Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Kowalski vs. Morawiecki. Czy energetyka wysadzi Zjednoczoną Prawicę?

Kowalski vs. Morawiecki. Czy energetyka wysadzi Zjednoczoną Prawicę? Zdjęcie z Oficjalnego Profilu Facebookowego Janusza Kowalskiego

Dymisja Janusza Kowalskiego nie jest jedynie kolejną odsłoną politycznej gry podjazdowej z udziałem Prawa i Sprawiedliwości oraz Solidarnej Polski. Personalny konflikt między premierem a byłym już wiceministrem wynika ze sporu o kierunek rozwoju polskiej energetyki, ale także o funkcjonowanie Polski w europejskiej wspólnocie. Ziobryści doskonale sobie zdają sprawę, że broniąc polskiego węgla, mogą przeciągnąć na swoją stronę wpływową grupę zawodową, co może być kluczowe dla dalszego istnienia tej partii. Jednak wbrew retoryce mniejszego koalicjanta realny scenariusz, przed jakim stoimy, to wybór między podwyżką cen spowodowaną kosztami transformacji energetycznej a drastyczną podwyżką wynikającą z jej zaniechania.

Janusz Kowalski już od wielu miesięcy jako wiceminister aktywów państwowych był krytykiem poczynań premiera Morawieckiego, a gorzkie słowa pod adresem swojego przełożonego kierował przede wszystkim za pomocą Twittera. I choć los byłego wiceprezesa PGNiG już od dawna wydawał się przesądzony, to warto przeanalizować wywiad, którego udzielił na gorąco po swojej dymisji „Dziennikowi Gazecie Prawnej”. Kowalski dość obrazowo wyjaśnił różnicę między nim (jego głos można traktować jak stanowisko Solidarnej Polski w sprawie energetyki) a Morawieckim. Były wiceminister zarzucał premierowi pójście na łatwiznę i transformację polskiej energetyki w duchu zaleceń Brukseli zgodnie z programem Platformy Obywatelskiej. Według polityka Solidarnej Polski konsekwencją rozwoju odnawialnych źródeł energii i energetyki opartej na gazie będzie znaczący wzrost cen energii.

W rozmowie z DGP Kowalski wskazuje, że koszt transformacji energetycznej proponowanej przez rząd wyniesie 2 bln zł, co przełożyć się ma na 70 mld zł rocznych kosztów finansowanych z kieszeni Polaków, w tym przede wszystkim wyborców PiS-u, a więc ludzi starszych, rolników i mieszkańców wsi. Kowalski zapowiada, że będzie to oznaczało porażkę w wyborach w 2023 r. z uwagi na wzrost cen, które do tego czasu będą wyższe nawet o kilkadziesiąt procent.

Polityk Solidarnej Polski mówi wprost, że rewolucja energetyczna zwiększy ubóstwo energetyczne Polaków. Kreśli on wizję biednych osób, które na noc zakręcają grzejniki, bo nie będzie ich stać na opłacenie rachunków. Wskazuje także, że z uwagi na wzrost kosztów pozyskania energii przez firmy spadnie konkurencyjność polskiej gospodarki. Dodatkowym problemem ma być ponowne uzależnienie od gazu z Rosji.

Personalny konflikt czy fundamentalny spór?

Kowalski wypomina Morawieckiemu brak wystarczającej asertywności i umiejętności negocjacyjnych, czego efektem były trzy błędne w tej optyce decyzje z ostatnich miesięcy: zgoda na Europejski Nowy Zielony Ład, brak nacisków na Komisję Europejska ws. reformy systemu handlu pozwoleniami na emisję oraz zgoda na podniesienie celów redukcji emisji CO2 do 2030 r. z 40% do 55% wobec 1990 r., co spowodowało ponad 40% wzrost cen pozwoleń na emisję CO2 w ostatnich miesiącach.

