Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Usłyszeć głos przegranych transformacji. Recenzja książki „Kiedyś tu było życie teraz jest tylko bieda”

Usłyszeć głos przegranych transformacji. Recenzja książki „Kiedyś tu było życie teraz jest tylko bieda” Sludge G/flickr.com

Rok 1989 w Polsce kojarzy się przede wszystkim z długo wyczekiwanym upadkiem komunizmu, pierwszymi częściowo demokratycznymi wyborami i powrotem politycznej wolności w naszym kraju. Jednak dla wielu osób, cieszących się w latach PRL przyzwoitym poziomem życia, był to początek trwającej do dziś zaciętej walki o przetrwanie. Katarzyna Duda pozwala prostym ludziom – górnikom, ochroniarzom, sprzątaczkom – opowiedzieć ich własne historie: o utracie pracy w okresie transformacji gospodarczej, chwytaniu się przez dziesięciolecia nisko płatnych zajęć, braku szans na finansową stabilizację. Przemawiają ci, których głosy nierzadko decydują o wynikach wyborów w Polsce, chociaż oni sami znajdują się poza marginesem politycznej wspólnoty.

Doceńmy pracę organiczną naukowczyń i naukowców

Zanim zajmiemy się treścią zasadniczą książki Katarzyny Dudy, warto zauważyć drobny fakt, opisany na dwóch stronach wprowadzenia. Praca jest efektem badań naukowych: autorka, ekonomistka, politolożka i absolwentka prawa, w latach 2015-18 uczestniczyła w dwóch projektach badawczych analizujących zatrudnienie w firmach ochroniarskich i sprzątających. Zakładam, że można było zakończyć te projekty naukowym sprawozdaniem i o sprawie w zasadzie zapomnieć. W końcu ośrodek organizujący te badania wydał na ich podstawie dwa raporty. Te publikacje mogłyby po prostu posłużyć do wzbogacenia naukowego portfolio uczestników projektów. Tymczasem Katarzyna Duda postanowiła, że nie będzie przechodzić obojętnie obok losu ludzi, których obserwowało jej „szkiełko i oko”. Chciała dać im głos. Czy jej się to opłacało? Z punktu widzenia naukowego chyba nie.

Dzisiejszy system oceny pracy naukowców promuje raczej stawianie na jak największą liczbę publikacji, najlepiej w zagranicznych, anglojęzycznych czasopismach (w ogóle w czasopismach raczej niż w formie książek). Dlatego działalność publicystyczną jest poniekąd trudno pogodzić ze ściśle naukowymi badaniami. Niezaprzeczalna wartość książki Kiedyś tu było życie teraz jest tylko bieda polega na tym, że widać w niej jak na dłoni problemy, z którymi bardzo wiele osób pamiętających trudne warunki pracy w latach 90. może się identyfikować.

Kiedyś tu było życie teraz jest tylko bieda poszerza społeczną świadomość problemów transformacji daleko bardziej niż raporty czy czasopisma naukowe. Można zobaczyć konkret doświadczenia, którego wykresy nie pokażą. Dlatego warto docenić tę pracę organiczną Katarzyny Dudy. Warto też się zastanowić, dlaczego takich książek nie ma więcej.

Omawiana praca nie jest po prostu zbiorem kilkudziesięciu wywiadów. Autorka poprzez umiejętne prowadzenie rozmów sprawia, że książka stara się odpowiedzieć na sporo pytań, naukowych i potocznych zarazem. Dlaczego ludzie godzą się na pracę za mniej niż 5 zł za godzinę 20-25 lat po transformacji ustrojowej? Dlaczego niektórzy mają poczucie, że „za komuny” żyło się lepiej? Dlaczego PiS wygrał już dwukrotnie wybory parlamentarne?

W życiorysach bohaterów tej książki widać jasno odpowiedzi, które w innych publikacjach bywają ukryte, poddane ocenie przez badacza lub udzielone z perspektywy wielkomiejskiej akademii. Czasem najlepszą drogą do zrozumienia problemu jest po prostu porozmawianie z tymi, których problem dotyczy.

Przegrani polskiej transformacji, czyli smutny traf losu

Zestaw życiorysów bohaterów książki pokazuje wyraźnie, kto przegrał na dokonywanych od 1989 roku przemianach ekonomicznych i politycznych. Byli to głównie robotnicy przemysłowi. Katarzyna Duda wybrała się w podróż do kilku miejsc, w których odzwierciedlają się losy wielu polskich miast. Autorka odwiedziła m.in. Wałbrzych, Katowice, Trójmiasto i wiele mniejszych miejscowości, gdzie rozmawiała z górnikami, hutnikami, stoczniowcami, pracownikami rozmaitych fabryk i zakładów, które w latach 90. uznano za nierentowne (lub takimi je uczyniono), sprywatyzowano lub zamknięto.

