Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Kędzierski: Przed szpitalami jeszcze co najmniej miesiąc „wojny”

Kędzierski: Przed szpitalami jeszcze co najmniej miesiąc „wojny” United Nations COVID-19 Response/unsplash.com

Dobowa liczba zdiagnozowanych przypadków przekroczyła w piątek 20 tysięcy. Te dane odzwierciedlają stan epidemii z 10 marca, więc jutro w wielu regionach będziemy mieli do czynienia z realnym szczytem zachorowań, który zobaczymy po kolejnych 10 dniach. To zaś oznacza, że przed szpitalami jeszcze co najmniej miesiąc „wojny”, i to w zasadzie niezależnie od regionu, bo taka jest specyfika tej fali.

Z kronikarskiego obowiązku, dziś przekroczyliśmy liczbę dwóch milionów osób, które otrzymały pozytywny wynik testu na obecność koronawirusa. Można próbować z samego tego faktu wyciągać jakieś wnioski – niektórzy zakładają, że skoro wyłapujemy w testach podobno co dziesiątego chorego, to kontakt z patogenem miało (a co za tym idzie nabyło odporność) ok. 20 milionów Polaków, czyli niecałe 60% populacji. To zaś powinno dawać nam już tzw. odporność zbiorowiskową. Sęk w tym, że ten szacunek 1:10 jest równie wiarygodny jak 1:7 czy 1:5, a więc ten odsetek może równie dobrze wynosić 45%, a może nawet 30%. Co więcej, spora część osób przechorowała COVID-19 w październiku i listopadzie, a jeśli wierzyć najnowszym badaniom naturalna odporność utrzymuje się do siedmiu miesięcy, więc z tej puli zaraz zaczną wypadać jesienni ozdrowieńcy. Wreszcie, odporność zbiorowiskowa dla wariantu brytyjskiego koronawirusa to nie 60-70%, ale raczej ponad 90%.

Odpuśćmy więc na razie ten wątek i skupmy się na danych, które choć są obarczone równie dużym błędem, to jednak ten błąd jest w miarę stały, więc można próbować wyłapywać dynamikę zmian. Dziś będą głównie liczby, bo podejrzewam, że w obecnej sytuacji to dla Was najważniejsze, bo z szumu medialnego ciężko jest wyciągnąć jakieś sensowne informacje. Tak więc dobowa liczba zdiagnozowanych przypadków przekroczyła 20 tysięcy. Wobec 14,5 tysięcy przypadków przed tygodniem daje nam to wzrost o prawie 40%, i to już samo w sobie jest bardzo niepokojące, bo przez długi czas oscylowaliśmy wokół 30-35%, w poprzednim tygodniu spadliśmy nieznacznie do 25-30%. Bez większej satysfakcji (bo wolałbym, żeby tak nie było) stwierdzam, że przed miesiącem (19 lutego) pomyliłem się nie tylko ja, ale i Krzysztof Szczawiński, który prognozował, że po osiągnięciu pułapu 30-kilku % dynamika zacznie spadać. Minął miesiąc i nie tylko nie spada, co jeszcze zaczęła rosnąć.

Patrząc na rozkład zachorowań, widać wyraźnie, że choć niektóre regiony doszły już do szczytu, inne dopiero się do niego zbliżają. Co gorsza, ten szczyt jest raczej w przedziale 100-120 przypadków dziennie na 100 tys. mieszkańców, a nie 80-100. To zaś jest skala porównywalna do tego, czego doświadczyli Czesi, przy czym oni testowali kilkukrotnie więcej osób. Innymi słowy – te szczyty są na bardzo wysokich poziomach. Dziś rekordowy jest powiat strzeliński na Dolnym Śląsku (125), a w pierwszej trójce znalazł się jeszcze powiat warszawski zachodni (112) i bielski (109).

Tak jak wskazywałem przed tygodniem, trudno mówić o fali w sensie przestrzennym, bo ogniska są w różnych częściach kraju i się rozlewają, jak fale po wrzuceniu kamienia w wodę. Taki silnych „ognisk” w Polsce jest kilkanaście – poza Warmią, Mazowsze i Pomorzem Gdańskim występują one w województwie śląskim (Podbeskidzie i Zagłębie), dolnośląskim (Ziemia Kłodzka i Przedgórze Sudeckie), wielkopolskim (Poznań i okolice), kujawsko-pomorskim (Kujawy i ziemia dobrzyńska), lubuskim (Zielona Góra i Gorzów Wielkopolski), małopolskim (obwarzanek Krakowa) i podkarpackim (Rzeszowszczyzna).

