Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Katolik na kozetce. Szanse i zagrożenia pomocy psychologicznej dla wierzących

Katolik na kozetce. Szanse i zagrożenia pomocy psychologicznej dla wierzących https://unsplash.com/photos/BuNWp1bL0nc

„Terapia może być w jakiś sposób zagrożeniem dla ducha wyłącznie dla tych osób, które zupełnie nie dbają o swoją wiarę. Osoba o słabej wierze, która spotka się z terapeutą mającym bardzo silne przekonania światopoglądowe, przeciwne nauczaniu Kościoła, oczywiście może zostać poddana bardzo trudnej próbie i co gorsza z tej próby wyjść już zupełnie bez wiary. Oczywiście żaden terapeuta nie powinien świadomie przekonywać nikogo do zmiany światopoglądu, ale jeśli nie jest świadomy swoich własnych przekonań, może je przekazywać nieświadomie. To dlatego podkreślę, że osoba wierząca powinna jednak szukać pomocy u wierzącego terapeuty” – przekonuje o. dr hab. Andrzej Jastrzębski OMI w rozmowie z Magdaleną Kędzierską-Zaporowską.

Materiał stanowi część wywiadu rzeki p.t Po pierwsze pomagać wydanego przez wydawnictwo eSPe.

W „katolickiej” przestrzeni publicznej pojawiają się zarzuty pod adresem psychoterapeutów, że sobie nie radzą z problemami ludzi wierzących, a wręcz, że im szkodzą. Czy terapia może człowiekowi zaszkodzić, a jeśli tak, to kiedy?

Wszystko to zależy od wybranego nurtu. Z punktu widzenia człowieka wierzącego najbardziej niebezpieczna jest psychoanaliza, która zresztą też nie ma zbyt dobrej prasy w świecie nauki. Jedną z podstaw psychoanalizy jest założenie, że od religii człowiek musi się uwolnić. Spotkałem się nawet w literaturze naukowej z opinią jednej psychoanalityczki, która terapię pewnej siostry zakonnej uznała za porażkę, bo ta siostra nie odeszła z zakonu. Podobnie niebezpieczny może być „czysty” behawioryzm, bo metoda kija i marchewki na dłuższą metę na pewno się nie sprawdzi.

Idąc na terapię, trzeba zastanowić się, na czym właściwie polega problem. Jeśli chcemy pozbyć się zaburzeń lękowych, na przykład jakiejś fobii takiej jak paniczny strach przed lataniem, to właściwie nie mamy się czego obawiać, bo tego typu terapia polegać będzie na powolnym, krok po kroku, pokonywaniu tego lęku. W takich wypadkach psychoterapia jest neutralna, jeśli chodzi o jej stosunek do wiary. Oczywiście można i trzeba modlić się o dar uzdrowienia z tego lęku, ale jednocześnie trzeba jednak skorzystać z konkretnej pomocy, bo Pan Bóg właśnie po to pozwolił nam tę całą wiedzę zdobyć, żebyśmy z niej teraz korzystali. Raczej nie powinniśmy siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż nas Pan Bóg uzdrowi. Być może uzdrowi, tego nie wykluczam, ale jednak czyni to raczej w wyjątkowych wypadkach. Musimy założyć, że na bazie zdrowej nauki, która nie ma drugiego dna ideologicznego, pomoc uzyska także osoba wierząca i właściwie nie ma się czego obawiać.

Jeśli zaś kto szuka sensu życia i zechce go znaleźć w psychoterapii, to raczej na pewno każda taka terapia skończy się fiaskiem, bo nie do tego służy. Może pomóc człowiekowi uporządkować pewne sfery, żeby było mu łatwiej szukać tego sensu, ale go za niego nie znajdzie. Mamy, co prawda, taki nurt w psychoterapii zwany logoterapią, którego autorem jest Viktor Frankl i który właśnie skupia się na celu życia, ale nawet ten nurt nie daje nam jakichś uniwersalnych recept, jak być szczęśliwym. Nurt ten zbudowany jest na przekonaniu, że każdy taki sens może znaleźć. Przekazanie tego przekonania klientowi stanowi główny cel dla terapeuty tego nurtu. Klient jednak sens życia musi odnaleźć sam, nikt tego za niego nie zrobi.

