Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Kiedyś bohaterka zachodnich salonów, dzisiaj pełnokrwista przywódczyni. Czy Aung San Suu Kyi zachowa władzę w Birmie?

Kiedyś bohaterka zachodnich salonów, dzisiaj pełnokrwista przywódczyni. Czy Aung San Suu Kyi zachowa władzę w Birmie? Surian Soosay/flickr.com

W Birmie trwają kluczowe dla losów kraju wybory. Dla przywódczyni państwa, laureatki pokojowej Nagrody Nobla, Aung San Suu Kyi, to kolejne być albo nie być w polityce. By nie dopuścić do powrotu armii do władzy, musi wygrać zdecydowanie. Zamierza to zrobić bez względu na wszystko, nawet pandemię.

Birma (świadomie używam tej nazwy) w globalnym obiegu medialnym zaistniała w 1988 r., gdy w kraju krwawo stłumiono masowe protesty. Jak to możliwe, że w buddyjskim pańtwie wojsko strzelało do cywilów? Orientalistyczne złudzenia, że buddyzm to pokojowa religia, której się przemoc nie ima, długo osłaniały birmańską juntę. „Demonstracje w Birmie? To brzmi jak zamach stanu w Shangri-La” – szyderczo podsumował te wydarzenia jeden z historyków.

Historia rodem z Hollywood

Potem uwagę świata przykuła piękna kobieta o niewymawialnym dla obcych imieniu – Aung San Suu Kyi (ostatni człon czytamy „ci”), która, głosząc zasady demokracji, stanęła na czele buntu przeciw wojsku. Odwoływała się do Gandhiego i Luthera Kinga, walczyła bez użycia przemocy. Mówiła pięknie po angielsku (skończyła Oksford), więc wiedziała, jak rozmawiać z dziennikarzami „New York Timesa”. „Wszyscy się w niej trochę zakochaliśmy” – przyznał po latach jeden z owiniętych wokół jej palca reporterów.

To była hollywoodzka opowieść. Junta, chcąc złamać Suu Kyi, wsadziła ją do aresztu domowego (przesiedziała tam łącznie 15 lat), rozdzieliła z mężem (brytyjskim profesorem Oksfordu) i małoletnimi synami.

To okrutne, motywowane zarówno polityką, jak i rasizmem działanie zniszczyło rodzinę Suu Kyi (mąż zmarł na raka, nie mógł pożegnać się z żoną, synowie skończyli w policyjnych kartotekach i sektach), ale zarazem zbudowało jej legendę. „Generałowie działają jak moja bezpłatna agencja PR” – kpiła Suu Kyi. Piękna, skrzywdzona kobieta walcząca pokojowo z bandą zbrodniarzy z Trzeciego Świata – to jest story!

Globalne media zamieniły Suu Kyi w celebrytkę – „ikona demokracji”, „sumienie świata”, „żywy symbol Deklaracji Praw Człowieka”, „Lady” – pisano (tym samym uciekano od problemu zapamiętania jej imienia). Wkrótce spadł na nią deszcz nagród i honorowych zaszczytów z Pokojowym Noblem na czele (wylobbowanym ponoć przez męża). Tak weszła do popkultury – tworzono o niej piosenki (w tym hit Walk On U2), sztuki i filmy w Hollywood.

Wpłynęło to na polityczne zaangażowanie Zachodu i opowiedzenie się po jej stronie (sankcje przeciw generałom). Suu Kyi stała się najsłynniejszą Birmanką, poza zapomnianym już nieco U Thantem. Opowieść o niej tworzona w konwencji walki dobra ze złem wyprowadziła Birmę na pierwsze strony gazet.

Ulica i zagranica

Po części zainteresowanie Birmą było też pochodną nastrojów. Państwo oparło się trzeciej fali demokratyzacji, stało się niepojętym wyjątkiem. Czemu groteskowi generałowie wciąż trzymają się władzy i nie odchodzą na śmietnik historii? W końcu tak się stanie – upewniano się dwadzieścia lat. Suu Kyi ze swoim hasłem: „racja jest siłą” musi zwyciężyć!

Tymczasem wszystko było nie tak. Armia – istotnie parszywa, społeczeństwo – umęczone, a Suu Kyi – popularna. Szczegóły już się jednak rozjeżdżały. Ojciec Suu Kyi, Aung San, twórca niepodległości kraju, był też twórcą armii. To z jego kolegami Suu Kyi walczyła o władzę. Głosiła demokrację i rozumiała ją po birmańsku (najpierw obowiązki obywateli, potem prawa), traktowała jak wartość moralną, w której wybiera się najlepszych. A jak ktoś się nie zgadzał się z jej przywództwem, nazywała go renegatem i zdrajcą. Politycznie to generałowie byli silni, a Suu Kyi słaba. Miała jednak dwa asy w rękawie: poparcie społeczne i wsparcie zagranicy. To jednak nie wystarczyło. Ulica i zagranica władzy jej nie dały.

