Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Nadeszła wojna płci

Nadeszła wojna płci Autorka: Magdalena Karpińska

Solidarność to dziś pojęcie zdegenerowane. Nie tylko dlatego, że elity polityczne zaprzepaściły wspaniałe dziedzictwo sierpnia ‘80. Odczuwamy bolesny deficyt solidarności rozumianej jako podstawowe spoiwo wspólnoty narodowej. W kontekście pandemii widzimy to na podstawie rosnącego konfliktu między młodym a starym pokoleniem. Jednak równie ważnym z perspektywy państwa wyzwaniem będzie w najbliższych latach wojna płci – liberalnych kobiet z konserwatywnymi mężczyznami.

Esej stanowi część rocznika Klubu Jagiellońskiego pt. „Nowa chadecja”. Publikację można pobrać tutaj.

Covid zabił solidarność

Rok 2020 za sprawą epidemii COVID-19 przejdzie do historii jako punkt zwrotny w dziejach świata, i to na wielu różnych płaszczyznach. Jednym z najciekawszych, a zarazem nieustannie narastających zjawisk, które już możemy zaobserwować, jest pogłębiająca się nieufność między przedstawicielami młodszego i starszego pokolenia. Co prawda, powiedzenie „OK, boomer” funkcjonowało już z powodzeniem przed pandemią, ale specyfika koronawirusa – to, że brutalnie obchodzi się ze starszymi i ledwie muska młodzież – będzie prędzej czy później prowadzić do wzmocnienia antysolidarnościowych postaw.

Wirus będzie bowiem jeszcze przez długi czas sterował globalnym życiem społecznym, a to sprowokuje pytania o zasadność wprowadzania tzw. lockdownów. Wiosną tego roku takie głosy się już pojawiały, ale jednak były dość osamotnione – większość z nas doświadczyła szoku. Epidemiczne zamknięcie świata było bowiem przeżyciem z cyklu „wojny i rewolucje”, zwłaszcza dla najmłodszego pokolenia, które z dnia na dzień musiało nauczyć się żyć z ograniczeniami, których nie znało.

W pierwszym odruchu to doświadczenie szoku miało charakter wspólnototwórczy, ale okres ten nie trwał zbyt długo i kiedy w okolicach Wielkanocy ludzie zobaczyli, że o przypadkach zarażenia słyszą jedynie z mediów, minął strach, a wraz z nim – solidarność. Może w Polsce nie byliśmy świadkami takich obrazów, jak w USA, gdzie młodzi rabowali domy osób starszych, grożąc im, że jak się zbliżą, to zostaną zarażeni. Stopniowo zaczęło się jednak pojawiać w przestrzeni publicznej zrozumiałe i chyba uzasadnione pytanie, jaką cenę jesteśmy jako społeczeństwo w stanie zapłacić, aby ochronić naszych seniorów przed koronawirusem.

Czy wydłużenie życia schorowanej 85-latki, której prawdopodobnie zostało najwyżej kilkanaście miesięcy, jest warte odebrania całemu społeczeństwu możliwości „normalnej” konsumpcji, milionom dzieci „normalnej” edukacji, setkom tysięcy osób możliwości „normalnego” zarabiania na życie, a dziesiątkom tysięcy szans na diagnozę i skuteczne leczenie nowotworów?

Albo w bardziej brutalnej formie – czy życie wspomnianej babci warte jest tych 130 mld PLN dodatkowego zadłużenia potrzebnego do sfinansowania tarcz antykryzysowych, które będą musiały spłacać najmłodsze pokolenia? Jaka jest cena naszej solidarności międzypokoleniowej? Ile jesteśmy w stanie za nią zapłacić? Wreszcie, czy w ogóle chcemy/powinniśmy przyjmować perspektywę wyceny wartości życia, która ma nam ułatwić decyzję, co lepiej poświęcić? Zresztą te pytania mogą sobie zadać zarówno młodzi, jak i starzy, bo przecież, zmieniając perspektywę, osoby starsze teoretycznie mogłyby zamknąć się w domach na cztery spusty na 2-3 lata oraz uznać, że przeżyły już wystarczająco dużo pięknych chwil i nie chcą odbierać podobnej szansy młodym.

