Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Wyciszając konferencję Trumpa, amerykańskie media legitymizują jego kłamstwa [PODCAST]

Wyciszając konferencję Trumpa, amerykańskie media legitymizują jego kłamstwa [PODCAST] Print screen from https://www.facebook.com/outrid3rs/videos/368211927589986/

Donald Trump w nocy z czwartku na piątek wystąpił na pierwszej konferencji prasowej po wtorkowych wyborach. Trump wprost oskarżył Demokratów o fałszerstwa wyborcze, stwierdzając, „że legalne głosy gwarantują mu kolejną kadencję”. Najbardziej znaczące były jednak nie słowa Trumpa, ale bezprecedensowe zachowanie kilku amerykańskich stacji telewizyjnych, które przerwały transmisję, tłumacząc widzom, że nie mogą dłużej tolerować bezpodstawnych kłamstw padających z ust prezydenta. Łatwo zrozumieć emocje dziennikarzy, które popchnęły ich do takiej decyzji, jednak wbrew ich intencjom cenzurowanie Trumpa może przysłużyć się do legitymizacji wśród jego wyborców teorii o sfałszowanych wyborach.

Ta sytuacja z całą pewnością przejdzie do historii amerykańskiego dziennikarstwa. Liberałowie już ogłosili ją prawdziwym triumfem, uznając, że wreszcie media zrobiły to, co należało zrobić już dawno wobec niczym niepopartych wypowiedzi prezydenta. Z drugiej strony wiele osób grzmi o cenzurze, wskazując, że jest to bezprecedensowa ingerencja w wolność słowa, kiedy jedna ze stacji telewizyjnych w ten sposób ogranicza najważniejszemu człowiekowi w państwie swobodę przekazu.

Rozumiem emocje dziennikarzy, które popchnęły ich do takiej decyzji. Gra w podważanie legitymizacji wyborów, którą rozpoczął Donald Trump może się skończyć bardzo niebezpiecznie. Chyba pierwszy raz mamy do czynienia z prezydentem, który w ten sposób kwestionuje działanie amerykańskiej demokracji. Być może więc sytuacja dojrzała do tego, by w ramach dobrze rozumianej troski o państwo podejmować drastyczne decyzje. Powstaje jednak pytanie, czy taki ruch okaże się skuteczny. I tutaj mam ogromne wątpliwości.

Wyborcy, którzy mają negatywne zdanie o Trumpie i tak nie uwierzyli w jego zapewnienia, że ktoś sfałszował karty do głosowania by odebrać mu wyborczy sukces. Ale jego zwolennicy właśnie zobaczyli obrazek, który go uwiarygodnił. Oto ich prezydent wygrałby wybory, gdyby tylko nie zostały sfałszowane.

Sfałszowane przez amerykański establishment, który teraz, widząc, że prezydent może ujawnić te wielopiętrowe oszustwo, chwyta się ostatniej deski ratunku i próbuje zamknąć mu usta. Na tym przykładzie widać więc wyraźnie, że taka radykalna wymiana ciosów będzie dla Trumpa korzystna i dlatego decyzję dziennikarzy trudno ocenić pozytywnie, choć mogła wypływać z dobrych motywacji.

A może wybory jednak zostały sfałszowane?

Czy w twierdzeniach Trumpa nie ma przypadkiem ziarnka prawdy? Przecież w Internecie pojawiły się historie o jakichś tajemniczych kartach do głosowania, wyborcach urodzonych w XIX wieku i niespodziewanych zmianach wyników w kluczowych stanach.

Incydenty i błędy zdarzają się w każdych wyborach, nie tylko w USA. I najczęściej nie mają wpływu na ostateczny wynik wyborów. Nic, poza wystąpieniami Trumpa, nie wskazuje, żeby tym razem miało być inaczej. Jeśli prezydent posiada dowody, że doszło do masowego fałszerstwa, powinien przedstawić je opinii publicznej, a przede wszystkim sądom. Do sądowego dochodzenia prawidłowości procesu wyborczego ma przecież pełne i niekwestionowane prawo. Ale trudno uznać za właściwe rzucanie mętnych podejrzeń i niczym niepopartych oskarżeń w sytuacji, kiedy nastroje społeczne są na granicy wrzenia.

