Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Co po Kurskim? Konserwatywny pomysł na odbudowę TVP

przeczytanie zajmie 10 min
Co po Kurskim? Konserwatywny pomysł na odbudowę TVP Źródło: Imamon - flickr.com

Prawo i Sprawiedliwość dokonało niespotykanego w dziejach III RP spustoszenia w TVP i Polskim Radiu. Skala upadku autorytetu i wiarygodności Telewizji Polskiej jest tak duża, że nie dziwią postulaty likwidacji tej instytucji lub znacznego ograniczenia jej propagandowego oddziaływania. Jednak pisane na kolanie projekty i rzucane w afekcie pomysły nie rozwiązują problemu. Spójrzmy prawdzie w oczy: politycy nigdy nie zrezygnują z wpływu na media publiczne. Źródło zła leży w uleganiu złudzeniu, że można je magicznie odpolitycznić i że zrobią to… sami przedstawiciele władzy. Kiedy jest się w opozycji, dobrze jest pokrzyczeć: „oddajcie pilota!”, jednak gdy się go już dostanie w swoje ręce, nie ma się ochoty nim dzielić.

Formalna i nieformalna zależność mediów publicznych od rządzącej większości przy zachowaniu pozorów autonomii i ciągłych lamentach nad ich upolitycznieniem towarzyszy nam od rozwiązania Radiokomitetu. Sposób wyboru władz dziewiętnastu państwowych spółek medialnych oraz ich finansowanie to obszary ciągłej prowizorki, z którą jak dotąd nie poradził sobie żaden rząd. I w gruncie rzeczy nie chciał. Zmienność i uznaniowość w tym zakresie są na rękę każdemu, kto wygrywa wybory. Rekompensata abonamentowa jest kolejnym przykładem takiej prowizorki, choć o nieco dłuższym horyzoncie czasowym sięgającym roku 2024. Co potem? Nie wiadomo. Mechanizm wymyślony przez PiS skazuje TVP, Polskie Radio i rozgłośnie regionalne na niepewną przyszłość, ryzykuje uznaniem przez Komisję Europejską rekompensat za niedozwoloną pomoc publiczną, a to może oznaczać nawet konieczność ich zwrotu.

Media publiczne naszych marzeń

Puśćmy na moment wodze fantazji. Jaka mogłaby być telewizja publiczna naszych marzeń? Empatyczna i szukająca tego, co łączy, a nie tego, co dzieli.

Powinna pomagać rządzącym i opozycji budować konsensus wokół spraw ponadpartyjnych. Powinna być z Polakami wszędzie tam, gdzie się znajdą. Jeżeli wychodzą na ulice, to powinna być na ulicach i ułatwiać tym, którzy zostali w domach, zrozumienie protestujący. Powinna umożliwiać zrozumienie coraz bardziej skomplikowanego świata, a nie dawać ujście negatywnym emocjom, utwierdzać stereotypy i zaspokajać najniższe instynkty gniewu i nienawiści, podsycać urazy i różnice.

Powinna dostarczać rozrywki na najwyższym poziomie, zamiast epatować tandetą. Powinna wreszcie stawiać na rozwój kreatywnych pomysłów, które w mediach komercyjnych nie znajdą miejsca.

„To mrzonki” – powiecie. Być może, ale czy odpolitycznienie jako warunek naprawy nie jest jeszcze większą mrzonką? Cóż miałoby oznaczać? Stworzenie buforów i mechanizmów konkursowych przy wybieraniu ich władz? Wolne żarty. Czyż nie to właśnie zrobił PiS? Powołał bufor w postaci Rady Mediów Narodowych, która (a jakże!) przeprowadziła konkurs na prezesa TVP. To się nie sprawdziło i nie sprawdzi. Paradoksalnie trzeba pójść w stronę przeciwną: po pierwsze, porzucić bajki o odpolitycznieniu. Po drugie, ucywilizować nadzór polityków nad mediami publicznymi, ale jednocześnie skłonić ich do wzięcia za nie odpowiedzialności. Po trzecie,  wprowadzić element kontroli społecznej.

