Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Mateusz Perowicz  4 lutego 2021

Dlaczego Polacy zrobili Hollywood w USA, a nie w Polsce?

Mateusz Perowicz  4 lutego 2021
przeczytanie zajmie 8 min
Dlaczego Polacy zrobili Hollywood w USA, a nie w Polsce? Michèle Eckert/unsplash,com

Dziś jest synonimem sukcesu, sławy i bogactwa, ale nie zawsze tak było. Gdy w XX wieku emigranci z terenów I Rzeczypospolitej przybywali do Ameryki Północnej, Hollywood było zwykłą, niewielką osadą i nic wówczas nie wskazywało na to, że stanie się rozpoznawalne na całym świecie.

Wynalazcy, pionierzy kina i teatru, założyciele legendarnych studiów filmowych, które dziś dostarczają rozrywki na całym świecie. Tak opisywani są Siegmund Lubin, Samuel Goldwyn, Louis Burt Mayer, bracia Shubertowie i rodzeństwo Warrenów. Wszyscy przeszli do historii jako założyciele amerykańskiej potęgi filmowej. Oprócz pasji i wkładu w rozwój amerykańskiej kinematografii łączyło ich coś jeszcze. Wszyscy pochodzili z polskich ziem znajdujących się wówczas pod zaborami. Zaczynali od zera jako pucybuci, handlarze lub asystenci poskramiaczy węży. Jednak dzięki determinacji i uporowi dotarli na sam szczyt. Między innymi dlatego ich historie stały się inspiracją książki Pollywood Andrzeja Krakowskiego oraz filmu o tym samym tytule Pawła Ferdka. Skoro znaczna część twórców amerykańskiej kinematografii miała polskie pochodzenie, to pojawia się pytanie, czy Hollywood mogło powstać nad Wisłą.

Dlaczego akurat Polacy?

Wśród ludzi napływających do USA znaleźli się przedstawiciele wielu różnych narodów. O sukcesie przybyszów z ziem polskich decydowały determinacja, intuicja, często zwykłe szczęście, a niekiedy bolesne życiowe doświadczenia, które pomagały tworzyć autentyczne i emocjonalne historie, które zmniejszały dystans między publicznością przeżywającą zwykle podobny los.

„To prawda, co mówią: wszyscy hollywoodzcy potentaci pochodzą z obszaru w promieniu 500 kilometrów wokół Warszawy. Czemu? Oto jest pytanie!” – to zdanie wypowiedział w filmie Pollywood Gregory Orr. Jego pradziadek, Benjamin Wrona, w 1886 r. wyemigrował wraz z rodziną z Krasnosielca, a po przebyciu oceanu zmienił nazwisko na Warner. Jego synowie – Harry, Sam, Albert i urodzony już w Kanadzie Jack – założyli Warner Bros, jedną z największych wytwórni filmowych na świecie. Początkowo podejmowali się różnych prac, żeby zapewnić rodzinie byt materialny. Próbowali wyścigów rowerowych, zakładania sklepów i występów cyrkowych. Ich życie odmieniło się diametralnie, gdy skorzystali z szansy i odkupili projektor filmowy będący wówczas urządzeniem rewolucyjnym. Jednak nie wszyscy doceniali jego potencjał. Cena była niebotyczna – 1000 USD.

Oszczędności całej rodziny nie wystarczyły. Trzeba było poświęcić złoty zegarek ojca i, co gorsza, konia, który trafił pod zastaw. Można go było niedługo wykupić, bo wiele osób chciało zapoznać się z nową rozrywką i projektor szybko się zwrócił. Na złomowisku udało się zebrać materiały, z których bracia stworzyli salę kinową. Stary wagon nadawał się do tego idealnie. Potem poszło gładko. Dystrybucja filmów, z czasem własna produkcja, pierwszy w historii film z dźwiękiem, który zapoczątkował rewolucję, później pierwszy film w kolorze i w końcu przejęcie New Line Cinema. Transakcja wywołała prawdziwą sensację, pierwszy raz mniejsze studio przejęło gracza znacznie większego od siebie. Oczywiście w międzyczasie bracia Warnerowie musieli sobie radzić z licznymi problemami, stawali na skraju bankructwa i szli na niewygodne ustępstwa. Jednak udało im się stworzyć prawdziwe imperium. Podobnej sztuki dokonali inni bracia – Shubertowie – lecz oni upodobali sobie teatr.

