Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

To nie tak, że PiS zabrał nauczycielom i pielęgniarkom, a dał „500 Plus”. Polemika z „Drugą falą prywatyzacji” Łukasza Pawłowskiego

To nie tak, że PiS zabrał nauczycielom i pielęgniarkom, a dał „500 Plus”. Polemika z „Drugą falą prywatyzacji” Łukasza Pawłowskiego Zdjęcie: Michal Jarmoluk

Druga fala prywatyzacji Łukasza Pawłowskiego, jednego z twórców „Kultury Liberalnej”, to książka napisana z dwóch powodów. Po pierwsze, Pawłowski nie kryje się z jasną, polityczną intencją jej przygotowania – Druga fala prywatyzacji to w zamierzeniu samego autora narzędzie intelektualnego suflowania nowej strategii działania dla coraz bardziej bezradnej opozycji. Po drugie, to podsumowanie rządów Zjednoczonej Prawicy w aspekcie policy, a nie politics. Problem polega na tym, że w obu wymiarach książka ma zasadnicze mankamenty, a tytułowe oskarżenie PiS-u o porzucenie usług publicznych w dużej mierze nie ma pokrycia w faktach.

Jak pokonać PiS – strategia na lepszy program

Pawłowski stawia tezę, że źródeł ustawicznych porażek Koalicji Obywatelskiej należy upatrywać w błędnej strategii, która deprecjonowała kwestie programowe i redukowała tożsamość ugrupowania do prostego anty-PiS-u. I już w tym miejscu pojawia się pierwszy znak zapytania. Pawłowski idealistycznie zakłada, że program ma znaczenie, co jest dalece dyskusyjne, biorąc pod uwagę przyczyny zarówno zwycięstwa PiS-u w 2015 i później, jak i PO w latach 2007-2015.

Nie chcę powiedzieć, że PiS i PO tego programu nie mają. Wręcz przeciwnie – to opasłe dokumenty, które niewielu przeczytało, a często zawierają całkiem ciekawe postulaty. Rzecz polega na tym, że nie tym wygrali wybory. Odpowiedź na pytanie, dlaczego głosujemy tak, a nie inaczej, to oczywiście temat-rzeka, którego nie sposób w kilku zdaniach wyjaśnić, ale z pewnością prosta odpowiedź Pawłowskiego jest co najmniej niewystarczająca.

Postawiłbym tezę, że głównym problemem PO jest to, że mimowolnie stało się w ostatnich latach partią wielkomiejską, co pozwala, owszem, utrzymać stabilne poparcie, ale nie stanowi potencjału pokonania partii Jarosława Kaczyńskiego. Powód? Prozaiczny – wbrew popularnym tezom o rosnącej miejskości Polski nadal większość mieszkańców żyje poza największymi metropoliami. Nieufność wobec PO ze strony małomiasteczkowych i wiejskich wynika zaś z pobudek kulturowych. Politycy Platformy mentalnie oddalili się bowiem od prowincji i jej sposobów patrzenia na świat, odsunęli prowincję i pozwolili PiS-owi na pełną dominację w tym segmencie wyborców, którzy liczbowo górują nad elektoratem wielkomiejskim.

Problem ten nie jest łatwy do rozwiązania, ponieważ powrót do małych miast niekoniecznie byłby uznany za wiarygodny i potencjalnie mógłby się wiązać z utratą progresywnych wyborców w dużych ośrodkach na rzecz lewicy.

Jak pokonać PiS – strategia na socjalną licytację i solidarystyczną narrację

Sprawy nie rozwiąże również proponowana przez Pawłowskiego zmiana kursu gospodarczego. Deklaracja utrzymania wszystkich PiS-owskich transferów, a nawet zapowiedzi wprowadzenia kolejnych nic Platformie nie dały. Nie pomogła także Rafałowi Trzaskowskiemu, który na swoje sztandary w trakcie kampanii prezydenckiej wziął hasło nowej solidarności. Zdecydowane odejście od liberalnych korzeni w stronę progresywnego modelu socjaliberalnego nie pozwoliło prezydentowi Warszawy na sukces, mimo że startował bez silnego utożsamienia go z PO.