Co prawda, największe miasta są już w zaawansowanym stadium, ale niewiadomą pozostaje, czy zmierzają do 80 czy raczej 120 przypadków dziennie na 100 tys. mieszkańców, a to robi ogromną różnicę. Trudno zatem powiedzieć cokolwiek o prognozach na przyszłość. Moim zdaniem trzeba założyć, że do końca marca czekają nas podobne przyrosty, to jednak oznacza, że w Wielki Piątek dobowa średnia zdiagnozowanych przypadków osiągnie poziom jakichś 32-33 tysięcy osób. Przypominam – to średnia, bo pewnie w sam Wielki Piątek ta liczba może się zbliżyć do 40 tysięcy.

Choć tu trzeba zrobić jedno ważne zastrzeżenie – nie wykluczam, że w najbliższych dniach liczba przypadków przestanie rosnąć z jednego powodu: dostępności testów. W ostatnich dniach dziennie przeprowadzono ponad 80 tys. testów, i to jest chyba blisko realnej wydolności systemu. Widać to po rosnącym odsetku testów pozytywnych – to już średnio prawie 28,5% dziennie (przed tygodniem wskaźnik ten wynosił 24,7%). Najbliższe dni pokażą nam, czy to przypuszczenie się potwierdzi (bo w nagły spadek dynamiki zachorowań nie wierzę).

Druga kluczowa liczba to hospitalizacje. Dobra informacja jest taka, że wciąż przyrost tygodniowy oscyluje wokół 15%. To znaczy samo w sobie nie jest to dobra informacja, ale oznacza, że jeszcze nie przekroczyliśmy limitu. Ale bardzo szybko zbliżamy się do listopadowego rekordu – wtedy było to 23 033, a dziś zanotowaliśmy w szpitalach 22 567 osób. W tym tempie najpóźniej pojutrze ten niechlubny rekord przekroczymy. Na szczęście sytuacja jest nieco lepsza niż jesienią, bo mamy dodatkowe szpitale tymczasowe, więc realna liczba łóżek może być już faktycznie wyższa niż 25 tysięcy. Wtedy tych miejsc starczyłoby jeszcze na jakiś tydzień…

Problem w tym, że tak jak stosunkowo łatwo postawić łózko w jakiejś hali, tak o wiele trudniej znaleźć personel. Już dziś zwykłe szpitale muszą się dzielić kadrą z tymi tymczasowymi, co sprawia, że w niektórych miejscach radykalnie może spaść standard opieki. I tego się mówiąc szczerze obawiam – analogicznie jak jesienią, „pecha” mogą mieć Ci, którzy zachorują na późniejszym etapie epidemii. Powód jest prosty – albo zabraknie dla nich miejsca w szpitalu, albo zwyczajnie w świecie personel medyczny nie poświęci im wystarczającej uwagi ze względu na nadmiar chorych i obowiązków.

Wiemy zaś choćby z reportaży Pawła Reszki, że taki sytuacje czasem niestety prowadzą do zgonów, za które trudno winić lekarzy. Cieszyć może fakt przeszkolenia żołnierzy WOT w zakresie wspomagania tlenoterapii, ale nie wiem, czy liczba przeszkolonych będzie wystarczająca. Ale dobre i to. Zresztą na marginesie pandemia pokazała, że choć WOT był (i nadal jest) obiektem drwin, to w gruncie rzeczy okazał się bardzo przydatną formacją. Pewnie moja ocena bazuje na wycinkowych obserwacjach (choćby jeden z moich studentów służy w WOT), ale wydaje mi się, że nie jest bardzo oderwana od rzeczywistości.

Poza personelem dochodzi jeszcze kwestia sprzętu i równie istotna kwestia dostępności tlenu, bo to w gruncie rzeczy kluczowy element terapii. Tu też nie mam wiedzy – nie wiem czy szpitale (i Agencja Rezerw Materiałowych?) nie tylko dysponują odpowiednimi zapasami, ale także są w stanie sprawnie napełniać zużyte butle z tlenem.

