Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Obajtek w III RP do kwadratu. Trzy NAPRAWDĘ ważne wnioski

Obajtek w III RP do kwadratu. Trzy NAPRAWDĘ ważne wnioski Szczecinianka00/https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:D.obajtek.jpg

Sprawa Daniela Obajtka jak w soczewce pokazuje stan politycznych elit, jakość polskiej debaty publicznej i systemowe problemy naszego państwa. Nominaci partii mającej od swego zarania na sztandarach walkę z patologiami życia publicznego stają się w najlepszym razie karykaturą tamtych idei, a coraz częściej – wręcz symbolami patologii. Media i opozycja koncentrują się wyłącznie na personalnym wymiarze doniesień i zadowalają „grillowaniem PiSu”, lekceważąc przy tym zupełnie wielokrotnie istotniejszy wymiar systemowy. Tymczasem naprawdę kluczowym problemem nie jest ten czy inny prezes o gorszącym zamiłowaniu do bogactwa czy luksusu, ale fakt, że mamy prawo wręcz sprzyjające umiejscawianiu takich gagatków w składzikach konfitur, jakimi są spółki Skarbu Państwa, i budowania wokół nich „brudnych wspólnot” zależności.

Obajtek, czyli karykatura i przeciwieństwo

O Danielu Obajtku w ostatnich dniach napisano bardzo wiele. O poważnych wnioskach z medialnych doniesień – zatrważająco mało. Oba wielkie polityczne obozy chętnie deklarują systemowe zmiany, ale obietnic w tym zakresie konsekwentnie nie spełniają, gdy są u władzy. Konkretne próby reform bądź to były torpedowane przez grupy interesu, bądź to interes partyjny i populizm przeważał na dobrem publicznym. Na tych systemowych problemach chcę się w niniejszym tekście skoncentrować.

Dla porządku jednak, by nie pozostawiać niedopowiedzeń, odniosę się we wstępie do podstawowego aspektu medialnych doniesień, które stawiają prezesa PKN Orlen w bardzo złym świetle. Jeżeli potwierdzi się sugestia, że Obajtek kierował przed laty przedsiębiorstwem „z tylnego siedzenia”, żeby obejść zakazujące tego samorządowcom przepisy, to powinno zdyskwalifikować jego jakikolwiek dalszy udział w życiu publicznym. Spekulacje o majątku przekraczającym oficjalne zarobki to poszlaka każąca traktować powyższe oskarżenia poważnie. Wątpliwości budzą kolejne informacje o otrzymaniu publicznego wsparcia na rozwój prywatnych inicjatyw mocnego politycznie i świetnie zarabiającego prezesa państwowej firmy. Mapy bliskich i znajomych Obajtka na państwowych posadach oraz doniesienia o członkach rodzin polityków obozu rządzącego, którzy znajdowali zatrudnienie w biznesach podległych Orlenowi – to wszystko pokazuje, że najstarsze patologie zarządzania przez polityków państwowym majątkiem mają się świetnie. A to tylko przykłady, bo znaki zapytania mnożą się z dnia na dzień.

W powyższym świetle Obajtek jawi się raczej niczym dokładne przeciwieństwo oczekiwanych standardów przejrzystości, skromności i prymatu służby w życiu publicznym, które formacja Jarosława Kaczyńskiego niosła na sztandarach przez całą swoją historię. Z kolei peany sformułowane na jego temat przy okazji otrzymania tytułu „człowieka wolności” – brzmią wręcz jak przerysowana drwina, karykaturalny żart.

„Nadzieja Polski, wszystkich Polaków”; „człowiek zupełnie niezwykły, jeżeli chodzi o talent organizacyjny, dynamikę, łatwość podejmowania decyzji”; „taka bardzo wyróżniająca się postać”; „ma coś takiego, co daje pan Bóg, a co trudno zdefiniować” – to wszystko opinie o szefie Orlenu autorstwa Jarosława Kaczyńskiego zaledwie sprzed dwóch miesięcy. Tymczasem dużo bardziej adekwatne w kontekście rewelacji ostatnich tygodni wydają się słowa przypisywane śp. prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu: „Jeśli ktoś ma pieniądze, to znaczy, że skądś je ma”.