Fundacja, odejście od abonamentu, konstytucja mediów publicznych

Nową formułą organizacyjną mogłaby być powołana przez państwo fundacja, której finansowanie zapewniałby parlament na podstawie 10-letniej umowy na realizację zadań publicznych. Podobne rozwiązanie funkcjonuje z powodzeniem w Szwecji od 1997 roku. Fundacja stałaby się właścicielem Polskiego Radia, TVP i siedemnastu rozgłośni regionalnych. W jej zarządzie powinny zasiadać osoby wskazane przez ugrupowania parlamentarne, proporcjonalnie do liczby posiadanych przez nie mandatów. Po jednym przedstawicielu miałby także rząd i prezydent. Każdy kandydat do rady fundacji musiałby legitymować się rekomendacją przynajmniej jednej organizacji społecznej: stowarzyszenia twórczego, dziennikarskiego itp. Taka rekomendacja byłaby obligatoryjna. Chodzi o to, by rada składała się z osób o różnych poglądach i wrażliwościach, ale nie z czynnych polityków. Głównym zadaniem fundacji byłoby przeprowadzanie konkursów na szefów poszczególnych jednostek publicznych mediów. Formuła fundacji umożliwia osiągniecie dwóch celów: odseparowanie bieżącego zarządzania mediami publicznymi od polityki przy zachowaniu pełnej odpowiedzialności władz państwowych za ich działalność i finansowanie.

Przekazywanie poszczególnych spółek w zarząd fundacji powinno odbywać się stopniowo, począwszy od rozgłośni regionalnych, a skończywszy na dużym radiu i telewizji. Cały zaś projekt powinien być szczegółowo oceniany pod kątem transparentności i poddawany ewaluacji.

Konieczna jest oczywiście nowa ustawa o radiofonii i telewizji, precyzująca status nadawcy publicznego. Archaiczny model abonamentowy należy definitywnie znieść i zastąpić subskrypcją. To ostatnie planowane jest nawet w Wielkiej Brytanii w odniesieniu do BBC.

Oczywiście kanały telewizji linearnej muszą pozostać darmowe, natomiast subskrypcja dotyczyłaby dostępu do wybranych usług i treści online, co wobec rozwoju platform streamingowych, telewizji hybrydowej oraz pay-TV wydaje się naturalne.

Przy okazji można dokonać zmian organizacyjnych samej telewizji, by przygotować ją do konkurencji na międzynarodowym rynku audiowizualnym. Należałoby wydzielić TVP Film Studio, które mogłoby zająć się wyłącznie produkcją treści, budową studiów i zarządzaniem infrastrukturą filmową niezbędną do tego, by Polska stała się wreszcie miejscem świadczenia profesjonalnych usług dla zagranicznych produkcji (tzw. serwisów), wzorem innych państw naszego regionu (Węgier, Czech, Rumunii, Bułgarii i Ukrainy).

Fundacja przedstawiałby parlamentowi 10-letni plan działalności i organizacji jednostek mediów publicznych, w którym byłyby określone ramy finansowania i realizacji poszczególnych zadań w obszarach edukacji, digitalizacji i udostępniania zasobów archiwalnych, informacji i publicystyki. Wzorem byłoby rozwiązanie brytyjskie, gdzie funkcjonuje Karta Królewska BBC (Royal Charter), chroniąca publicznego nadawcę przed bieżącą ingerencją rządu oraz definiuje misję i strukturę publicznego nadawcy. Obowiązujące dziś karty powinności spółek medialnych uzgadniane z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji mają zdecydowanie niższy priorytet. Plan byłby długoterminową wielką kartą powinności i jednocześnie rodzajem konstytucji mediów publicznych o randze ustawowej.

Niedźwiedzia przysługa dla konserwatyzmu

Media publiczne mają do odegrania ogromną, pozytywną rolę społeczną i kulturotwórczą, zwłaszcza w dobie zmiany modelu konsumpcji treści audiowizualnych wywołanej ekspansją platform streamingowych i serwisów wideo. Jednocześnie należy z całą mocą podkreślić, że obecna formuła ich funkcjonowania uległa wyczerpaniu. Po prostu doszliśmy do ściany i koniec „dobrej zmiany” przy Woronicza musi zamknąć pewien (niechlubny) okres w historii.

