Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Rzeczycki  5 grudnia 2020

Jak globalizacja wystawiła nas do wiatru, a liberalny kult merytokracji skrzętnie to ukrył. Omówienie „Tyranii merytokracji” Michaela Sandela

Michał Rzeczycki  5 grudnia 2020
przeczytanie zajmie 9 min
Jak globalizacja wystawiła nas do wiatru, a liberalny kult merytokracji skrzętnie to ukrył. Omówienie „Tyranii merytokracji” Michaela Sandela Jordi Martorell/flickr.com

Nierówności wynikłe z globalizacji doprowadziły do efektu św. Mateusza – zubożenia biednych i wzbogacenia się bogatych. Ci ostatni uznali (zgodnie z wtłaczanym im merytokratycznym przekonaniem), że ich pozycja jest konsekwencją osobistych talentów i cnót. W oczach tych z góry drabiny społecznej każdy przegrany po prostu zasłużył sobie na swój los. Tak oto merytokracja stała się fasadą konserwującą rosnące rozwarstwienie społeczne.

Każdy z nas słyszał o ubóstwie strukturalnym, o którym mówi się wtedy, gdy przyczyny biedy są zupełnie niezależne od woli osób zmagających się z chronicznym brakiem dostatecznych środków materialnych do życia. Być może niektórzy znają także pojęcie struktur grzechu, które jest obecne w nauczaniu Kościoła. Możliwe jest bowiem takie przeżarcie korupcją systemu politycznego, że łapówka staje się koniecznym sposobem radzenia sobie w życiu codziennym: od zdania egzaminu po załatwienie sprawy w urzędzie. W takim układzie zachowanie niemoralne, którym jest wręczenie łapówki, staje się zasadą funkcjonowania, której nieprzestrzeganie będzie niezwykle kosztowne dla jednostki. Czy możliwa jest jednak strukturalna pycha?

Co złego może być w merytokracji?

Na to pytanie amerykański filozof, Michael Sandel, odpowiada twierdząco w najnowszej książce Tyrania merytokracji. Napisana w trakcie pierwszej fali koronawirusa praca stanowi kolejną próbę odpowiedzi na to, co stało się w amerykańskiej i europejskiej polityce po 2015 roku. Zwycięstwo Trumpa w USA, Orbana na Węgrzech, brexit w Wielkiej Brytanii – wszystkie te wydarzenia miały jeden wspólny mianownik. Stanowiły go zdecydowanie wyrażane antyelitarne emocje i retoryka, które pozwoliły populistom zdobyć władzę. Odwołali się oni do dużych grup społecznych, które zostały porzucone zarówno jako adresat oferty politycznej, jak i beneficjent rozwoju gospodarczego. Winnym okazały się liberalne lub liberalno-lewicowe elity. Czy populistyczna diagnoza była słuszna? A nawet jeśli tak, to co było przyczyną klęski dotychczasowych elit politycznych?

Analiza przeprowadzona przez Sandela jest jedną z tych, które wyborcom Trumpa nie odmawiają racjonalności lub trafnego rozeznania sytuacji. Choć filozof nie podziela rozwiązania problemu, to dostrzega samo jego istnienie. Jest nim tytułowa tyrania merytokracji. Niezwykłość tej diagnozy polega na tym, że jest ona na pierwszy rzut oka sprzeczna z naszymi podstawowymi intuicjami.

W jaki sposób możemy mówić o tym, że zasługiwanie na podstawie kompetencji może przybrać formę tyranii? Przecież jest zupełnie oczywiste, że gdy potrzebuję dokonać w domu drobnej naprawy, to wzywam lepiej wykwalifikowanego elektryka, a nie tego z niższymi kompetencjami. To lepszemu i zdolniejszemu należy powierzać zadania, gdyż z definicji będzie je w stanie lepiej i sprawniej wykonać. Podobnie jest z rządem. Przecież każdy z nas chce, żeby ministrowie byli ludźmi kompetentnymi, ekspertami w swoich dziedzinach, którzy dzięki już zdobytej wiedzy i doświadczeniu będą w stanie rządzić krajem pomyślnie zarówno w czasach prosperity, jak i podczas kryzysu.