W tym sensie zachowanie prezydenta jest bardzo nieodpowiedzialne, choć trudno powiedzieć, że niespodziewane. Trump od miesięcy przekonywał, że wybory korespondencyjne zostaną sfałszowane. Demokraci z kolei obawiali się, że w wielu stanach wczesne wyniki z lokali wyborczych mogą faworyzować prezydenta (bo republikanie chętniej oddawali głosy osobiście) i to może go popchnąć do przedwczesnego ogłoszenia zwycięstwa. A to z kolei spowoduje olbrzymie kłopoty, kiedy wraz ze zliczaniem głosów korespondencyjnych, sytuacja zacznie się odwracać na korzyść Bidena.

Ten scenariusz – pozorne wczesne zwycięstwo Trumpa i stopniowa zmiana wyniku – nazywano czerwonym mirażem (od czerwonego koloru partii republikańskiej). W przypadku wielu stanów sprawdziło się co do joty.

 Sondaże w służbie dezinfomracji

Nie sprawdziły się z kolei sondaże. Znowu. Po 2016 r. słyszeliśmy zapewnienia, że sondażownie zrozumiały swoje błędy, lepiej oszacowały elektorat białych wyborców bez wyższego wykształcenia i poprawiły swoje prognozy. W 2018 r. rzeczywiście wydawało się, że nastąpiła lekka poprawa. A tymczasem znowu mamy tę samą historię. Na Florydzie miał wygrać Biden, wygrał Trump o ponad 3%, w Ohio sytuacja miała być wyrównana, może nawet korzystniejsza dla demokraty, tymczasem wygrał Trump o 8%, w Wisconsin Biden miał wygrać o 7%, a wygrał o 0,7%. I tak dalej. Parafrazując klasyka: co się stało, że znowu… nie wyszło? Pełnej odpowiedzi na te pytanie nie znamy i przyjdzie nam poczekać na pełniejszą analizę rezultatów, żeby ją otrzymać. Ale jeden, kluczowy błąd zaczyna się rysować coraz wyraźniej.

W 2016 r. przeciwnicy Trumpa długo szukali przyczyn swojej porażki. Bili się w piersi za błędną analizę społecznych nastrojów i nieuwzględnienie części elektoratu. Pisali artykuły i książki o życiu prowincjonalnej Ameryki i problemach, z jakimi spotykają się biedniejsi biali mieszkańcy. Jednocześnie analizowali skutki aktywności Trumpa w mediach społecznościowych, działania firm, takich jak Cambrige Analitica, czy wątek rosyjskiej ingerencji w wybory. Niestety, mam wrażenie, że stopniowo zapominali o tych społecznych elementach układanki, a coraz więcej miejsca poświęcali wyzwaniom technologicznym, dezinformacji, personalnym, targetowaniu reklam i ingerencji obcych państw. To oczywiście prawda, że te zjawiska mogły mieć spore znaczenie dla wyniku wyborów. Ale takie budowanie obrazu porażki jako wyniku spisku przeciw Ameryce, połączonych działań Rosjan, amoralnych korporacji i dezinformacji sianej przez Trumpa stopniowo odwracało uwagę od czynnika społecznego. Coraz mniej się zastanawiano, kim jest elektorat Trumpa i czego on naprawdę oczekuje. Dlatego wielu Demokratów żyło w przekonaniu, że wystarczy lepiej chronić się przed rosyjską ingerencją, szybciej reagować na dezinformację i regularnie demaskować Trumpa, a wybory będą wygrane.

Jeśli do tego dodamy pandemię, która obnażyła braki prezydenckiego przywództwa, ogromną mobilizację strony demokratycznej, połączoną z fundrisingowymi rekordami, które dały olbrzymią przewagę reklamową Bidenowi na ostatniej prostej kampanii wyborczej, zupełnie zrozumiałe wydawały się oczekiwania kierownictwa Partii Demokratycznej, że 3 listopada nadejdzie niebieska fala, która pozwoli na przejęcie nie tylko Białego Domu, ale też senatu i w dodatku na umocnienie pozycji w Izbie reprezentantów. Tak się jednak nie stało: Demokraci stracili miejsca w Izbie, najprawdopodobniej nie odbili senatu, a walka o prezydenturę daleka jest od łatwego rozstrzygnięcia.