W historiach tych ludzi powtarza się kilka elementów. Jeden z nich to ukończenie edukacji zawodowej na kilka lub kilkanaście lat przed upadkiem PRL-u. Podjęta ścieżka pracy często stanowiła ponadto przedłużenie rodzinnych tradycji. Szkoły zawodowe uczyły umiejętności, które potrzebne były potem w znajdujących się często tuż obok odpowiednich zakładach, te zaś od razu po zakończeniu edukacji przyjmowały każdego absolwenta do pracy.

Bohaterowie książki znajdowali więc zatrudnienie w kopalniach, hutach czy fabrykach. Po 1989 roku połączyło ich bezrobocie – w latach 90. ich etaty znikały, bo znikały całe branże. Wiele lat klepania biedy i chwytania się jakiegokolwiek źródła zarobku sprawiło, że losy tych ludzi jeszcze bardziej upodobniły się do siebie około 20 lat po transformacji, gdy znajdowali pracę w firmach ochroniarskich czy sprzątających.

Tam jednak czekało ich drastyczne przepracowanie, głodowe pensje i wykorzystywanie – słowem, wyzysk i przemoc ekonomiczna. Dopiero ostatnie 5 lat rządów PiS-u było dla nich poprawą, ale nie przez program 500+ – większość bohaterów książki jest już w wieku emerytalnym lub nawet starsza – lecz przez wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej na umowie-zleceniu i ogólne próby walki ze śmieciówkami.

Widać zatem, że osoby te faktycznie nie zawiniły niczym, co skazywałoby je na pracę nawet 300-400 godzin miesięcznie, na 24-godzinnych zmianach w nieogrzewanej klitce ochroniarskiej lub na własnej „działalności gospodarczej” jako sprzątaczka w szpitalu bez możliwości urlopu zdrowotnego. Zarazem widać, że dziś przynależność wielu ludzi do klasy średniej (a tym bardziej wyższej) jest efektem pewnego historycznego przypadku, szczęśliwego zbiegu okoliczności.

Ktoś miał na tyle siły psychicznej, by nie popaść w alkoholizm. Ktoś po upadku przemysłu był jeszcze na tyle młody, że ktoś chciał go zatrudnić. Kogoś zatrudniono gdzieś po znajomości, gdy wokół szalało bezrobocie. Komuś udało się w porę wyemigrować itp.

Podobnych historii można wyliczać wiele. Jednak to życiorysy tych, którzy mieli pecha, obrazują ciągłą bezsilność jednostki w zderzeniu z systemem, malując niemal kafkowski obraz stosunków na rynku pracy, które panowały w Polsce jeszcze w tej dekadzie. To po prostu nie był świat równych szans i równych praw.

W związku z przypadkowością krzywd, które spotkały tych ludzi, należy rozważyć odpowiedzialność moralną za ich los. Czy ponoszą ją oni sami? Nie, jeśli zgodzimy się co do dwóch rzeczy. Po pierwsze, bohaterowie książki Katarzyny Dudy nie mogli przewidzieć, że ich wybór kształcenia zawodowego sprowadzi na nich bezrobocie. Po drugie, przy kilkunastoprocentowym (i większym) bezrobociu nie każdy z nich mógł znaleźć pracę, a życie w wieloletniej biedzie zmuszało ich do przyjęcia każdych warunków zatrudnienia, w najgorszych nawet branżach, gdzie tylko chciano przyjąć ludzi w ich wieku.

Zatem odpowiedzialność spada na rządzących i na elity. Na tych, którzy zdecydowali się na terapię szokową za wszelką cenę, zamiast bardziej gradualistycznego, stopniowego procesu przejścia do kapitalizmu. Na tych, którzy nie potrafili zrobić nic, by prywatyzacja i międzynarodowa konkurencja nie wpędziła tysięcy ludzi w biedę. Na tych, którzy przez lata przymykali oko na śmieciowe umowy, kierując się neoliberalną ideologią (co ciekawe, to za pierwszych, deregulacyjnych rządów PiS-u popularność zaczęły zyskiwać umowy zlecenia i o dzieło zamiast o pracę, a także praktyki np. podpisywania dwóch umów – jedną na małą liczbę godzin, oskładkowaną i z normalną płacą, a drugą prawdziwą, na głodową stawkę bez świadczeń socjalnych – ale prawdziwe apogeum tego zjawiska to rządy koalicyjne PO-PSL, szczególnie po kryzysie 2009 r.).

Państwo polskie po prostu nie zdało egzaminu – mówi wielu bohaterów książki, którzy należeli do „Solidarności”: gdyby wiedzieli, co ich czeka w wolnej Polsce, to nie strajkowaliby w latach 80. W ich oczach rachunek krzywd prawdopodobnie nigdy nie zostanie wyrównany.

