Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Chrześcijaństwo na marginesie świata

Chrześcijaństwo na marginesie świata Autorka ilustracji: Magdalena Karpińska

Chrześcijanie powinni angażować się w debatę publiczną i próbować odgrywać rolę wprowadzających pokój. Nie wiem, czy to wciąż możliwe, ale powinniśmy próbować. Musimy przygotować się na długie zmagania. Nie mam na myśli defetyzmu – nie powinniśmy uciekać w góry i budować tam warowne fortece. Uważam, że musimy ożywić nasze życie duchowe, edukować się, nawracać, budować silne więzi zaangażowanych wspólnot. Rod Dreher, autor książki Opcja Benedykta. Jak przetrwać czasy neopogaństwa w rozmowie z Łukaszem Kożuchowskim.

Większość Pańskich tekstów podejmuje tematykę relacji między współczesnym państwem, kulturą i chrześcijaństwem. Aktualnie religia zazwyczaj nie znajduje się ani w centrum polityki, ani kultury. Co, Pana zdaniem, należy do najważniejszych aspektów relacji między tymi elementami w społeczeństwie amerykańskim?

Żyjemy w apokaliptycznych czasach. Apokaliptycznych w znaczeniu: objawiających, ujawniających. Obserwujemy dekadencję, która narastała przez wiele lat – była jednak przykryta złudnymi pozorami normalności. Gdy uderzył w nas kryzys związany z Covidem-19, otrzymaliśmy poważny cios. Trudno mi powiedzieć, kiedy po nim wydobrzejemy.

Z chrześcijańskiego punktu widzenia najważniejsze jest, by dostrzec, że Ameryka jest krajem postchrześcijańskim, chociaż wielu Amerykanów by temu zaprzeczyło. Widać to wyraźnie w pokoleniach młodszych niż – powiedzmy – osób w wieku 45 lat. One opuszczają kościoły na masową skalę. Dla tych, którzy zostają, chrześcijaństwo stało się osobliwą mieszanką terapeutyki i polityki. Większość osób myśli, że Bóg nie chce od nas niczego więcej niż bycia zadowolonymi z siebie i miłymi dla innych. Do tego, by głosować na takich, a nie innych kandydatów. Nie widzę już tradycyjnego, proroczego chrześcijaństwa jako znaczącej siły moralnej.

Prawdziwa walka, która rozegra się w Stanach Zjednoczonych w najbliższych dziesięcioleciach, odbędzie się pomiędzy progresywistyczną lewicą a świecką, nacjonalistyczną prawicą. Chrześcijanie będą po obu stronach tego konfliktu, ale samo chrześcijaństwo okaże się marginalnym czynnikiem.

Wierzę, że dziś najważniejsze polityczne zadanie dla amerykańskich chrześcijan stanowi walka o utrzymanie przestrzeni, w której może odbywać się kult religijny i wychowywanie naszych dzieci w chrześcijańskim duchu. Konstytucja USA zapewnia silną obronę instytucjom religijnym i wolności religijnej. Jednak ta obrona w praktyce zależy od tego, jak sądy interpretują konstytucję. W nadchodzących dekadach świecka lewica wypowie wojnę chrześcijańskim wspólnotom i szkołom, które odmówią przystania na żądania postępowych ideologii, zwłaszcza LGBT. Niepokojące jest to, że obecnie Kościoły nie mają po swojej stronie młodych osób. Wielu młodych katolików silnie popiera ideologię LGBT. Wśród protestantów nie jest ono już tak silne, jednak tendencje liberalizujące są wyraźne.

Przewidywałem to w książce Opcja Benedykta,  ale wciąż dla wielu Amerykanów to trudne do dostrzeżenia. Nie przechodzi im przez myśl, że Ameryka może zmieniać się tak szybko, jak realnie się to dzieje. Kryzys związany z pandemią i prezydentura Trumpa przyspieszyły te procesy. Gdy mówię te słowa, niektóre amerykańskie miasta płoną w zamieszkach, zaś wielu zwykłych Amerykanów w bardziej konserwatywnych regionach gromadzi broń i amunicję w obawie o przyszłość.

Chrześcijaństwo zostanie znacząco umniejszone jako czynnik społeczny i kulturowy, gdy zaś rasy i klasy zyskają na znaczeniu. Przez wiele lat ostrzegałem lewicę, że tego typu polityka tożsamościowa obudzi demony śpiące na prawicy. Ale lewica się nie przejmuje, w ogóle nie myśli w tych kategoriach. Cóż, ów moment właśnie nadszedł. Widzimy także klasy wyższe odcinające się od klas pracujących. To szalone czasy.

