Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Gwałt po nowemu. O zgubnych konsekwencjach lewicowego paradygmatu

Gwałt po nowemu. O zgubnych konsekwencjach lewicowego paradygmatu Mateus Campos Felipe/unsplash.com

Teraz mamy sytuację, gdy dozwolone jest wszystko, co nie jest zabronione. Pomysł Lewicy odwracałby mechanizm: zabronione byłoby wszystko to, co nie zostałoby każdorazowo dozwolone. Lewicowy paradygmat prowadzi do paranoicznej formalizacja relacji międzyludzkich i narzucanie sztywnych rozwiązań tam, gdzie sprawy w naturalny sposób regulują ludzkie emocje, uczucia, etyka. Nie oznacza to, że należy a priori odrzucać wszelkie propozycje rozsądnych zmian ani też, że przyjęte w polskim prawie rozwiązanie dotyczące przestępstwa zgwałcenia jest doskonałe. Jednak propozycji Lewicy nie sposób uznać za rozsądne w żadnej mierze.

Artykuł stanowi część cyklu polemicznego poświęconego zmianie prawnej definicji zgwałcenia i szerzej – zjawisku tzw. kultury gwałtu. Zachęcamy serdecznie do lektury pozostałych materiałów dla poznania szerszego spektrum poglądów:

Magdalena Grzyb – Polskie prawo jest ślepe na prawdziwe oblicze przemocy seksualnej. O zmianie definicji zgwałcenia z art. 197 kk

Piotr Kaszczyszyn – Prawna definicja zgwałcenia jest niewystarczająca, toksyczna męskość istnieje, a Łukasz Warzecha nie ma racji [POLEMIKA]

Karolina Olejak i Maria Sobuniewska – Sześć mitów głównych gwałtu (i dlaczego trzeba je obalić)

Z najwyższym zdumieniem przeczytałem na portalu Klubu Jagiellońskiego tekst Magdaleny Grzyb Polskie prawo jest ślepe na prawdziwe oblicze przemocy seksualnej. O zmianie definicji zgwałcenia z art. 197 kk. Moje zdumienie wywołało nie tyle to, że autorka, kojarzona jednoznacznie z obozem lewicy, powtarza w tej sprawie lewicowe z ducha absurdy i klisze, ale to, że tekst ukazał się na portalu KJ nie w ramach programu „Spięcie” czy innej międzyśrodowiskowej dyskusji, lecz jako jeden z wielu tekstów „normalnych”, a zatem można by odnieść wrażenie, że prezentuje stanowisko KJ.

Postanowiłem zatem skorzystać z przywileju, który – jak mniemam – daje mi członkostwo w Radzie Klubu Jagiellońskiego, aby na rozważania pani Grzyb odpowiedzieć. Pochwała lewicowego pomysłu na nową definicję gwałtu jest bowiem nie tylko oparta nie na dowodach, lecz supozycjach i klasycznych lewicowych stereotypach, ale też realizacja pomysłu Lewicy prowadziłaby do destrukcji normalnych międzyludzkich relacji. Zadziwiające, że bliski mi republikański think-tank tego zagrożenia nie dostrzega.

Badania „po znajomości” 

Zacznijmy od tego, na czym w pierwszej kolejności pani Grzyb opiera argument o potrzebie zmiany prawa. Mamy tu klasyczną narrację, zgodnie z którą w Polsce dokonywana jest liczba gwałtów (i przestępstw seksualnych w ogóle) mocno przekraczająca tę zgłaszaną i odnotowywaną. Problem w tym, że pani Grzyb nie ma na to żadnych dowodów. Pisze: „Według badań Fundacji Ster zaledwie 8% z nich [zgwałconych kobiet] to zrobiło [zgłosiło gwałt]”.

Fundacja Ster jest całkowicie niewiarygodnym podmiotem, a badanie (z 2016 r.), na które pani Grzyb się powołuje, już kiedyś publicystycznie prześwietlałem. Koordynatorką projektu Fundacji „Ster” była skrajnie lewicowa aktywistka, zaangażowana feministka Agnieszka Grzybek, działaczka Partii Zielonych. Nic dziwnego, że raport potwierdził, jak mniemam z góry założoną, tezę o tym, że przemoc wobec kobiet jest powszechna.

