Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Od Rzymu do Internetu. Czego historia uczy nas o władzy nad informacją?

przeczytanie zajmie 8 min
Od Rzymu do Internetu. Czego historia uczy nas o władzy nad informacją? Źródło: Sue Waters - flickr.com

Od starożytnego Rzymu po amerykańskie spory z socjalistami i komunistami w XX wieku – obawiające się utraty władzy elity okazują się bezlitosne dla zwykłych obywateli. Kiedy w siłę rosną oligarchiczne struktury polityki i biznesu, wolność słowa staje się zagrożona. Nawet jeśli system prawny pozornie chroni swobody obywatelskie.

U progu trzeciej dekady XXI w. jesteśmy świadkami wzmożonej dyskusji na temat wolności słowa. Jednocześnie dyskutanci coraz bardziej obawiają się, czy przetrwa ona obecne kulturowe, polityczne i technologiczne turbulencje. We współczesnym świecie Zachodu trzy kluczowe czynniki stoją za powrotem do debaty publicznej tematu tak dawno już w nim nie widzianego.

Trzy katalizatory obaw o wolność słowa

Pierwszym z tych czynników jest oczywiście trwająca obecnie wojna kulturowa, w ramach której obie strony oskarżają się nawzajem o chęć wykorzystania narzędzi prawnych do prewencyjnej cenzury ideowej i wyrugowania przeciwników z debaty publicznej. Po drugie, po raz pierwszy od zakończenia zimnej wojny hegemonia polityczna Zachodu jest zagrożona – przez wzrost potęgi Chin, które coraz częściej oskarżane są o to, że – tak jak niegdyś Związek Radziecki – próbują wykorzystywać liberalne instytucje zachodnich państw do osłabienia ich od wewnątrz.

Wreszcie trzecim czynnikiem jest niemal całkowite już przeniesienie debaty publicznej do Internetu, połączone ze zdominowaniem tegoż przez zaledwie kilka podmiotów komercyjnych. Skutkuje to powstaniem oligopolu medialnego nowego typu, a tym samym mimowolnym transferem możliwości realnego cenzurowania wypowiedzi wszelkiego rodzaju z organów tradycyjnie rozumianej władzy publicznej właśnie na owe podmioty cyfrowe.

Nie powinno nas dziwić, że połączenie tych trzech zjawisk stwarza obawy co do przyszłości wolności słowa. Zarówno bowiem wewnętrzne pęknięcie, jak i problemy zewnętrzne Zachodu zdecydowanie sprzyjają tendencjom cenzorskim. Dodać do tego należy przyspieszone przez lockdown wywrócenie do góry nogami niemal całej międzyludzkiej komunikacji i nowe możliwości sprawowania nad nią szerokiej kontroli. Informatyczni giganci mają do dyspozycji bardzo skuteczne i atrakcyjne narzędzi do kontrolowania przepływu informacji oraz zamykania ust ideowym przeciwnikom.

Trzeba podkreślić, że wolność słowa jest ograniczana z wielu innych motywacji niż tylko te jednoznacznie ideologiczne i polityczne. Jako przykład z innej dziedziny można wspomnieć dostępność pornografii. W tej krótkiej analizie ograniczam się jednak tylko do przypadków par excellence politycznych, próbuję bowiem przyjąć perspektywę republikańską, dla której wolność słowa jest nade wszystko koniecznym warunkiem partycypacji w życiu publicznym.

Lekcja rzymska – zmierzch niezbędnej równowagi

Wolność słowa przeżywała w historii liczne wzloty i upadki. Dziś przyzwyczajeni jesteśmy do jej rozumienia i interpretowania w duchu liberalnym, zapominając często o tym, że jest ona również klasyczną wartością republikańską i jako taka stanowiła oczywisty element politycznego życia Republiki Rzymskiej. Oczywiście, nikt nie formułował wówczas koncepcji wolności słowa jako prawa przysługującego jednostce; była natomiast stałym i cenionym elementem politycznego obyczaju.

Społeczeństwo antycznego miasta-państwa było znacznie bardziej homogeniczne niż dzisiejsze społeczeństwa. Obce były mu konflikty światopoglądowe, które znamy od początku nowoczesności. Głównym wymiarem, w którym możemy mówić o wolności wypowiedzi w starożytności, było krytykowanie, oskarżanie, a nawet pomawianie innych uczestników życia publicznego. W tym zakresie Rzymianie nie znali zbytnich zahamowań: ich życie polityczne było burzliwe, a konflikty niejednokrotnie przybierały gwałtowny przebieg.