Które z tych uwag Pana zdaniem można odnieść nie tylko do Stanów Zjednoczonych, ale i do całego świata Zachodu? Czy USA to awangarda nadchodzących przemian czy raczej osobliwy wyjątek?

Cóż, w wielu krajach Europy widzimy, jak nacjonalistyczna, populistyczna prawica zmaga się z powiązaną z establishmentem, globalistyczną lewicą (ale też z osłabionymi politykami z prawicowego establishmentu). To nie zaczęło się w Ameryce. Zdaje się, że ma swój początek w zachodnioeuropejskich demokracjach, jest gwałtowną reakcją na globalizację. Trzeba też nadmienić, że Europa w kwestii sekularyzacji jest z pewnością dalej niż Stany Zjednoczone.

Natomiast to, w czym Ameryka stanowi awangardę, to kwestie rasowe, a wręcz powiązywanie wszelkiego lewicowego poczucia krzywdy z kwestiami rasowymi. Widzimy to na protestach Black Lives Matter w wielu europejskich miastach. To przecież szaleństwo – w Europie nie było niewolnictwa, państw w stylu apartheidowym, tak jak na południu Stanów Zjednoczonych. A jednak w Europie odbywają się protesty. Sądzę, że europejska lewica i kultura młodzieżowa przyswoiły sobie narrację BLM jako sposób na odrzucenie całości europejskiej historii i kultury. W Stanach Zjednoczonych większość osób solidaryzuje się z Czarnymi, którzy padają ofiarą policyjnej brutalności – to wykazują badania społeczne. Ale BLM stało się czymś w rodzaju parasolowej organizacji dla wszystkich protestów związanych z polityką tożsamościową. Sposób, w jaki Amerykanie w przeszłości traktowali Czarnych, stał się środkiem, dzięki któremu antykolonialny gniew Europy skierowany ku niej samej może się skupić i wyrazić we wręcz samobójczym szale.

Dlaczego uważa Pan, że zachodzą tak gruntowne zmiany?

Covid oczywiście okazał się wielkim wstrząsem, ale nie wyrządziłby tak wielkich szkód, gdyby już wcześniej pewne struktury nie zgniły. Okazało się, że popsute warstwy były schowane pod fasadą normalności. Wierzę, że obecnie ponosimy skutki globalizmu, ale również i porażki całego projektu oświecenia. Okazuje się, że nie da się zbudować spójnego społeczeństwa bez objęcia go wspólną metanarracją. Gdy ludzie nie będą mieli chrześcijaństwa, zwrócą się ku czemuś innemu – nacjonalizmowi lub jakiejś totalizującej ideologii. Hanna Arendt w Korzeniach totalitaryzmu stwierdziła, że głównym czynnikiem wyjaśniającym, czemu w Rosji pojawił się bolszewizm, a w Niemczech – nazizm, była alienacja i wyobcowanie mas ludzi. Kryzys tradycyjnych źródeł tożsamości, takich jak klasy społeczne czy Kościół, uczynił życie absolutnie nieznośnym dla większości osób. Były one chętne do przyjęcia jakiejś ideologii, która dałaby im sens, cel i tożsamość.

Jeszcze nie jesteśmy w tym punkcie. Dziś na Zachodzie czcimy autonomiczną jednostkę jako naszego boga. Moja węgierska katolicka przyjaciółka, trzydziestolatka, powiedziała mi, że większość ludzi z jej pokolenia nie chce dla Węgier niczego innego, jak żeby stały się Szwecją – bogatym miejscem, gdzie ludzie mogą robić, co im się rzewnie podoba. Problem w tym, że w ten sposób nie da się utrzymać spójnego społeczeństwa.

W Stanach Zjednoczonych wojująca ideologia sprawiedliwości społecznej stanowi próbę moralizowania postchrześcijańskiego społeczeństwa przez wyobcowaną burżuazję. To zakrawa o totalitarność, choć stanowi tego miękką formę. Im też się udaje, gdyż z powodzeniem przeszli marsz przez instytucje społecznego życia Ameryki, w którym zdobyli wysoką pozycję.

