Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Nie potrzebujemy większego recyklingu, tylko mniej odpadów

Nie potrzebujemy większego recyklingu, tylko mniej odpadów Hermes Rivera/unsplash.com

Dopiero teraz ponosimy realne koszty za legalne gospodarowanie odpadami. To, że było to tanie 10 lat temu, oznacza tylko tyle, że śmieci trafiały do miejsc, w których nigdy nie powinny się znaleźć. Niestety, polityki projektowane przez UE sprzedają nam fałszywe poczucie satysfakcji i postawy proekologicznej, gdy tylko odpowiednio posegregujemy śmieci. Jednak największą barierą blokującą zmiany są ludzie. Szwedzi i Niemcy wykazują dużo wyższe poziomy recyklingu, bo konsumują więcej niż my. W Polsce podobna jak w tych państwach ilość odpadów jest bezpowrotnie tracona i niszczona. Świadoma konsumpcja to najlepszy lek na nasze środowiskowe problemy. Z autorem bloga Sortownia Opinii i fundatorem Fundacji Las Na Zawsze, Michałem Pacą, o problemach gospodarki odpadami w Polsce, Europie i na świecie rozmawia Maria Sobuniewska.

Przez ostatnie 8 lat udawało nam się wygasić zjawisko dzikich wysypisk. Aż do ubiegłego roku. Ich obszar nagle urósł, co jest szczególnie zauważalne w województwie śląskim. Czy można wiązać to z podwyżkami cen za wywóz śmieci? Wiele miast wprowadziło często niemałe opłaty.

Niekoniecznie. Dzisiaj, mówiąc o dzikich wysypiskach, należy pamiętać, że jest to nieporównywalnie mniejsza skala niż dekadę temu. Jeszcze 10 lat temu połowa polskich odpadów jeździła na wyrobiska i była zagospodarowywana nielegalnie. Ten proceder zdecydowanie się zmniejszył w momencie, gdy gminy zaczęły odpowiadać za wywóz odpadów. To one obecnie mają obowiązek zorganizowania odbioru wszystkich naszych odpadów, nawet tych niebezpiecznych czy wielkogabarytowych.

Obecnie to zjawisko dotyczy przede wszystkim odpadów budowlanych lub remontowych. Ich źródła należy szukać w firmach, które prowadzą prace remontowe i ulegają pokusie taniego pozbywania się odpadów. Gminy nie muszą obejmować wszystkich tych śmieci gminnym systemem i, chcąc obniżać stawki opłat dla mieszkańców, najchętniej umożliwiają jedynie dostarczanie ograniczonych ilości do PSZOK-ów (Punktów Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych).

Dlaczego gospodarka odpadowa jest taka droga?

Odpowiedź jest prosta: wytwarzamy bardzo dużo śmieci. Dopiero teraz ponosimy realne koszty za legalne gospodarowanie odpadami. To, że to było tanie 10 lat temu, oznacza tylko tyle, że śmieci trafiały do miejsc, w których nigdy nie powinny się znaleźć. Kiedy porównujemy opłaty w Polsce z innymi krajami, np. na Zachodzie, odnosimy wrażenie, że u nas jest drogo. Różne lobby próbują pokazać, że gdzieś jest taniej, bo na przykład dane terytorium posiada więcej spalarni. To nieprawda. Niższe koszty za takie usługi dla mieszkańców wynikają z tego, że płacą oni część ceny za wywóz już w sklepach, w których kupują produkty. Wówczas nie płaci producent. On jedynie bierze pieniądze od nas i pokrywa koszty gospodarowania odpadami.

Ile jesteśmy w stanie recyklingować i jak wypadamy na tym polu w zestawieniu z innymi krajami Unii Europejskiej?