Bardzo wymownie mówią o tym w zasadzie wszystkie przytaczane przez autorkę historie: od opowieści byłych górników, którzy potem w komitecie społecznym błagali o zachowanie biedaszybów (nielegalnych, często niebezpiecznych miejsc wydobycia węgla w okolicach Wałbrzycha), jedynego dostępnego im źródła zarobku, po historie z terenu budowy ekskluzywnego, drogiego osiedla, który ochrania starsza pani, pozbawiona domu, mieszkająca w swojej budce ochroniarskiej bez wody i ogrzewania, zarabiająca mniej niż 2 zł za godzinę.

Praca to nie tylko wymiana czasu za wypłatę

Transformacja ustrojowa była dość gwałtowną przemianą świata pracy. Można zaryzykować stwierdzenie, że skala i głębia tej zmiany była porównywalna do  uwłaszczenia chłopów w XIX wieku, gdyż oba procesy były sterowane odgórnie (decyzjami administracyjno-politycznymi) i niosły konieczność całkowitych zmian relacji pracy. Uwłaszczenie zazwyczaj uważa się za coś pozytywnego, a opisywane tu zmiany już niekoniecznie – dla wielu ochroniarzy czy sprzątaczek przypominały niechlubny powrót folwarcznych stosunków, opartych o wyzysk i przemoc ekonomiczną. Nie da się ukryć, że w poprzednim ustroju w Polsce tym ludziom pracowało się po prostu lepiej. A im podobnych nie jest mało.

Nie chodzi o to, że w hucie czy kopalni się wypoczywało – pogorszenie się warunków pracy obejmuje wymiar psychologiczny, społeczny oraz ekonomiczny. Ten ostatni oznaczał przede wszystkim relatywnie wysoką pensję (w skali kraju, ale raczej bez porównania z krajami Europy Zachodniej) przy jednoczesnych niewielkich różnicach z pensjami na wyższych stanowiskach oraz gwarancję zatrudnienia.

Tragedia ludzi to też tragedia miast i tkanki społecznej

Istotnym i powtarzającym się wątkiem w książce są dzieje miasta, które nakładają się na losy bohaterów. Ich doświadczenia bowiem z reguły nie były pojedynczymi, tragicznymi przypadkami, lecz należały do codzienności mas zwalnianych z zamykanych fabryk, hut i kopalń. W PRL-u zakłady pracy stanowiły integralną część tkanki miasta. W związku z tym wokół nich istniała sieć różnych obiektów i organizacji, które tworzyły wspólnotę urbanistyczną i społeczną.

Mowa nie tylko o budynkach mieszkalnych czy placówkach medycznych i oświatowych w pobliżu fabryk, lecz także o kinach, restauracjach, barach, drobnych zakładach usługowych i tym podobnych miejscach, w których toczyło się codzienne życie społeczne. W czasach transformacji nierzadko zachodziła reakcja łańcuchowa: zamknięcie zakładu pracy było początkiem upadku wielu z tych instytucji.

W ten sposób zrodziły się dzielnice dziś znane ze swej złej reputacji, czyli z przestępczości, handlu narkotykami, biedy i patologii. Autorka ponadto upatruje tu powiązania z nasileniem chuligaństwa, rozwojem środowisk kibolskich, na co dowodami mogą być coraz powszechniejsze w odwiedzanych miejscach kibolskie napisy i graffiti.

To już jednak potomkowie przegranych na transformacji – wychowywani w biedzie (często w niedożywieniu) znacznie częściej mają problemy z prawem, gorzej się uczą, wchodzą w środowiska przestępcze i dilerskie. Nasilenie ich problemów czasem kończy się  samobójstwem, a często depresją. Zjawiska te ukazują, jak głębokie problemy w różnych obszarach kraju spowodowała transformacja ustrojowa, a także jak trudno będzie się z nimi zmierzyć.

Historia nareszcie opowiedziana

Książka Katarzyny Dudy wzrusza, zasmuca, wprowadza w złość i niedowierzanie. Jednak nie da się jej czytać bez emocji, gdyż ciągle czytelnik wie, że jest to swoista literatura faktu, prawdziwe historie prawdziwych ludzi, którzy gdzieś w Polsce żyją, ledwo wiążąc koniec z końcem. Ludzi tych najczęściej nie zauważamy i nie rozumiemy, ich historie są nam obce, a ich wybory polityczne wydają nam się czasem nieracjonalne.

Kolejne wypowiedzi bohaterów uświadamiają, że niektórzy większe nadzieje na zmianę losu pokładają w wygranej w Lotto niż w jakiejkolwiek polityce. A jedynej poprawy od 20-30 lat doświadczyli po 2015 r., gdy PiS uregulował nieco rynek pracy. Oczywiście, wciąż są biedni, wciąż muszą pracować mimo zaawansowanego wieku, więc wciąż stanowią świadectwo tego, jak bardzo nie poradziliśmy sobie z budową III RP.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.