Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Samotny niedźwiedź – zraniony, ale nadal groźny. Jakie wyzwania stoją przed rosyjskimi strategami?

przeczytanie zajmie 7 min
Samotny niedźwiedź – zraniony, ale nadal groźny. Jakie wyzwania stoją przed rosyjskimi strategami? Don Fontijn/unsplash.com

Tuż po próbie otrucia Aleksieja Nawalnego prezydent Francji, Emmanuel Macron, podczas swojej wizyty na Litwie (28-30 września) powrócił do koncepcji zerwania z izolowaniem Rosji na arenie międzynarodowej. Spotkało się to z natychmiastową krytyką litewskiego prezydenta, Gitanasa Nausėdy, który podkreślił potrzebę utrzymywania twardego kursu. Tym samym uwidoczniły się europejskie stronnictwa gołębi i jastrzębi w podejściu do stosunków z Rosją. Czy dalsze naciski mają sens, a rosyjskie zagrożenie wynikające z potęgi militarnej i szantaży polityczno-energetycznych może zostać przełamane? Czy raczej czas na przyjęcie warunków Moskwy, która przecież stanowi realną siłę na światowej scenie politycznej?

Poczucie krzywdy

Rosja po latach 90. kontynuuje tradycje strategiczne sowieckiego mocarstwa. Bardzo zwięźle, a jednocześnie trafnie, scharakteryzował je Marek Menkiszak w swoim raporcie dla OSW, Strategiczna kontynuacja, taktyczna zmiana.

Jego zdaniem główne cele strategiczne Moskwy to: kontrola nad obszarem postradzieckim, utworzenie bufora między Rosją a NATO, minimalizacja wpływów USA w Europie przy jednoczesnej maksymalizacji własnych.

Wszystkie są postrzegane przez Kreml nie tylko w kategoriach przejawów ambicji i ścieżek rozwoju, ale de facto walki o przetrwanie we wrogim świecie. Źródła tego myślenia sięgają dawnych czasów (widoczne są nawet w tekstach Dostojewskiego czy obronie Świętej Rusi), ale bezpośrednio są związane z okresem nowej wielkiej smuty, jaka dotknęła Rosjan po rozpadzie ZSRR. W jej czasie nie tylko rozpadło się imperium budowane przez stulecia, Rosję dotknął także głęboki kryzys. Moskwa utraciła części terytoriów i wpływów w Europie. To przykre doświadczenie ugruntowało wśród wielu wychowanych na antyzachodniej propagandzie decydentów przekonanie, że Zachód nie spocznie, dopóki cała Rosja nie zostanie rozczłonkowana.

Proxy wars i zasada „dziel i rządź” to jedne z podstawowych narzędzi Kremla do osiągnięcia głównych celów strategicznych. Widać to wyraźnie w konflikcie na Ukrainie, a także w próbach podsycania sporów wewnątrz NATO, np. poprzez szeroko zakrojoną dezinformację. Innym, często używanym środkiem służącym maksymalizacji wpływów przez ostatnie lata był również szantaż dostawami gazu.

Warto wspomnieć, że rosyjska strategia wzajemnego antagonizowania członków NATO w połączeniu z ofensywą dezinformacji nie jest przez rosyjskich strategów uważana za ich własną, ale postrzegana jako broń wymyślona przez Sojusz Północnoatlantycki, którą ten używał przeciw obszarowi poradzieckiemu – w tym Rosji. Kreml działa względem Zachodu tak, jak uważa, że sam Zachód działał wobec niego. Bardzo dobrze kilka lat temu opisał to Charles K. Bartles w swoim tekście Getting Gerasimov right, dla Military Review, w którym analizował wypowiedzi Walerija Gierasimowa, uznanego za jednego z twórców dzisiejszej rosyjskiej strategii militarnej i nie tylko.

Raport Center for European Policy Analysis (CEPA) – Chaos as a strategy – wskazuje, że osoby odpowiedzialne w Rosji za tworzenie polityki zagranicznej postrzegają świat jako miejsce wrogie, pełne niebezpieczeństw, w którym zwycięża najsilniejszy.