W konsumpcyjnej kulturze, takiej jak amerykańska, ma głębokie znaczenie to, że wielki biznes stał się dogłębnie zideologizowanym (woke – taki nasz termin na oświecenie wedle ideologii sprawiedliwości społecznej). Amerykanie wciąż mają przestarzałą mentalność z czasów zimnej wojny, która mówi im, że totalitaryzm może przyjść wyłącznie drogą poprzez państwo. Stany Zjednoczone są zaś pionierami nowej formy totalitaryzmu, gdzie korporacje będą tak samo, albo nawet i bardziej, ważne jak państwo.

Te zmiany są antychrześcijańskie lub raczej postchrześcijańskie? Może mamy tu do czynienia z jakimś rodzajem nowoczesnej herezji, gdzie elementy chrześcijaństwa są wymazywane, ale inne trwają w przemodelowany sposób?

Mamy do czynienia z antychrześcijaństwem, choć w bardzo subtelnej formie. Rene Girard stwierdził, że antychryst uczyni wszystko, by być wierną imitacją Chrystusa. Według Girarda to, co wyróżnia chrześcijaństwo jako społeczny i historyczny fenomen, to troska o ofiary. Przemieniła ona kulturę Zachodu, a w końcu wpłynęła na kulturę całego świata. Zaś kultura praw człowieka, która zbudowana została na fundamencie oświecenia, była jedynie zeświecczeniem wartości chrześcijańskich.

Współcześni radykałowie sprawiedliwości społecznej flankują chrześcijaństwo z jego lewej strony. Atakują je za rzekome niedostateczne współczucie ofiarom historii. Girard stwierdził: „Współczesny proces duchowej demagogii i retorycznej przesady doprowadził do transformacji troski o ofiary w permanentną inkwizycję”. Powiedział, że intelektualiści i elity kulturalne „wypromowały chrześcijaństwo na pierwszorzędnego kozła ofiarnego”.

Ów radykalizm jest bardzo dobrze widoczny w kwestiach praw LGBT, a obecnie także w przypadku kwestii rasowych. Chrześcijaństwo jest zatroskane o ofiary, ale także ostrzega przed zepsuciem serc ludzi i złudnym poczuciem własnej nieomylności. Co roku przypominamy sobie w trakcie liturgii paschalnej, że wszyscy prawdopodobnie stalibyśmy w Jerozolimie, krzycząc „ukrzyżuj Go!”. To aspekt, który radykałowie wyrzucili z chrześcijańskiej wizji świata. Sołżenicyn stwierdził, że granica między dobrem a złem przebiega wewnątrz serca każdego człowieka. Cóż, wedle radykałów owa granica sytuuje się między rasami i klasami. To klasyczny bolszewizm, który – jak wiemy – doprowadził do terroru, gdzie wina jednostki wynikała wyłącznie z przynależności do klasy społecznej.

Czy uważa Pan, że w obecnej sytuacji istnieje przestrzeń do konstruktywnego dialogu? Czy może jedyną opcją dla chrześcijan jest konfrontacja albo wręcz odwrót?

To niezwykle ważne pytanie. Nie znam na nie odpowiedzi. Zawsze musimy być gotowi do dialogu. Lecz dialog to niebezpieczne słowo, przynajmniej w amerykańskiej kulturze politycznej. W rzeczywistości zaproszenie do rozmowy zazwyczaj było wystosowanym przez lewicę zaproszeniem do naszej kapitulacji. W USA stare wspólnoty protestanckie tzw. głównego nurtu właściwie w całości zostały zawojowane przez progresywizm. W latach 70. liberałowie wewnątrz tych denominacji wzywali do dialogu na temat m.in. homoseksualizmu. Dziś widzimy, że wykorzystywali szansę do dialogu w swojej strategii do eliminacji konserwatywnej opozycji. Teraz, gdy są u władzy, nie gustują już w rozmowie, ponieważ (w ich opinii), nie powinno się dialogować ze „złem”.

Nie wiem, jaka przyszłość stoi przed dialogiem w obecnej sytuacji. Jest on zdecydowanie możliwy z klasycznymi liberałami, którzy mogą się z nami nie zgadzać, ale wierzą, że mamy prawo do bycia w błędzie. Inaczej rzecz się ma z jakobinami z młodszych pokoleń. Oni wierzą, że tolerowanie odmiennych opinii to w istocie paktowanie ze złem. Zgodnie z ich zdaniem z nami nie powinno się rozmawiać, a jedynie nas zwalczać. To przerażająca sytuacja. Na postmodernistycznej lewicy wierzy się, że „prawda” jest relacją sił, niczym więcej. Jak można dialogować z ludźmi, którzy nie umieją postrzegać prawdy jako czegoś, czego można wspólnie poszukiwać? Po prostu się nie da.