Zdyscyplinowana demokracja

W 2011 r. generałowie wymienili polityczną dekorację: ściągnęli mundury, liberalizowali gospodarkę i poluzowali śrubę społeczeństwu. Dzięki konstytucji z 2008 r. mogli wycofać się na tylne siedzenia. Ustawa zasadnicza przyznała armii 25% miejsc w parlamencie (mniejszość blokująca zmiany w konstytucji), trzy ministerstwa siłowe (spraw wewnętrznych, obrony, pogranicza), wiceprezydenta, autonomię dla armii i większość w Radzie Obrony i Bezpieczeństwa. Jeśli Rada po konsultacji z prezydentem uzna, że zagrożone są trzy zasady narodowe (integralność Unii, trwanie i utrzymanie narodowej solidarności), to może wprowadzić stan wojenny.

Tym birmańskim odpowiednikiem przed Bogiem i historią wojsko zapewniło sobie legalną możliwość zamachu stanu w dowolnej chwili. Na wszelki wypadek postawiło kropkę nad „i”, zakazując piastowania prezydentury osobom rodzinnie związanym z obcokrajowcami (czytaj: Suu Kyi).

Ustanawiając konstytucję, która najbardziej na świecie politycznie faworyzuje armię (druga w tym rankingu Uganda jest daleko w tle), generałowie mogli spokojnie przejść do cywila i okazać się demokratami. Swój system nazwali uroczo „demokracją zdyscyplinowaną”.

Zachód – zmęczony czekaniem na zmianę i skuszony dostępem do otwierającego się rynku – reformy poparł. Birma wróciła do świata globalnego i otrzymała zastrzyk pieniędzy. Generałowie na zmianach zyskali najbardziej: robili coraz lepsze interesy z zagranicą i udawali, że się demokratyzują, a Zachód stwarzał pozory, że im wierzy. Wszyscy byli zadowoleni. No, z wyjątkiem Suu Kyi.

Pokerowe zagranie

Zmarginalizowana Suu Kyi mogła odrzucić „zdyscyplinowaną demokrację” i wygrać moralnie. Zostać birmańskim odpowiednikiem Dalajlamy apelującym o pokój na świecie i nauczającym, jak żyć, powszechnie szanowanym, acz bezradnym politykiem. Tego zresztą wielu na Zachodzie od niej oczekiwało. Ale Suu Kyi nie chciała zbawiać świata („nie jestem Matką Teresą”), tylko Birmę. Zaakceptowała gorsze warunki gry po to, by zmienić system od środka. W pokerowej rozgrywce postawiła wszystko na jedną kartę – wybory powszechne w 2015 r. Nie miała żadnej pewności, czy je wygra i czy generałowie ich nie skreślą.

Z wyborów uczyniła plebiscyt na temat rządów armii, dostała 79% dostępnych miejsc w parlamencie. Potem w serii tajnych spotkań z generałami otrzymała imprimatur na rządzenie w zamian za brak rozliczeń i utrzymanie status quo. Negocjowała twardo prezydenturę, ale zderzyła się ze ścianą. W błyskotliwym tricku prawnym obeszła więc weto armii, tworząc dla siebie kanclerską funkcję radczyni państwa i spychając prezydenta do roli długopisu.

Zaczęła trudne współżycie z generałami, którzy tylko czekali na pierwsze potknięcie. Suu Kyi, nie mogąc otwarcie ich odsunąć od wpływu i stanowisk, zrobiła to po azjatycku – odmianą metody powolnego gotowania żaby. Stopniowo przejmowała kolejne sektory (służbę cywilną, władze lokalne, media, fraternizację z reżimowymi oligarchami).  Znała jednocześnie niepisane granice. Generałowie patrzyli na jej działania przez palce, ale pilnowali, by gwarantująca im bezpieczeństwo konstytucja wciąż obowiązywała. Tolerowali rządy Suu Kyi tym bardziej, że w międzyczasie zdała test na patriotyzm.