Broadway nie byłby taki sam bez migrantów z ziem polskich. Lee, Jacob i Sam Shubertowie zaczynali od najprostszych prac, takich jak roznoszenie gazet i obsługa kasy biletowej. Z czasem było ich stać na własne przedsięwzięcie. Stali się właścicielami kilku kin i sukcesywnie poszerzali swoją działalność, nabywając lub dzierżawiąc kolejne obiekty.

Ważnym etapem było wejście do Nowego Jorku, gdzie wydzierżawili Herald Square Theatre na rogu Broadwayu i 35th Street na Manhattanie. Przyszło im się mierzyć z Theatrical Syndicate, organizacją dążącą do monopolizacji rynku teatralnego, która stosowała nieuczciwą konkurencję. Jej włodarze dzięki swojej pozycji szantażowali wszystkich, którzy chcieli współpracować z ich konkurencją. Grozili zerwaniem kontaktów z aktorami, a właścicieli teatrów chcieli pozbawić repertuaru. Takie praktyki wielokrotnie stawiały braci w trudnej sytuacji, jednak dzięki determinacji i cierpliwości udawało im się wychodzić cało z opresji. Ich nowatorskie metody zarządzania, polegające m.in. na dopuszczeniu drobnego kapitału spoza wielkich miast, doprowadziły do stworzenia podmiotu zdolnego do konkurowania z Theatrical Syndicate i przełamania ich dominującej pozycji. Podobne problemy napotykali inni migranci z polskich ziem.

Hollywood, czyli obłuda

Podobno większość drogi przebył pieszo, bo nie było go stać na pociąg. Z Hamburga udał się do Birmingham, a bilet zasponsorował mu gospodarz, u którego mieszkał. Stamtąd Sam Goldwyn (wówczas Szmul Gelbfisz) zamierzał przedostać się do USA. Podobno łzy zalewały mu oczy, gdy mijał Statuę Wolności, wpływając do Nowego Jorku. Biografowie nie potwierdzają tej wersji. Najprawdopodobniej dotarł na początku do Kanady, a stamtąd przedostał się do Gloversville w USA już jako Samuel Goldfish. Łatwo znalazł pracę, bo miasto słynęło z produkcji rękawiczek, a Sam miał w tym doświadczenie.

Następnie Goldfish przeniósł się do Nowego Jorku i podjął pracę w Elite Glove Company. W 1913 roku wydarzyła się jedna z najbardziej barwnych historii z jego udziałem. Chcąc ominąć wysokie cła na rękawiczki, Sam zamówił duże ilości towaru we Francji. Następnie kazał podzielić zamówienie na prawe i lewe rękawiczki, a później wysyłał je partiami do różnych portów w USA. Nie odbierał towaru i czekał, aż zostanie on wystawiony na aukcji. Następnie odkupywał produkty za grosze. W rzeczywistości, w której dorastał, takie kombinowanie było nieuniknione. Szybko zyskał przewagę nad konkurencją i mógł lokować kapitał w nowe przedsięwzięcia. Postawił na film.

Szło mu całkiem nieźle, dopóki nie zaczęła interesować się nim Motion Picture Patents Company Thomasa Edisona. Firma znana była potocznie pod nazwą Edison Trust. Organizacja dążyła do monopolizacji rynku. Edison żądał haraczu za rzekome wykorzystywanie jego patentów. Na tych, którzy nie chcieli płacić, nasyłał bandytów, którzy niszczyli dorobek niesfornych przedsiębiorców. Gdy Goldwyn dowiedział się, że odwiedzą go wysłannicy Edisona, podjął decyzję o przeniesieniu produkcji do Arizony. W dużym pośpiechu załadował się na pociąg do Flagstaff. Jednak Arizona była zupełnym pustkowiem. Pracownicy nawet nie wypakowywali się z pociągu. Zostali w nim do końcowej stacji, jaką było Los Angeles. Tam Goldwyn wynajął szopę w dzielnicy zwanej Hollywood i rozpoczął produkcję filmu The Squaw Man, który okazał się hitem.