W obliczu takiej sytuacji, jaka, Pańskim zdaniem, powinna być rola chrześcijan? Jak powinniśmy postępować, na czym się skupić?

Chrześcijanie powinni angażować się w debatę publiczną i próbować odgrywać rolę wprowadzających pokój. Nie wiem, czy to wciąż możliwe, ale powinniśmy próbować. Najważniejszą rolą obecnie jest jednak zwrócenie się ku wnętrzu – ku naszym rodzinom i wspólnotom. Musimy przygotować się na długie zmagania. Poruszałem ten temat w Opcji Benedykta. Nie mam na myśli defetyzmu – nie powinniśmy uciekać w góry i budować warownych fortec. Sądzę, że musimy ożywić naszą duchowość, edukować się, nawracać, budować silne więzi zaangażowanych wspólnot.

Daleki jestem od stwierdzenia, że trzeba w zupełności wycofać się z życia publicznego! To nie jest sytuacja albo-albo. Uważam natomiast, że jeśli chcemy brać udział w życiu publicznym jako chrześcijanie, musimy zrozumieć, że wytrwałość w wierze wymaga od nas dużo więcej zaangażowania niż w czasach, gdy nasze społeczeństwa i kultury były chrześcijańskie. Mam nadzieję, że moje dzieci będą amerykańskimi patriotami, ale najpierw muszą być sługami Boga.

Sądzę, że trudno wielu chrześcijanom – zarówno świeckim, jak i duchownym – zrozumieć, jaki wpływ na rzeczywistość ma współcześnie chrześcijaństwo. Gdy w zeszłym roku byłem w Polsce, każdy katolik poniżej czterdziestki, z którym rozmawiałem, powiedział mi, że spodziewa się w Polsce sekularyzacji w wydaniu irlandzkim w ciągu najbliższych dwóch dekad. To było dla mnie zdumiewające. Jako amerykański chrześcijanin zawsze myślałem o Polsce jako twierdzy katolicyzmu. Ale podczas mojej wizyty w tym kraju dowiedziałem się, że to nieprawda. Rozmawiałem z pewnym szacownym księdzem, starszym człowiekiem, który powiedział mi, że bardzo obawia się tego, że polscy biskupi i kler żyją przeszłością, spoczywają na laurach z czasów „Solidarności”. Nie widzą tego, jak bardzo ich własny kraj zmienił się w czasach postkomunistycznych.

Podobna rzecz dzieje się w Ameryce wśród konserwatywnych liderów chrześcijańskich. Oni naprawdę nie widzą, jak bardzo grunt usuwa się im spod nóg. Nie przygotowują swoich wiernych na to, co nadchodzi, ani nawet na to, co już mamy. W mojej nowej książce – Live Not By Lies – która została opublikowana w USA 29 września, zebrałem historie i przestrogi od chrześcijan, którzy żyli w bloku wschodnim. Staram się przekonać amerykańskich czytelników, że zbliża się jakaś nowa forma totalitaryzmu i że musimy się na nią przygotować. Możemy się nauczyć tak wiele od Polaków, Czechów, Słowaków, Węgrów, Rosjan i innych chrześcijan, którzy żyli w państwach totalitarnych. Dziwi mnie jednak również to, że młodzi ludzie z krajów byłego bloku wschodniego – ci urodzeni już po komunizmie – także muszą się wiele nauczyć od własnych rodziców i dziadków.

Swoją książkę dedykuję księdzu Tomisławowi Kolakoviciowi, chorwackiemu kapłanowi, który uciekł Gestapo w 1943 roku i wrócił do ojczyzny swojej mamy – na Słowację. W Bratysławie ostrzegał młodych katolików, że Niemcy przegrają wojnę (co oczywiście było dobrą informacją), ale potem Słowacja będzie rządzona totalitarnie przez Sowietów. Mówił, że komuniści zamierzają zniszczyć Kościół i że wierni powinni przygotować się do stawiania oporu. Biskupi uznali go za panikarza. Bali się, że chciał oddać zbyt dużo sprawczości w ręce świeckich. Ksiądz Kolakovic zbudował jednak sieć wiernych chrześcijan na całej Słowacji. Gdy w 1948 roku nadszedł pucz komunistów, sieć Kolakovicia, w tym tajni księża, stała się podziemnym Kościołem w tym kraju. Mam proste przesłanie do czytelników – rok 1943 jest dziś. Co ksiądz Kolakovic by nam doradził?