Analizując sytuację w szpitalach (i w ogóle całą sytuację epidemiczną) nie można jednak zapominać o tym, że dzisiejsze dane obrazują nam stan epidemii sprzed ok. 10 dni, czyli z 10 marca. To zaś ma daleko idące konsekwencje – część osób, które zaraziły się dziś, będzie wymagać hospitalizacji dopiero około Wielkanocy. Podobnie jak w listopadzie, szczyt hospitalizacji przypadnie jakiś tydzień po szczycie liczby zachorowań, czyli zapewne ok. połowy kwietnia. To zaś oznacza, że przed szpitalami jeszcze co najmniej miesiąc „wojny”, i to w zasadzie niezależnie od regionu, bo taka jest specyfika tej fali.

I to jest pewne novum wobec jesieni – wtedy szpitale funkcjonowały w stanie frontowym przez 2-3 tygodnie, teraz ten okres może być dwukrotnie dłuższy. To moim zdaniem bardzo ważna różnica, która musi być uwzględniona w działaniach Ministerstwa Zdrowia. Jeśli personel medyczny fizycznie się wykończy po trzech tygodniach i nie będzie w stanie wypełniać swoich zadań w tej samej skali, liczba zgonów wzrośnie. Nie mam pojęcia, jak odciążyć medyków, ale to dziś absolutny priorytet, zwłaszcza że fali już nie zatrzymamy.

Właśnie – fali już nie zatrzymamy, nawet przy założeniu, że za kilkadziesiąt minut wejdzie narodowa kwarantanna. Powód już wskazałem – dzisiejsze dane odzwierciedlają stan epidemii z 10 marca, więc jutro w wielu regionach będziemy mieli do czynienia z realnym szczytem zachorowań, który zobaczymy po kolejnych 10 dniach. Pisałem już (także w komentarzu dla Klubu Jagiellońskiego, który rozszedł się także w Onecie), że niespecjalnie wierzę w skuteczność kolejnego lockdownu, ale nawet jeśli miałby zadziałać, trzeba go było wprowadzać z początkiem marca, kiedy fala się rozpędzała. Dziś to nie ma już większego znaczenia, bo zwyczajnie jest za późno, no ale lepiej późno niż wcale. Popatrzmy jednak na Niemcy – u nich fala właśnie ruszy i właśnie wprowadzają lockdown, choć nie można nie zauważać, że także u naszych zachodnich sąsiadów widać społeczny opór (nawet jeśli akceptacja dla decyzji władz jest istotnie wyższa niż w Polsce).

Tak dochodzimy do trzeciej kluczowej statystyki, tej najgorszej, czyli do zgonów. Na razie na szczęście nie widać bardzo istotnego wzrostu liczby zgonów – dobowa średnia wzrosła przez ostatni tydzień z 258 do 297 osób, czyli o ok. 16%. To mniej, niż dynamika zachorowań. Zakładam, że istnieje kilka przyczyn. Lekarze mają większą wiedzę, jak postępować z chorymi. Osoby z grupy podwyższonego ryzyka są już w części zaszczepione (80+ ‒ 43,2%; 70+ ‒ 28,8%; 60+ ‒ 5,4%). Wciąż (jeszcze) mamy miejsca w szpitalach.

Za kilka dni lekarze mogą nie mieć czasu, żeby utrzymać standardy opieki. Za kilka dni mogą się wyczerpać miejsca w szpitalach (albo dostępność tlenu). Wreszcie zgodnie z informacjami z Ministerstwa Zdrowia wiemy, że ciężki przebieg dotyka już nie tylko seniorów, a w szpitalach większość stanowią osoby w średnim wieku, które już zaszczepione nie są. Co więcej, w przeciwieństwie do jesiennej fali, hospitalizacji wymagają także dzieci.

Uff. Tyle na dziś. Tak jak pisałem już wielokrotnie, fali nie zatrzymamy. Skala tragedii zależy już tylko od wydolności służby zdrowia i personelu medycznego, którego w przeciwieństwie do łóżek nie da się stworzyć w tydzień. Dobrze, że umożliwiono zdawanie młodym lekarzom egzaminów jesienią. Warto pomyśleć, jak zachęcić wszystkich do nadludzkiego wysiłku. Obawiam się, że pieniądze to nie wszystko, choć akurat młodym lekarzom dorzucić warto, i to z wielu powodów. To inwestycja, nie koszt.

Wy tymczasem uważajcie na siebie. To, że pewnie zbliżamy się do szczytu, nie oznacza, że nie można się zarazić. Skoro już mamy narodową kwarantannę, to po prostu siedźmy w domach. Do usłyszenia za tydzień.

Marcin Kędzierski w kolejnej odsłonie autorskiego dziennika pandemicznego „W poszukiwaniu nowej normalności”

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.