Oczywiście na tak postawione pytania szalenie trudno odpowiedzieć, choć na szczęście dla nas te dylematy są w obecnej sytuacji do jakiegoś stopnia fałszywe – odpuszczenie restrykcji prędzej czy później doprowadziłoby bowiem do załamania służby zdrowia, a to z kolei miałoby dramatyczne skutki i dla rynku pracy, i dla edukacji, i w ogóle społecznych nastrojów. Tym bardziej, że przy znacznym rozwoju epidemii jej zdrowotne skutki odczułaby także bardziej zauważalna część młodych, o czym zresztą możemy przekonać się, śledząc doniesienia medialne o zgonach 30-latków.

Pandemia uwypukliła deficyty solidarności nie tylko na płaszczyźnie międzypokoleniowej w ogólnospołecznej skali. Kilkumiesięczne zamknięcie nadwyrężyło solidarność wewnątrz samych rodzin. Abstrahując od przypadków najbardziej patologicznych związanych z przemocą domową, rzeczywistość, w której kilkoro jej członków musiała radzić sobie ze zdalną pracą i edukacją, spędzać na niewielkiej często przestrzeni całe miesiące, było bardzo trudnym doświadczeniem nawet dla niezwykle cierpliwych osób.

Solidarności – co trzeba z całą mocą podkreślić – zabrakło również w relacjach na linii obywatel-państwo. Nawet jeśli nie uwierzymy w szacunki Związku Nauczycielstwa Polskiego, według których 10% uczniów „wypadło” nam z systemu, to doświadczenie braku kontaktu i radykalnego obniżenia jakości kształcenia wydaje się społecznie powszechne. Po drugie zaś, w najtrudniejszym czasie edukacja w trybie awaryjnym (czyli z ograniczonymi funkcjonalnościami), jeśli gdzieś w ogóle działała, to głównie dzięki rodzicom. To oni dali radę, jeśli już, nie państwo.

Kobiety i mężczyźni w badaniach – socjologiczna przepaść

W moim ostatnim tekście poświęconym solidarności międzypokoleniowej zwracałem uwagę na szczególnie ważną rolę rodziny (Kędzierski, 2019), bynajmniej nie z przesłanek światopoglądowych. Nie ma innej systemowej odpowiedzi na pytanie, co robić z osobami w wieku 70+, których będzie tylko przybywać w wyniku starzejącego się społeczeństwa. Państwo musi inwestować w rodzinę i w tej sprawie nie zmieniłem zdania. Wydaje mi się jednak, że istnieje jeszcze jedno bardzo poważne zagrożenie dla spójności naszego społeczeństwa, którego samo wzmocnienie rodziny czy też działania państwa, przynajmniej w bezpośredni sposób, nie usuną.

To zagrożenie, które nie jest związane z COVID-19 i które może nam w pandemicznym szumie umknąć. Mam na myśli rosnącą nieufność między kobietami i mężczyznami, (zwłaszcza w młodszym pokoleniu, choć oczywiście nie tylko), którą w moim odczuciu coraz mocniej widać. Nie mamy wciąż na ten temat kompleksowych, wiarygodnych badań (co samo w sobie jest tematem na oddzielną dyskusję o stanie polskiej socjologii), ale nawet bez tego specyficznego kontekstu, jeśli wierzyć danym EUROSTAT-u, Polska obok Grecji znajduje się na szarym końcu europejskich rankingów mierzących poziom zaufania społecznego, wykluczając osoby spoza własnej rodziny.

Zważywszy na to, że słowo kryzys (co często podkreślam) wywodzi się z języka greckiego i oznacza podział, można stwierdzić, że doświadczamy nad Wisła relatywnie znacznego kryzysu vel podziału społecznego. Powyższe badania, jak wspomniałem, nie biorą jednak pod uwagę zaufania przedstawicieli jednej płci do drugiej. Jeśli zaś prawdziwa jest hipoteza o narastającej przepaści między młodymi kobietami i mężczyznami, skala tego społecznego rozbicia może w najbliższych latach stać się jednym z najważniejszych wyzwań dla rozwoju społeczno-gospodarczego naszego kraju, obok transformacji energetycznej i zapaści systemu zabezpieczenia emerytalnego. Bez wzajemnego zrozumienia i zaufania między płciami możemy zapomnieć o powstawaniu trwałych rodzin, które stanowią, jeśli nie jedyną, to kluczową odpowiedź na wyzwania społeczne przyszłości.