Nie wiemy, co się dzieje za kurtyną

Nie dla czczego symetryzmu, ale dla uzyskania kontekstu umożliwiającego rzetelne spojrzenie na sprawę, trzeba podkreślić, że publikacyjne ożywienie zdaje się mieć co najmniej drugie, a może i trzecie dno.

Regularność i szczegółowość publikacji, rozpisanie cyklu na wiele dni i szereg różnych tytułów, zręczne przemieszanie zarzutów poważnych (np. prowadzenie zakazanej działalności w czasie pełnienia mandatu wójta), ale średnio trafiających do opinii publicznej, z zupełnie niepoważnymi, ale elektryzującymi wyobraźnię czytelników serwisów plotkarskich (np. zatrudnienie syna premiera Szydło w prywatnej spółce, w której Obajtek ma udziały)… To wszystko każe z wielkim dystansem podchodzić do wizji, wedle której mamy do czynienia ze zbiegiem okoliczności i nieprawdopodobnym ożywieniem licznych „życzliwych czytelników” dzielących się swoją wiedzą z rozmaitymi redakcjami.

Z red. Michałem Karnowskim zdarza mi się zgadzać niezwykle rzadko. Jego publicystyka już dawno nie tylko zerwała ze standardami obiektywizmu, ale często jej ton przekracza niestety granice śmieszności. Nie znaczy to jednak, że znakomity niegdyś autor „Newsweeka” i „Dziennika” całkiem utracił zdolność do celnych spostrzeżeń. „Kto jest jego autorem? Nie media. Za dużo widziałem w dziennikarskim życiu, by z daleka nie rozpoznać gotowców podrzucanych przez wywiadownie gospodarcze i służby” – napisał w kontekście sprawy Obajtka współtwórca „Sieci” i wpolityce.pl. Abstrahując od reszty artykułu – trudno tej konkretnej opinii nie oddać słuszności.

Ja intuicję Karnowskiego w pełni podzielam, choć nie przesądzam, w czyim interesie działają w tej sprawie profesjonaliści kierujący kampanią. Scenariusze o genezie strategiczno-międzynarodowej, które snują obrońcy Obajtka, są tu równie prawdopodobne, co i wersja, w której obserwujemy wewnętrzne walki w samym obozie władzy.

Niemniej fakt dawania przez prezesa PKN Orlen paliwa do generowania takich kampanii, nawet gdyby ich zleceniodawcami rzeczywiście byli wrogowie fuzji Orlenu z Lotosem – nie przemawia wcale na korzyść Obajtka. Wprost przeciwnie. Odpowiadając za procesy tak wielkiej wagi, powinien być niczym żona Cezara. Również po to, by jego prywatne interesy nie zostały wykorzystane do utrudnienia realizacji interesu państwowego.

Wreszcie, fakt wątpliwego źródła medialnych przecieków w żaden sposób nie osłabia rangi najpoważniejszych z nich, w szczególności tych, które budzą potencjalne konsekwencje prawne. Jeżeli tylko okażą się prawdziwe, rzecz jasna.

Trzy kroki w stronę uczciwszego państwa

Kluczowym aspektem sprawy jest jednak jej wymiar systemowy. Są co najmniej trzy obszary regulacyjne, które ze sprawą Obajtka wyraziście korespondują. We wszystkich trzech w ostatnich latach składano daleko idące obietnice. Wszystkie trzy na różnych etapach były inicjowane przez dzisiejszą formację rządzącą. Wszystkie trzy wreszcie składają się na kluczową obietnicę z wizji Polski Jarosława Kaczyńskiego – silnego państwa rządzonego przez uczciwie elity, które kontroluje zdrowia opinia publiczna.

Tu tkwi bowiem sedno problemu. Emocjonowanie się „Obajtkami” i „Misiewiczami” jest tak naprawdę drugorzędne. Kluczowe są zmiany w prawie i kulturze życia publicznego, które pozwoliłyby przestać czynić z państwowych spółek i publicznych stanowisk rezerwuary konfitur, do których ciągnie pewien typ miłośników władzy i luksusu, jacy pojawiają się w szeregach każdej władzy. Dziwnym trafem – żadnej władzy nie udaje się takich zmian przeprowadzić.