Poczucie porażki może też wynikać ze zbyt wygórowanych oczekiwań względem terapii. Terapeuta niczego cudownie nie naprawia, raczej prowadzi swojego klienta, by ten odpowiednio zadziałał sam. Generalnie jednak, jeśli ktoś stawia zarzuty psychologii, powinien być bardzo ostrożny. Jak wielokrotnie wspominałem, nie ma czegoś takiego jak jednolita psychologia, są różne nurty. Nie mamy też jednej psychoterapii, tylko tyle terapii, ilu jest terapeutów, którzy w dobrej wierze i z dobrymi intencjami korzystają z pewnych narzędzi, by pomóc człowiekowi. Jeśli więc ktoś zawiódł się na terapii, to zapewne zawiódł się na konkretnym człowieku. Być może źle go dobrał, nie sprecyzował swoich oczekiwań, nie przedstawił swojego światopoglądu.

Choć prawdę mówiąc, psychoterapeuta może nie wypowiedzieć ani słowa i też pomóc, bo sama możliwość wygadania się to już bardzo dużo, co zresztą potwierdzono w badaniach. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by przed spotkaniem z terapeutą lub po nim iść do kościoła i „wygadać” się Panu Jezusowi na adoracji. Te dwie rzeczy się nie wykluczają, raczej powinny się uzupełniać. Zresztą trzeba podkreślić jedno – dla człowieka najbardziej niebezpieczne jest oddalenie się od Boga. Jeśli ktoś próbuje rozwijać swoją wiarę, nawet nieudolnie, jeśli stara się przybliżać do Pana Boga, to właściwie nie ma się czego obawiać. Terapia może być w jakiś sposób zagrożeniem dla ducha wyłącznie dla tych osób, które zupełnie nie dbają o swoją wiarę.

Osoba o słabej wierze, która spotka się z terapeutą mającym bardzo silne przekonania światopoglądowe, przeciwne nauczaniu Kościoła, oczywiście może zostać poddana bardzo trudnej próbie i co gorsza z tej próby wyjść już zupełnie bez wiary. Oczywiście żaden terapeuta nie powinien świadomie przekonywać nikogo do zmiany światopoglądu, ale jeśli nie jest świadomy swoich własnych przekonań, może je przekazywać nieświadomie. To dlatego podkreślę, że osoba wierząca powinna jednak szukać pomocy u wierzącego terapeuty.

Może problem tkwi też w tym, że istnieje cały szereg zjawisk duchowych, z powodu których człowiek może cierpieć, a z tym psychoterapeuta chyba sobie nie poradzi? Treścią pewnych zaburzeń psychicznych – na przykład obsesyjno-kompulsyjnych ­– bywają rytuały religijne lub jakieś zagadnienia natury duchowej, choć niekoniecznie zaliczamy je do problemów duchowych. Nie wiem, na ile to jest efekt fascynacji, a na ile rzeczywistej skali, ale w Polsce jakiś czas temu co rusz pojawiały się teksty czy też wypowiedzi sugerujące, że mamy ogromne zapotrzebowanie na egzorcystów, bo skala różnego rodzaju problemów powodowanych przez złego ducha jest ogromna…

Słowo fascynacja jest tu odpowiednie. Demonologia, bo o tym w gruncie rzeczy tu mowa, ma w sobie taki smaczek niesamowitości. Z jednej strony nas pociąga, a z drugiej – przeraża. Tremendum et fascinans, jak mówił Rudolf Otto, a powtórzył Eliade. Wracając jednak do pytania – w zwyczajnej praktyce terapeutycznej, jeśli terapeuta zorientuje się, że pacjent ma jakiś nieprzepracowany problem związany ze swoją religijnością, na przykład z modlitwą, powinien tego człowieka odesłać do duszpasterza czy kierownika duchowego. Jeśli terapeuta jest osobą wierzącą i na przykład zna ćwiczenia ignacjańskie, sam je przeszedł i ma rozeznanie w dynamice pracy duchowej, która różni się od pracy psychologicznej, być może w jakichś problemach sam będzie umiał pomóc.

Mówię tu o mniej „poważnych” sprawach, takich jak kłopoty ze skupieniem się na modlitwie. Radzenie sobie z rozproszeniami to oczywiście nie jest zadanie dla psychologii, to bardziej kwestia towarzyszenia duchowego. Celowo nie używam określenia „kierownictwo”, bo nie od razu ktoś musi być kierowany, czasem wystarczy wsparcie brata czy siostry w wierze, który ma większe doświadczenie w życiu modlitewnym i może się nim podzielić. Jeśli psycholog, psychiatra albo psychoterapeuta zauważą problemy duchowe poważniejszej wagi – a więc na przykład zmagania z wyraźnymi wpływami złego – zdecydowanie powinni odesłać pacjenta do odpowiedniego kapłana, przygotowanego do zajmowania się takimi sprawami i wyznaczonego przez biskupa, bo tylko taki może odprawić tzw. wielki egzorcyzm. To są jednak ekstremalne przypadki.