Pułapka zastawiona przez wojskowych

W sierpniu 2017 r. doszło do ataków nowej partyzantki ARSA wywodzącej się z mniejszości Rohingya. Ten muzułmański lud to miejscowa odmiana Romów/Cyganów, jednak znacznie bardziej znienawidzonych. Ich przodkowie pochodzą z Bengalu (sporne jest to, czy przywędrowali do Birmy w XVII, czy na przełomie XIX i XX w.), co Birmańczykom wystarcza, by ich odrzucać. Prześladowanego ludu Rohingya nie chce też u siebie sąsiedni Bangladesz ani żadne inne państwo świata. Kolejne birmańskie rządy odbierały im prawa, ziemie i majątki, czasem wyrzucały ich do Bangladeszu. Rohingya łapali za broń i zawsze przegrywali. Tak też stało i tym razem.

ARSA atakująca po cywilnemu zaskoczyła armię birmańską. Wojsko straciło twarz, ale zemściło się okrutnie. Wypędzono ponad 700 tysięcy ludzi. I to przy pełnej aprobacie społecznej. Dla Birmańczyków ataki ARSA były takim szokiem, jak dla Amerykanów 11 września, odpowiedź musiała więc być bezwzględna.

Na oczach całego świata dokonano podręcznikowej czystki etnicznej. Zachód był przerażony i zareagował swoją podstawową bronią: postami na Facebooku, hashtagami, odezwami, apelami i pełnym potępieniem. A potem pytaniem: gdzie jest sumienie świata, Aung San Suu Kyi?

Noblistka długo milczała, nie chcąc wpaść w sidła armii. Wojskowi zastawiali na nią pułapkę Rohingya – chcieli ją wmanewrować w poparcie muzułmanów, by straciła popularność w społeczeństwie. Suu Kyi dobrze odczytała ich grę: przez kilka lat była za, a nawet przeciw, manewrowała między coraz bardziej bezkompromisowymi postawami Birmańczyków i Zachodu. W 2017 r. to się skończyło. Mogła albo stanąć w obronie Rohingya i dokonać spektakularnego samobójstwa politycznego w Birmie, albo poprzeć armię (i swój naród), a tym samym pożegnać się ze wsparciem Zachodu. Dylemat ojczyzna albo świat był prosty: Suu Kyi wybrała Birmę.

Zachodnie media z furią zaatakowały Suu Kyi, zrzuciły ją z piedestału. „Upadła ikona”, „parias”, „zdrajczyni”, „birmański Mugabe”, pisano, odreagowując frustrację. Niczym odtrąceni kochankowie zachodni dziennikarze główną winę zwalili na Suu Kyi, nie na armię. Z medioznawczego punktu widzenia to zrozumiałe. Celebrycka logika działa w cyklach: od uwielbienia do potępienia. Poza tym, kto wymówi i zapamięta nazwiska birmańskich generałów? Ale pokojowa noblistka przykładająca rękę do ludobójstwa muzułmanów dokonanego przez buddystów? To jest news! Reguła człowiek pogryzł psa znów się sprawdziła.

W Birmie potępienie Suu Kyi tylko jej pomogło politycznie. Birmańczycy, czytając zachodnie głupoty wypisywane o ich kraju, zgromadzili się wokół sztandaru (trochę w duchu: „matkę biją!”).

Im bardziej Zachód atakuje Suu Kyi i dokonuje teatralnych gestów, jak np. odebranie jej tytułu ambasadorki AI, honorowego obywatelstwa Kanady czy zdjęcia jej portretu z sali sław Oxfordu, tym lepiej dla niej. Każda taka akcja spotyka się z wściekłą reakcją mieszkańców Birmy. W efekcie emocje przykrywają chłodny bilans rządów Suu Kyi.

A ten jest niejednoznaczny. Nie zakończyła wojny domowej, nie uczyniła Birmy krainą mlekiem i miodem płynącej, nie dogoniła ani nie przegoniła Singapuru, chociaż obiecywała to wszystko. Odsuwa jednak armię od życia publicznego i kontynuuje modernizację kraju. Dzięki lepszemu skomunikowaniu, internetowej rewolucji, napływowi kapitału zagranicznego, rzadszym przerwom w dostawach prądu, większym nakładom na służbę zdrowia czy edukację Birmańczykom żyje się lepiej. Jednak nie Suu Kyi to wszystko zaczęła: przywódczyni kontynuuje politykę wojskowych reformatorów, ale nie przyznaje się do tego, ponieważ to ona uchodzi w kraju za wielką reformatorkę. A mogła przecież wszystko zepsuć.

Pandemiczne wybory

W nadchodzących wyborach Suu Kyi znów potrzebuje bezwzględnej większości w parlamencie. System działa tak, że Suu Kyi (czy inny cywile) musi potwierdzać swój mandat co pięć lat, natomiast uprzywilejowana pozycja wojska jest zapisana w konstytucji. Logika systemu sprawia, że każde wybory są jak być albo nie być dla rządów cywilnych.