Pawłowski odpowiada w sposób bardziej zniuansowany – problemem zarówno PO, jak i lewicy jest jego zdaniem deficyt opowieści o solidarności. Niby te partie proponują solidarnościowe rozwiązania, ale nie stoi za tym spójna narracja. W tym miejscu również należy się słowo polemiki. Problemem zarówno PO, jak i lewicy nie jest wcale spójność opowieści, ale niska jej wiarygodność. Choć przesadą jest stwierdzenie, że PO to partia turbo-liberalna, to jednak jest oczywiste, że w swojej historii proponowała wolnorynkowe rozwiązania. Początkowy sceptycyzm wobec programu „500 plus” jest najlepszym dowodem na to, że liberalne korzenie tej partii wciąż są mocne.

Lewica z kolei ma problem, bo choć dużo mówi o kwestiach socjalnych, to ewidentnie tym, co rozpala polityków tej partii i jej elektorat, są kwestie obyczajowe. Lewica dąży głównie do zmian kulturowych, które są obce elektoratowi socjalnemu. Badanie CBOS pokazujące, że elektorat lewicy jest bardziej liberalny gospodarczo od PO, to dowód na to, że socjalne hasła są tylko dodatkiem do kulturowej rewolucji i wyborcy to czują. Potwierdza to struktura elektoratu, który w przypadku lewicy znajduje się w dużych miastach. Mówiąc krótko, to nie spójność i atrakcyjność przekazu jest kluczowa, ale jego wiarygodność, a w tej kwestii najmocniejsze „papiery” ma PiS.

Ciekawie brzmi za to inna rekomendacja. Pawłowski podkreśla, że aby skutecznie pokonać populistów, liberałowie powinni „zhakować” pojęcia zagarnięte wcześniej przez prawicę. Autor Drugiej fali prywatyzacji powołuje się na Marka Lillę i Yasha Mounka, którzy proponowali liberałom, by grali na boisku populistów, czyli pokazywali, że lepiej odpowiadają na potrzeby rodziny, tradycji, patriotyzmu i narodu. Tutaj faktycznie rekomendacja Pawłowskiego jest bardzo trafna, aczkolwiek strona liberalna w Polsce będzie mieć duży problem z tą operacją z uwagi na jej awersję do tych pojęć.

PiS wydaje na ochronę zdrowia i edukację najwięcej w historii III RP 

Kluczową tezą książki Pawłowskiego jest zarzut wobec PiS-u, że nakręca zjawisko drugiej fali prywatyzacji. Polega ono na jednostronnym postawieniu na bezpośrednie transfery socjalne kosztem inwestycji w usługi publiczne. Zdaniem autora takie podejście powoduje, że obywatele wykorzystują otrzymane środki na rynku prywatnym, co widać w ostatnich latach w sektorze edukacyjnym i zdrowotnym. W konsekwencji oznacza to model, w którym za pieniądze z budżetu społeczeństwo realizuje swoje potrzeby poza sferą usług publicznych, które jednocześnie degradują się z powodu braku finansowania z budżetu państwa.

Pawłowski stawia mocne oskarżenie – dotychczasowa polityka PiS-u prowadzi Polskę nie w kierunku państwa opiekuńczego, ale państwa minimalnego. Więcej, Pawłowski straszy, że proces ten stanowi zagrożenie dla demokratycznego ustroju. Z tych powodów przeciwdziałanie zjawisku drugiej fali prywatyzacji powinno stać się jednym z priorytetów liberalnej opozycji.

Sam postulat przyznawania priorytetu inwestycjom w usługi publiczne, a nie bezpośrednie transfery socjalne, jest jak najbardziej słuszny, ale oskarżenie obozu dobrej zmiany o całkowite porzucenie usług publicznych jest zarzutem naciąganym.

Nie jest bowiem tak, jak sugeruje Pawłowski, tzn. że PiS skoncentrował się jedynie na transferach gotówkowych. W latach 2015-2019 wzrost wsparcia finansowego zarówno dla ochrony zdrowia, jak i edukacji był rekordowy, najwyższy w całej historii III RP! W pierwszym przypadku wzrost wydatków wyniósł w tym okresie ok. 20 mld zł (w 2015 r. 79,6 mld zł, w 2019 r. już 97,6 mld zł), a dodatkowo w najbliższych latach czeka nas utrzymanie dynamiki wzrostowej ze względu na przyjęcie ustawy zobowiązującej do podnoszenia wydatków na ochronę zdrowia do poziomu 6% PKB. W przypadku edukacji wzrost wydatków na subwencje ogólną z budżetu w latach 2016-2019 wyniósł 5,5 mld zł, a przecież do tego trzeba dodać wzrost wydatków samorządów (choć stosunek wydatków bieżących oświatowych do wydatków ogółem dla wszystkich JST był odpowiednio niższy, co pokazuje, że coraz mniejszy procent finansów samorządów jest przeznaczany na edukację).

