Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Wołyń i Humań vs. pańszczyzna i akcja „Wisła” Czy możemy przekroczyć perspektywę martyrologiczną?

przeczytanie zajmie 10 min
Wołyń i Humań vs. pańszczyzna i akcja „Wisła” Czy możemy przekroczyć perspektywę martyrologiczną? Ilya Repin / Wikimedia Commons

Z czym kojarzą nam się dzisiaj relacje polsko-ukraińskie? Polak zapytany o to powie najpewniej: Wołyń, Humań, rzezie, chłopskie rebelie, hajdamacczyzna… Na co Ukrainiec odpowie swoją supliką: wyzysk pańszczyźniany, Kozacy na palu, pacyfikacja, akcja „Wisła”… Każde z tych wydarzeń znajdowało odbicie w kulturze, złożyło się na zbiorowy obraz Polaka w świadomości ukraińskiej i odwrotnie – Ukraińca w świadomości polskiej. Pomyśleć tylko, jak trudne dla ułomnego, ludzkiego umysłu uwielbiającego swoje zero-jedynkowe kategorie i wiecznie ciągnącego w stronę prymitywnego fatalizmu będzie powiedzenie, że ów obraz nie jest wcale tak jednoznacznie beznadziejny.

Więcej – równolegle z krwawymi konfliktami istnieli i do dziś istnieją ludzie starający się za wszelką cenę ratować łączące nas więzy historyczne i kulturowe. Zacznijmy naszą opowieść od konkretnego, niejako podstawowego dla wzajemnych kulturowych obrazów czasu pierwszego starcia naszych dwóch żywiołów – rebelii Bohdana Chmielnickiego, preludium do upadku wspólnej Rzeczypospolitej.

Ogniem i mieczem a sprawa polsko-ukraińska

Ktoś mógłby zapytać, po co mielibyśmy cofać się aż tak daleko. Czy nie zmieniliśmy się gruntownie od XVII w., czy nie zmieniło się samo pojęcie narodu, a zatem i jego recepcja? Oczywiście, że tak, dlatego że w tamtym czasie zaczynało się ono dopiero nieśmiało formować i właśnie z tego powodu jest to punkt kluczowy. Wtedy też nasze wzajemne obrazy odciskają się na naszych kulturach najsilniej.

To właśnie wiadomości o rzeziach dokonywanych przez Kozaków w majątkach i na włościach polskiej i ruskiej magnaterii kształtowały w oczach polskiej opinii publicznej obraz Rusina-Ukraińca jako dzikiego, dyszącego żądzą krwi rezuna o czarnym podniebieniu. Należy przy tym zwrócić szczególną uwagę na to, że wszystkie te wydarzenia odbywały się nie tyle między Polakami a Ukraińcami, co między dworem a prowincją, podzielonymi dodatkowo wedle wyznania – to jedna z tych rzeczy, których dzisiejszy czytelnik zaplątany we współczesne, spłaszczające kategorie tożsamościowe często nie rozumie. Należy wątpić, czy ktokolwiek w XVII w. przewidywał, że owe bunty chłopskie staną się mitem założycielskim dla nowożytnego narodu żądającego oddzielenia się od Rzeczypospolitej.

Wiek XIX i Wiosna Ludów ujawniły prawdziwe znaczenie tamtych wydarzeń dla naszych narodowych tożsamości. Największe dzieła dotyczą przecież naszej wspólnej historii. Sienkiewicz pisze Ogniem i mieczem, Taras Szewczenko zaś, wielokrotnie odwołując się do mitu Kozaczyzny i de facto rekonstruując na jej podstawie tożsamość ukraińską, pisze Hajdamaków (poemat, w którym młody Kozak, mszcząc się za zamordowanie ojca swej ukochanej przez konfederatów barskich, wstępuje w szeregi hajdamaków i bierze udział w koliszczyźnie). Ukazanie się obu tych wielkich dzieł, czemu trudno się dziwić, wywołało dość duże poruszenie w większości środowisk polskich i ukraińskich.

Tuż po ukazaniu się Hajdamaków, Zenon Fisz na łamach „Gazety Warszawskiej” pisał: „Wielbimy talenta i prace pisarzy małoruskich, ale ubolewamy szczerze nad kierunkiem tej młodocianej literatury, która się pisze tak nieoględnie i pochopnie we krwi maczanem piórem. Z takiemi zasadami hajdamacy nie mogli ujść dalej jak do Humania, a jeśli i literatura ma do zrobienia tak krótką metę, żal zaprawdę sił i zachodu!”. Tak właśnie znacząca część ówczesnej polskiej inteligencji klasyfikowała tę literaturę, która była przecież założycielska dla nowożytnej tożsamości ukraińskiej.