W konsekwencji Kreml swoje międzynarodowe rozgrywki sprowadza do gry o sumie zerowej – zwycięzca może być tylko jeden. Takie nastawienie powoduje, że działania Rosji są bardzo agresywne, rozmowy pokojowe trudne, a porozumienia przez Kreml często niedotrzymywane. Każda sytuacja, w której Moskwa nie dostaje wszystkiego, czego chce, oznacza, że wygrał przeciwnik.

Rosyjska armia – cień dawnej potęgi

Kurs konfrontacyjny z NATO i podtrzymanie agresywnego ducha ZSRR przysparzają w obecnych realiach trudności – współczesna Rosja nie posiada tych samych atutów co jej poprzednik. Terytorium i liczba ludności jest znacząco mniejsza, a armia o wiele słabsza niż za Sowietów, co powoduje, że Kreml nie może powielać tych samych schematów, które wykorzystywał w XX wieku.

Zakończył się bowiem czas skutecznego zapewniania przewagi poprzez gotowość do szafowania życiem swoich żołnierzy. Populacja Federacji Rosyjskiej w 2020 r. wynosiła ok. 142 mln obywateli w porównaniu do 293 mln obywateli radzieckich w 1991 r., co powoduje, że tylko kilka milionów mężczyzn jest w wieku poborowym (w Rosji 18-27 lat). Na dysproporcję militarną wpływają też inne liczby. Stan osobowy armii rosyjskiej jest trudny do określenia, podlega zmianom, ale raczej nie przekracza 900 tys. żołnierzy.

Jest to liczba biorąca pod uwagę znaczące redukcje personelu, które są skutkami reform wojskowych (przede wszystkim Gierasimowa i Siergieja Szojgu), mających odpowiedzieć na problemy demograficzne i ekonomiczne. Obecna armia rosyjska stara się odnaleźć kompromis między liczebnością, która pozwoli obronić ogromny kraj, a wyszkoleniem i zapleczem technologicznym, które pomoże uniknąć znacznych strat w ludziach. W ewentualnej wojnie z Zachodem wspomniane 900 tys. żołnierzy musiałoby zmierzyć się z frontem rozciągającym się na tysiące kilometrów od Morza Czarnego po koło podbiegunowe.

ZSRR takich obaw nie posiadał, ponieważ dzięki satelickim państwom Układu Warszawskiego potencjalny front był nie tylko oddalony od Kremla, ale też o wiele węższy i przebiegał głównie przez Niemcy. Pozostaje więc pytanie, czy obecne siły Moskwy byłyby faktycznie w stanie walczyć na olbrzymim froncie z NATO, gdy założymy, że na agresję Rosyjską odpowiedziałby cały Sojusz. Rok 2020 i kryzys pandemiczny pokazują, że być może obecne wydatki na wojsko są dla Rosji i tak zbyt wysokie, by je utrzymywać w dłuższej perspektywie czasowej.

Ile Moskwa przeznacza obecnie na wojsko? Rosja w 2019 r. wydała ok. 65 mld dolarów (ok. 3,9% PKB), co stanowi 30-procentowy wzrost względem 2010 r., ale jest wynikiem znacząco gorszym niż w rekordowym dla obecnej dekady 2016 r., gdy wydatki na obronność wynosiły 5,5% PKB. W zeszłym roku tak często krytykowane Niemcy wydały blisko 50 mld dol. (ok. 1,3% PKB RFN). Nakłady Kremla wyglądają szczególnie mizernie w porównaniu z budżetem obronnym USA w 2019 r., który wyniósł 718 mld dolarów (co wcale nie jest najwyższym budżetem obronnym w XXI wieku).

W październiku rozpoczęła się dyskusja dotycząca redukcji personelu wojskowego o nawet 100 tys. osób z jednoczesnym obniżeniem wojskowych rent i emerytur w ramach projektu optymalizacji rosyjskiej ustawy budżetowej. Przeciwko takiemu rozwiązaniu stanęły oczywiście siły zbrojne, które nie chcą pozwolić na redukowanie potencjału militarnego kraju i własnych dochodów. O ile niedawno proponowane potencjalne redukcje wojskowe Rosji nie wpłynęłyby na gotowość armii w czasie pokoju, o tyle w czasie kryzysu lub wojny planowane cięcia personelu sił zbrojnych byłyby w opinii rosyjskiego ministerstwa obrony niedopuszczalne.