No dobrze, ale czy naprawdę jesteśmy w Polsce świadkami wojny płci? Czy istnieją jakiekolwiek dane, które to potwierdzają? Poza przytoczeniem dowodów anegdotycznych wynikających z osobistych doświadczeń wykładowcy akademickiego, który od 10 lat ma okazję przypatrywać się narastającym podziałom między studentami a studentkami w kolejnych rocznikach, warto sięgnąć do opracowania, które w Laboratorium Więzi w ramach projektu „Oczyszczalnia” przygotował Jarema Piekutowski (Piekutowski, 2020).

W części poświęconej różnicom płci Piekutowski wskazuje, że „ostatnie lata przyniosły pogłębienie podziałów społecznych ze względu na płeć, w dużej mierze za sprawą przemian ról płci i odejścia od tradycyjnego modelu mężczyzny – żywiciela rodziny i kobiety zajmującej się domem, a jednocześnie z powodu współistniejących nierówności” (Tamże: 5).

Jednym ze źródeł tych narastających podziałów jest fakt, że odsetek kobiet z wyższym wykształceniem jest większy o 50% w stosunku do odsetka mężczyzn, którzy mogą pochwalić się dyplomem uczelni. Na przykład w grupie 25-30 lat wyższe wykształcenie posiada prawie 60% kobiet i zaledwie niecałe 40% mężczyzn. Pomimo tego  biorąc pod uwagę osoby o podobnym poziomie wykształcenia nadal mamy do czynienia z relatywnie wysoką luką płacową na niekorzyść kobiet (tzw. gender pay gap).

Przywoływane przez Piekutowskiego dane z Europejskiego Sondażu Społecznego wskazują też, że kobiety, zwłaszcza te reprezentujące młodsze pokolenie, zdecydowanie częściej głosują na nowe, bardziej wyraziste ugrupowania lewicowe (dawna Wiosna, Razem) w przeciwieństwie do młodych mężczyzn, którzy stanowią istotną część elektoratu ugrupowań „nowej” prawicy (Konfederacja).

Ciekawe wnioski płyną także z przytaczanych przez Piekutowskiego badań dotyczących przywiązania do określonych wartości. Podczas gdy większość kobiet deklarowała przywiązanie do wartości eudajmonistycznych (np. poczucie sens życia), mężczyźni znacznie częściej stwierdzali, że najważniejsze są wartości hedonistyczne, takie jak chociażby maksymalizowanie przyjemności. Obserwacja ta ma istotne przełożenie także na rozróżnienie kobiet i mężczyzn o konserwatywnych poglądach. Dla tych pierwszych najważniejszą rolę odgrywają bezpieczeństwo i kultywowanie tradycji, dla drugich ‒ kwestie tożsamościowe.

Można powiedzieć, że w wynikach tych badań nie ma niczego zaskakującego, to oczywiste – kobiety i mężczyźni się różnią. Istotna jest jednak skala i charakter tych różnic, co dobrze pokazuje wynik innego sondażu, przeprowadzonego przez IPSOS dla portalu OKO.press (IPSOS, 2020). Respondenci w wieku 18-39 lat zostali w nim zapytani o najważniejsze zagrożenie dla Polską w XXI wieku. Mężczyźni widzą je w ideologii gender (31%), katastrofie klimatycznej (28%) oraz kryzysie demograficznym i starzeniu się społeczeństwa (26%). Kobiety z kolei dostrzegają je w katastrofie klimatycznej (38%), katastrofie służby zdrowia (27%) i możliwym wyjściu Polski z UE (25%).

 

 

Źródło: https://oko.press/mezczyzni-najbardziej-boja-sie-gejow-i-gender-kobiety-zapasci-sluzby-zdrowia-wspolny-strach-o-klimat/

Zresztą narastające różnice w poglądach politycznych kobiet i mężczyzn dotyczą nie tylko Polski – w USA również te nożyce się rozjeżdżają, podobnie zresztą jak w innych krajach. Schemat wszędzie wygląda podobnie – kobiety są coraz bardziej skłonne głosować na partie progresywne, a mężczyźni – zachowawcze.