Celowo abstrahuję od tematu najbardziej oczywistego, czyli poszukiwania odpowiedzi na pytania ilu i jakich państwowych firm potrzebujemy, bo to temat na osobną, długą analizę. Wskażę jednak trzy konkretne kroki, które do „sprawy Obajtka” mogłyby w ogóle nie dopuścić, gdyby tylko zarówno politycy PiS, jak i Platformy realizowali swoje zapowiedzi. A z pewnością uniemożliwiłyby trwanie dziesiątek podobnych, choć pewnie mniej spektakularnych „spraw”, o których nie wiemy, bo żadna instytucja specjalizująca się w śledztwach gospodarczych i czarnym PR-ze nie dostała w ich zakresie zlecenia.

Krok pierwszy, czyli oświadczenia majątkowe do poprawki od zaraz

Emocji związanych ze śledzeniem majątku Daniela Obajtka byłoby znacznie mniej, gdybyśmy mogli go wszyscy we własnym zakresie – opinia publiczna, media, organizacje pozarządowe, politycy jego i konkurencyjnych formacji, zwykli obywatele – śledzić i analizować przez poprzednie lata.

Rzecz w tym, że będąc szefem najpotężniejszego regionalnego koncernu, dysponując potężnymi dźwigniami wpływu na rzeczywistość polityczno-medialną, wreszcie mając ściśle polityczną przeszłość i słabo skrywane polityczne ambicje Obajtek nie był zobowiązany składać oświadczenia majątkowego, nie mówiąc o jego upublicznianiu.

Ale to dopiero początek spirali absurdów związanych z obecnym prawem dotyczącym tej kwestii.

Po pierwsze, jak wyliczał niedawno serwis Konkret24, zobowiązani do składania oświadczeń majątkowych są prezesi i członkowie zarządów takich potężnych państwowych firm jak ma przykład Lotos, PGE, PGNiG czy Enea. Ten sam obowiązek nie dotyczy jednak pełniących te same funkcje w Orlenie, KGHM czy PGZ. Co więcej, sprawozdawać się z majątku muszą menedżerowie w Zielonogórskim Rynku Rolno-Towarowym, ale nie muszą – ci w Rolno-Spożywczym Rynku Hurtowym „Giełda Elbląska”.

Powód? Dzisiejsze prawo dla obowiązku składania sprawozdań uznaje drugorzędne kryterium większościowego udziału Skarbu Państwa. Wyłącza tym samym z tej kategorii szereg „sreber rodowych” polskiego majątku publicznego. Według factcheckerów TVN24 obowiązek składania oświadczeń przez zarządców obejmuje zaledwie sześć z piętnastu największych giełdowych spółek z udziałem skarbu państwa.

Po drugie, niejawne są oświadczenia majątkowe Obajtka z lat 2016-2017, gdy pełnił funkcję prezesa Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Podobnie zresztą jak domyślnie niejawne są z mocy ustawy oświadczenia majątkowe Prezydenta RP, ministrów czy właśnie tych zarządzających państwowymi firmami, którzy w ogóle mają obowiązek je sporządzać. Oczywiście, każda konkretna osoba może ujawnić swoje oświadczenie z własnej inicjatywy, ale prawdę mówiąc – żadne to pocieszenie, bo przecież każdy z Czytelników niniejszego tekstu też może ujawnić swój majątek, nawet nie będąc obowiązany do składania oświadczeń. Równocześnie jawne są z definicji oświadczenia posłów, senatorów, radnych, a od niedawna także sędziów. Ale też: dziesiątek tysięcy dyrektorów publicznych szkół i przedszkoli, dyrektorów domów dziecka, dyrektorów powiatowych urzędów pracy, dyrektorów domów pomocy społecznej… Proporcje są tu chyba mocno zachwiane.

Po trzecie wreszcie, nie są już dostępne publicznie na stronach internetowych archiwalne oświadczenia majątkowe Daniela Obajtka z czasów, kiedy był zobowiązany zarówno je składać, jak i publikować, czyli z czasów pełnienia funkcji wójta Pcimia.