Na pierwszy rzut oka trudno dopatrzyć się w merytokracji jakichkolwiek wad, gdyż jako postulat organizowania spraw w życiu prywatnym i państwowym bardzo silnie koreluje ona z naszym poczuciem sprawiedliwości. Lepszemu należy się więcej, bardziej kompetentnemu lepsze stanowisko, adekwatne do jego umiejętności, gdyż w przeciwnym wypadku jego lub jej zdolności zmarnują się.

Kiedy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o prestiż

Wykazanie problematyczności merytokracji warto rozpocząć od tej samej historii, która otwiera książkę. W marcu 2019 roku 33 majętnym rodzicom prokuratura federalna postawiła zarzuty organizacji spisku, który miał na celu przyjęcie ich dzieci na najbardziej elitarne uniwersytety w USA, takie jak Yale, Stanford, Georgetown i University of Southern California. Głównym czarnym bohaterem tej historii był William Singer, właściciel firmy, która – jak to ujmuje Sandel – „odpowiadała na potrzeby zlęknionych, ale zamożnych rodziców”. Singer za odpowiednio duże pieniądze – rozpiętość honorariów wynosiła od 15 tysięcy do 1,2 miliona dolarów – pomagał fałszować wyniki egzaminów, podrabiał dokumenty, przekupywał nauczycieli. Wszystko to miało na celu umożliwienie dzieciom jego bogatych klientów dostanie się na studia.

Skandal, który wybuchł po wyjściu tej afery na światło dzienne, był ogromny. Co ciekawe, oburzenie okazało się ponadpartyjne. Wszyscy mieli wrażenie, że nieuczciwymi metodami dostali się na studia ludzie, którzy na to nie zasługiwali, podczas gdy ci naprawdę zdolni, którym miejsce na Harvardzie lub Yale po prostu się należało z uwagi na ich kompetencje, zostali skrzywdzeni. Choć ten gniew rzeczywiście był słuszny, Sandel zwraca jednak uwagę, że w morzu oburzenia utonął dobrze już utrwalony w amerykańskiej praktyce uniwersyteckiej system rekrutacji na studia tylnymi drzwiami.

Podopieczni Singera dostawali się na nie dzięki fałszowaniu dokumentów i wyników egzaminów. Tymczasem „dwie trzecie studentów uczelni należących do Ivy League [prestiżowej grupy 8 czołowych amerykańskich uniwersytetów] wywodzi się z gospodarstw domowych z górnych 20 procent rozkładu dochodów. Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko Princeton i Yale, więcej studentów wywodzi się tam z górnego 1 procenta niż z dolnych 60 procent rozkładu dochodów”, pisze Standel. Podawane przez niego liczby dowodzą dwóch rzeczy. Po pierwsze, ludziom z bogatych rodzin łatwiej jest dostać się na elitarne uczelnie frontowymi drzwiami, czyli poprzez zdanie egzaminów. Po drugie, wiele osób, nawet jeśli nie da sobie rady podczas rekrutacji, zostaje przyjętych tylnymi drzwiami, co polega na tym, że uczelnia tworzy miejsce dla dziecka rodziców będących hojnymi donatorami uniwersytetu.

Kluczowe w historii oszustw Singera są przyczyny, które skłoniły bogatych do korumpowania procesu rekrutacyjnego. Na pewno nie można tutaj mówić o pieniądzach czy drodze do kariery. Z pewnością nie są to przyczyny wystarczające. Dziecko, którego rodzica stać na 1,2 mln dolarów za fałszowanie egzaminów, raczej nie musi się martwić o swoją dostatnią przyszłość. Dlaczego więc do tego doszło?

Sandel ma na to odpowiedź: to prestiż. Fraza „skończyłem Harvard” brzmi dobrze, daje poczucie wyróżnienia i gwarantuje szczególny status w społeczeństwie merytokratycznym. Gigantyczne honoraria, które pobierał Singer, nie miały na celu zapewnienia dzieciom lepszego wykształcenia, możliwości badań naukowych lub otwarcia im drogi do kariery w branżach, które wymagają szczególnie wysokich kwalifikacji. Nic z tych rzeczy. Było to proste kupienie dzieciom przyszłej pozycji społecznej.