Poruszając tę kwestię, musimy przypomnieć, że ponieważ jesteśmy istotami cielesno-psycho-duchowymi, nie możemy oddzielić pewnych sfer naszego życia i zdiagnozować jeden problem jako jednoznacznie psychologiczny, a drugi jako jednoznacznie duchowy. W praktyce naszego życia te sfery się nieustannie przenikają, więc – bardzo upraszczając – powiedziałbym, że każdemu problemowi psychologicznemu zwykle towarzyszy problem natury duchowej. Szatan lubi się podczepiać pod różne zaburzenia. To oczywiście nie jest tak, że każdy problem duchowy ma lustrzane odbicie w problemie psychicznym i odwrotnie – tu zresztą przypominam, że zdrowie psychiczne nie jest warunkiem prawidłowej relacji z Bogiem. Na pewno jednak stan naszej psychiki wpływa na przykład na zdolności rozwoju duchowego.

Oczywiście nie wolno odrzucać także i takiej możliwości, że problem wykracza poza duszę danego człowieka i wiąże się z duchami silniejszymi od nas. Musimy mieć świadomość, że funkcjonujemy w rzeczywistości duchowej, w której stykamy się z demonami, ale też – od razu dodam – aniołami, które nas wspierają. Rozmowa o tym świecie jest jeszcze trudniejsza niż rozmowa o psychologii jako nauce, bo w wypadku rzeczywistości nadprzyrodzonej nie mamy już w ogóle żadnych narzędzi, którymi moglibyśmy coś pomierzyć czy coś udowodnić. Zresztą trudność mamy nie tylko z badaniem zjawisk duchowych, lecz z samym ich dostrzeżeniem. Ponieważ psychologia i psychiatria – uwzględniając wszelkie zastrzeżenia do nich – są obecnie tak rozwinięte, właściwie zawsze powinniśmy do każdego podejrzenia, że problem może mieć podłoże duchowe, podchodzić ze spokojem i najpierw przeprowadzić diagnozę psychologiczną czy psychiatryczną, po czym odpowiednio zadziałać. Wiedzą to też egzorcyści, którzy człowieka cierpiącego z powodu domniemanego wpływu złych duchów najpierw powinni skierować do specjalistów.

I tu musimy wrócić do pytania o to, czy światopogląd psychologa lub psychiatry ma znaczenie. W takim wypadku jest to kluczowa sprawa. Żeby móc prawidłowo ocenić sytuację, musimy mieć psychologa klinicznego lub psychiatrę, którzy dopuszczają taką możliwość nadprzyrodzonej ingerencji świata duchowego w życie człowieka. Jeżeli w to nie wierzą, z góry to odrzucą i nawet jeśli ich działania nie przynoszą żadnego efektu, będą brnąć w to, co uznają za jedynie słuszne, a więc w kolejne leki czy terapie. Osoby wierzące zapewne będą bardziej otwarte i choć spróbują dociekać, czy dany problem nie ma podłoża duchowego. Nie powinno się jednak zaczynać od tego pytania, lecz przede wszystkim sprawdzić, czy cierpienie pacjenta wynika z kwestii biologicznych czy psychologicznych. Jeśli jednak możliwości diagnostyczne albo terapeutyczne się wyczerpią, świeccy specjaliści powinni umieć z pokorą przyznać, że nie rozumieją, co się dzieje, i że za danym zaburzeniem może kryć się coś więcej.

Podzielę się tu swoim doświadczeniem ze stażu na oddziale psychiatrycznym. Siedziałem w szpitalu cały miesiąc, po pięć godzin dziennie rozmawiając z pacjentami. To znacznie więcej, niż poświęcali im lekarze, którzy zazwyczaj zamknięci są w swoich gabinetach. I właśnie podczas tych rozmów przyglądałem się pacjentom, zastanawiając się, jak można by to rozeznawać. Z tym pytaniem zwróciłem się też do ordynatora i po długiej, szczerej rozmowie przyznał, że w jego praktyce zdarzyło mu się mieć takie przypadki – tu trzeba dodać, że bardzo nieliczne – co do których miał wątpliwości. Próbowano wszelkich znanych metod, głównie środków farmakologicznych, zwiększania ich dawek i kombinacji, ale to nie przynosiło żadnego efektu. Podejrzewał więc, że dany problem nie ma ani natury fizjologicznej, ani psychologicznej i że za nim coś się kryje.