Czym zaś, analogicznie, było dla naszych sąsiadów Ogniem i mieczem? Tę diagnozę dobrze poprzedzić słowami Oleny Czemodanowej z Akademii Kijowsko-Mohylańskiej, która w pracy pt. Z dziejów ukraińskiej recepcji Ogniem i mieczem Henryka Sienkiewicza podaje trafną wykładnię różnicy w recepcji tegoż dzieła po obu stronach:

„Polskim elitom intelektualnym drugiej połowy wieku XIX Rzeczpospolita Obojga Narodów jawiła się jako kraj tolerancji etnicznej i religijnej, zniszczony przez burzę powstań kozackich. Natomiast dla Ukraińców doba Chmielnickiego stała się kamieniem węgielnym świadomości narodowej i przedmiotem dumy.” W przestrzeni konfliktu tych odmiennych wizji historii znalazło się Ogniem i mieczem.

Dalej Czemodanowa powołuje się na Wołodymyra Antonowycza, ukraińskiego historyka (tu płynnie przechodzimy do dominującego do dziś w środowisku ukraińskim sposobu odbioru powieści): „Antonowycz doszukał się w powieści dwóch obelg skierowanych przeciwko swojemu narodowi. Pierwsza – to zniewaga Ukraińców dotkniętych negatywnym wizerunkiem Kozaków. Druga – pogarda wobec prostego ludu ukraińskiego, który w powieści Sienkiewicza występował jako chciwa, drapieżna czerń. Antonowycz podkreślał przy tym, że do czerni Sienkiewicz zaliczył bez rozróżnienia także rolników, czabanów, czumaków, pszczelarzy, chutorników, rybaków. Dla historyka-narodnika, który w wiejskim ludzie widział główną siłę rozwoju i źródło wszelakiego dobra, takie ujęcie było po prostu bluźnierstwem.”. Taki był odbiór pierwszych wzajemnych głosów na temat tych wydarzeń. Niezrozumienie między dworem a prowincją widać jak na dłoni.

Polski sentyment do ukraińskiego Easternu

Czy więc przerzucanie się „panami” i „rezunami” to wszystko, na co nas stać? Zamiast zakopywać się w fatalizmie raz obranego kierunku, lepiej oddać głos ludziom niebiorącym udziału w głównej bijatyce. Wtedy usłyszelibyśmy, że Sienkiewicz, tyle razy przecież wyklinany przez Ukraińców, był dla takich ludzi, jak chociażby genialny Tadeusz Konwicki, nauczycielem czułości do Ukrainy. Że w tak zawzięcie krytykowanym przez ukraińskich intelektualistów Ogniem i mieczem dostrzega się nie tylko chciwość, ale także na przykład płomienną i piękną w swej istocie, prawdziwie kozacką porywczość serca Bohuna. Powiedzieć, że nie sposób policzyć zastępów polskich pań kochających się w serialowym, a nawet i książkowym (!), Bohunie, to nic nie powiedzieć. „Dzikość” Ukraińca w polskiej świadomości kulturowej to wobec tego nie wyłącznie rzeź i chłopskie bunty. To także wielki ładunek romantyczny zawierający się w archetypie postaci Kozaka.

Sama zresztą Ukraina jest przecież w naszej kulturze czymś groźnym, romantycznym, a nawet w pewnym sensie mistycznym. Co więcej, w naszej zbiorowej wyobraźni jej przestrzeń zdaje się pozostawać krainą będącą (w analogii do kultury amerykańskiej) swego rodzaju Easternem. Jeździmy na Ukrainę w poszukiwaniu przygód, jakich nie umie dostarczyć nam sterylny świat Zachodu, w którym wszystko podporządkowane jest logice wszechracjonalności.

W dobie globalizacji coraz więcej ludzi woli wsiąść w rozklekotaną marszrutkę Kijów-Irpień niż w supernowoczesny pociąg Deutsche Bahn z Wiednia do Berlina. Na ile atrakcyjna może być bowiem opowieść o miejscu, w którym wszystko jest łatwo dostępne, gdzie przesyt myśli i dóbr materialnych zajął niemal całą otaczającą przestrzeń? Nie trzeba się chyba długo zastanawiać, co zyska sobie uwagę rodziny na sobotnim obiedzie: cichy, niemal bezgłośnie jadący pociąg, w którym z nudów włączamy sobie na słuchawkach nowy numer ASAP Rocky’ego, czy rozwalona, uderzająca co chwilę w koleiny marszrutka, gdzie trzeba koniecznie trzymać się poręczy, inaczej wpadnie się na którąś z całej galerii kolorowych postaci stłoczonych pod metrową ikoną Matki Bożej Włodzimierskiej.