Absurdy w regulacjach jawności majątkowej można mnożyć w nieskończoność. Wyliczyłem powyżej te związane ze sprawą szefa Orlenu. System jest anachroniczny, niespójny, dziurawy i nieefektywny. Gdy podejmowano pierwszą próbę jego uporządkowania – robiło to w 2014 roku Ministerstwo Sprawiedliwości za krótkiej kadencji Marka Biernackiego – regulowało go 30 różnych aktów prawnych.

Ówczesna porządkująca ustawa miała oświadczenia ujednolicić i z definicji uczynić jawnymi prawie wszystkie. Poszerzała też, likwidując szereg dzisiejszych absurdów, grono objętych regulacją. Projekt ostatecznie przepadł, ostro atakowany przez zorganizowane grupy interesu, a wśród nich, o czym warto pamiętać, przez wrogich jawności życia publicznego sędziów.

Druga próba przyszła już za rządów PiS. Sporą część sensownych rozwiązań z projektu Biernackiego przejęła w 2017 roku propozycja Ustawy o jawności życia publicznego zainicjowana przez ministrów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. „Pozytywnie oceniamy zaproponowane regulacje dotyczące oświadczeń majątkowych z satysfakcją wskazując, że konieczność uporządkowania przepisów w tym zakresie była wielokrotnie podnoszona również przez nasze Stowarzyszenie. Jednocześnie zwracamy uwagę, że wskazane byłoby wprowadzenie obowiązku wypełniania i składania oświadczeń  majątkowych drogą  elektroniczną tak, by były one realnie dostępne, a także w łatwy sposób agregowane i analizowane” – pisaliśmy wówczas w stanowisku w konsultacjach publicznych. Ustawa – tym razem również poniekąd z winy inicjatorów, którzy próbowali połączyć zbyt wiele trudnych i kontrowersyjnych tematów w jednym akcie prawnym – upadła.

W anachronicznym bałaganie dużo łatwiej ukryć to, co jawne być powinno nawet dziś na mocy obowiązującego prawa. Istniejące przepisy z pewnością potrzebują zaś poprawy: uwspółcześnienia, uzupełnienia luk i swoistej kodyfikacji. Bez tego aktualny system jawności i sprawozdawczości majątkowej pozostaje w praktyce fikcją, o czym również na łamach naszego portalu pisał Krzysztof Izdebski z Fundacji ePaństwo.

Uporządkowanie tego obszaru jest pierwszym krokiem ku temu, by patologiczne związki polityki i wielkich pieniędzy były znacznie trudniejsze. A z pewnością – bardziej wyeksponowane na kontrolne oko obywateli i mediów.

Krok drugi, czyli ujawnijmy polityczne synekury

„POstawili na swoich” – grzmiała w 2012 roku okładka „Pulsu Biznesu”. Ilustracja przedstawiała pajęczynę, w której sercu widniało logo rządzącej wówczas Platformy Obywatelskiej. Dziennikarze przypominali obietnicę Donalda Tuska, że rząd PO-PSL zakończy polityczny proceder zawłaszcza spółek z udziałem skarbu państwa.  „Publikowana poniżej lista będących na państwowym garnuszku 428 działaczy PO, członków ich rodzin i znajomych, to najlepsza ilustracja tego, co zostało z tej obietnicy. (…) Przez niecałe pięć lat od objęcia władzy wymienieni poniżej nominaci PO zarobili, bagatela, 200 mln zł. A przecież nasza lista jest niepełna!” – mogliśmy przeczytać w tekście „Lista wstydu Platformy Obywatelskiej”.

Najciekawszy jest jednak nie banał o tym, że praktyka zatrudniania na potęgę „swoich” jest dużo starsza niż rządy Kaczyńskiego, ale to, co jego partia proponowała w reakcji na tamtą publikację. Na specjalnej konferencji prasowej sam Mariusz Błaszczak, dziś minister obrony narodowej i jeden z najbardziej zaufanych ludzi Kaczyńskiego, oraz Dawid Jackiewicz, późniejszy minister skarbu państwa u początków rządów Zjednoczonej Prawicy, zapowiedzieli cały pakiet ustaw przeciwko nepotyzmowi! Konferencję wciąż można wciąż obejrzeć na stronie Sejmu.