Globalizacja, nierówności, protestancka etyka pracy i efekt św. Mateusza

Sednem wiary merytokratów jest kult ciężkiej pracy. Jeśli zniesiemy wysokie wymagania niezbędne do awansu społecznego, zadbamy o walkę z dyskryminacją, stworzymy programy dla zdolnych studentów z biednych rodzin – słowem, zniesiemy wszelkie ograniczenia hamujące mobilność społeczną. Wówczas człowiek będzie musiał się wykazać się jedynie talentami popartymi ciężką i uczciwą pracą. W merytokracji to klucz do sukcesu. Jak jednak pokazują realia, ze znoszeniem tych ograniczeń różnie bywa.

Przede wszystkim dobrodziejstwa globalizacji nie zostały rozdzielone sprawiedliwie, przyczyniły się do zastoju płac i zwiększenia nierówności. To hamuje mobilność społeczną, stanowi realną przeszkodę na drodze do awansu i do tak pożądanego prestiżu. Przecież ci, którym się udało, zasłużyli na to sobie zdolnościami i swoją ciężką pracą. A co z tymi, którzy odpadli z wyścigu na wcześniejszym etapie? Merytokratyczna pycha prowadzi do merytokratycznej dystrybucji szacunku, za którą skrywa się niemożność dostrzeżenia faktu, że merytokracja jako zasada funkcjonowania społeczeństwa politycznego jest szkodliwą utopią.

Nierówności wynikłe z globalizacji doprowadziły do efektu św. Mateusza – zubożenia biednych i wzbogacenia się bogatych. Ci ostatni uznali (zgodnie z wtłaczanym im merytokratycznym przekonaniem), że ich pozycja jest konsekwencją osobistych talentów i cnót. W oczach tych z góry drabiny społecznej każdy przegrany po prostu zasłużył sobie na swój los. Tak oto merytokracja stała się fasadą konserwującą rosnące rozwarstwienie społeczne.

Liczby podawane przez Sandela mówią same za siebie. „W Stanach Zjednoczonych od końca lat 70. XX w. większość generowanego wzrostu dochodu narodowego trafiła do 10 procent najzamożniejszych Amerykanów, a uboższa połowa społeczeństwa nie dostała z tego niemal nic. W ujęciu realnym mediana zarobków mężczyzny w wieku produkcyjnym, wynosząca obecnie około 36 tysięcy dolarów, jest niższa niż 40 lat temu. Dzisiaj 1 procent najbogatszych Amerykanów zarabia więcej niż uboższa połowa społeczeństwa”. Rosnące nierówności są pokłosiem reform prezydenta Reagana w USA. Nie inaczej stało się w innych częściach świata, czego przykładem był zmiany wprowadzone przez Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii. Otwarcie się na globalne rynki i finansjalizacja gospodarek, która miała miejsce w latach 90., choć rzeczywiście przyspieszyły rozwój gospodarczy jako taki, to zostawiły jednocześnie duże grupy ludzi na marginesie.

Praca fizyczna straciła wartość, którą miała kiedyś. Teraz firma chcąca obniżyć koszty musi jedynie przenieść produkcję do kraju, gdzie siła robocza jest tańsza. W takich warunkach udział w PKB mają przede wszystkim przedstawiciele świata finansów, bankierzy, specjaliści od marketingu, maklerzy, lecz także specjaliści od IT, programiści, ludzie z branży nowo technologicznej. To odsyła nas do problemu talentów, mobilności społecznej i kultu ciężkiej pracy.

Czy sama ciężka praca wystarczy, żeby awansować w drabinie społecznej? Niestety nie. W warunkach rosnących nierówności coraz trudniej dostać się na odpowiednie studia. Ogranicza nas środowisko, w którym żyjemy, i brak pieniędzy na opłacenie wysokiego czesnego, które jest wymagane, żeby studiować na Harvardzie lub Yale. Awans staje się skrajnie trudny, podobnie jak zdobycie związanego z nim prestiżu. A mimo to wciąż powtarzano Amerykanom, że jeśli będą pracowali dostatecznie ciężko, uda im się osiągnąć sukces. Retoryka awansu trafiła w USA na podatny grunt. Sandel odnosi się do słynnej koncepcji Maxa Webera o związkach protestanckiej etyki pracy z duchem kapitalizmu i pokazuje, jak bardzo trud pracy był łączony przez Amerykanów z różnie pojętym błogosławieństwem Bożym.