Co ważne, Kowalski sprytnie podkreśla, że polityka energetyczna rządu nie wynika z programu PiS-u ani ustaleń koalicyjnych, ale jest efektem osobistych przekonań i decyzji premiera Morawieckiego. Tym samym Kowalski to szefa rządu, a nie siebie, przedstawia jako tego, który dokonuje nieautoryzowanej zmiany. Wszystkie pretensje kieruje personalnie wobec premiera, stara się go przedstawić (i jego bezpośrednie zaplecze) jako zielonego jeźdźca w węglowej drużynie prawicy. Czyni wyraźną aluzję, że problemem jest tzw. odchylenie platformiane.

W powyższych wypowiedziach można wyłapać wiele prawd, ale i półprawd oraz manipulacji. Analiza argumentów Kowalskiego ma znaczenie, ponieważ będzie często pojawiającą się narracją w debacie publicznej, na której zostanie budowane środowisko ziobrystów.

Teza 1: Rząd Zjednoczonej Prawicy prowadzi politykę wbrew programowi PiS-u

Odpowiedź nie jest jednoznaczna, bo i program wyborczy z 2019 r. w tym aspekcie nie wskazuje oczywistego kierunku. Z jednej strony politycy ZP obiecywali wsparcie dla górnictwa, a w rozdziale temu poświęconym nie ma mowy o zamykaniu kopalń czy elektrowni węglowych. Dokument odsyła do Programu dla polskiego górnictwa, przyjętego w 2019 r., gdzie sygnalizuje się zmniejszenie wykorzystania węgla w energetyce, ale faktycznie w tempie bardzo umiarkowanym.

Z drugiej strony w rozdziale Środowisko jasno stwierdzono, że „rządy Prawa i Sprawiedliwości to zielone światło dla »zielonej gospodarki« i »zielonej energetyki«, które wspomagają rozwój gospodarczy, i podnoszenie poziomu oraz jakości życia Polek i Polaków”. Program PiS-u chwali się również Katowickim Pakietem Klimatycznym, który jest mapą drogową realizacji Porozumienia Paryskiego. Samo słowo „klimat” pojawia się w dokumencie prawie 30 razy. Jest on więc czarno-zielony i w oczywisty sposób stara się zadowolić zarówno modernizatorów, jak i hamulcowych transformacji energetycznej.

Zaplecze Morawieckiego z pewnością dąży do bardziej dynamicznej transformacji energetycznej niż Solidarna Polska czy nawet spora część działaczy PiS-u, ale działania premiera nie są sprzeczne z programem wyżej wspomnianej partii.

Nie działa on również samodzielnie. W ostatnich latach zarówno część elektoratu PiS-u, jak i działaczy partyjnych zdała sobie sprawę, że odejście od węgla w rozsądnej perspektywie czasowej jest koniecznością. Do grupy modernizatorów z pewnością należy zaliczyć ministra klimatu, Michała Kurtykę, a także Jadwigę Emilewicz i Jarosława Gowina.

Teza 2: Za transformację energetyczną co roku będziemy płacić 70 miliardów

Trudno podać wiarygodną kwotę, ile będzie nas kosztować transformacja energetyczna, bo przecież mówimy o procesie bardzo złożonym i o wielu niewiadomych. Z całą pewnością wyliczenia Kowalskiego mają zrobić wrażenie na czytelniku. Szkoda, że minister nie dodaje, że nawet jeśli całkowity jej koszt wyniesie 2 bln zł, to duża część inwestycji zostanie poniesiona przez firmy energetyczne, a nie bezpośrednio przez obywateli. Oczywiście część kosztów będą musieli ponieść także i ci ostatni, ale główny wysiłek finansowy będzie po stronie firm.

Warto też dodać, że przedsiębiorstwa energetyczne będą inwestować w nowe źródła energii czy sieci przesyłowe z założeniem zysku, a nie straty. Nie należy więc tych 2 bln zł traktować jako dodatkowego podatku, ale jako inwestycję, którą i tak regularnie trzeba dokonywać, aby zastąpić zużyte źródła energii.