 

 

Przywiązanie do odchodzącego społecznego status quo w postaci tradycyjnego/patriarchalnego modelu rodziny jest zresztą jedną z najważniejszych różnic między płciami – zgodnie z badaniami Kantara cytowanymi przez OKO.press aż 78% mężczyzn w Polsce uważa, że rolą kobiety jest zajmowanie się dziećmi i domem, co wobec tendencji emancypacyjnych tych ostatnich musi prowadzić do konfliktu, którego skutki widać chociażby na podstawie statystyk dotyczących wchodzenia w związki. W tym samym artykule możemy przeczytać, że kiedy wśród kobiet do 30 lat aż 46% jest w związkach nieformalnych, a singielkami pozostaje tylko 20%, to wśród mężczyzn przed trzydziestką singlami jest aż 47%, w związkach nieformalnych żyje 34%, a w małżeństwie 15% (Pacewicz, 2019).

Oczywiście, część z nich może znaleźć partnerki, kiedy ukończy 30 lat – nie ma nic zaskakującego w tym, że związki tworzą starsi mężczyźni z młodszymi kobietami. Dziwić powinna natomiast skala zjawiska i jego rozkład w zależności od przynależności do klasy społeczno-ekonomicznej. Bycie mężczyzną i singlem jest szczególnie prawdopodobne wśród osób z niższym statusem socjoekonomicznym – samotność dotyczy aż 69% mężczyzn z wykształceniem podstawowym (wśród tych z wyższym jedynie 25%). Na wsiach ten odsetek dotyczy 58% mężczyzn, w dużych miastach już tylko 37%.

Zresztą statystyki mają i drugą stronę, na co wskazywałem w eseju o solidarności międzypokoleniowej – mężczyznom na prowincji równie trudno znaleźć partnerkę, co kobietom w dużych miastach partnera. Wydaje się, że nie jest to wyłącznie kwestia różnic w zakresie wykształcenia i miejsca zamieszkania, że to tylko skutki, a źródła tego stanu rzeczy należy szukać gdzie indziej. Tu dochodzimy do tego fragmentu artykułu, który wobec braku twardych dowodów bazuje bardziej na społecznej intuicji i który chociażby z tego powodu pewnie wywoła spore emocje.

Dlaczego mamy wojnę płci?

W moim odczuciu głównym winowajcą tego stanu rzeczy w Polsce jest … jeden z najtańszych w Europie dostępów do szerokopasmowego internetu. To właśnie podłączenie do sieci miało fundamentalny wpływ na zmiany postaw zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet. Zacznijmy od tych pierwszych.

Niemal nieograniczony dostęp do internetu zdemokratyzował konsumpcję pornografii, radykalnie ograniczył jej szeroko rozumiane koszty. Nie trzeba kupować gazet, wypożyczać filmów, płacić za dostęp do kanałów telewizyjnych dla dorosłych, no i nie trzeba bać się, że ktoś nas nakryje. Wszystko mamy w zasięgu ręki, na ekranie smartfona, o każdej porze dnia i nocy, nie musimy za to płacić ani grosza. Jeśli aspekt seksualny stanowił jeden z istotniejszych powodów, dla których mężczyźni wchodzili w związki, to wraz z nastaniem ery pornografii ten czynnik odrywa mniejszą rolę. Pornografia to dla wielu mężczyzn dziś wystarczający substytut naturalnego stosunku seksualnego.

Zresztą trzeba być odrealnionym od rzeczywistości, aby sądzić, że dziś mężczyźni dążą do stałego związku głównie po to, aby poczuć seksualną satysfakcję. Oprócz pornografii bowiem istnieje w Polsce kultura Tindera, z której Polacy, szczególnie ci mieszkający w miastach, intensywnie korzystają właśnie w celu znalezienia parterki seksualnej bez zobowiązań.

Jak pisał Piotr Kaszczyszyn w tekście Małżeństwo w epoce Tindera, „najpopularniejsza chyba dzisiaj na Zachodzie aplikacja randkowa Tinder ma dwa oblicza. Dla jednych użytkowników to sposób na wyjście z własnej samotności i narzędzie poszukiwania partnera na stałe. Dla innych to seksualny odpowiednik Uber Eats, w którym chodzi o konsumpcję, a nie budowanie relacji […] Singlizm wyciąga konkretne wnioski z wielości i zmienności charakteryzującej nowoczesność: zamiast poszukiwać tego jednego odpowiedniego partnera, z góry wybiera relacyjną mobilność, korzystając z dostępnych »technologii zapewniających wymienialność« (znów Tinder). W ten sposób single doskonale wpisują się w zjawisko, które naukowcy zajmujący się konsumeryzmem nazwali «pociągiem do różnorodności» (variety drive), wynikającym z niezwykle szerokiego wyboru na rynku matrymonialnym oraz ekscytacji związanej z wciąż powielanym początkiem każdej kolejnej znajomości” (Kaszczyszyn, 2019).