Pierwotnie wspólnoty kalwińskie, chcąc odgadnąć zgodnie z teorią predestynacji, kto jest zbawiony, a kto przeznaczony do potępienia, kierowały się ku pracy jako świeckiej formie ascezy i bogactwie jako znakowi przychylności Bożej. We współczesnych Stanach Zjednoczonych ten związek przybrał postać teologii sukcesu, zgodnie z którą Bóg pragnie również naszej doczesnej pomyślności. W tym celu zsyła nam różne sposobności na osiągnięcie sukcesu, a jedyną rzeczą, którą mamy zrobić, jest podjęcie ciężkiej pracy. I to właśnie podkreślenie znaczenia tej ostatniej łączy uczniów Jana Kalwina z dzisiejszymi teleewangelistami.

Amerykański etos pracy znakomicie współgrał z merytokratyczną etyką i retoryką. Choć reformy Reagana i Thatcher miały pewien wydźwięk merytokratyczny, to wszystkie przesłanki tego myślenia wypowiedzieli dopiero ich następcy. Jak wskazuje Sandel, ani Demokraci, ani Partia Pracy pod przywództwem Tony’ego Blaira nie podważyły liberalnego paradygmatu lat 80., lecz jedynie nieznacznie go zmodyfikowały. Głównym problemem podniesionym przez ugrupowania centrolewicowe stało się znoszenie barier utrudniających mobilność społeczną. Pokonanie dyskryminacji ze względu na płeć, orientację seksualną, pochodzenie etniczne lub klasowe miało na celu wyłącznie stworzenie warunków do równej i sprawiedliwej konkurencji między jednostkami współzawodniczącymi na rynku. Innymi słowy za problemem została uznana nierówność szans, a nie sama prorynkowość. Był to sposób myślenia, który liberałowie i przedstawiciele centrolewicy forsowali aż do 2016 roku. Dopiero wtedy zwrócili uwagę na to, że ten paradygmat nie działa. Dla nich jednak było już z politycznego punktu widzenia za późno. Trump wygrał.

Merytokracji powiązanej z prorynkowością i globalizacją cały czas towarzyszyła retoryka awansu społecznego. „Wszyscy Amerykanie mają prawo do tego, aby oceniano ich na wyłącznie podstawie ich zasług i wszyscy mają prawo zajść tak wysoko, jak tylko pozwolą im na to marzenia i ciężka praca” – mówił Ronald Reagan 25 czerwca 1984 r. W tym samym tonie wypowiadał się Bill Clinton: „Amerykański sen, na którym wszyscy się wychowaliśmy, jest prosty i zarazem potężny: jeśli będziesz ciężko pracował i grał zgodnie z zasadami, powinieneś mieć możliwość zajść tak wysoko, jak tylko pozwoli ci na to talent dany od Boga” (przemówienie z 3 grudnia 1993 r.). Nie inaczej twierdził Barack Obama: „Jeśli chodzi o szkolnictwo wyższe, trzeba zadbać o to, aby inteligentni i zdeterminowani młodzi ludzie […] mieli szansę zajść tak wysoko, jak pozwala im na to talent, etyka pracy i marzenia”.

Ta spójna opowieść o pracy i talencie jako kluczu do sukcesu jest niezwykle przekonująca, bo odwołuje się do kryteriów, które bardzo żywo korespondują z naszym poczuciem sprawiedliwości. Suum cuique tribuere – każdemu to, co należne. Nikt przecież nie zaprzeczy, że utalentowanym i pracowitym należy się więcej. Jednak, jak wskazuje Sandel, technokratyczne i merytokratyczne widzenie świata jest po prostu krótkowzroczne. Gdy myśli się bowiem o polityce, trzeba przestać rozumować w kategoriach relacji między jednostką a jednostką. Koniecznie jest wzięcie pod uwagę grup ludzkich – sposobu ich funkcjonowania, a przede wszystkim ich mentalności.