Oczywiście nie można bagatelizować kosztów, jakimi transformacja energetyczna obciąży obywateli. Rację ma Kowalski prognozujący wzrost cen energii w najbliższych latach ze względu na politykę klimatyczną UE, która spowodowała radykalny wzrost cen pozwoleń na emisję CO2, a przez to obniżyła konkurencyjność energetyki węglowej. Ale właśnie to powoduje, że trzymanie się dotychczasowego kursu na węgiel będzie sprawiało, że koszt dla budżetu i obywateli będzie dużo wyższy niż przyspieszona dekarbonizacja.

Już teraz wiele kopalń i elektrowni jest nierentownych. Funkcjonują po to, aby utrzymać zatrudnienie w górnictwie, na co zrzucają się wszyscy Polacy. Trzymanie się obecnej struktury miksu energetycznego spowoduje, że niedługo kwoty te będą jeszcze większe. Kowalski słusznie podkreśla koszty wynikające z polityki klimatycznej UE, ale nie wyciąga z nich oczywistych wniosków. Realny scenariusz, przed jakim stoimy, to wybór między podwyżką cen spowodowaną kosztami transformacji energetycznej a drastyczną podwyżką lub obciążeniem budżetu państwa wynikającym z jej zaniechania czy realizacji w ślimaczym tempie.

Teza 3: Rząd Morawieckiego odpowiada za podwyżkę cen

Rząd Morawieckiego przyłożył rękę do podwyżek, gdy zgodził się m.in. na zaostrzenie redukcji emisji CO2 w grudniu 2020 r. i nie osiągnął niczego konkretnego w zamian. Niemniej należy podkreślić, że kurs na neutralność klimatyczną jest obecnie w UE absolutnym priorytetem, więc oczekiwanie zatrzymania tego pociągu jest po prostu nierealne i Kowalski doskonale o tym wie.

Polska ma pecha, ponieważ jest jedynym państwem w UE o tak dużym znaczeniu węgla, co stanowi efekt historycznych i geologicznych uwarunkowań. Z tego powodu trudno nam znaleźć sojuszników do hamowania coraz bardziej restrykcyjnych celów, co jest okolicznością łagodzącą, ale nie w pełni usprawiedliwiającą skromny dorobek grudniowych negocjacji.

Należy dodać, że poza negocjacjami dotyczącymi celu redukcyjnego do 2030 r. Morawiecki musiał jednocześnie negocjować kształt rozporządzenia warunkującego wypłatę środków UE od stanu praworządności, co jest przecież w istotnym stopniu konsekwencją polityki ministra Ziobry. SP nie ułatwiła więc premierowi walki o jak najlepsze regulacje energetyczne dla Polski.

Przedstawiona przez Kowalskiego reforma unijnego systemu handlu emisjami EU ETS to propozycja wyjścia z systemu o charakterze unijnym i stworzenia tego polskiego, który oparłby się spekulacjom. Taka propozycja nie ma absolutnie szans powodzenia w Brukseli, co Kowalski musi wiedzieć. Tak samo nierealna jest propozycja zlikwidowania unijnego systemu handlu, do czego nawoływał polityk na Twitterze.

To wykorzystanie pandemii do manifestacji prowęglowego stanowiska, a nie realna propozycja, którą można przedstawić innym państwom i Komisji Europejskiej. Nie sposób ocenić tego inaczej. Bardziej realistyczną reformę, a nie likwidację ETS, sygnalizował unijnym instytucjom minister Michał Kurtyka, który podkreślał, że w 2021 r. jest na to dobry moment, ponieważ w UE będzie dokonana rewizja dyrektywy unijnej i rząd będzie zabiegał o zmianę, aby ograniczyć koszty po stronie Polski. Piłka jest więc w grze.

Krytyka, nawet słuszna, działań UE to jedno, a konieczność dostosowania się do nich to drugie. Kowalski udaje, że nie wie, że nawet bez decyzji z grudnia 2020 r. ceny energii by rosły, a Polska ma na nie minimalny wpływ. Owszem, rząd teoretycznie mógł wynegocjować w energetyce więcej w grudniu 2020 r., ale cele, które postuluje Kowalski, nie są realne.