Jakie są dalekosiężne perspektywy dla chrześcijaństwa w politycznych i społecznych realiach, o których Pan mówił? Czy chrześcijanie są skazani na pozostanie na marginesie, czy może są jakieś szanse na odrodzenie?

Uważam, że w najbliższej przyszłości chrześcijanie będą mniejszościami w swoich społeczeństwach, tak jak to przewidział ksiądz Joseph Ratzinger w 1969 roku, a my – młodsi chrześcijanie – obserwujemy to obecnie. Dzieje się to teraz, choć w Polsce nie jest chyba aż tak widoczne. Ksiądz Ratzinger wzywał chrześcijan, by stali się kreatywną mniejszością wewnątrz swoich kultur. Musimy się zastanowić, jak to zrobić. Przede wszystkim jednak trzeba skupić na podtrzymywaniu żywej wiary, prawdziwie żywej, a nie eksponatu muzealnego. Żywię nadzieję, że w przyszłości nadejdzie odrodzenie, choć tego mogę nie dożyć. Moją rolą jest robić co w mojej mocy, by podtrzymać żywą wiarę w sercach moich dzieci, sąsiadów i w swoim własnym. Nasza wiara uczy nas, że nawet jeśli umieramy dla Chrystusa, to mamy w Nim życie i nasze poświęcenie nie pójdzie na marne.

Jesteśmy wyznawcami bardzo dziwnej religii – czynimy bohaterami tych, którzy zostali zamordowani. Chciałbym, żebyśmy jako chrześcijanie odnosili sukcesy na tym świecie, ale najważniejszą rzeczą jest nie ziemskie zwycięstwo,  ale wierność Jezusowi Chrystusowi, nawet jeśli to oznacza śmierć. Być może brzmi to deprymująco dla współczesnego człowieka, zważywszy na to, że w konsumpcyjnym społeczeństwie ludzie gardzą cierpieniem. Jednak nie da się oddzielić cierpienia i porażki – w każdym razie porażki doczesnej – od Ewangelii. Najważniejszym rozdziałem Live Not By Lies jest ten, w którym chrześcijanie, którzy wytrwali podczas komunistycznych prześladowań, mówią nam, że musimy nauczyć się dobrze cierpieć. Bez tej umiejętności wiara nie przetrwa.

Czy uważa Pan, że obecna sytuacja jest szansą na lepszą współpracę między różnymi wyznaniami chrześcijańskimi? Czy przewiduje Pan pogłębienie więzi między chrześcijanami różnych denominacji w obliczu czekających nas wspólnych wyzwań?

Mam taką nadzieję! Jedną z rzeczy, którą widać w świadectwach byłych więźniów komunistycznych, jest to, że podziały konfesyjne między nimi właściwie znikały. Dr Silvester Krcmery, słowacki lider podziemnego Kościoła katolickiego, pisał o tym pięknie w swoich wspomnieniach. Był więziony i torturowany ze względu na Chrystusa i korzystał z tej sposobności, by budować więzi miłości między chrześcijanami z innych wspólnot. Komunistom nie robiło różnicy, czy byłeś katolikiem, prawosławnym lub protestantem. Ważne było to, że byłeś chrześcijaninem. Podobny był przypadek pastora Richarda Wurmbranda, rumuńskiego luteranina, który przeżył okropne męki w więzieniu. Powiedział, że miłość wszystkich uczniów Chrystusa, której doświadczył w więzieniu, była przeogromna.

Kiedyś byłem katolikiem, jednak ze względu na poważny kryzys duchowy konwertowałem się na prawosławie. Mam siostry i braci w wierze, którzy wyznają Chrystusa jako katolicy, mam też takich, którzy wyznają Go jako protestanci. Sądzę, że różnice między nami są istotne. Nie mam zamiaru umniejszać znaczenia teologii, ale w sytuacji prześladowań – które, jak sądzę, nadchodzą – my, chrześcijanie, nie mamy luksusu możliwości koncentrowania się na doktrynalnych czy eklezjologicznych sporach. Ludzie nie będą nas nienawidzić jako katolików, prawosławnych czy protestantów. Będą nas nienawidzić jako uczniów Jezusa Chrystusa. Widzę swoją rolę jako budowniczego mostów przyjaźni i solidarności między chrześcijanami. My wszyscy będziemy w tych samych kłopotach razem. Być może nawet w tych samych celach więziennych. Powinniśmy poznać się nawzajem lepiej teraz, gdy jeszcze jest na to czas.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.