A jak to wygląda u kobiet? Analogicznie, choć pornografia ma tu pewnie mniejsze znaczenie (nie bagatelizowałbym jej jednak kompletnie). Ważniejsza jest kultura nieograniczonych możliwości, którą wzmacniają media społecznościowe. Kobiety pod wpływem obrazów sugerujących, ile można wycisnąć z życia, zaczęły doświadczać inflacji oczekiwań co do swoich partnerów (dotyczy to również mężczyzn, ale chyba w mniejszym stopniu, i to głównie znów w wymiarze erotycznym). Na dodatek obecność w mediach społecznościowych to okazja do funkcjonowania w wielu różnych bańkowych grupach, których głównym zadaniem jest wzmacnianie tożsamości, a więc i podziałów. Używając mocno uproszczonego obrazu, można stwierdzić, że w sieci kobiety zawsze znajdą koleżanki, które przyjdą z pomocą i przekonają, że „ten facet na Ciebie nie zasługuje” (tak jakby w tworzeniu związku jakkolwiek chodziło o zasługiwanie, ale to temat na odrębną dyskusję). Mentalność tego typu singlizmu bardzo dobrze obrazuje opowieść Joanny Jędrusik przedstawiona w 50 twarzach Tindera. Autorka, opowiadając o swoich doświadczeniach, pokazuje przewagi tego typu życia nad nieudanym monogamicznym związkiem.

W rezultacie mężczyźni przestali się starać o kobiety w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, bo zawsze mogą uciec w pornografię lub niezobowiązujący seks dzięki Tinderowi (o ile są na tyle atrakcyjni, że potrafią przykuć uwagę swoim zdjęciem), a kobiety przestały starać się o mężczyzn, bo przecież gdzieś tam czeka na mnie ktoś lepszy, trochę jak w Poczekalni Jacka Kaczmarskiego (ze wszystkimi tego konsekwencjami). Internet to jednak oczywiście nie jedyne źródło narastających podziałów damsko-męskich.

Drugim jest feminizm, jakkolwiek ryzykownie to brzmi. Procesy emancypacyjne, które w Europie Zachodniej trwały kilkadziesiąt lat, u nas wchodzą w ekspresowym tempie. Znów mają one określone konsekwencje i dla mężczyzn, i dla kobiet. Mężczyźni muszą zmierzyć się z utratą określonego modelu, w którym dorastali, i brakiem nowego punktu odniesienia. Ani ich dziadkowie, ani ojcowie nie są w stanie im pomóc. To zaś oznacza, że zostali zmuszeni do samodzielnego i bardzo szybkiego poszukiwania nowego, męskiego modus vivendi.

Nie jest to zadanie łatwe, zwłaszcza że otoczenie wysyła im sprzeczne sygnały – kiedy odchodząca w przeszłość kultura oczekuje od nich podążania utartymi ścieżkami (te wszystkie babcie i ciotki, które dziwią się, jak chłop może się dać zagnać do przewijania pieluch…), to potencjalne partnerki żądają rewolucyjnej zmiany już, natychmiast, bo przecież gdzieś ta” na pewno są mężczyźni, którzy już się zmienili. Pewna część mężczyzn podejmuje taką próbę, inna ucieka w wyparcie, nierzadko w karykaturalny sposób (vide kultura inceli). Myślę jednak, że ani pierwsza, ani druga grupa nie może liczyć na wyrozumiałość. Łatwiej bowiem wykorzystać maczystowską kliszę i nie zobaczyć, że współcześni mężczyźni są w gruncie rzeczy przerażeni, co więcej, ze względu na tempo zawalania się starego porządku mają do tego prawo. Niestety niespecjalnie mogą liczyć na miłosierdzie. Współczesna kultura raczej oczekuje od nich, że dodatkowo powinni się jeszcze samobiczować. Nawet jeśli część mężczyzn w to wchodzi, ponieważ nie chce być odrzuconymi, będzie to mieć fatalne, długookresowe skutki dla ich psychiki.