Autorzy badania, przeprowadzonego na próbie raptem 451 kobiet w zaledwie trzech województwach nie przez profesjonalny instytut badawczy, ale trzy lewicowe fundacje, przyjęli całkowicie arbitralne definicje molestowania seksualnego, do których zaliczono następujące sytuacje: „mężczyzna obnażył się przed Panią w miejscu publicznym lub w innej sytuacji, w której Pani sobie tego nie życzyła” (nie ma mowy, jaki to był mężczyzna, mógł więc to być partner czy mąż), „mężczyzna robił obraźliwe uwagi dotyczące Pani ciała lub seksualności (również za pomocą maili, sms-ów i w Internecie)”, „mężczyzna opowiadał Pani nieprzyzwoite dowcipy albo rozmawiał z Panią w sposób, który odczuła Pani jako natarczywy i mający seksualny podtekst (również za pomocą maili lub w Internecie)”, „mężczyzna zachowywał się w  sposób obsceniczny, sugerujący aktywność seksualną lub próbował wymusić kontakt fizyczny (ocieranie się, wyzywające gesty i postawa ciała)”, „mężczyzna sugerował seks w niestosownym kontekście (również za pomocą maili lub w Internecie)”, „mężczyzna dotykał Panią w sposób seksualny lub próbował pocałować wbrew Pani woli”, „mężczyzna zagroził negatywnymi konsekwencjami w pracy lub na studiach / w szkole, jeśli nie zgodzi się Pani na seks z nim”.

Jak łatwo dostrzec, większość z opisanych sytuacji nie podlega obiektywnej weryfikacji. To wyłącznie kwestia oceny osoby pytanej. A że badanie przeprowadzały trzy feministyczne fundacje, można spokojnie założyć, że dotarły do kobiet, które skłonne były wyjść naprzeciw oczekiwaniom lewicowych ankieterów i zastosować absurdalnie szeroką definicję np. „nieprzyzwoitego dowcipu”. Szczególnie że dopuszczono rekrutację badanych kobiet poprzez znajomości. Jak opisuje raport: „korzystając z kontaktu zainicjowanego przez osoby znajome – ta forma rekrutacji wymagała, aby ankieterki nie znały osób, z którymi miały przeprowadzić ankiety. Obowiązywała zasada przynajmniej »dwóch stopni oddalenia« (osoba zaproszona do badania mogła być znajomą znajomej/znajomego ankieterki, lecz nie mogła być osobą znaną wcześniej)”.

Świat rodem z Żartu Kundery

Tu muszę dodać nieco poboczny, ale istotny i wbrew pozorom powiązany ze sprawą wątek. Otóż tępienie przez lewicę zjawisk takich jak wymieniony w badaniu „nieprzyzwoity dowcip” jest częścią szerszego zjawiska.

W świecie kierującym się naturalnymi relacjami, a więc świecie sprzed obsesyjnej poprawności politycznej, nieprzyzwoite dowcipy – podobnie jak dowcipy na wiele innych dziś niedopuszczalnych tematów – normalnie funkcjonowały, natomiast jeśli ktoś nie był w stanie wyczuć, kiedy może sobie pozwolić na ich opowiedzenie, a kiedy nie – zyskiwał opinię chama. I to była naturalna regulacja stosunków międzyludzkich.

Ludzie nie żyli pod kloszem, bywało czasem nieprzyjemnie, ale na tym też polega bycie dorosłym, żeby sobie z tym radzić zamiast przy każdej okazji gnać do Wielkiej Rady Poprawności Politycznej na skargę, kiedy kolega opowie niestosowny żart.

Lewica chce nas wrzucić do świata jak z Żartu Milana Kundery, gdzie wyczuleni aktywiści zapewnią nam noc w policyjnym areszcie za dowcip o blondynkach albo Murzynach, tak jak w powieści Kundery można było skończyć w więzieniu za żartowanie z Wielkiego Językoznawcy. Likwidacja swobody w międzyludzkich stosunkach, oparta między innymi właśnie na poszerzeniu definicji „molestowania” również o opowiadanie rzekomo niestosownych dowcipów, to jeden ze stałych punktów na lewicowej agendzie. Nie można będzie już czuć się swobodnie, bo kolega lub koleżanka z pracy może się okazać gorliwym Pawką Morozowem, a za koszarowy dowcip – choćby i niestosowny – stracimy robotę i wylądujemy z wilczym biletem na ulicy.

Subiektywne poczucie to za mało, by zmienić prawo

Skoro ankieterki wywodziły się ze środowiska skrajnej lewicy, nietrudno sobie wyobrazić, jakie poglądy miały „znajome znajomych”. Taki dobór próby (przynajmniej dwukrotnie za małej) nie spełnia oczywiście żadnych profesjonalnych kryteriów. Cytowany przez panią Grzyb odsetek 8% zgłoszonych gwałtów, ustalony na podstawie prowadzonego „po znajomości” badania na niereprezentatywnej próbie, jest zatem całkowicie niewiarygodny.

Dalej autorka pisze: „Liczba stwierdzonych przestępstw zgwałcenia (w to wliczane są usiłowania) w statystykach policyjnych wynosi około 1,3 tys. czynów rocznie. 1,3 tys. czynów na trzydziestoośmiomilionowy kraj? Mało prawdopodobne”.