Teza 4: Wzrost cen energii doprowadzi do ubóstwa energetycznego

Z pewnością każdy Polak odczuje w najbliższych latach koszt zmian. Zagrożenie ubóstwem energetycznym spowodowanym wzrostem cen energii jest realnym ryzykiem, z którego wszyscy interesujący się energetyką i polityką klimatyczną zdają sobie sprawę. Właśnie z tego powodu rząd przygotowuje pakiet wsparcia dla najuboższych zagrożonych ubóstwem energetycznym. Kowalski te plany pomija i sugeruje, że rząd zostawi ludzi na lodzie.

Ma rację, gdy mówi, że możliwy jest wzrost o kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt procent. Wynika to z coraz wyższych cen pozwoleń na emisje, ale i sporych kosztów wydobycia węgla w Polsce, dlatego priorytetem rządu powinno być zabieganie o jak największe wsparcie finansowe z UE, a także przychylne regulacje, w tym również reformę systemu handlu emisjami, która dawałaby Polsce część darmowych pozwoleń na emisję od państw, które startują z zupełnie innej pozycji.

Zarzut, jaki można postawić szefowi rządu, to brak wystarczającej skuteczności, a nie niewłaściwe stanowisko. Hamowanie restrykcyjnych celów energetyczno-klimatycznych wyróżniało kolejne polskie rządy w UE niezależnie od barw partyjnych. Warto pamiętać, że wzrost cen za energię jest wynikiem urealnienia kosztów środowiskowych, których wcześniej Polacy nie płacili, „jeżdżąc na gapę”.

Teza 5: Zielona gospodarka to ideologia

Według polityka Solidarnej Polski unijne cele klimatyczne to ideologia forsowana przez lewicę. Przyznaje on, co prawda, że zmiany klimatyczne zachodzą, ale podkreśla też, że trwają dyskusje nad rolą człowieka w tym procesie. Kowalski zasłania się tezą, że nie jest specjalistą w tym zakresie i chodzi mu jedynie o zdrowy rozsądek i koszty.

Można mieć wątpliwości co do zasadności zbyt restrykcyjnych regulacji na poziomie UE (co może grozić transferem emisji poza UE zamiast ich ograniczenia), a przede wszystkim rozkładu kosztów zmian między poszczególne państwa UE (neutralność klimatyczna dla Polski to inny koszt niż np. dla Szwecji przy braku adekwatnego wsparcia finansowego i poziomu innowacyjności firm zarabiających na zielonych technologiach). Należy jednak stwierdzić, że Kowalski poszedł ze swoją narracją o krok za daleko.

Wpływ człowieka na klimat jest udowodniony, więc rozmywanie tej kwestii należy traktować jak puszczenie oka do tych, którzy mają wiele zastrzeżeń do polityki klimatycznej UE, ale też do tzw. denialistów klimatycznych. Politycznie może być to oczywiście opłacalne, ponieważ mamy do czynienia sporym elektoratem. Sklejenie polityki klimatycznej z ideologicznym podejściem lewicy pozwala na bardzo klarowny podział lewica-prawica.

Kowalski osadza własny polityczny obóz w roli prawicy prawdziwej, odważnej i ideowo pryncypialnej, a zaplecze Morawieckiego traktuje jak prawicę miękką, niezdolną do potrzebnej konfrontacji ze współczesnymi zielonymi szaleńcami, a nawet jak prawicę przyjmującą ich postulaty.

Najważniejsze jednak jest to, czego Kowalski nie powiedział. Kurs na zieloną gospodarkę to dziś trend światowy, w który angażują się państwa i instytucje niemające nic wspólnego z lewicowością. Wynika to z faktu, że zazielenianie gospodarki z różnych powodów zaczyna się opłacać. Istotne są także spadające ceny zielonych technologii, w tym przede wszystkim energetyki wiatrowej i słonecznej. To powoduje, że w wielu obszarach nie ma potrzeby dotowania zielonych rozwiązań, ponieważ są one rentowne. Oczekiwanie, że popyt na nie będzie rósł, powoduje z kolei wyścig technologiczny państw i firm, a to z kolei tym bardziej obniża koszty zielonych innowacji.