W imię dobrze pojętego symetryzmu trzeba jednak napisać, że i mężczyznom brak wyrozumiałości dla krzyku kobiet, które próbują zrzucić z siebie patriarchalne jarzmo, zwłaszcza gdy to poczucie wiekowego uzależnienia i upokorzenia jest jak najbardziej realne. Nawet jeśli czasem przybiera ono karykaturalne rozmiary, czytaj: „facet twój wróg”. Kobiety, co prawda, w przeciwieństwie do mężczyzn mają wzorce emancypacyjne, ale problem jest analogiczny– ze względu na tempo zmian muszą w nie wchodzić bardzo szybko. Pewnie dla współczesnych nastolatek nie stanowi to już żadnego problemu, bo nie znają starego świata, ale u nieco starszych kobiet może to rodzić wewnętrzne napięcia. Zwłaszcza, jeśli ten stary świat w postaci babć i ciotek nieustannie dopytuje, kiedy wyjdziesz za mąż, kiedy dziecko, czemu się nie zajmujesz dzieckiem itd., a nowy świat wzywa do samorealizacji, eliminuje de facto z niego aspekt macierzyństwa, co także będzie mieć długookresowo fatalne skutki dla psychiki kobiet.

Nie ma silnego państwa bez solidarności obu płci

To wszystko oczywiście próba intuicyjnej rekonstrukcji źródeł społecznych emocji i postaw, która jest niezbędna do ich zrozumienia. Jest to oczywiście analiza daleko uproszczona i niewystarczająca – ten temat powinien stać się przedmiot pogłębionych badań. Warto je jednak prowadzić, o czym przekonują już twarde dane dotyczące rozejścia się świata wartości kobiet i mężczyzn. Warto, chociażby dlatego, że narastająca wzajemna wrogość, wyemancypowanie się kobiet od mężczyzn i mężczyzn od kobiet, to przepis na społeczną i demograficzną katastrofę. I wszyscy, którzy dziś podżegają do konfliktu między kobietami i mężczyznami, także w zakresie sporu o dopuszczalność aborcji, powinni być świadomi tego, co znajduje się na końcu tej ścieżki. To nie konflikt jest sposobem na rozwiązanie problemów kobiet i mężczyzn, ale wzajemna wyrozumiałość i współpraca.

Na marginesie warto dodać, że osławiony mansplaining, pojęcie wskazujące na przemocowy charakter sądów wypowiadanych mężczyzn w sprawach dotyczących kobiet, jest narzędziem, które uniemożliwia nam wzajemne zrozumienie, bo zakazuje mężczyznom mówić o tym, jak rozumieją kobiety (analogiczny problem byłby w odwrotnej sytuacji). Cancel culture zabija dialog. Jeśli przestaniemy wzajemnie ze sobą i o sobie rozmawiać, nigdy nie znajdziemy sposobu na wyjście z tego diabelskiego kręgu wzajemnych oskarżeń, narastającego kryzysu-podziału i zaczniemy uciekać się do agresji. Mam świadomość, że kobiety już dziś oskarżają mężczyzn (nierzadko słusznie) o dyskryminację, ale odpowiedź przemocą na przemoc jest, i powtarzam to po raz kolejny, najgorszą możliwą strategią.

Niezależnie jednak od tego, którą ścieżkę wybierzemy, zależy mi na jednym – abyśmy przynajmniej zgodzili się co do tego, że obok zmian klimatycznych i starzenia się społeczeństwa nie ma obecnie ważniejszego problemu do rozwiązania niż wojna między mężczyznami i kobietami. Bez społecznego pokoju w tym wymiarze, tej nowej solidarności, możemy bowiem zapomnieć i o rozwoju społeczno-gospodarczym, i o budowie silnego państwa, bo takie może istnieć jedynie dzięki wspólnocie, która, co prawda, może być bardzo różnorodna i polifoniczna, ale która nie może być podzielona wokół wartości tak nienegocjowalnych jak płeć, nawet jeśli przyjmiemy jej rozszerzające, społeczno-kulturowe znaczenie. Jeśli bowiem będziemy dorastać w rodzinach, w których dzieci doświadczają społecznie napędzanego konfliktu między matką i ojcem, bardzo trudno będzie nam się nauczyć znaczenie wspólnoty w naszym życiu.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.