Hollywod okazało się obłudne już od same początku. Powstało przypadkiem, z powodu mafijnych porachunków i wcale nie było synonimem sukcesu. Prawdziwe kariery robiło zaledwie 3% osób próbujących swoich sił w branży. Samobójstwa zdarzały się bardzo często. Gdy na wzgórzach stanął znany dziś na całym świecie napis, wiele osób, którym nie powiodło się w filmie, rzucało się z niego, odbierając sobie życie. Z czasem napis został odgrodzony.

Goldwyn nie zdawał sobie sprawy, co zapoczątkował. Założył kilka studiów filmowych, lecz został z nich usunięty przez nieprzychylnych wspólników. Marzył o własnym nazwisku na szyldzie i w końcu dopiął swego. Złośliwi twierdzili, że miejsce takich złotych rybek (Gold-Fish) jest w akwarium, bo nie mają nic do powiedzenia. Jego kolejna firma, założona wspólnie z Selwynem, nosiła nazwę Goldwyn Pictures Production. Słowo „Goldwyn” łączyło w sobie nazwiska obu założycieli. Sam postanowił zmienić nazwisko na Goldwyn, przypisał sobie tym samym całe studio. Jednak nie zabawił w nim długo. Firma notowała słabe wyniki finansowe. Wykupił je Marrcus Loew i połączył z innym należącym do niego studiem – Metro Pictures. Tak powstało legendarne Metro-Goldwyn-Meyer. Trzeci człon nazwy to nazwisko kolejnego emigranta z polskich ziem.

Nie wiadomo, gdzie urodził się Louis B. Mayer. Pytany o kraj pochodzenia zawsze odpowiadał: „Rosja-Polska”. Po przybyciu do USA chwytał się różnych zajęć. Gdy zapoznał się z kinetoskopem, całkowicie się nim zachwycił. Urządzenie było dla niego symbolem tolerancji, ponieważ absolutnie każdy za tę samą kwotę otrzymywał dostęp do tych samych, krótkich obrazów. Popularne kinetoskopy szybko się psuły, a Mayer zaczął specjalizować się w ich naprawie. To mu nie wystarczało. Gdy pojawiła się okazja do zakupienia teatru burleski w Haverhill, nie zastanawiał się długo. Udało się zebrać niezbędną kwotę. Wyremontował obiekt, otworzył kino i zaczął zarabiać. Niebawem nabył kolejny budynek, a wkrótce miał ich sześć.

Dbał o to, by repertuar w położonych blisko siebie kinach był odmienny. Zainwestował też w hotel i biuro podróży. Dywersyfikował źródła dochodu, co nie było wówczas popularne. Następnie zajął się dystrybucją filmów, a później zaczął je produkować. Przełomem okazał się film The Birth of Nation, który Mayerowi udało się nabyć. Produkcja była uznawana za arcydzieło i okazała się absolutnym hitem, a tym samym zapewniła studiu dobrą kondycję finansową. Mayer zakładał kolejne firmy, wchodził w spółki z różnymi osobami. Ostatecznie stanął na czele wspomnianego już MGM, które bardzo dobrze prosperowało. Mayer stał się podobno najlepiej zarabiającą osobą w całych Stanach. Dlaczego tak mało wiemy o nim i innych legendach amerykańskiego przemysłu filmowego, którzy pochodzili z polskich ziem?

Żydzi inspirują?