Jeśli gospodarka się rozwija, od 40 lat głosi się retorykę awansu i wdraża kolejne programy państwowe mające na celu likwidacje przeszkód w mobilności społecznej, a mimo to istotna część społeczeństwa sukcesu nie osiągnęła, to kto jest temu winien? W atmosferze kultu ciężkiej pracy, zasług, talentu, a przede wszystkim z pozycji własnego sukcesu i prestiżu bardzo łatwo przejść do oceny, że ci na dole to po prostu głupcy lub nieroby. I dokładnie to przeświadczenie rezonowało w przemówieniach amerykańskich polityków.

„Wygrałam na terenach, które generują dwie trzecie amerykańskiego PKB. Wygrałam zatem w miejscach, gdzie dominuje optymizm, zróżnicowanie, dynamizm i parcie naprzód” – mówiła 13 marca 2018 r. Hillary Clinton, gdy komentowała przyczyny swojej porażki wyborczej. Ten heroiczny opis własnego elektoratu został przez kandydatkę na prezydenta USA skontrastowany z ponurym obrazem wyborców Trumpa, „którym się nie podobało, że czarnoskórzy zyskali równe prawa”. Innymi słowy Clinton poparli dobrzy, utalentowani i pracowici ludzie. Ci zaś, którzy opowiedzieli się za Trumpem, to… no cóż, sami rozumiecie.

Czy jednak wciąż nie jest tak, że te w gruncie rzeczy polityczne zastrzeżenia nie negują podstawowej zasady, że talent i ciężka praca są sprawiedliwymi kryteriami sukcesu finansowego i prestiżowego? Może błąd tkwi jedynie w organizacji merytokratycznego społeczeństwa, a nie w samym założeniu? Nie do końca. Zdolności są niewątpliwie dużym kapitałem, ale nie wystarczającą podstawą do budowy sprawiedliwego społeczeństwa.

Po pierwsze, są one tak samo nierówno i losowo rozdane, jak tytuły szlacheckie w społeczeństwie arystokratycznym. Arystokrację rodową zastępujemy dziedziczną. Dopóki jednak nie zgadzamy się, żeby istotna część społeczeństwa była biedna i odarta z godności w debacie publicznej, dopóty realizacja tej podmiany elit ani o krok nie przybliży nas do ideału sprawiedliwej wspólnoty realizującej harmonijnie zasadę dobra wspólnego. Po drugie, cena talentu i jego znaczenie są zależne od potrzeb rynkowych, a oparty na nich awans nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwą zasługą. Utalentowani nauczyciele, pielęgniarki, elektrycy, strażacy wykonują znacznie pożyteczniejszą pracę niż wielu influenserów na Instagramie. Jednak sukces finansowy tych ostatnich nie będzie nigdy sukcesem tych pierwszych. Na pewno nie w merytokracji.

Jeśli Sandel ma rację, to głosy oddane na Trumpa nie mogą dziwić. Przegrani globalizacji stali się także przegranymi merytokracji, a w takim świecie jest się nie tylko pozbawionym dróg do awansu społecznego, lecz pada się także ofiarą dystrybucji szacunku. „Przegrałeś, bo jesteś tępy i leniwy” – takie jest merytokratyczne wyjaśnienie porażki. W państwie, w którym od 40 lat mówi się o znoszeniu barier, apoteozie ciężkiej pracy i awansie jako nagrodzie za zasługi, innego wyjaśnienia być nie może.

W stronę dobra wspólnego i politycznej pokory

Gwoli ścisłości znoszenie barier jest dobre. Zwiększanie szans na sukces też. Nagradzanie talentów, zdolności i ciężkiej pracy również. Merytokracja zamieniła się w tyranię, bo zapomniała o dobru wspólnym. Cechą charakterystyczną jej opowieści jest myślenie o polityce w kategoriach jednostki i jej możliwości. Indywidualizm rozumiany jako założenie o prymarności jednostki przed wspólnotą legł u podstaw opisywanego przez Sandela zjawiska. Autor nie ma gotowej recepty na wskazany przez siebie problem. Na pewno nie posiada jej dla merytokracji rozumianej jako problem globalny.