Trump nie okazał się kowadłem, które ciągnie Partię Republikańską na dno jeziora. Przeciwnie, pozwolił jej nawet zyskać głosy. Na przykład w Teksasie, gdzie wydawało się, że kto miał zagłosować na Trumpa, już na pewno to zrobił, Trump otrzymał 1,2 mln głosów więcej niż przed czterema laty. Oczywiście, była zdecydowanie wyższa frekwencja. Ale ona w teorii miała służyć Demokratom, bo wydawało się, że wynika z ogromnej mobilizacji przeciwko Trumpowi.

Tymczasem prezydent również przyciągnął do siebie więcej osób. Jego przekaz o konieczności zawrócenia globalizacji, odwrotu od multilateralizmu i powrotu do wielkości Ameryki wciąż jest nośny, a jego potknięcia z ostatnich czterech lat najwyraźniej wpadły do zakładki „fake news”. Wybór Trumpa w 2016 nie był anomalią i wynikiem skomplikowanego spisku przeciwko Ameryce: był wyrazem realnych zmian społecznych i płynących z nich oczekiwań.

Mit założycielski Trumpistów?

Nawet jeśli hasło o „skradzionych wyborach” nie spowoduje, że zwolennicy Trumpa rozpoczną uliczną rewolucję, to może ono trwale podkopać podstawy amerykańskiego państwa. Żeby lepiej zrozumieć zagrożenie, Amerykanie powinni bacznie studiować najnowszą historię Polski.

Nieco ponad rok temu Krzysztof Mazur w jednym z KluboTygodników tłumaczył skomplikowaną historię upadku gabinetu Jana Olszewskiego. Mówił o tym,  jak przeciętny rząd, chylący się pod ciężarem własnych błędów, stał się symbolem walki dobra ze złem, dzięki pamiętnej czerwcowej nocy, kiedy to opozycja zmobilizowała siły, by odwołać premiera i zapobiec szeroko zakrojonej lustracji. Dzięki tamtym wydarzeniom, sugestywnie pokazanym w filmie Jacka Kurskiego i Piotra Semki „Nocna zmiana”, upadek rządu Olszewskiego stał się dla części polskiej prawicy czytelnym symbolem, że państwo „nie jest ich”, a III RP jest zgniłym organizmem, którego nie sposób reformować. Można ją tylko obalić, by na jej gruzach wreszcie zbudować sprawiedliwe państwo. Dalekie echo tego sposobu myślenia można było obserwować w batalii o sądownictwo, którą rozpoczął Jarosław Kaczyński w 2015 roku.

Jeśli utrwali się opowieść o sfałszowanych wyborach i kradzieży prezydentury, to ona będzie kształtowała wyobraźnię elektoratu Republikanów w nadchodzących latach. Trumpizm nie okaże się krótkotrwałą anomalią i nie zniknie wraz z prezydentem, ale otworzy drogę jego naśladowcom i utrwali jego wyborczą bazę, połączoną potężnym mitem o konieczności odbicia Ameryki z rąk uzurpatorów.

Choć wielu Republikanów nie zabiera głosu, albo ostrożnie dystansuje się od retoryki prezydenta, to w przyszłości będą musieli wybrać: albo dostosują się do nastrojów elektoratu albo zostaną zastąpieni przez większych radykałów. Może to oznaczać bardzo mroczne czasy dla samej partii i dla przyszłości Ameryki.

Tym ostrożniejsi powinni być dziennikarze, nim znowu zdecydują o zdjęciu Trumpa z anteny. Obawiam się, że nie ma dobrej odpowiedzi, jak należy postępować w obecnej sytuacji, ale prowokowanie wymiany ciosów zawsze będzie korzystniejsze dla narracji Trumpa, a przez to niebezpieczniejsze dla Ameryki.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.