Przykład rzymski pokazuje, że aby wolność polityczna mogła być na co dzień efektywnie praktykowana, nie są potrzebne żadne nowoczesne wynalazki, takie jak wzniosłe deklaracje praw jednostki oraz skomplikowane procedury czy specjalne organy mające gwarantować ich zachowywanie. Tym, co wolność polityczną umożliwia, jest równowaga między uczestnikami życia politycznego i brak faktycznej możliwości zagarnięcia zbyt wielkiej władzy przez któregokolwiek z jego uczestników.

Gdy rzymskie podboje terytorialne przyniosły wielkie zmiany gospodarcze i społeczne, dawna równowaga runęła, a dni republikańskiej wolności były policzone. W kontekście wolności słowa doskonale symbolizuje to los Cycerona, który swoją krytykę Marka Antoniusza, wyrażoną w słynnych Filipikach, przypłacił wpisaniem na listę proskrypcyjną i śmiercią. Dodatkowo mściwy triumwir kazał wyeksponować na Forum obciętą głowę i ręce retora – a więc narzędzia, przy pomocy których tworzył i wygłaszał  swoje mowy.

Nauka z historii Rzymu płynie taka, że wolna wypowiedź polityczna możliwa była w warunkach koegzystowania licznej warstwy równych sobie przedstawicieli elity władzy, którzy mogli krytykować się werbalnie do woli, bez obawy o to, że ktoś odważy się ich za to prześladować. Analogia do sytuacji, w której obserwujemy faktyczne zastępowanie niedawnej, względnej wielości cyfrowych środków publicznego przekazu (czy ktoś jeszcze pamięta wielkie nadzieje związane z blogosferą?) przez triumwirat Google’a, Twittera i Facebooka, jest co prawda z jednej strony dosyć odległa, ale z drugiej strony wręcz narzuca się sama.

Lekcja amerykańska – zagrożone interesy elit

W czasach zdecydowanie nam bliższych za wzór respektowania wolności słowa – zarówno w liberalnym, jak i republikańskim jej wymiarze – uchodzą oczywiście Stany Zjednoczone, gdzie wartość ta została uświęcona w słynnej pierwszej poprawce do konstytucji. Nasze wyobrażenia o niezwykle szerokim zakresie swobody wypowiedzi w Ameryce kształtują głównie sprawy, w których federalny Sąd Najwyższy odwołał się do konstytucji, chroniąc sprawców skandali. Chodzi o przypadki takie, jak publiczne eksponowanie nazistowskiej swastyki (National Socialist Party of America v. Village of Skokie, 1977), publikowanie parodystycznych materiałów sugerujących, że osoby publiczne mogą cierpieć na nałóg alkoholowy (Hustler Magazine v. Falwell, 1988) czy palenie narodowej flagi (Texas v. Johnson, 1989).

Rozstrzygnięcia te były tak efektowne, bo dotyczyły spraw angażujących emocjonalnie wiele milionów ludzi. Tym bardziej więc warto odsunąć je na bok i zwrócić baczniejszą uwagę na to, jak amerykańskie państwo i jego elity władzy, uosabiane przez Sąd Najwyższy, reagowały na wypowiedzi o charakterze jednoznacznie politycznym w momentach, kiedy czuły się realnie zagrożone przewrotem.

W XX w. zdarzyło się to dwa razy: podczas I wojny światowej i zaraz po jej zakończeniu, gdy aktywność ugrupowań socjalistycznych obudziła w amerykańskich elitach „strach przed czerwonym” (red scare) oraz w pierwszych latach zimnej wojny, gdy do tej starej obawy dołączył nabierający rozpędu konflikt z Sowietami o globalną dominację.

Represje spadające na działaczy socjalistycznych za ich wypowiedzi przeciwko udziałowi Stanów Zjednoczonych w wojnie zostały uznane za zgodne z Konstytucją w serii trzech wyroków Sądu Najwyższego (Debs v. U.S.; Schenk v. U.S.; Abrams v. U.S.) z 1919 r. Nową doktrynę uzasadniającą jednoznaczne ograniczanie wolności słowa współtworzył Oliver Wendell Holmes, jeden z najważniejszych w historii amerykańskich sędziów i prawników.