Ów lekarz nie powiedział mi wtedy wprost, że mogło chodzić o nękanie, obsesję czy też opętanie – trzeba mieć bowiem świadomość, że problemy natury duchowej też można stopniować, w zależności od siły wpływu, jaki złe duchy mają na życie człowieka. Opętanie to jest bardzo poważna sprawa, bo w jego wyniku mamy do czynienia ze zmianą osobowości, ale psychiatra tego nie oceni, bo tu potrzebna jest wiedza, jak rozeznawać te stopnie. Znaki, które mogą świadczyć na przykład o tym, czy doszło do pełnego opętania, opisane są w rytuale rzymskim i wiedzę na ten temat mają egzorcyści, nie psychologowie czy psychiatrzy. Ale jeślibyśmy mieli do czynienia z takimi lekarzami czy psychologami, którzy w ogóle dopuszczają możliwość nadprzyrodzonej ingerencji, proces rozeznawania byłby na pewno łatwiejszy. […]

Sposób życia człowieka – nie tylko sfera religijna czy też jej brak – ma ogromny wpływ na naszą duchowość. Nie można z siebie zrzucać odpowiedzialności za opętanie czy inne działania szatana i całkowicie zdać się na aktywność innych. Już wiele różnych rzeczy napisano o tym, jak zło oddziałuje na nas, jakimi „furtkami” wchodzi. To jest bardzo złożony temat, który wzbudza mnóstwo kontrowersji i emocji, ale faktem pozostaje, że wbrew niektórym teoriom człowiek nie jest w spotkaniu ze złem całkowicie bezbronny, oczywiście pod warunkiem, że trwa w bliskości z Bogiem. Trzeba jednak to kolejny raz zdecydowanie podkreślić – w znakomitej większości wypadków powód zaburzeń psychicznych można znaleźć za pomocą narzędzi diagnostycznych dostępnych psychologii i psychiatrii. Doszukiwanie się interwencji nadprzyrodzonej to jest ostatni spośród wielu kroków, które należy poczynić.

Czy tak samo powinniśmy uczynić, rozeznając noc duchową, czyli najpierw zacząć od założenia, że człowiek po prostu cierpi na depresję?

Mówisz o nocy duchowej, którą ojcowie pustyni określali terminem apatheia, duchowe znużenie, św. Tomasz z Akwinu – acedia, duchowa oziębłość, a św. Jan od Krzyża jako oczyszczenie duchowe najpierw zmysłów, a potem ducha… Oczywiście z takim stanem możemy mieć do czynienia, ale to coś innego niż depresja. Zawsze jednak lepiej zacząć leczyć depresję i się pomylić, niż odwrotnie – zaniechać leczenia depresji i skupić się tylko na rozwoju duchowym. Będąc na współczesnym etapie wiedzy psychiatryczno-psychologicznej, a także medycznej, możemy w taki sposób do tego podchodzić. Jeszcze pięćdziesiąt lat temu nie można było mieć takiej pewności, ponieważ metody traktowania pacjentów cierpiących z powodu depresji były bardzo wątpliwe.

Dziś dysponujemy i większą wiedzą na temat mechanizmów tej choroby, i bardziej skutecznymi metodami jej leczenia za pomocą bezpiecznej farmakoterapii. Ponadto mimo wszystko obserwujemy ogromny postęp w podejściu do pacjentów psychiatrycznych. Oczywiście to zależy od konkretnego oddziału, postępowania jego personelu czy decyzji kierownictwa, ale generalnie osoby cierpiące na przykład z powodu depresji są dziś traktowane dużo lepiej niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Nie ma wątpliwości, że wdrożenie leczenia w każdym wypadku będzie lepsze niż zaniechanie go, nawet jeśli coś gdzieś nie działa tak, jak powinno. Dzisiejsze leki mają zdecydowanie mniej działań ubocznych niż dawniej, kiedy dysponowano wyłącznie substancjami służącymi pacyfikacji pacjenta, a nie leczeniu go. W stanach psychotycznych ograniczano się do związywania chorego i izolowania.