W ostatnich latach podwyżki dostali zarówno rezydenci, jak i nauczyciele. Narracja, że PiS finansuje świadczenia „500 plus” kosztem usług publicznych, jest więc prawdziwa tylko w tym sensie, że gdyby nie transfery bezpośrednie, to rząd mógłby wydać na usługi jeszcze więcej, ale fałszywa w tym sensie, że nie zwiększał tych nakładów w ogóle. Polityka społeczna PiS-u jest więc de facto miksem rozwiązań gotówkowych i usługowych. Mocna teza Pawłowskiego o postawieniu na jedną kartę kosztem drugiej jest więc nieuzasadniona.

To nie Jarosław Kaczyński jest winny niskim emeryturom oraz rosnącemu znaczeniu sektora prywatnej ochrony zdrowia i prywatnego szkolnictwa

Skąd więc w ostatnich latach istotne wzmocnienie prywatnej ochrony zdrowia i prywatnego szkolnictwa? Powodu należy upatrywać nie w działaniach rządu Mateusza Morawieckiego, lecz w szerszych trendach społeczno-klasowych. W ostatnich latach bardzo wiele osób poprawiło swój status materialny (m.in. dzięki PiS-owi!), co zaczęło się przekładać na ich możliwości finansowe i społeczne aspiracje. Potwierdzają to statystyki kluczowego wskaźnika – dochodu rozporządzalnego. Statystyczny Polak miesięcznie na swoje wydatki w 2015 r. posiadał 1386 zł, a w 2019 r. dysponował już 1819 zł, co oznacza, że w okresie rządów PiS-u nastąpił wzrost o prawie 1/3.

Warto przy tym dodać, że przewaga prywatnego rynku nad publicznym jest specyficzna. W obszarze zdrowia ogranicza się przeważnie do krótszych kolejek do specjalistów, a w obszarze edukacji do społeczno-klasowej do selekcji i segregacji. Obie przewagi trudno będzie zniwelować bez względu na to, jaka partia znajdzie się u władzy. Nawet skokowe zwiększenie nakładów na publiczną ochronę zdrowia nie spowoduje, że lekarzy z dnia na dzień przybędzie, a przecież kolejki wynikają właśnie z ich deficytu. Drugą kwestią jest rosnące znaczenie sektora prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych. Za ten wzrost Pawłowski obwinia PiS, chociaż jednocześnie sam przywołuje trend upowszechnienia oferty dodatkowego ubezpieczenia wśród pracodawców, którzy zmuszeni są uatrakcyjniać własną ofertę pracy wobec niskiego bezrobocia. Znów kluczowe znaczenie mają nie decyzje decydentów politycznych, lecz szerszy kontekst.

Również wzrost nakładów na edukację nie zmieni sytuacji, gdyż rosnący podział na prywatne szkoły dla dzieci z bogatszych domów i publiczne dla tych z biedniejszych to część globalnego trendu, a nie wina Kaczyńskiego. Co więcej – przy wszystkich słusznych krytykach wobec przeprowadzonej reformy – decyzja o likwidacji gimnazjów oznacza wydłużenie o dwa lata edukacji opartej o klucz rejonowy, czyli egalitarny klasowo, mieszanie w jednej placówce dzieci z różnych środowisk społecznych.

Za dalece dyskusyjny należy uznać kolejny argument Pawłowskiego mówiący o tym, że chaos, jaki wygenerował PiS, spowodował niechęć do zawodu nauczyciela i wzrost liczby wakatów. Prawda jest taka, że głównym problemem jest spadająca atrakcyjność zawodu nauczyciela, szczególnie w największych miastach. Wynika to z dwóch zasadniczych przyczyn. Po pierwsze, w największych metropoliach najlepsi nauczyciele są przechwytywani przez prywatne szkoły, gdzie lepiej się płaci i gdzie w ostatnich latach nastąpił duży wzrost popytu na pedagogów. Po drugie, wzrost gospodarczy i bardzo komfortowa sytuacja na rynku pracy powodują, że atrakcyjność finansowa zawodu nauczyciela mimo podwyżek spada.

Na koniec należy zwrócić uwagę na jeszcze jeden kluczowy aspekt. Zgodnie z danymi przywołanymi przez autora Drugiej fali prywatyzacji w zależności od województwa z prywatnych placówek korzysta dziś między 2% a 6% uczniów. To nie unieważnia oczywiście istotnego podniesienia tej liczby w ostatnich latach, ale dynamika wzrostu to jedno, a całościowe, niskie dane to drugie. Co więcej, liczba osób korzystających z publicznych placówek nie odbiega u nas nadal od poziomu w innych państwach wysokorozwiniętych.