Dodajmy do tego funkcjonujący w zbiorowej podświadomości mit kozacko-zaporoski i mamy opowieść, której w żaden sposób nie dostarczy nam „postępowy” i „lepszy” świat Zachodu. Opowieść, do której, co widać chociażby po liczbie i poziomie polskich reportaży poświęconych tamtej stronie świata, zdajemy się zbiorowo i narodowo tęsknić.

Polski sentyment do Ukrainy nie ogranicza się jednak wyłącznie do tęsknoty za opowieścią. Posiada on także, co może brzmieć nieco paradoksalnie, swój wymiar praktyczny, namacalny. Jest on bowiem także tęsknotą za wspólną rzeczywistością do dziś obecną w rozmaitych śladach w świecie kultury. Niezwykle ważny, choć do dzisiaj niedoceniony, wkład ma w tej dziedzinie Józef Łobodowski – poeta i publicysta, wielokrotnie nazywany spóźnionym romantykiem, sam siebie określający mianem Lacha, który swoje słowo oddał Ukrainie.

Przyjrzyjmy się fragmentowi jednego z jego utworów: „Na nic nie zda się stepowa ukraińska uroda,/ jeden dzień się przepalił,/ do drugiego już śmierć się uśmiecha…/ Oj, popiła się szlachta i kozactwo/ po słobodach i grodach,/ popili się, na ziemię popadali,/ zaplątani w kainowych grzechach”. Sentymentalnej poezji Łobodowskiego towarzyszyła publicystyka. Dotyczyła bieżących problemów relacji polsko-ukraińskich. W ostatnich latach przed wojną był cennym wsparciem dla wojewody wołyńskiego, Henryka Józewskiego, w jego dążeniu do porozumienia i realizacji koncepcji prometejskich, protestował także przeciwko burzeniu cerkwi prawosławnych.

Po przeczytaniu takich strof, mając świadomość, że chodzi o autora XX-wiecznego, niemal od razu kusi, by zadać pytanie: w jakiej innej kulturze tęsknota za upadkiem wspólnoty z innym narodem utrzymywałaby się tak długo i tak intensywnie? Sprawiedliwość domaga się tu odnotowania, że korzenie kulturowego obrazu Ukrainy są o wiele bardziej złożone niż jej wulgarno-martyrologiczna recepcja.

Polacy w oczach ukraińskiej kultury

Jak zaś wyglądają w kulturze ukraińskiej Polacy? Trudno się dziwić, że naród, dla którego kamieniem węgielnym był bunt przeciwko pańskiemu uciskowi polskiej szlachty, zachował w swojej kulturze obraz Polaka-pana, przy czym słowo „pan” zawiera w sobie to, co w panowaniu najgorsze, a co niezbędne dla narracji martyrologicznej.

Hajdamakach Szewczenki konfederacja barska, którą wielu z nas często jeszcze postrzega jako coś pozytywnego, jest odmalowywana w czarnych barwach, adekwatnie zresztą do zachowania jej uczestników na Ukrainie. W poemacie konfederaci stają się przyczyną dramatu głównego bohatera (w bestialski sposób pozbawiają życia ojca dziewczyny, w której jest zakochany), co powoduje jego zaciąg w szeregi tytułowych hajdamaków, gdzie jego obłęd znajduje kulminację w rzezi Humania.

Motyw Polaka-pana był szczególnie eksponowany, co nie powinno dziwić, w propagandzie czasów sowieckich. Jeśli zaś zwrócić uwagę na fakt, że państwo ukraińskie jest niestety w dużej mierze spadkobiercą rozmaitych patologii ZSSR, od korupcji poczynając, kończąc na mentalności klasy politycznej, ślady takich narracji, przebranych oczywiście w nowe, niebiesko-żółte (lub czarno-czerwone) szaty, odnaleźć można i dziś. Są to ochłapy po pewnej strategii propagandowej, którą ująć można za pomocą hasła z plakatu Włodzimierza Majakowskiego, na którym dwa bagnety godzą w tylną część ciała komicznego, polskiego szlachciury: Ukraincew i Russkich klicz odin – da nie budiet pan nad raboczym gospodin! (Krzyk Ukraińców i Rosjan jednym krzykiem – nie będzie pana nad robotnikiem).

Na ironię zakrawa fakt, że dziś wielu polityków nacjonalistycznych, szczególnie z Ukrainy Zachodniej, w wpadku sporów o politykę historyczną gra dokładnie na tych samych, antypolskich sentymentach rodem z ZSRR. Sprawia to wrażenie oblężonej twierdzy, a ukraińscy nacjonaliści są dziś kolejnym po Sowietach zawodnikiem w sztafecie grania na kompleksach własnego narodu (świetnym przykładem jest marsz „Miasto Lwów nie dla polskich panów”, zorganizowany przez środowiska nacjonalistyczne wokół rezolucji polskiego Sejmu dot. UPA).