Upraszczając, ze wszystkich naszych odpadów około 30% to resztki jedzenia (odpady biodegradowalne), które w całości możemy poddać recyklingowi. Kolejne 30% to surowce, które jesteśmy w stanie odzyskać i również przetworzyć (metal, szkło, papier i plastik). Pozostałe 40% obejmują odpady, które są bardzo drobne, to także śmieci higieniczne, bardzo zmieszane lub zanieczyszczone i w efekcie nienadające się do recyklingu. Z perspektywy technicznej jesteśmy w stanie odzyskać nawet 60% wszystkich wygenerowanych przez nas śmieci. Problem leży zatem zupełnie gdzie indziej.

Unia Europejska dała „naciągnąć się” lobby producenckiemu. Wszystkie projektowane przez UE strategie gospodarowania odpadami zakładają określone pułapy na recykling, co jest błędem. Priorytetem powinno być zmniejszenie poziomu wytwarzania śmieci. Jeśli cele Unii ujmowane są jedynie procentowo, to nie jesteśmy w motywowani do zmniejszenia ilości produkowanych odpadów. Nie mamy też progów dotyczących redukcji ich ilości. Przykładowo rozsądna polityka odpadowa powinna skupiać się na tym, by w ciągu 10 lat w każdym kraju członkowskim zmniejszyć ilość odpadów o 100 kg na mieszkańca.

Polska jest na forum Unii Europejskiej za wiele kwestii potępiana, np. za to, że na Zachodzie tak świetnie działa recykling, a u nas niekoniecznie. Jako liderzy w tym sektorze wymieniani są zwykle Niemcy lub Szwecja. Jednak w Polsce, podobnie jak w tych państwach, ilość odpadów jest bezpowrotnie tracona i niszczona – ok. 200 kg na mieszkańca jest spalanych lub składowanych, czyli poddawanych procesom unieszkodliwiania, które są najmniej pożądane w gospodarowaniu odpadami.

Ponadto Szwedzi i Niemcy śmiecą dużo więcej niż my (310 kg/os.) – ci pierwsi ok. 490 kg/os., a ci drudzy ok. 560 kg/os. – i dlatego mają dużo wyższe poziomy recyklingu definiowane procentowo. Z perspektywy szkodliwości dla planety to oni są dużo bardziej uciążliwi, ponieważ konsumują więcej od nas i zaciągają większy dług ekologiczny. To, że poddajemy recyklingowi mniej i nasz system znajduje się na poziomie 34%, a niemiecki na ok. 68%, jest sprawą drugorzędną.

Nie potrzebujemy większego recyklingu, tylko mniej odpadów. Priorytetem powinno być bardzo szybkie ograniczanie ilości ich wytwarzania. Niestety, polityki projektowane przez UE są skoncentrowane na tym, żebyśmy wiedzieli, co włożyć do którego pojemnika podczas segregacji. Sprzedaje się nam fałszywe poczucie satysfakcji i postawy proekologicznej, gdy tylko odpowiednio posegregujemy śmieci.

Mam wrażenie, że świadomość odpadowa przeciętnego Polaka kończy się w chwili, gdy po śmieci przyjeżdża transport. Koncentrujemy się przede wszystkim na segregacji, dziesiątkach regulacji, które są trudne do wprowadzenia w praktyce, i nie zastanawiamy się, co się dzieje dalej.

Co więcej, nie powinniśmy tego robić. Bardziej zasadne byłoby raczej skupienie się na tym, żeby nie tworzyć nowych odpadów. Unia Europejska nie zdała egzaminu, bo nie posiada systemu, który realnie motywowałby mieszkańców i gminy do tworzenia rozwiązań sprzyjających redukcji ilości śmieci.

Jak najszybciej system powinien być przeprojektowany. Comiesięczne opłaty do gmin powinny zostać zastąpione akcyzą śmieciową, z której finansowany byłby system gospodarki odpadami. W momencie, kiedy wchodzimy do sklepu bez własnego opakowania, bez własnej siatki i wybieramy produkty, które są zapakowane w opakowania jednorazowe i bezzwrotne, powinniśmy płacić akcyzę śmieciową. Wtedy osoby, które są gotowe włożyć wysiłek w to, aby wytworzyć jak najmniej odpadów, będą premiowane finansowo.