W 1927 r., gdy odpadł już argument zaangażowania narodu w wojnę, Sąd Najwyższy poszedł o krok dalej, uznając konstytucyjność skazania działaczki komunistycznej, która nadużyła wolności słowa wypowiedziami określonymi jako „sprzeczne z dobrem publicznym, podżegające do przestępstw, zakłócające spokój społeczny lub zagrażające podstawom zorganizowanego rządu i grożące jego obaleniem” (Whitney v. California). Represje karne za głoszenie poglądów radykalnie lewicowych uznano ponownie za konstytucyjne w latach 50. (Dennis v. U.S., 1951; Communist Party of the United States v. Subversive Activities Control Board, 1956). Zmiana linii orzeczniczej Sądu Najwyższego nastąpiła dopiero w 1969 r., kiedy to doktrynę Holmesa zastąpiono bardziej liberalną (Brandenburg v. Ohio).

Intuicyjnie można założyć, że marsz neonazistów ze swastykami na flagach przez ulice miasteczka zamieszkałego przez wielu ocalonych z Holokaustu wzbudza zdecydowanie większy sprzeciw społeczny niż wiec socjalistów, na którym wyraża się sprzeciw wobec poboru robotników na burżuazyjną wojnę. Jednak to w drugim z tych przypadków Sąd Najwyższy dopatrzył się nadużycia konstytucyjnej wolności słowa, a w pierwszym nie. Jeśli ktoś wierzy w postęp społeczny, może to tłumaczyć ewolucją postaw społeczeństwa amerykańskiego i jego elit między 1919 a 1977 r.

Warto jednak przeprowadzić eksperyment spłaszczenia tej perspektywy czasowej i wówczas dostrzec, że garstka neonazistów, na dodatek wzbudzających dosyć powszechną odrazę w społeczeństwie amerykańskim, nie stanowiła po prostu żadnego zagrożenia dla interesów państwa i establishmentu. Socjaliści natomiast albo rzeczywiście takie zagrożenie stanowili, albo przynajmniej establishment tak ich traktował, zaprzęgając tym samym aparat państwa do ich zwalczania.

Sądy amerykańskie, na czele z federalnym Sądem Najwyższym, są zaś również częścią tego aparatu, a zasiadający w nich prawnicy to prominentni przedstawiciele elit. Innymi słowy, elity te pokazały bardzo wyraźnie, że w przypadku, gdy publiczne wypowiedzi przedstawicieli dość skrajnego stronnictwa politycznego godzą w ich pozycję, interesy i oficjalnie wyznawane idee, nie zawahają się przed represjami i na dodatek znajdą sposób dla obrony ich konstytucyjności.

Nowa rzeczywistość, stare problemy

Tradycyjny język polityki nie do końca nadaje się do opisania umacniającego się obecnie globalnego oligopolu platform społecznościowych i przejmowania przez nie realnej władzy w USA. Język ten zakładał bowiem, że władza polityczna leży wyłącznie w rękach oficjalnych organów państwa.

Niezależnie od tego, jak groźnie kongresmenka Alexandria Ocasio-Cortez patrzyłaby na przepytywanego przez nią Marka Zuckerberga, właściciele i wyższy management internetowych gigantów niewątpliwie należą już do najściślejszej amerykańskiej elity, a ich interesy splotły się z interesami zarówno wielkich przedsiębiorców bardziej tradycyjnych branż, jak i samych polityków.

Doświadczenia historyczne pokazują, że ten nowy-stary establishment będzie ulegać pokusie ograniczenia wolności słowa, o ile odczuje, że wypowiedzi jego politycznych przeciwników godzą w jego interesy, założenia ideologiczne lub wysiłki zmierzające do utrzymania globalnej dominacji. Takim nadużyciom sprzyja brak równowagi w sferze środków przekazu, zdominowanej przez kilku potężnych graczy.

 Niniejszy tekst opublikowany został w ramach współpracy z firmą Allegro w projekcie „Między wolnością słowa a cenzurą – społeczna debata na temat moderacji treści w Internecie”. Treść publikacji nie odzwierciedla poglądów organizacji.

Tym dziełem dzielimy się otwarcie. Utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony oraz przedrukowanie niniejszej informacji.