„Mamy konkretne projekty ustaw, by wyplenić tę patologię z życia publicznego. Zasada, którą chcemy wprowadzić polega na pełnej otwartości i transparentności działania” – mówił Błaszczak. „Dzisiaj zdecydowaliśmy się przedstawić założenia do zmian w prawie, które będą eliminowały tego typu zjawiska – kolesiostwa, nepotyzmu, zatrudniania osób, których jedyną kwalifikacją jest legitymacja partyjna (…). Walka z tym zjawiskiem miałaby polegać na obowiązku ujawniania wszystkich tego typu zjawisk w jawnym rejestrze, do którego mieliby dostęp w Internecie wszyscy obywatele naszego kraju” – wyjaśniał Jackiewicz.

Rejestr miał zawierać pełną informację o zatrudnieniu wszystkich członków partii politycznych i członków ich rodzin w spółkach skarbu państwa, ministerstwach i agencjach rządowych, a także jakie pobierają wynagrodzenia, premie, nagrody i przywileje.

Na konferencji prasowej przedstawiono założenia projektu, którego pełna wersja bodaj nigdy nie ujrzała światła dziennego. Od złożenia obietnicy minęło dziewięć lat. Prawo i Sprawiedliwość rządzi od sześciu. Składający ją politycy pełnili (Jackiewicz) i pełnią (Błaszczak) eksponowane funkcje rządowe. Warto wrócić do oczekiwania realizacji tamtej obietnicy.

Dziś niestety do podsumowania działań PiS w zakresie polityki kadrowej w biznesie zależnym od polityków najlepiej pasują słowa, które politycy partii Jarosława Kaczyńskiego skierowali na cytowanej konferencji prasowej pod adresem Donalda Tuska. „Jak nie było tak, nie ma żadnych działań pana premiera. To kolejna fikcyjna zapowiedź. Zapowiedź, która okazała się tylko pustym hasłem”.

Krok trzeci, czyli zadbajmy o pensje polityków

Dlaczego nepotyzm i kolesiostwo w spółkach skarbu państwa interesują jedynie opozycję, a gdy ta przychodzi do władzy – bezproblemowo wchodzi w buty poprzedników, co najwyżej jeszcze je „rozciągając”? Między innymi dlatego, że do prowadzenia polityki potrzebne są pieniądze, a w polityce – legalnych pieniędzy jest zbyt mało. Prawo dotyczące finansowanie kampanii wyborczych i działalności partyjnej jest kartonowe. Tworzy wewnątrz właściwie całej klasy politycznej „brudną wspólnotę” uwikłanych w podobnie patologiczne procedery. Wreszcie, politycy na ważnych stanowiskach zarabiają wielokrotnie mniej niż osoby o analogicznej odpowiedzialności w sektorze prywatnym… i spółkach skarbu państwa właśnie.

W efekcie – spółki skarbu państwa pełnią rolę źródła politycznej renty, która pozwala zasypać te finansowe niedostatki. W ciągu kilku lat przy władzy politycy chcą „ustawić” siebie i swoich najbliższych. Co bardziej cwani i łasi na dostatnie życie ludzie ze świata polityki od razu kierują swoją karierę właśnie w stronę publicznych synekur, a nie „frajerskiej” pracy posłów i wiceministrów, co tworzy mechanizm negatywnej moralnie selekcji do pracy w takich strukturach. Zatrudnieni w spółkach bliscy polityków „reperują” domowe budżety ograniczone z populistycznych pobudek. Znajomi – „spłacają się” tym, którzy pomogli im w nominacji. Ci bardziej szlachetni – oficjalnie wspierając fundusze wyborcze. Ci bardziej pozbawieni skrupułów – w mniej legalnych formach.

Dlatego dwóm powyższym działaniom – pełnej jawności zatrudnienia członków partii politycznych i członków ich rodzin na państwowych synekurach oraz systemowemu uporządkowaniu oświadczeń i ujawnieniu majątków – towarzyszyć powinna istotna podwyżka wynagrodzeń w „normalnej” polityce. Lepiej powinni zarabiać w pierwszej kolejności sprawujący władzę wykonawczą, ale również parlamentarzyści i samorządowcy.