Dyskusja nad redukcją budżetu obronnego zakończyła się w ostatnich dniach listopada, kiedy to parlament rosyjski przyjął projekt ustawy budżetowej na lata 2021-2023. Finalnie rosyjska armia utrzyma dotychczasowy poziom wsparcia od rządu, ale odbędzie się to poprzez znaczny wzrost zadłużenia Rosji.

Oficjalny dług publiczny ma wzrosnąć z 12% PKB w br. do 21,3% w 2023 r. Jednocześnie zwraca się uwagę na fakt, że utrzymanie wysokich wydatków na zbrojenia odbywa się kosztem funduszy pierwotnie przeznaczonych na walkę ze skutkami pandemii. Obecne plany bazują na założeniu, że ceny ropy będą rosnąć. Nie dziwi więc fakt, że w obliczu rosnących potrzeb społecznych utrzymanie dotychczasowego poziomu budżetu obronnego wywołuje kontrowersje. W wypadku pogłębienia się problemów gospodarczych Rosji tegoroczne postulaty ministerstwa finansów głębokich cięć w tym sektorze mogą szybko powrócić.

Obok problemów budżetowych Rosja ma też do czynienia z trendem upadku ekonomicznej atrakcyjności służby wojskowej w społeczeństwie. Kolejne propozycje cięć w emeryturach, przyznawanie tych świadczeń po 25 latach (a nie po 20 jak dotychczas i do tego bez uwzględniania lat spędzonych na uczelniach wojskowych), tylko tę tendencję pogłębią. Dostrzegają ją też sami Rosjanie, co sugeruje ponowne wprowadzenie do armii oficerów politycznych w 2018 r. Ten ruch ma na celu zapewnienie sobie lojalności rodzimych rekrutów mimo pogarszających się warunków służby, o czym pisał emerytowany major armii USA, Ray C. Finch, w „Military Review”. Zadaniem rekrutów będzie upewnienie się, że m.in. niższe pensje i mniejszy prestiż zawodowy nie obniżą patriotycznej motywacji żołnierzy w służbie, a ich lojalność względem władz w Rosji pozostanie niekwestionowana.

Obecnie Rosji brakuje też sieci silnych (chociażby w wymiarze regionalnym lub subregionalnym) sojuszników wojskowych, co dodatkowo zwiększa globalną nierównowagę sił. Ponadto ostatnie wydarzenia na Kaukazie pokazują, że Moskwa i w tym obszarze poradzieckim traci wpływy, a na przykładzie Armenii widać, że rosyjskie gwarancje sojusznicze wcale nie zapewniają pełnego i realnego wsparcia Kremla w chwili próby. Ponadto fakt, że Moskwa nie była w stanie poprzez dyplomację zapobiec gorącemu konfliktowi w Karabachu między byłymi republikami radzieckimi, nie najlepiej świadczy o możliwości sprawowania kontroli nad regionem, do którego rości sobie pretensje. To niepokojący sygnał dla każdego przywódcy, który chciałby szukać długofalowego wsparcia ze strony Władimira Putina.

Warto dodać, że to właśnie m.in. z tych rosnących dysproporcji wynika skręt Moskwy w kierunku Pekinu. Rosyjskie elity nie mogąc liczyć na to, że własnymi siłami wyprą amerykańskie wpływy z Eurazji, często wolą występować po stronie Chin na arenie międzynarodowej. Olbrzymie i silne Państwo Środka daje im nadzieję na międzynarodowy ład, w którym Rosja będzie mogła zwiększyć swoje wpływy w Europie, o czym pisał dr hab. Michał Lubina na naszych łamach.