Żadne połowiczne rozwiązania nic nie dadzą. Powrót do stanu sprzed 2015 roku jest niemożliwy. Byłby też całkowitą porażką i „pośmiertnym” triumfem skrajnego cynizmu reprezentowanego przez obecne władze telewizji. Dlaczego? Otóż PiS wprawdzie nie zrobił nic nowego. Wykorzystał istniejące od początku III RP mechanizmy politycznej kontroli nad mediami publicznymi, ale uczynił to na tyle bezczelnie i brutalnie, że stworzył prawdziwego golema postprawdy, który… ubezwłasnowolnił swoich patronów.

Dziś PiS stał się zakładnikiem ordynarnej narracji narzucanej przez własne centrum propagandowe. Pokazała to dobitnie prezydencka kampania wyborcza z 2020 roku i wszystkie nieporadne próby podważenia pozycji Jacka Kurskiego w obozie władzy. TVP niszczy i wulgaryzuje debatę publiczną, w dodatku pod hasłami pluralizmu i wolności słowa. Narzuca dużej części prawej strony sceny politycznej i jej zapleczu pałkarski styl, powoduje, że jakakolwiek inna forma komunikacji staje się niemożliwa.

Konserwatyści będą mieli z tym poważny problem, ponieważ tradycja i patriotyzm zostały trwale złączone z drętwym partyjnym bełkotem, z bardzo płytkim intelektualnie językiem władzy. Sprowadzenie TVP do roli partyjnego organu, narzędzia polityki tożsamościowej, zagraża kulturze narodowej i identyfikacji Polaków z polskością. Oznacza to, że duża część obywateli niepopierających PiS znajduje się poza zasięgiem oddziaływania pojęć istotnych dla budowania wspólnoty, łączy je z zakłamaniem i manipulacją. TVP nadaje dziś fałszywy ton polskiemu konserwatyzmowi kulturowemu.

Jeżeli spojrzymy nieco szerzej na współczesne media, dostrzeżemy zgubne konsekwencje uszczelniania baniek informacyjnych używających odmiennych pojęć i kierujących się wrogimi systemami wartości. Potraktowanie TVP w sposób, w jaki zrobił to PiS, jest niedźwiedzią przysługą wyświadczoną wszystkiemu, co deklaratywnie partia ta chce wzmacniać: tradycyjnym wartościom, spójnej tożsamości narodowej, popularyzacji polskiej historii, a na końcu znajdującemu się w poważnym kryzysie wizerunkowym polskiemu Kościołowi katolickiemu.

Pluralizm przez propagandę to pomysł rodem z Orwella

Odpowiedzią opozycji na dramat, który możemy śledzić codziennie o 19:30 w TVP1, a przez całą dobę na antenie i portalu TVP Info, jest zakaz tworzenia przez telewizję programów informacyjno-publicystycznych przy jednoczesnym zniesieniu abonamentu i zablokowaniu rekompensat z budżetu. Oznacza to ni mniej, ni więcej tylko likwidację mediów publicznych przez ekonomiczne zagłodzenie. Platforma Obywatelska nie przedstawiła żadnego alternatywnego sposobu finansowania, uznać więc należy, że wygaszenie mediów publicznych jest ukrytym celem proponowanych zmian. Liberałowie tradycyjnie kalkulują, że nie potrzebują państwowej telewizji i radia, ponieważ sprzyjają im te prywatne.

By właściwie ocenić sytuację, w której się znaleźliśmy, warto bez uprzedzeń przyjrzeć się wzajemnym relacjom polityki i mediów w III RP. A te były bardzo bliskie, o ile rządziła lewica i liberałowie, natomiast chłodne i niechętne, ilekroć do władzy dochodziła prawica. Polski rynek medialny został ukształtowany w okresie transformacji ustrojowej i tuż po niej, następnie zmieniony przez cyfrową rewolucję i zagraniczny kapitał.

Zawsze jednak prawica pozostawała na tym polu słabsza, w równym stopniu przez własną indolencję, jak i przez czynniki od niej niezależne. Przez lata narastało po tej stronie przekonanie, że jakoś trzeba temu zaradzić. Bolesne doświadczenie kłopotów komunikacyjnych pierwszych rządów PiS-u i okres bezpośrednio po katastrofie smoleńskiej udowodniły, że stworzenie wyłomów w medialnym froncie stanowi dla prawicy niezbędny warunek odzyskania wpływu na debatę publiczną.