Na liście usług publicznych, których standard w ostatnich latach z powodu działań rządów ZP uległ pogorszeniu, Pawłowski umieścił również świadczenia emerytalne. Oczywiście, nie sposób bronić decyzji PiS-u o obniżeniu wieku emerytalnego, ale zarzut dotyczący trzynastki i czternastki jest już dyskusyjny. Moje zastrzeżenia dotyczą tego, że nie stać nas na podwyższanie emerytur obecnym seniorom, ale lepiej, że wsparcie dla nich miało charakter jednorazowy z uwagi na wyjątkowy, a nie stały koszt dla budżetu. Uzasadnieniem jednorazowego transferu mogło być podzielenie się owocami wzrostu, który obserwowaliśmy w ostatnich latach, ale przecież nie będzie on trwał wiecznie, stąd jednorazowość transferu.

Oczywiście, nie podważam wyborczego kontekstu trzynastej emerytury, ale sygnalizuję, że zarzut braku systemowego rozwiązania jest nietrafiony, bo oznaczałby zdecydowanie wyższe koszty po stronie młodych osób na rzecz obecnych emerytów, a przecież duża część książki jest poświęcona problemowi braku wiary w emerytury wśród młodego pokolenia. Tutaj znów dochodzimy do kluczowego problemu książki: to nie zły PiS jest winny naszym systemowym problemom z zabezpieczeniem emerytalnym, lecz pozbawione partyjnych barw trendy demograficzne. I to one sprawiają, że w najbliższych latach, czy nam się to podoba czy nie, znaczenie prywatnych ubezpieczeń emerytalnych będzie musiało rosnąć.

Prawdziwy problem to jakość usług publicznych, a nie tylko ich poziom finansowania

Niesłuszność wielu ciosów zadanych przez Pawłowskiego PiS-owi nie powinno przesłaniać głównej rekomendacji dla polityk publicznych. Pawłowski porusza ważny wątek, jakim jest problematyczność powszechności świadczeń, które w ostatnich latach stały się bardzo popularne w debacie publicznej. Trzeba przyznać, że słusznie wskazuje on, że ich powszechność jest droga i ogranicza możliwości budżetowe na dofinansowanie usług publicznych.

Jednocześnie trzeba podkreślić, że główny problem w przypadku PiS-u polega nie na obniżaniu wysokości środków przeznaczanych na te usługi, lecz na ich jakości. O ile obóz dobrej zmiany wprowadził realne i najwyższe od wielu lat podwyżki dla pracowników budżetówki, to jednak nie stworzył kompleksowego systemu, w którym byłyby jasno określone standardy usług publicznych wraz z modelem skutecznego egzekwowania tychże standardów.

Problemem Polski nie jest bowiem ilość usług publicznych, ale ich jakość. Wiele państwowych instytucji nie zapewnia ich, a kolejne rządy nie potrafią tego zmienić. Jaka jest tego geneza? Wynika z kilku przyczyn, o których niestety Pawłowski nie pisze, a brak środków to tylko jedna z odpowiedzi i niekoniecznie najważniejsza.

Po pierwsze, podniesienie standardu usług publicznych to dużo bardziej skomplikowana kwestia aniżeli bezpośredni transfer środków pieniężnych do obywateli. Wymaga bowiem często skomplikowanych zmian systemowych. Po drugie, zmiany te często są czasowo żmudne, a ich ewentualny pozytywny efekt jest oddalony w czasie. Po trzecie, bardzo często istnieją „weto playerzy”, którzy blokują określone rozwiązania ze względu na grupowy interes, który narracyjnie łatwo sprzedać opinii publicznej jako interes publiczny. Po czwarte, skomplikowane zmiany wymagają szerokiej partycypacji i zaufania wielu interesariuszy. Po piąte, bezpośrednie transfery są wyborczo bardziej atrakcyjne, bo ludzie dostrzegają bezpośrednią korzyść na własnym koncie bankowym.

Przyznając, że jakość usług publicznych w Polsce nie jest wysoka, należy jednocześnie podkreślić, że PiS na tym polu szczególnie się nie wyróżnia – ani na plus, ani na minus. Nie jest bowiem tak, że ochrona zdrowia i publiczny transport świetnie działały przed 2015 r., a kiedy przyszedł PiS, to zabrał środki i wydał je na „500 plus” i szkolne wyprawki.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.