Osłabienie pozycji i dalsze problemy na horyzoncie

Pozostałe narzędzia wywierania wpływu przez Rosję na Europę też ulegają osłabieniu. Długoletnia polityka rosyjska uzależniania Europy od własnego gazu zaczyna napotykać przeszkody. Inicjatywy energetyczne ze wschodniej części Morza Śródziemnego, rozwój technologii skroplonego gazu ziemnego (LNG) i budowa gazoportów w Świnoujściu, na wyspie Krk i w Aleksandropolis w Grecji, długoterminowy zwrot w kierunku odnawialnych źródeł energii są zwiastunami tego, że oddziaływanie Moskwy poprzez energetykę może się w kolejnych dekadach zmniejszać. Na uwagę zasługują inicjatywy energetyczne w ramach utworzonego w tym roku Wschodnio-Śródziemnomorskiego Forum Gazowego, które powstały w wyniku odkrywania kolejnych zasobów błękitnego paliwa w tym regionie. Dodatkowo Rosja zmaga się z problemami sprzedawania gazu przez gazociąg Blue Stream, ponieważ popyt na ten surowiec w Turcji zmniejszył się m.in. dzięki znaczącemu wzrostowi importu LNG i dostawom przez otwarty w zeszłym roku Gazociąg Transanatolijski z Azerbejdżanu. Ponadto w marcu br. Gazprom otrzymał kolejny sygnał, że nie jest w Europie tak mile widziany, jak dotychczas – przegrał spór z PGNiG w sądzie arbitrażowym w Sztokholmie, co wiązało się z zapłaceniem kary w wysokości 1,5 mld dol.

Kreml może również niepokoić to, że osłabienie jego pozycji w Europie często wiąże się ze zwiększaniem wpływów i zysków USA, ponieważ często to właśnie Amerykanie wspierają budowę infrastruktury lub chcą dostarczać swój gaz w formie skroplonej. Waszyngton jest też obserwatorem we wspomnianym Wschodnio-Śródziemnomorskim Forum Gazowym.

W wyniku agresywnej polityki energetycznej Rosja zaczyna mierzyć się ze skutkami odwrotnymi do zamierzonych. Zamiast większej zależności od rosyjskich dostaw dochodzi do jej zmniejszenia. Nie udaje się też zwiększać wpływów politycznych Rosji kosztem USA.

Jednak Rosja nadal chce grać agresywnie przeciw Europie i USA. Wydaje się, że zachęca ją przede wszystkim wiara, że Zachód Moskwie odpuści lub przynajmniej na tyle państwa go reprezentujące skłócą się ze sobą, że nie będą w stanie zareagować w razie eskalacji konfliktów w Europie Wschodniej. Tymczasem dużym atutem Zachodu mimo licznych kontrowersji i zachwiań wydaje się jego polityczna jedność w najbardziej kluczowych przypadkach, które ranią Rosję. To ona sprawia, że pomimo upływu lat mamy do czynienia z zawieszeniem Rosji w formacie G8, sankcje są nadal w mocy, a nawet dochodzą do nich nowe, jak te wprowadzone po otruciu Nawalnego. Możliwe jest też rozszerzenie tych z 2014 r. o kolejne podmioty działające na Krymie na przestrzeni całego obecnego roku.

Ponadto poza wycofaniem części amerykańskich żołnierzy z Niemiec w tym roku od 2014 r. obecność różnych armii NATO na samej wschodniej flance wzrasta, o czym pisałem na portalu Klubu Jagiellońskiego. Od wybuchu wojny na wschodzie Ukrainy nieprzerwanie rozwijają się regionalne ćwiczenia i współpraca państw bezpośrednio zagrożonych przez Rosję. Kolejne zdarzenia, takie jak próba otrucia Nawalnego, powodują, że coraz trudniej w Europie znaleźć polityków, którzy z pełnym przekonaniem wyciągają dłoń w kierunku Putina, czego ten w związku z izolowaniem Rosji politycznie i problemami gospodarczymi bardzo potrzebuje.