Prawa w jednej z zasadniczych i niezmiernie ważnych dla międzyludzkich relacji spraw nie zmienia się jednak dlatego, że komuś coś wydaje się „mało prawdopodobne” lub bardzo prawdopodobne. Zmienia się je, o ile istnieją twarde dane potwierdzające taką potrzebę. Przekonanie pani Grzyb to zdecydowanie za mało.

W kwestii tego, jakie kary są orzekane – co również budzi sprzeciw pani Grzyb – pretensje należy kierować przede wszystkim do sędziów, którym kodeks karny daje tutaj dużą rozpiętość możliwości. Jeśli korzystają oni głównie z wymiaru kary bliskiego najniższemu zagrożeniu, jest to sprawa ich swobodnego rozeznania i utrwalonej linii orzeczniczej, co nie jest wciąż powodem do zasadniczej zmiany definicji gwałtu.

Odwrócić naturę relacji damsko-męskich o 180 stopni

W tekście pani Grzyb uderzająca jest warstwa ściśle ideologiczna. Dowiadujemy się zatem, że „takie ujęcie definicji zgwałcenia ma swoje źródła w tradycyjnych i seksistowskich normach kulturowo-obyczajowych oraz tzw. męskim przywileju seksualnym” czy że „mowa tu o figurze mężczyzny zdobywcy, który pokonuje opór kobiet (i ten opór wręcz go nakręca, bo przełamując go i uwodząc kobietę, udowadnia swoją męskość) […]. Zmiana definicji zgwałcenia to także krok w kierunku zakwestionowania związków między podbojami seksualnymi a różnymi definicjami męskości”.

Od tego typu – przepraszam za dosadność określenia – lewicowego bełkotu już tylko krok do rewolucyjnego uniesienia, mającego finał w obalaniu pomników złych, białych, mizoginistycznych mężczyzn. Tu po raz kolejny muszę z dużą przykrością zaznaczyć swoje zdziwienie tym, że KJ publikuje tego typu wynurzenia na swoim portalu bez żadnej formy zastrzeżenia, że pochodzą od osoby z zewnątrz.

Jednak zasadniczy sprzeciw musi budzić propozycja zmiany definicji zgwałcenia. Grzyb argumentuje, że obecny stan rzeczy, w którym jej zdaniem ofiara musi dowieść, że stawiała wystarczający opór, powinien zostać zastąpiony wymogiem uzyskania przed zbliżeniem (nie tylko w formie stosunku) wyraźnej zgody. Najpierw trzeba poczynić zastrzeżenie, że Grzyb – tak jak to wcześniej w swoim tekście robi z kwestią rzekomej ciemnej liczby gwałtów – nie przedstawia żadnych danych ani dowodów, choćby anegdotycznych, w postaci relacji z przewodów sądowych, które dowodziłyby, że sądy stawiają przed poszkodowanymi wymóg niemożliwego często, zdaniem autorki, dowiedzenia, iż stawiały wystarczająco silny opór. Żeby było jasne: nie piszę tu o konieczności dowiedzenia, że kobieta się w jakikolwiek sposób opierała, bo to wynika z konstrukcji przepisu. Jednak Grzyb stawia tezę – i jej nie dowodzi – że ten wymóg jest wyśrubowany do niemożliwego do spełnienia poziomu. Ta teza powinna być oparta choćby na anegdotycznych dowodach.

Grzyb bardzo drobiazgowo analizuje sytuacje, wskazujące jej zdaniem na wyczerpanie się obecnej formuły określającej, co jest zgwałceniem. Pisze m.in.: „Opór musi być postrzegalny dla sprawcy, czyli proste pasywne zachowanie lub bierny opór nie wystarczą. Co prawda, nie musi to być opór za wszelką cenę, ale orzecznictwo sądów jasno wskazuje, że właściwym oporem jest ten fizyczny (przełamany przez przemoc fizyczną), a w zależności od okoliczności ofiara może również posłużyć się oporem werbalnym.

Przytoczone przykłady takiego sprzeciwu – płacz, krzyk, wzywanie pomocy, błaganie sprawcy – wskazują, że zwykły sprzeciw werbalny w postaci spokojnego »nie« ofiary nie wystarczy. Ów opór werbalny musi być nie tylko jednoznaczny, lecz także wzmocniony czy to siłą głosu, czy też środkami wyrazu i intensywnością. Musi być wystarczająco dramatyczny i desperacki, by sprawca mógł go pokonać przemocą”. Można by się tutaj zastanawiać, co to jest „bierny opór” i jaka jest jego prawna definicja – ale zostawmy to.

Grzyb chciałaby, aby definicja zgwałcenia została skonstruowana w sposób, który – choć ona sama tego wprost nie pisze – odwróciłby o 180 stopni naturę relacji męsko-damskich. Gdyby chcieć to ująć schematycznie – teraz mamy sytuację, gdy dozwolone jest wszystko, co nie jest zabronione. Pomysł Lewicy odwracałby mechanizm: zabronione byłoby wszystko to, co nie zostałoby każdorazowo dozwolone.