Prawicowi publicyści rzucili wtedy hasło powołania niezależnej telewizji, która przybrała kształt TV Republika pod kierownictwem Bronisława Wildsteina. Telewizja ta, choć mocno niedoinwestowana, była tworzona entuzjazmem zespołu i rzeczywiście stanowiła pewną przeciwwagę dla mainstreamu. Pamiętajmy, że mówimy o czasach, gdy rzecznik rządu spotykał się z prezesem spółki wydającej „Rzeczpospolitą”, by wysłuchać co znajdzie się na pierwszej stronie gazety, ABW dokonała brutalnego najścia na redakcję „Wprost”, zaś dziennikarze (w tym niżej podpisany) byli stawiani przed sądem za wykonywanie obowiązków służbowych. Dziś to już prehistoria, ale istotna o tyle, że tłumaczy (choć nie usprawiedliwia), co PiS zrobił z publiczną telewizją i radiem po wyborczym zwycięstwie w 2015 roku.

Początkowo plany były ambitne. Zapowiadano nową ustawę o radiofonii i telewizji, która zakładała likwidację spółek medialnych i przekształcenie ich w instytucje kultury, a także zastąpienie abonamentu powszechną opłatą audiowizualną. Ile z tych obietnic wyszło, wszyscy wiemy. Jarosław Kaczyński dał prezesowi TVP zielone światło na zmianę telewizji w użyteczną tubę propagandową oraz, co równie ważne, na wewnętrzną reformę organizacyjną spółki, w wyniku której pozbawiono jakiejkolwiek podmiotowości i decyzyjności dyrektorów anten. Te działania na zapleczu, choć pozornie nieistotne, mają kluczowe znaczenie dla kontroli przekazów TVP Info i „Wiadomości” przez czynnego polityka rządzącej partii oddelegowanego na Woronicza. Tak powstał twór kierowany z tylnego siedzenia przez prawą i lewą rękę Jacka Kurskiego – dyrektora Stanisława Bortkiewicza. To formalnie szef jednego z biur TVP, w rzeczywistości osoba kontrolująca przez swoich ludzi całą spółkę.

Można oczywiście zbyć wszystko stwierdzeniem, że różne media dają głos poszczególnym odłamom opinii publicznej. Można też wskazać – jak przy każdej okazji robi to Kurski – że „jego” TVP przyczyniło się do zwiększenia pluralizmu opinii, ponieważ nie śpiewa w liberalno-lewicowym chórze.

Pamiętajmy jednak, że powtarzając obowiązującą dziś na PiS-owskiej prawicy hasło: „stronniczość TVP gwarancją pluralizmu”, mówimy w istocie językiem Orwella. Dajemy szlachetne usprawiedliwienie fałszom i bezczelnym manipulacjom.

To TVP czyni PiS zakładnikiem logiki „ani kroku w tył”

Zwolennicy Kurskiego argumentują, że media publiczne stanowią po prostu zwieńczenie „konserwatywnego filara” polskiego społeczeństwa – to analogia do systemu politycznego XX-wiecznej Holandii, w którym katolicy, protestanci, socjaliści i liberałowie posiadali swoje własne organizacje pozarządowe, związki zawodowe, gazety, a także kanały publicznej telewizji. Filarowa struktura społeczna w Niderlandach upadła wraz z końcem zimnej wojny, choć jej relikty trwają do dzisiiaj. Może się wydawać, że polska plemienność to już w zasadzie model holenderski.

Spójrzmy więc na koszty: rozpad wspólnoty narodowej, alienacja poszczególnych grup, które stają się po prostu sektami, niekorzystne zjawisko separacji baniek informacyjnych. Czy naprawdę chcemy, by Telewizja Publiczna przyspieszała ten proces?