„Zastanawiam się, na ile to kwestia żydowskiego pochodzenia przeszkadza w uznaniu Goldwyna, Louisa B. Mayera i braci Warner za naszych rodaków, którym powiodło się za oceanem” – taka wątpliwość pojawiła się w wywiadzie, którego udzielił Paweł Ferdek, twórca filmu Pollywood. Czy żydowskie pochodzenie faktycznie stoi na przeszkodzie, by zaakceptować te osoby jako część naszej wspólnoty? Ile Nagród Nobla zdobyli Polacy?

Oprócz ośmiu znanych nam osób wymienia się kolejnych dziesięciu noblistów, którzy mieli silny związek z Polską. Wśród nich jest biochemik, który otrzymał imię na cześć Kościuszki, fizyk, który nieustannie podawał Polskę jako miejsce urodzenia, inny fizyk, którego ojciec był generałem Wojska Polskiego, lub człowiek będący w jednej osobie zarazem politykiem, jak i kapralem podchorążym Armii Polskiej na Wschodzie.

Kluczowe jest to, jak postrzegali siebie sami zainteresowani. Emigrujący z ziem polskich twórcy Hollywood podkreślali swoje pochodzenie i nie zapominali o Krasnosielcu lub Suchej Beskidzkiej. W historii Hollywood pojawia się znacznie więcej osób, których korzenie sięgają naszego regionu i ziem I RP. Zarówno książka, jak i film przedstawiają znacznie więcej nazwisk. Chociażby Siegmund Lubin, twórca pierwszego przenośnego projektora filmowego, Max Fleischer, pionier animacji, czy wybitny producent Sam Spiegel, który w 1918 roku, mając wybór między polski a austriackim paszportem, zdecydował się na biało-czerwone dokumenty. Podobno nawet Oscary to polski wymysł. Z całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej do USA przybywali ludzie, którzy tworzyli najlepszy amerykański hit eksportowy – film.

Za twórcę Amerykańskiego Instytutu Filmowego uchodzi Czech, Frank Daniel. Założyciel studia Paramount, Adolph Zukor, pochodził z Węgier, podobnie jak William Fox, który stworzył kolejne wielkie studio. Można spotkać się z opinią, że wśród założycieli Hollywood jedynie Walt Disney nie był emigrantem lub potomkiem emigrantów. Należy jednak uważać na tak śmiałe tezy. O ile The Walt Disney Company może nie posiadać emigranckiej przeszłości, to już ta należąca do studia najbardziej dochodowa franczyza na świecie, Marvel Cienmatic Universe, była tworzona m.in. przez Stana Lee i Jacka Kirby’ego. Rodzice twórców najbardziej popularnych postaci komiksowych na świecie wyemigrowali z Rumunii i Austrii. Czy Iron Man, Hulk i Kapitan Ameryka mogliby powstać gdzie indziej? Czy bracia Warner wypuściłby pierwszy w historii film z dźwiękiem, gdyby pozostali w Krasnosielcu? Jak rozwinęłaby się zaradność i pomysłowość tych osób, gdyby nie zdecydowały się na emigrację?

Czy sława możliwa była tylko i wyłącznie w USA, ponieważ tam znajdował się kapitał i innowacje? Może jest dokładnie odwrotnie, a kluczem do sukcesu są kreatywne, zdeterminowane i obdarzone intuicją postacie, które masowo przemierzały ocean, by zaoferować swoje umiejętności Stanom Zjednoczonym? Ameryka miała i nadal ma znaczącą przewagę. Posiada też znaczne większe grono potencjalnych klientów. Rozszerzenie działalności na całe Stany Zjednoczone oznacza stworzenie olbrzymiej firmy. Aby osiągnąć podobną skalę w naszym regionie, należy podbić rynki innych krajów, gdzie panuje inny język i inne otoczenie prawne. Jest to droższe i bardziej czasochłonne niż ekspansja wewnątrz bardziej spójnych Stanów, dlatego powinno nam zależeć na rozwoju całego naszego regionu, bo tylko w ten sposób zatrzymamy kolejnych Goldwynów, Meyerów i Zukorów.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.