”. Kluczowe w trakcie procesu jest wykazanie, że do tej przemocy (w większości przypadków chodzi o przemoc fizyczną) ze strony mężczyzny doszło, a kobieta się wystarczająco mocno broniła. Zdaniem Grzyb takie redukcyjne potraktowanie gwałtu (abstrahujące choćby od sytuacji, w której kobieta jest sparaliżowana strachem i nie jest w stanie się bronić) utrwala kulturowy stereotyp „»mężczyzny – zdobywcy kobiet« i »kobiety, której opór trzeba przełamać«”. W zamian przedstawia nową definicję, wedle której „zgwałceniem w świetle prawa byłby każdy stosunek lub inna czynność seksualna bez wcześniejszego wyrażenia wyraźnej i świadomej zgody drugiej osoby”.

Dla Warzechy takie ujęcie sprawy jest już niedopuszczalne. Podam teraz dłuższy cytat dla pełnego zobrazowania toku myślenia publicysty: „Mężczyźni, sparaliżowani strachem przed oskarżeniem o gwałt, będący każdą relacją seksualną bez wyraźnego przyzwolenia, mogliby zacząć naciskać na sformalizowanie zgody na relację seksualną. (…) Doszlibyśmy do sytuacji, gdy w okolicznościach romantycznego uniesienia (nie wiem, czy lewica akceptuje w ogóle, że coś takiego może mieć miejsce) należałoby podpisać odpowiednie papiery w dwóch kopiach. Ewentualnie utrwalić całą sytuację na nagraniu wideo. Brzmi absurdalnie, ale takie byłyby konsekwencje wprowadzenia zachwalanego przez Grzyb i Lewicę rozwiązania.”

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

W logice myślenia Warzechy szczególnie niepokojące jest połączenie dyskusji o penalizacji tak potwornego zachowania jak gwałt z tworzeniem przeszkód w budowaniu romantycznych relacji między mężczyzną a kobietą. Niestety trzeba być jakoś pozbawionym wrażliwości i wyczucia, aby pisać o „sparaliżowanych strachem mężczyznach” w sytuacji gdy część kobiet w trakcie napaści seksualnej faktycznie odczuwa tzw. frozen fright, czyli paraliż strachu.

Przytoczony fragment sugeruje także jakby dla Warzechy cała propozycja zmiany definicji zgwałcenia miała być jakiegoś rodzaju sprytnym wybiegiem przebiegłych feministek, które po modyfikacji prawa zaczną uwodzić niczego nie podejrzewających mężczyzn, aby następnie doprowadzić do ich skazania za gwałt.

Oczywiście, dyskusja na temat efektywnego sposobu weryfikacji/egzekwowania tejże zgody w trakcie rozprawy jest na pewno potrzebna, aby uniknąć sytuacji wysuwania fałszywych oskarżeń w pojedynczych sytuacjach. Nie oznacza to jednak konieczności odrzucenia całego pomysłu w logice reductio ad absurdum, co uczynił Warzecha.

Naprawdę istnieją społeczne problemy bez ideologicznych etykietek

Z lewicą trzeba się spierać w sprawach kulturowych, co czyniliśmy na naszych łamach już wielokrotnie: od stosunku do pornografii, przez kwestię małżeństwa i modelu singlizmu, po problemy z Kościołem. Ale należy robić to poza logiką wojny kulturowej i przekonania, że odmienna wizja antropologiczna oznacza od razu zamach na cywilizację Zachodu. Istnieją kwestie, w których z lewą stroną trzeba się zwyczajnie zgodzić i wejść z nią w rodzaj taktycznego sojuszu (o czym sam pisałem odnośnie koniecznej reformy pracy w kapitalizmie).

Sprawa zmiany definicji zgwałcenia i toksyczny model męskości stojący za obecnymi przepisami tego właśnie wymaga. Uważacie, że „męski przywilej” to wymysł wściekłych feministek nienawidzących mężczyzn? Do weryfikacji tej tezy nie potrzeba rozbudowanych badań. Wystarczy, że porozmawiacie dłużej z siostrą, koleżanką ze studiów, waszą kuzynką. To jest realny problem, który nie ma ideologicznych barw – zmagają się z nim kobiety uczęszczające co tydzień na mszę świętą., jak i te chodzące regularnie na manify. Co więcej, nie ma też znaczenia czy mówimy o mężczyznach prawicowych, liberalnych, lewicowych. Żaden światopogląd nie chroni od bycia toksycznym dupkiem.

Podobnie ma się rzecz z kwestią konsensualnej wizji seksualności: przejście na model bardziej partnerski nie oznacza przecież żadnego końca romantycznych relacji. Więcej – taki egalitarny model jest w pełni zgodny z katolicką wizją związków (oczywiście, nawet wśród katolików znajdziemy absurdalne głosy sugerujące, że seks małżeński to powinność małżonki w pełni podporządkowanej swojemu mężowi). Kwestia małżeństwa jest istotna w kontekście dyskusji o penalizacji gwałtów w jeszcze jednym aspekcie – dane przytaczane w tekście Grzyb wskazują, że „w większości przypadków ofiara znała dobrze sprawcę (najczęściej był to jej partner lub były partner, czyli osoby, które wcześniej utrzymywały konsensualne relacje z ofiarą), a do gwałtu doszło w jej własnym domu.” To pokazuje, że stały związek ani przysięga małżeńska nie działają jak magiczna różdżka chroniąca przez gwałtem, a problem jest głębszy i odnosi się właśnie do kulturowego modelu męskości.