Zwolennicy filaryzacji Polski mają świadomość tego, że filar lewicowo-liberalny jest znacznie silniejszy w mediach, kulturze, reklamie i biznesie niż filar konserwatywny, więc szans sukcesu upatrują w wykorzystaniu państwowego kapitału dla wzmocnienia własnych zasobów. Temu celowi służy zakup Polska Press i Ruchu przez Orlen czy lokowanie budżetów reklamowych spółek Skarbu Państwa w mediach Sakiewicza i braci Karnowskich. Równocześnie filar liberalno-lewicowy ma zostać podkopany przy pomocy działań administracyjnych.

Przykłady? Zablokowanie przez UOKiK przejęcia spółki Eurozet przez Agorę, pomysły dekoncentracji i repolonizacji mediów, a ostatnio projekt nowego podatku od reklam. Jeżeli naprawdę myślimy o zreformowaniu mediów publicznych na dłużej niż okres jednej czy dwóch kadencji, powinniśmy wziąć tę mapę interesów pod uwagę.

Posiadanie TVP rodzi też pewne problemy dla samego PiS-u. W rękach władzy znajduje się narzędzie kształtowania opinii publicznej o zszarganej reputacji. Polacy są bardzo silnie uodpornieni na propagandę robioną wprost i na twardo.

Materiały TVP Info czy „Wiadomości” stają się niewyczerpalnym źródłem memów i obiektem kpin, a oglądanie publicystyki i informacji tworzonej przez hunwejbinów Kurskiego staje się torturą nawet dla wytrwałych zwolenników Prawa i Sprawiedliwości. W chwilach kryzysów politycznych czy wizerunkowych płacą za to sami rządzący, którzy stają się zakładnikami logiki „ani kroku w tył”. Mści się brak kanałów komunikacji skierowanych do umiarkowanych, centrowych wyborców.

PiS może liczyć tylko na „betonowe” media Karnowskich i Sakiewicza, których zasięgi poza twardym elektoratem są nikłe. Z drugiej strony mamy konglomerat mediów prywatnych wrogich obecnej władzy. Stąd ścisła kontrola nad nawet toporną TVP wydaje się Jarosławowi Kaczyńskiemu sprawą krytyczną.

Bez rzetelnej informacji wolność słowa to fikcja

W artykule 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka z 1948 roku czytamy, że „każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice”. Nacisk jest więc położony na wolność opinii, w której zawierają się wszystkie pozostałe prawa. I tu pojawia się problem. By wyrazić opinię, trzeba ją najpierw ukształtować, a by ją ukształtować, trzeba mieć dostęp do faktów, danych, informacji. Tak więc bez równoczesnego zagwarantowania prawa do bycia dobrze poinformowanym i niezmanipulowanym wolność słowa pozostanie fikcją.

Kłamstwo nie musi być wymuszane przez cenzurę. Znamy to z XX wieku. Wystarczy, że odbiorca zostanie uwięziony w swojej komorze echa, w swojej bańce social mediowej, w której będą do niego docierały tylko potwierdzenia jego własnych intuicji, uprzedzeń i lęków. Taki człowiek nie ma warunków do podejmowania świadomych decyzji w sferze publicznej, nie jest w stanie ukształtować swojej opinii w sposób nieskrępowany. Nie posiada narzędzi do wyrażania swojego zdania. Nie może korzystać z wolności. I tu otwiera się przestrzeń dla mediów publicznych.

Mamy prosty wybór. Z jednej media publiczne wspierające jeden z holenderskich filarów polskiego społeczeństwa: liberalny, lewicowy bądź konserwatywny, wyszarpywane poprzednikom w rytmie kolejnych cykli wyborczych, z pracownikami pozbawionymi szacunku dla siebie i swojej pracy. Z drugiej media publiczne o własnej podmiotowości. Media będące instytucją reprezentującą państwo i w jego imieniu zabezpieczające prawo obywateli do rzetelnej informacji, w sprawach strategicznych reprezentujące jego interes, pełniące ważną funkcję społeczną, jaką jest spajanie wrogich plemion politycznych.

Czy pomysł fundacji cywilizującej wpływ polityków na media i realizującej społeczną kontrolę ma w ogóle sens? Być może stan mediów publicznych po takiej reformie nie będzie dużo lepszy od tego, który mamy obecnie. Ale jeżeli będzie choć trochę lepszy, to czy nie warto spróbować?

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.