Jak długo politycy będą mieli poczucie pracy „za dziadowskie pieniądze”, tak długo żadna władza nie zdecyduje się na systemowe zakończenie patologicznego drenowania państwowych firm. Niestety, podejmowane próby ucywilizowania tej sytuacji pełzły na niczym w obliczu populistycznych instynktów polityków obu stron politycznej barykady.

Wreszcie, potrzebna jest też systemowa reforma finansowania partii politycznych i kampanii wyborczej. Tu powinna obowiązywać zasada: „więcej jawności i więcej obywatelskiej kontroli, to więcej pieniędzy”. Również upodmiotowienie posłów względem partyjnych central, choćby przez część subwencji rozdysponowywanej właśnie przez konkretnego polityka, a nie wyłącznie przez szefostwo partii, powinno zmniejszyć ich pokusę do uczestniczenia w patologicznych układach zależności.

III RP do kwadratu, czyli Rzeczpospolita Hipokrytów

Profesor Jarosław Flis zwykł mawiać, że Prawo i Sprawiedliwość obiecało swoim wyborcom IV RP, a zrealizowało IX RP, czyli Trzecią do Kwadratu. Daniel Obajtek to nie precedens, ale wyjątkowo zdolny kontynuator patologicznych relacji polityka-państwowy biznes. Nie na Obajtku powinniśmy się zatem w pierwszej kolejności koncentrować, a na systemowej korekcie. Leczyć przyczyny, a nie objawy.

Gotowe rozwiązania teoretycznie leżą od dawna na stole. Tu nie trzeba nic wymyślać od nowa. PiS mogłoby, choćby dla zarządzenia trwającym wizerunkowym kryzysem, sięgnąć do założeń projektów z 2012 roku. Opozycja – odświeżyć projekt Ministerstwa Sprawiedliwości z 2014 roku albo sensowne części „Ustawy o jawności” z roku 2017. Projekt polepszenia uposażeń był na stole ledwie kilka miesięcy temu. Ale w każdej z tych spraw – tryumfował populizm, prymat partyjniactwa nad dobrem wspólnym, wreszcie zorganizowane grupy interesu chroniące swoje przywileje, a przy okazji i grzechy.

Dramat bieżącej sytuacji polega również na tym, że refleksja tego typu zdaje się coraz bardziej poza horyzontem większości mediów i właściwie całej klasy politycznej. Żrą „Misiewicze”, to opozycja śledzi „Misiewiczów”. Żrą „Obajtki” – opozycja śledzi „Obajtków”. Systemowych rozwiązań nikt już właściwie nie proponuje, bo wszyscy pogodzili się chyba z tym, że skończą jak przywoływane tutaj obietnice Donalda Tuska z 2007 roku i polityków PiS z roku 2012 – będą tylko wyrzutem sumienia.

Gdy z projektem swoistej ustawy interwencyjnej ws. Obajtka dotyczącej oświadczeń majątkowych przed kilkoma dniami wyszli politycy Lewicy, to nie zorientowali się nawet, że proponowana przez nich zmiana przepisów akurat… Obajtka nie obejmie. Z kolei politycy Platformy Obywatelskiej pomstują na fakt, że oświadczenia majątkowe szefa Orlenu z czasów prezesowania w ARiMR są tajne… chyba nieświadomi, że to ich rząd porzucił ambitny plan ich systemowego uporządkowania i ujawniania. A polityka, który go przygotował, niewiele później wypchnęli najpierw z rządu, a potem z partyjnych szeregów za wierność założycielskim ideałom ich formacji.

Oczywiście, to PiS najbardziej konsekwentnie niósł na sztandarach walkę z patologiami życia publicznego. Dziś to jego kolejni nominacji stają się w najlepszym razie karykaturą tamtych idei, a coraz częściej – wręcz symbolami patologii. A IV RP – silnego państwa rządzonego przez uczciwie elity, które kontroluje zdrowa opinia publiczna – jak potrzebowaliśmy, tak potrzebujemy. I jak się nie doczekaliśmy, tak już się pewnie nie doczekamy.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.