Wniosek jest oczywisty. Transformacja energetyczna, nawet jeśli w wielu miejscach faktycznie podszyta jest ideologią ekologizmu, staje się rzeczywistością, do której trzeba się odnieść. Realny wybór polega na tym, czy Polska włączy się w proces zmiany systemu energetycznego, czy będzie tylko się przyglądać i ponosić najróżniejsze konsekwencje. Analiza korzyści i strat wskazuje, że bardziej racjonalne jest to pierwsze rozwiązanie, choć z zastrzeżeniem walki o jak najlepsze warunki przeprowadzenia transformacji. Dekarbonizacja energetyki naprawdę nie musi iść w parze z hasłami ograniczenia urodzeń i rezygnacji z rodzicielstwa, aby obniżyć emisyjność planety.

***

Solidarna Polska ma do wyborów parlamentarnych czas na to, żeby zbudować wśród prawicowych wyborców poczucie odrębności tożsamościowej od PiS-u. Tylko wtedy będzie w stanie wejść do parlamentu z własnych list i stworzyć koalicję na podmiotowych zasadach, a to jest jej strategicznym celem. Stosunek do transformacji energetycznej jawi się jako atrakcyjny obszar, gdzie SP może pokazać różnicę między własną partią a PiS-em. Ugrupowanie Ziobry chce się pozycjonować jako formacja obrońców polskiego węgla. Wybór tej pozycji wynika ze słusznego zidentyfikowania dużej grupy prawicowego elektoratu, która jest krytyczna wobec proklimatycznych narracji i przywiązana do węgla jako narodowego dobra gwarantującego suwerenność energetyczną. Dodatkowym wsparciem będzie duża grupa, którą ta zmiana bezpośrednio dotyka. To górnicy i ich związki zawodowe.

Dla ziobrystów ta sytuacja jest pierwszą szansą na to, aby poparła ich duża grupa zawodowa. Jednocześnie mogliby zdystansować się od PiS-u, co byłoby istotnym politycznym sukcesem. O ile politycznie SP dokonuje zrozumiałego wyboru, o tyle jej zarzuty wobec polityki Zjednoczonej Prawicy są często przesadzone, a oczekiwania nierealne. Niestety bazują one również na wielu niedopowiedzeniach, które zakłócają obraz sytuacji i wyzwań energetycznych, przed jakimi stoi Polska.

Nie znaczy to, że argumenty Kowalskiego można zbagatelizować. Jeżeli Morawiecki chce przekonać do siebie wyborców (centro)prawicowych, musi dysponować własną opowieścią o transformacji energetycznej, która z jednej strony różniłaby się od progresywnego ekologizmu, a z drugiej od prawicy zielonosceptycznej, którą reprezentuje Kowalski, a także Konfederacja.

Podstawą narracji zielonego konserwatyzmu musi być pokazanie, że proces transformacji respektuje możliwości Polski i sprawiedliwie rozkłada obciążenia zarówno na arenie międzynarodowej, jak i na naszym podwórku. Nie może to oznaczać kwestionowania naukowo udowodnionych zmian i musi kłaść duży nacisk na ekonomiczno-technologiczne trendy, które czynią proekologiczną zmianę mniej utopijną. Wreszcie, zielony konserwatyzm musi stać się zakorzenioną lokalnie ideą bazująca na chrześcijańskiej i patriotycznej trosce o nasze otoczenie i przyszłe pokolenia, a nie importowaną z zewnątrz ideologią odbierającą nam kolejne warstwy suwerenności. To kluczowe, jeżeli troska o środowisko ma być społecznie zakorzeniona również na prawicy, a nie tylko pozostać elitarną ideą bez politycznych konsekwencji lub kolejnym frontem plemiennych podziałów.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.