To jest zmiana absolutnie fundamentalna, stawiająca relacje między ludźmi na głowie. Grzyb zresztą poniekąd to przyznaje: „Chodzi więc o zupełnie inne pojmowanie zgwałceń jako wszelkich niekonsensualnych stosunków seksualnych […], a w szerszej perspektywie celem jest fundamentalne przeformułowanie relacji intymnych [podkr. Ł.W.] – eliminacja tzw. męskiego przywileju do seksu i podważenie wszelkich kulturowych stereotypów seksualnych na temat zachowania mężczyzn i kobiet”.

Uderzający jest kontrast pomiędzy drobiazgowością, z jaką Grzyb analizuje konsekwencje obecnego stanu rzeczy, a całkowitym pominięciem konsekwencji proponowanych rozwiązań. Grzyb uważa, że należy wprowadzić wymóg każdorazowej zgody kobiety na jakieś czynności seksualne. Autorka oburza się, że obecnie kobiety muszą przed sądem udowadniać, iż stawiały opór. Kompletnie nie zastanawia się, jak w razie zmiany definicji gwałtu w kodeksie karnym miałoby wyglądać dowodzenie przed sądem, że na „czynność seksualną” została wyrażona zgoda lub jej nie było. Czym miałoby się to różnić od obecnego stanu rzeczy pod względem możliwości przeprowadzenia takiego dowodu, skoro sytuacje, o których mówimy, nie dzieją się zazwyczaj przy świadkach?

Prawo nie zastąpi etyki i rozróżniania dobra od zła

Oczywiście można przewidzieć częściowo, jakie byłyby konsekwencje – tyle że Grzyb już o tym nie pisze. Mężczyźni, sparaliżowani strachem przed oskarżeniem o gwałt, będący każdą relacją seksualną bez wyraźnego przyzwolenia, mogliby zacząć naciskać na sformalizowanie zgody na relację seksualną. Przede wszystkim dotyczyłoby to relacji poza stałymi związkami, ale nie tylko. Pomysł Lewicy buduje bowiem między ludźmi nawet sobie bliskimi nieufność. A jeśli partnerka (żona) kiedyś lub wkrótce postanowi odejść? A jeśli będzie chciała się odegrać z dowolnego innego powodu? Banalnie łatwo będzie jej oznajmić, że do zbliżenia doszło bez wyrażonej uprzednio zgody.

Doszlibyśmy zatem do sytuacji, gdy w okolicznościach romantycznego uniesienia (nie wiem, czy lewica akceptuje w ogóle, że coś takiego może mieć miejsce), aby uniknąć ewentualnych problemów, należałoby podpisać odpowiednie papiery w dwóch kopiach lub utrwalić całą sytuację na nagraniu wideo. Brzmi absurdalnie, ale takie byłyby konsekwencje wprowadzenia zachwalanego przez Grzyb i Lewicę rozwiązania.

Jeśli ktoś nie dostrzega tych potencjalnych skutków, to najwyraźniej ma niewielkie doświadczenie życiowe. Lecz może lewica (tym razem przez małe “l”) powinna sobie przypomnieć własne afery, również te, gdzie padały dęte – jak się potem okazywało – oskarżenia, które o niebo łatwiej byłoby postawić, gdyby dyskutowany mechanizm obowiązywał. Przypomnę tu choćby sprawę jednego z lewicowych publicystów młodszego pokolenia, którego najpierw oczerniono i niesłusznie oskarżono o gwałt, a potem sprawczyni tegoż oskarżenia musiała go przepraszać. Po zmianie prawa na sposób opisywany przez panią Grzyb wybronienie się przez mężczyznę, za którego zabrała się już była prokuratura, byłoby dramatycznie trudne.

Nie może to dziwić nikogo, kto rozumie konsekwencje lewicowego paradygmatu. Jedną z fatalnych konsekwencji jego realizacji jest paranoiczna formalizacja relacji międzyludzkich i narzucanie sztywnych rozwiązań tam, gdzie sprawy w naturalny sposób regulują ludzkie emocje, uczucia, etyka. To absolutnie destrukcyjne dla konstrukcji społeczeństwa, które nie może opierać się u swojego fundamentu na literze prawa pisanego, ale na tym, co naturalne – na obyczaju, na wrodzonym rozróżnieniu dobra i zła.

Wszystko, co powyżej, nie znaczy, że należy a priori odrzucić wszelkie propozycje rozsądnych zmian lub że przyjęte w polskim prawie rozwiązanie dotyczące przestępstwa zgwałcenia jest doskonałe. Jednak propozycji Lewicy nie sposób uznać za rozsądne w żadnej mierze.