Dzisiejsze oddziały psychiatryczne są już bardziej otwarte, a jeśli ktoś musi zostać zamknięty, to robi się to tylko po to, żeby mu zapewnić bezpieczeństwo. Chroni się w ten sposób pacjentów, którzy mogliby zrobić sobie krzywdę lub popełnić samobójstwo. Generalnie – mimo że wciąż daleko nam do ideału – widać postęp i dlatego z większym spokojem można zalecać kontakt z psychiatrą każdemu, kto tego potrzebuje. Wszędzie obserwujemy tendencję do otwierania szpitali, do jak najszerszej pomocy pacjentom w ich środowisku, jeśli tylko nie ma konieczności hospitalizacji. To wszystko idzie w dobrym kierunku, dlatego jako ksiądz nie obawiam się już odsyłania wszystkich najpierw do psychologa lub psychiatry, choć dotyczy to tych zagadnień, które rzetelnie zbadano i na które psychologia może coś poradzić

W przebiegu chorób psychicznych mamy do czynienia nie tyle z zaburzeniami sfery duchowej, ile z manifestacjami treści religijnych, które ze stanem ducha mogą nie mieć nic wspólnego. W jakich chorobach takie objawy są charakterystyczne? Jakie zachowania religijne mogą zasugerować na przykład rodzinie, że ich bliski ma jakiś kłopot psychiczny?

Co do zasady jest tak, że u osób prowadzących pogłębione życie religijne w wypadku wystąpienia choroby psychicznej manifestowane będą właśnie treści związane z wiarą i religią. Oczywiście to nie oznacza, że ludzie bardzo pobożni mają większe szanse wpaść na przykład w psychozę. To nie pobożność jest powodem psychoz, lecz psychoza wyzwala pewne manifestacje pobożności. Mamy z tym do czynienia na przykład przy głębokiej depresji czy w wypadku choroby afektywnej dwubiegunowej. Pacjenci doświadczają różnych wizji o treści religijnej, które jednak nie mają przyczyn duchowych.

Jak w takim razie odróżnić doświadczenie duchowe, którego możliwości przecież jako osoby wierzące nie odrzucamy, od zaburzenia psychicznego?

To jest dosyć proste. Osoby chore są niezwykle skupione na sobie. Nie dopuszczają do jakichkolwiek dyskusji na temat ich wizji czy rzekomych proroctw. Każdą próbę ich podważenia traktują jako atak na siebie, a samych treści wizji rygorystycznie strzegą. Mają przekonanie o swojej nieomylności, o szczególnym wybraniu. Cechą charakterystyczną takich zaburzeń jest niemożność wejścia w dialog na temat doświadczeń i przeżyć danej osoby, bo wszystko to jest skrupulatnie i pieczołowicie przez nią chronione. Osoby zdrowe doświadczające wizji mistycznych są w stanie wejść w dyskusję na ich temat, w wypadku stanów patologicznych nie ma takiej możliwości.

Ludzie głoszą różne rzeczy, ale dopóki są gotowi o tym rozmawiać czy szczegółowo opowiadać, nie ma powodu, by podejrzewać ich o zaburzenia psychiczne. W wypadku osób doświadczających objawów psychotycznych czy paranoidalnych nie ma mowy o wyczerpujących odpowiedziach na temat ich wizji, w ogóle o rozmowie o tej kwestii. Treści religijne pojawiające się w wyniku jakichś patologii zamiast wprowadzać pokój, mącą go, przerażają słuchacza i wzbudzają w nim lęk. Zamiast ludzi zachęcić do nawrócenia, do zmiany życia, niszczą ich i poniżają. Osoby doświadczające zaburzeń myślą o sobie jako o Bożych wybrańcach i prorokach. Przy ocenie tego typu postaw czy wizji zawsze sprawdza się rada z Pisma Świętego: „Po owocach ich poznacie”. Człowiek doświadczający realnego spotkania z Bogiem będzie skierowany ku służbie bliźniemu, a nie skupiony na samym sobie. Będzie bardziej skłonny do przebaczania niż do rygorystycznego egzekwowania jakichś zasad czy rytuałów.