To, że NLD (Narodowa Liga na rzecz Demokracji) Suu Kyi wygra, jest pewne. Zakorzenione buddyjskie wzorce powodują, że od przywódców oczekuje się, by byli dobrzy. Suu Kyi z wszystkimi jej autorytarnymi grzeszkami jest dla ludzi zdecydowanie bardziej moralna niż wszyscy generałowie razem wzięci. Ponadto Suu Kyi jest panią Birmy – matką narodu opiekującą się wspólnym domem. W czasach pandemii osobiście uczy zasad bezpieczeństwa, regularnie przekazuje bezcenne wskazówki lekarzom, urzędnikom i nauczycielom.

Nie działa to na rozczarowane nią elity ranguńskie, ale na szerokie kręgi społeczeństwa już tak. Birmańczycy nie zapomnieli bowiem koszmaru dyktatury armii. Ostatnia rzeczą, jakiej chcą, to powrotu generałów do władzy. Dopóki Suu Kyi funkcjonuje jako gwarantka utrzymania armii z dala od codziennego życia, wygra zawsze.

Niemniej Suu Kyi ma pod górkę. Stawką w walce wyborczej jest 75% miejsc, resztę ma armia. Każda opozycja wobec wojska musi uzyskać 67% dostępnych mandatów, by cieszyć się bezpieczną większością. Przybudówka wojskowych, partia USDP, wiele głosów Suu Kyi nie zabierze. Cenne procenty mogą za to jej odebrać partie etniczne, bo choć są zbyt mało liczne, żeby wygrać wybory, to mogą sporo namieszać. Mniejszości zagłosowały za Suu Kyi w 2015 r. po to, by broniła ich przed armią, czego jednak nie zrobiła. Teraz już nie oddadzą na nią głosu. Suu Kyi to wie i czeka na ich demobilizację, a wojna domowa i pandemia jej w tym pomagają.

NLD i USDP inaczej niż partie mniejszości mają biura w całym kraju, prowadzą kampanię od drzwi do drzwi. Dominują w mediach tradycyjnych i na Facebooku, więc przeniesienie kampanii do internetu im sprzyja. W części okręgów z powodu partyzantki wybory się nie odbędą. Ale są to tereny etniczne, nie birmańskie, to nie wyborcy NLD. Jeśli nie pójdą głosować, tym lepiej dla Suu Kyi. Jej partia jest zresztą oskarżana o przyczynianie się do tej sytuacji.

Centralna Komisja Wyborcza, obsadzona kadrami NLD i byłymi wojskowymi, podjęła decyzję o anulowaniu głosowania m.in. w ponad połowie stanu Arakan z powodu zagrożenia atakami partyzantki. To z Arakanu wygnano większość Rohingya, dlatego Suu Kyi straciła poparcie Zachodu. W Arakanie też jej nie lubią, tyle że z odwrotnego powodu: zdaniem Arakańczyków Suu Kyi… za bardzo wspiera Rohingya. Nie broni miejscowych przed wojskiem, dlatego Arakańczycy popierają partyzancką Armię Arakanu, a wyborcy głosują na arakańskie partie. To znaczy głosowaliby, bo teraz znaczna część z nich nie wybierze nikogo.

Do tego jeszcze koronawirus. Pandemia początkowo oszczędziła Birmę, ale teraz sieje spustoszenie. Liczba zakażeń codziennie bije rekordy (i to przy małej liczbie testów), zamknięto Rangun, wprowadzono ograniczenia w transporcie i zgromadzeniach publicznych. Szpitale są przepełnione, rachityczna służba zdrowia ledwo zipie.

Opozycja wzywa do przełożenia wyborów, ale Suu Kyi wie, że wygra, i nie ufa armii (w razie odłożenia wyborów generałowie mogliby spróbować przejąć władzę), dlatego kolanem przepycha ich przeprowadzenie. Birmańska przywódczyni na tyle długo już funkcjonuje w polityce, by zdawać sobie sprawę z tego, że zwycięzców się nie sądzi.

Autor opublikował sześć książek o Birmie, w tym ostatnio A Political Biography of Aung San Suu Kyi. A Hybrid Politician.

Anglojęzyczna wersja materiału do przeczytania tutaj. Wejdź, przeczytaj i wyślij swoim znajomym z innych krajów!

Artykuł (z wyłączeniem grafik) jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zezwala się na dowolne wykorzystanie artykułu, pod warunkiem zachowania informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie „Dyplomacja publiczna 2020 – nowy wymiar”. Prosimy o podanie linku do naszej strony.

Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie „Dyplomacja publiczna 2020 – nowy wymiar”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.