Odpowiedzialność za śmieci jest przerzucana bezpośrednio na nas, konsumentów. To nie zawsze jednoznacznie złe, bo w końcu jesteśmy jednym z podmiotów, który stannowi częścią tego systemu, ale właśnie – tylko jednym z wielu. Co z producentami?

Producenci, szczególnie ci odpowiedzialni za pakowanie produktów w plastik, przez 12 lat skutecznie mydlili oczy Ministerstwu Środowiska w taki sposób, żeby przypadkiem nie zaczęli dokładać się do systemu. Mówię tutaj przede wszystkim o korporacjach międzynarodowych, ale też o polskich producentach. W ich interesie jest jak największy zarobek, a zatem maksymalne opóźnianie jakichkolwiek zmian. Korporacje międzynarodowe i polskie opóźniały zmiany, które miały sprawić, że poniosą odpowiedzialność za odpady, albo zachęcałyby je do tworzenia rozwiązań przyjaznych dla gospodarek o obiegu zamkniętym.

To niewykorzystana szansa dla Polski, żeby wyprzedzić Unię Europejską choć w jednym obszarze. Szansa, by stać się inspiracją dla Europy, a nie pariasem technologicznym, który czeka na rozwiązania wymyślone za granicą. W Polsce niestety nie ma uwarunkowań, które motywowałyby do szukania innowacji w zakresie gospodarki o obiegu zamkniętym. W konsekwencji za 10 lat będziemy kupowali te rozwiązania od zagranicznych firm, a nie sami sprzedawali je reszcie świata.

Myślę, że zmiana na polskim podwórku to bardzo mało realny scenariusz. On się najpierw wydarzy za granicą. Tak jak teraz ostatni odchodzimy w Europie od węgla, tak za kilka lat ostatni będziemy odchodzili od plastiku. W Polsce nie ma gotowości na nowatorstwo, boimy się zrobienia czegoś inaczej, na nowo, jakbyśmy chcieli za każdym razem podpierać się tym, że jakieś rozwiązanie już gdzieś wprowadzono. Jeśli chcemy być inspiracją dla świata, musimy znaleźć w sobie odwagę do innowacyjnych rozwiązań.

Żebyśmy obracali opakowaniami w obiegu zamkniętym, musi się wydarzyć jedno z poniższych. Potrzebujemy albo wysokiej świadomości społecznej (i wtedy ludzie będę wybierać produkty w opakowaniach wielokrotnego użytku), albo musi powstać system, w którym opakowania jednorazowe będą po prostu droższe. Ten drugi scenariusz jest bardziej realny i może się wydarzyć, jeśli uda nam się wprowadzić akcyzę śmieciową.

Potrzebna jest reakcja rządu, bo sytuację można zmienić ustawowo. System, w którym płacilibyśmy za odpady w sklepach (już w cenie produktów), nie jest w żadnej sposób zabroniony przez przepisy unijne.

Co dzieje się z tymi śmieciami, których nie da się zutylizować?

Jeżeli to kraj, który posiada dobrze przygotowany system gospodarki odpadami, to trafiają one do unieszkodliwienia, czyli w praktyce do spalania albo do składowania. Problem polega na tym, że w skali globalnej tych instalacji do gospodarowania odpadami jest stosunkowo niewiele. Tymczasem korporacje zwęszyły świetny interes w tym, że gdy pakują swoje produkty w jednorazowe śmieci, są w stanie je wysyłać bardzo daleko i za stosunkowo niską cenę, często do państw globalnego Południa, czyli tam, gdzie zazwyczaj nie ma systemu gospodarki odpadami.

Efekt jest taki, że globalne 30 milionów ton opakowań plastikowych nam „ginie” – trafia do środowiska, czyli do gleby, wód albo jest w prymitywny sposób palone. Gdybyśmy zrobili z tego plastiku folię, to moglibyśmy pokrywać nią całą powierzchnię Polski, Niemiec i jeszcze część Luksemburga. Co roku!