Osoby tkwiące w patologii będą tworzyć wokół siebie aurę niezwykłości i prowadzić do podziałów. Jedną z najważniejszych cech człowieka, który naprawdę doświadczył spotkania z Bogiem, jest zdolność do jednoczenia ludzi. Dążenie do jedności w ogóle jest wyróżnikiem Bożego działania. Ta uwaga dotyczy zresztą także wszelkiego rodzaju nauczycieli czy kaznodziejów – jeśli ludzie po spotkaniu z nimi czują się podniesieni na duchu, uspokojeni, mają pragnienie pojednania się z innymi, to możemy przypuszczać, że przemawia przez nich Bóg. Jeżeli ktoś odczuwa po takim spotkaniu niepokój, jeśli czuje się z jakiegoś powodu lepszy od innych, jeśli zaczyna w głowie dzielić ludzi, to można podejrzewać, że wizja czy nauczanie, z którym się zetknął, nie pochodzi od Boga i może być efektem jakiejś patologii. Na pierwszy rzut oka trudno powiedzieć, jakiej – może chodzić zarówno o nieroztropność, zaburzenia psychiczne wizjonera czy nauczyciela, jak i o poważniejsze sprawy natury duchowej.

Czy w wyniku silnych emocji wywołanych nastrojem modlitewnym da się wywołać doświadczenie, które można podejrzewać o jakąś patologię? Czy też możemy być pewni, że podczas modlitwy, nabożeństw czy wydarzeń o charakterze religijnym, na których na przykład intensywnie wzywa się Ducha Świętego, wszystko, czego doświadczamy jako ich uczestnicy, jest efektem spotkania z Bogiem?

To jest bardzo delikatna sprawa. Wrócę do tego podstawowego kryterium „Po owocach ich poznacie”. Jest to zasada zarówno bardzo prosta, jak i skomplikowana, bo wymaga zawsze dystansu i czasu. Trzeba odczekać i zobaczyć, jaki wpływ na życie człowieka miało dane doświadczenie. Jeśli wpłynęło ono na nawrócenie czy też jakąkolwiek nawet drobną przemianę życia, to można podejrzewać, że pochodziło ono od Boga. Jeżeli jednak po takim doświadczeniu nic się w życiu człowieka nie zmieniło, jeśli wszystko ograniczyło się do chwili ekscytacji, jeśli nie ma znaków nawrócenia, nie ma wzrostu wiary, nadziei i miłości oraz – co podkreślam – jedności, to raczej wątpiłbym w Boże pochodzenie takich doświadczeń.

Nie orzekam tu, skąd one pochodzą – mogą mieć różne źródła, w tym właśnie emocjonalne czy psychiczne, ale raczej na pewno ich źródłem nie jest Bóg. Ale… Nie zapominajmy o tym, że Pan Bóg, gdy Go wzywamy, działa. Jeśli w czasie modlitwy, nabożeństwa czy spotkania wzywamy Boga, wzywamy Ducha Świętego, to możemy mieć pewność, że On przyjdzie. Nie wiemy tylko, jak. Być może to działanie jest ukryte i nie takie, jak byśmy oczekiwali. Pan Bóg chce działać w naszym życiu, chce nam pomagać, chce nas uzdrawiać, ale nie sądzę, żeby oczekiwał od nas tego, byśmy na Nim coś wymuszali. Na nasze wołanie, że chcemy tu i teraz czegoś doświadczyć, Pan Bóg zdaje się odpowiadać: „Spokojnie, mamy czas. Przygotowałem dla ciebie uzdrowienie, uwolnienie i wiele innych łask, ale to Ja wiem, kiedy będzie najlepsza chwila, by ci to dać”.

Bóg wie, kiedy w życiu człowieka wypada najlepszy czas na kairos i kiedy ma do tego doprowadzić. Co oczywiście nie oznacza, że nie wolno nam prosić Boga, by nas obdarzył cudem. Prosić trzeba, ale nie wymagać. Współczesny człowiek ma problem z tą perspektywą czekania, bo wszystko dostaje od ręki tu i teraz. Dziś zamówi, jutro kurier dostarczy. Najważniejsze to zrozumieć, że jest czas na wzrastanie w wierze, ale jest też czas na cierpienie, na wątpliwości, na doświadczenie ciemności. Pan Bóg widzi całą perspektywę życia człowieka, my dostrzegamy tylko jej ułamek. No i stąd bierze się być może ta ogromna chęć „doświadczania” Boga. W tym – o ile nie ma to znamion patologii, o której wspominałem – nie ma nic nienormalnego. To naturalna kolej rzeczy. Byleby nie wymuszać, nie krzyczeć i nie tupać nogami.