Dobrze ten proces widać obecnie w Niemczech, gdzie coraz chłodniej odnosi się do Kremla, co pokazały reakcje na m.in. ataki hackerskie z tego roku i po otruciu Nawalnego. Szczególnie to drugie wydarzenie pociągnęło za sobą groźbę ze strony Angeli Merkel, która nie wykluczyła, że sprawa przełoży się na decyzje Niemiec w sprawie Nord Stream 2. Dla wielu ta inwestycja i tak pozostanie symbolem sympatii Berlina do Moskwy, ale należy odnotować, że Niemcy w żadnym wypadku nie popierają idei normalizacji stosunków z Rosją na modłę prezydenta Macrona. Ponadto Niemcy konsekwentnie zwiększają swoje zdolności obronne i podtrzymują swoje zaangażowanie na wschodniej flance NATO (są bowiem państwem ramowym na Litwie).

Co więcej, ostatnie wypowiedzi minister obrony, Annegret Kramp-Karrenbauer, i ministra spraw zagranicznych, Heiko Massa, o roli Niemiec i Europy w NATO oraz relacji Berlin-Waszyngton dają nadzieję, że po ostatnich trudnych latach zostanie zwiększony wysiłek Starego Kontynentu (w tym Berlina) w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego na przekór polityce Rosji i jej celowi dalszej fragmentaryzacji NATO.

Gołębie czy jastrzębie – jak powinna zachować się Europa?

Problemy w strategii zagranicznej Rosji sprowadzają się do faktu, że w modelu konfrontacji z Zachodem jest ona słabsza, co pokazują problemy z demografią w relacji do terytorium, uzależnienie od eksportu surowców energetycznych w dobie dywersyfikacji źródeł dostaw gazu w Europie i zielonej transformacji energetycznej, a także potencjał ich adwersarza, którym jest Sojusz Północnoatlantycki. Szczególnie w 2020 r. sytuacja dla Moskwy jest nieprzychylna, a jej problemy się zwiększają. Oprócz tych typowych w rosyjskiej gospodarce pojawił się kryzys pandemiczny, który szczególnie mocno dotyka zwykłych obywateli i budżetu kraju.

Czy, widząc słabości Rosji i znając jej atuty, UE powinna utrzymywać twardy kurs? Czy raczej powinna wprowadzić korektę strategii, którą czasami przemyca Emmanuel Macron?

Moskwa od lat nie jest zainteresowana długotrwałym porozumieniem z Zachodem. Jej główne cele pozostają nam wrogie, a percepcja decydentów na Kremlu wyklucza praktycznie pojęcie kompromisu – dla Władimira Putina każdy kontakt może mieć tylko dwa rozwiązania: zwycięstwo lub klęskę. Aby propozycja konstruktywnego dialogu z Rosją miała potencjał, potrzeba wyraźnej zmiany w samej Rosji. Dotychczas właściwie tylko Zachód wyrażał faktyczną chęć długofalowego porozumienia.

Wbrew głosom pojawiającym się na Zachodzie podstaw do otworzenia dialogu z Rosją nie ma zbyt wielu. Obok dużego potencjału militarnego Moskwa ma też problemy, które w czasach koronakryzysu się zwiększają. Dłuższa perspektywa wskazuje na to, że Zachód ma potencjał na przełamanie rosyjskich żądań i pretensji terytorialnych. W tej sytuacji wielkim błędem byłoby odstąpienie państw UE od sprawy Krymu i Donbasu.

Na razie kraje NATO i UE powinny zachować swój ostry kurs względem Rosji, ponieważ sukces ich stanowisk (przede wszystkim wycofanie wojsk rosyjskich z Ukrainy) nie jest długoterminowo skazany na porażkę. Dopóki Władimir Putin utrzymuje pełnię władzy i jest przekonany o potrzebie kontynuacji neoimperialnej polityki, koncyliacyjne komunikaty są przedwczesne i mogą głównie zaszkodzić naszemu regionowi. Jednak europejscy decydenci nie powinni zapominać o idei. Warto do niej powrócić w odpowiednim momencie, aby rosyjski niedźwiedź, gdy poczuje się osaczony, nie rzucił się na Stary Kontynent w desperackim ataku.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.