Częściowym rozwiązaniem sytuacji w USA byłoby, zdaniem Sandela, zdemontowanie „maszynki sortującej” – systemu rekrutacji, który decyduje, kto dostanie się na najbardziej prestiżowe uniwersytety. Jak to zrobić? Można by przyjmować niektórych lub nawet wszystkich studentów w drodze losowania. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie poradzić sobie z faktem, że większość przyjmowanych to albo dzieci absolwentów, albo dzieci z bogatych rodzin.

Należy też skończyć z deprecjonowaniem wykształcenia zawodowego jako czegoś gorszego niż dyplom studiów wyższych. Większość Amerykanów, mówi Sandel, zarabia i będzie zarabiała na swoje życie pracą fizyczną jako hydraulicy, elektrycy lub stolarze. Postulat 100% skolaryzacji na poziomie uniwersyteckim byłby szkodliwą utopią. To wszystko są jednak postulaty punktowe. Recepty globalnej trzeba szukać w zwróceniu się ku dobru wspólnemu – myśleniu o państwie w kategoriach dobra wspólnoty politycznej i harmonijnego rozwoju jej składowych, a nie w kategoriach dobra zdolnej jednostki, której powinno się udać, bo na to zasługuje.

Choć Sandel skupia się na kontekście lokalnym, czytelnik polski z łatwością może zobaczyć, że wiele z mechanizmów tyranii merytokracji zostało przeniesionych także nad Wisłę. Słynne hasło z kampanii parlamentarnej z 2007 roku – „młodzi, wykształceni i z wielkich ośrodków” – było kolejnym przykładem retoryki awansu, która składa obietnicę, że w świecie ze zniesionymi barierami mobilności sama ciężka praca i talenty wystarczą do sukcesu. Deprecjacja szkolnictwa zawodowego w pierwszym okresie transformacji doprowadziła do tego, że takie szkoły zaczęto postrzegać jako coś wstydliwego, gdyż każde dziecko musi mieć dyplom studiów wyższych. Wreszcie, retoryka pogardy wobec wszystkich, którzy korzystają z programu 500+, gdyż z pewnością te pieniądze zostaną przepite. Za każdym z tych zjawisk stoją mechanizmy opisane w książce amerykańskiego filozofa, co pokazuje, jak bardzo tyrania merytokracji i kryzys dobra wspólnego są powszechne.

Moim zdaniem Sandel napisał książkę znakomitą, gdyż nieoczywistą. Próba pokazania, że prosty i na pozór bezdyskusyjny schemat zasługi-nagrody ma swoje ograniczenia, jest bez wątpienia bardzo nowatorska. Dzięki niej czytelnik może zobaczyć, że rządzenie państwem nie jest tożsame z rządzeniem przedsiębiorstwem. Polityki nie da się bowiem poddać całkowitej ekonomizacji, gdyż pomija się w ten sposób wspólnotowość, problem legitymizacji władzy oraz te wszystkie ludzkie aspiracje, które nie mają charakteru materialnego.

Z rozważań Sandela wypływa wniosek, że kluczową cnotą polityczną dobrze funkcjonującej demokracji jest pokora. Jest ona bowiem konieczna do tego, żebyśmy byli w stanie dostrzec siatkę wzajemnych zobowiązań wobec nas samych oraz wobec naszego wspólnego projektu politycznego. Brak tej cnoty skutkuje popadnięciem w merytokratyczną pychę, dla której głównym punktem odniesienia jest sukces ambitnych jednostek. Można powiedzieć, że w rozważaniach Sandela rezonują wnioski, do których doszedł św. Augustyn w Państwie Bożym: rzeczywista równość i wspólnota są możliwe wyłącznie wtedy, gdy zwrócimy się ku temu samemu celowi i odrzucimy przekonanie, że wszystko, co posiadamy i czym jesteśmy, jest wyłącznie naszym dziełem. Pokora jest warunkiem wszelkiego dobra. Także dobra wspólnego.

Anglojęzyczna wersja materiału do przeczytania tutaj. Wejdź, przeczytaj i wyślij swoim znajomym z innych krajów!

Artykuł (z wyłączeniem grafik) jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zezwala się na dowolne wykorzystanie artykułu, pod warunkiem zachowania informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie „Dyplomacja publiczna 2020 – nowy wymiar”. Prosimy o podanie linku do naszej strony.

Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie „Dyplomacja publiczna 2020 – nowy wymiar”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.