Inną ważną postacią jest Taras Szewczenko, jeden z twórców nowoczesnej świadomości narodowej naszych wschodnich sąsiadów. Zdaje się, że ani ta część Polaków krytykująca Szewczenkę za opisy „rezania Lachów” w Hajdamakach, ani ci Ukraińcy, który za święte przykazanie swojego patriotyzmu przyjmują antypolonizm, wieszając sobie przy tym w pokoju portret Kobziarza, nie pochylili się dokładnie nad jego spuścizną. Być może, gdyby do tego doszło, wiersz Do Polaków cieszyłby się nieco większą popularnością. Zawiera on w sobie chyba najpełniej ujęty pogląd Szewczenki na uczestnictwo Polski w historii Ukrainy. Stanowi pewną przeciwwagę do tego, jak przywykliśmy sobie wyobrażać swój obraz w tamtejszej świadomości.

Ukraiński wieszcz pisze, że póki nie było słychać unii, „brataliśmy się z wolnymi Lachami, cieszyliśmy wolnymi stepami”, aż nie zjawili się księża-jezuici, tak znienawidzeni przez Zaporożców za rozmaite poniżenia i wydzieranie im wiary prawosławnej. „O takto, Lachu, druhu-bracie,/ Zachłanni księża i magnaci/ Rzucili waśń pomiędzy nas,/ I przeto minął zgody czas./ Więc podaj rękę kozakowi/ I czyste serce swoje daj!/ A wspólnie w imię Chrystusowe/ Wskrzesimy znowu cichy raj”.

Czy trzeba dodawać coś jeszcze, by udowodnić, że obraz Polaków w ukraińskiej kulturze nie sprowadza się do figury pana-wyzyskiwacza? Gdyby tylko państwo ukraińskie stwarzało dobre warunki dla rozwoju inteligencji, gdyby owa inteligencja nie musiała rozjeżdżać się po Warszawach, Berlinach czy Paryżach, być może odświeżenie recepcji Szewczenki, usunięcie go z sowieckiego kształtu (bo właśnie, pozwolę sobie stwierdzić, ten poeta jest najbardziej jaskrawym, żywym w zbiorowej świadomości potencjałem, który mógłby prowadzić z powrotem na wspólny szlak) byłoby zbawienne dla naszego myślenia o sobie. W Polsce być może rozumielibyśmy te procesy nieco lepiej, gdyby nie nasze odwieczne zapatrzenie w Zachód.

***

A jednak zbyt często wolimy ograniczać się do martyrologii. Wolimy wierzyć, że przez Ukraińców jesteśmy postrzegani tylko i wyłącznie w kategorii „zawsze podstępni”, i sami wolimy postrzegać ich w takim sposób. O ile w ogóle chce nam się poświęcać jakąś większą uwagę naszym wspólnym zagadnieniom. Za Łobodowskim można stwierdzić, że pojednanie polsko-ukraińskie jest wyzwaniem intelektualnym i nie wystarczy powiedzieć: „kocham Polskę” lub „kocham Ukrainę”, by cokolwiek na tym polu osiągnąć.

Chyba najdobitniej ujął to publicysta w artykule Przeciw upiorom przeszłości, opublikowanym w 1952 r. w paryskiej „Kulturze”: „Polsko-ukraiński spór na emigracji sprawia wówczas na mnie wrażenie kłótni dwóch facetów, siedzących w ludożernym kotle, pod którym już pichci się ogień. A oni, zamiast wspólnym wysiłkiem starać się wyskoczyć z kotła, kłócą się zawzięcie […], wygrażają nawzajem ku wielkiej uciesze ludożerców, odprawiających dookoła kotła swój rytualny taniec. […] Mamy, Polacy i Ukraińcy, niewielu przyjaciół. Kto wie, może tak prawdę mówiąc, nie mamy ich wcale. […] Gdzie szukać sprzymierzeńców na szerokim świecie?”.

Punkt, w którym stykają się nasze kultury i w którym odbija się love-hate relationship, pokazuje wyraźnie – mimo wszystko istnieją podstawy dla wspólnych perspektyw ponad najtrudniejszymi konfliktami dotyczącymi wzajemnych zaszłości. Będzie to prawdziwym grzechem, jeśli mając jakiekolwiek możliwości tworzenia i uczestniczenia w kulturze, pozostawimy je bez odpowiedzi.

Anglojęzyczna wersja materiału do przeczytania tutaj. Wejdź, przeczytaj i wyślij swoim znajomym z innych krajów!

Artykuł (z wyłączeniem grafik) jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zezwala się na dowolne wykorzystanie artykułu, pod warunkiem zachowania informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie „Dyplomacja publiczna 2020 – nowy wymiar”. Prosimy o podanie linku do naszej strony.

Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie „Dyplomacja publiczna 2020 – nowy wymiar”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.