Jak wygląda biznes transportowy śmieci do państw rozwijających się? Nie istnieją regulacje, które w jakiś sposób hamowałyby ten proceder?

Są, ale tutaj działa zwykły mechanizm presji ekonomicznej. Jeżeli odpady zaczynają być bardzo drogie, to zrodzi się pokusa, żeby obchodzić regulacje. W praktyce oznacza to, że tworzy się firmy, które oficjalnie mają pozwolenia i oficjalnie każdy transport trafia do legalnego zakładu zajmującego się przetwarzaniem. W rzeczywistości jest tak, że śmieci one wysyłane w miejsca zupełnie do tego nieprzygotowane. Niedługo Polska zacznie wysyłać swoje odpady na Ukrainę. To sprawi, że ich cena zacznie spadać u nas, bo będzie się to finansowo opłacało, żeby śmieci zawieźć na legalne ukraińskie wyrobiska, które są dużo tańsze niż w Polsce. W dokumentach będzie się wszystko zgadzało. Wpiszemy, że poddaliśmy odpady recyklingowi, choć w rzeczywistości w najlepszym wypadku zostaną one  spalone w piecach cementowniczych.

Jak to wyglądało dotychczas z „utylizowaniem” zachodnich śmieci? Transportowano je np. do firm w Azji Południowo-Wschodniej, które za każdą tonę dostawały 50 dolarów, nieważne, jak śmieci były unieszkodliwiane. Tak funkcjonuje ten biznes w najbardziej prymitywnej formie. Chińczycy zamknęli swoje granice dla zachodnich śmieci, ponieważ ich środowisko jest potwornie zaśmiecone europejskimi i amerykańskimi odpadami. Kiedy został uniemożliwiony eksport do ChRL, to przewoźnicy momentalnie zaczęli szukać innych kierunków, m.in. w Wietnamie i Indonezji. W branży krąży ponury żart, że Indonezja jest wyjątkowo perspektywiczna, bo ma długą linię brzegową – to wiele miejsc do wyrzucenia śmieci. W tych krajach nie ma odpowiedniej infrastruktury, te państwa nigdy nie radziły sobie z odpadami w proekologiczny sposób, a my zaczęliśmy traktować je jak śmietnik.

Odpad odpadowi nie jest równy, to znaczy mamy wiele rodzajów szkła, papier czy też plastik. Który z tych materiałów jest globalnie największym wyzwaniem?

Zdecydowanie plastik. Z jednej strony przez jego różnorodność, z drugiej strony przez cynizm korporacji, które nieustannie wmawiają nam, jak ważna jest segregacja i recykling. Dla jasności: te korporacje doskonale wiedzą, że na świecie nie istnieje instalacja do recyklingu aż 85% produkowanego plastiku. Nie ma takiej technicznej możliwości. Powinniśmy pilnie dopasować jego produkcję do możliwości recyklingu. Ta odpowiedzialność powinna zostać przerzucona na producentów.

Jednak największą barierą blokującą zmiany są ludzie. Działamy tak, żeby było szybko, wygodnie i przyjemnie. Nie zastanawiamy się nad długoterminowymi skutkami naszych decyzji. Świadoma konsumpcja to najlepszy lek na nasze środowiskowe problemy.

Każdy musi odnaleźć w sobie coś, co sprawi, że będzie chciał działać dla innych i poczuć się częścią społeczności. Moim zdaniem to niezwykle chrześcijańskie podejście, bo oznacza troskę o przyszłe pokolenia, które teraz są pozbawione głosu. Wszystko, czego teraz nie uda nam się zrobić dla środowiska, przerzucamy na nich. Troska o najsłabszych, którzy przyjdą po nas, powinna kierować do postawy, zgodnie z którą konsumujemy tylko tyle, ile potrzebujemy, a później po sobie sprzątamy.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.