Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Plebejscy self made-mani z obskurnych podwórek. Wokół „Skandalu. Ewenementu Molesty”

przeczytanie zajmie 5 min
Plebejscy self made-mani z obskurnych podwórek. Wokół „Skandalu. Ewenementu Molesty” źródło: https://www.youtube.com/watch?v=2LV1FZuSWf8

„Słońce schowane było chyba z drugiej strony; zestaw mebli – lichy materac, mały stolik. Chleb powszedni, za szczęściem w pogoni. Zupy z torebek i ta chęć, żeby robić” – rapował Sokół, legenda polskiej sceny hip-hopowej. Ten cytat doskonale oddaje ducha dokumentu poświęconego historii zespołu Molesta Ewenement, który można czytać jako anty-inteligencką kontr-opowieść o polskich latach 90.

Wybór Molesty to nie przypadek. Ich debiutancka płyta Skandal wydana w 1998 r. to – obok Księgi Tajemniczej. Prolog Kalibru z roku 1996 – „punkt zero” polskiego rapu. To właśnie od jej pojawienia się na rynku należy datować właściwy początek naszej rodzimej sceny hip-hopowej. Jednocześnie dokument Bartosza Paducha to nie tylko opowieść o losach Vienia, Włodiego, Wilka, Kaczego i innych, ale również alternatywna historia lat 90. i transformacji ustrojowej. I to ten wymiar za krótkiej, bo tylko 70-minutowej, a przez to nieraz powierzchownej produkcji, wydaje się najciekawszy.

Kiedy dziś myślimy o końcówce PRL-u i latach 90. to automatycznie przyjmujemy jedną z dwóch perspektyw: albo ziarnisty i nostalgiczny filtr rodem z Duchologii Olgi Drendy, albo klasyczny polityczny punkt widzenia – Balcerowicz vs Lepper, pstrokacizna bazarów, uwłaszczenie nomenklatury, homo sovieticus, pierwsze fortuny zarobione na pokątnym handlu, lewiźnie i przemycie. Z jednej strony perspektywa mikro, ciepła, rodzinna, kojąca, prywatna i osobista, pełna wspomnień z trzepaka i gry w kapsle, snuta przez pokolenie współczesnych 40-latków. Z drugiej strony spojrzenie makro-historyczne i skupienie na głębokich procesach polityczno-gospodarczych z jej Wielkimi Bohaterami, których znamy tylko z kolejnych wydań telewizyjnych „Wiadomości”.

To, co istotne i wspólne dla obu tych perspektyw to wyjście z historii. W pierwszym przypadku do przyjemnie dusznej kuchni, gdzie mama i babcia gotują kompot i lepią pierogi, w drugim – w przestrzeń dziejowych konieczności, kapitalistycznego zeitgeistu, demoliberalnego końca historii i bezalternatywnego kształtu gospodarczej transformacji, którą trzeba przeprowadzać, a nie o niej dyskutować. Historia kilku chłopaków z Molesty proponuje trzecią opowieść, niejako godzącą dwie wcześniejsze perspektywy.

Na prawej stronie polskiej debaty publicznej pokutuje mityczne wręcz pragnienie osiągnięcia pełnej kulturowej niezależności, wypracowanie nigdy i nigdzie nie istniejącej autarkicznej wyjątkowości i samodzielności. Bycie autentycznym, wiarygodnym i prawdziwym to także jeden z kluczowych wątków dokumentu. Jego bohaterowie przyznają wprost, że tworzenie muzyki było dla nich sposobem nie tylko na przedstawienie własnej wersji otaczającego ich świata, ale i sposobem na opowiadanie siebie, swojego marginalnego położenia.

W tym celu wykorzystali gatunek stworzony przez czarnoskórych mieszkańców biednych dzielnic wielkich amerykańskich miast. Ktoś powie: kopiowali, to kolejna kulturowa kserówka. Tylko że w ten sposób znów uruchamiamy pułapkę mitycznej autarkii. Przypominam, że z tej pespektywy polski katolicyzm to „kulturowy przeszczep” z Rzymu, a kulturowa formacja sarmatyzmu to sklejka zachodnich elementów z tureckimi ciuchami.

To, co kluczowe to fakt, że członkowie składu Molesta Ewenement i kolejne zespoły po nich zaadoptowali muzykę Afro-Amerykanów do nadwiślańskich warunków i osobistych doświadczeń. Polski rap to autentyczna forma życia i autentyczny sposób kulturowej ekspresji społecznych plebejuszy, 20-latków „wyrzuconych z historii” drugiej połowy lat 90. i początków lat 2000., o czym celnie i obrazowo rapował Pezet w kultowym kawałku Ukryty w mieście krzyk.

To plebejskie oblicze i jednoznaczną społeczną tożsamość widzimy w samym dokumencie, kiedy wraz z bohaterami wędrujemy po ich rodzinnych rewirach: stare kamienice na Mokotowie, pochowane podwórka na Śródmieściu, wielka płyta na Służewcu. I ta scena, w której Wilku przyprowadził reżysera do swojego rodzinnego mieszkania, gdzie na 26 m2 mieszkało 8 osób, a za „potrzebą” schodziło się do toalety zlokalizowanej w piwnicy; oraz opowieść Włodiego o matce pracującej na dwie zmiany, aby zapewnić jako takie warunki życia dla niego i jego brata.

I nie chodzi teraz o sztuczną, inteligencką ludomanię, tworzenie z Molesty współczesnych bohaterów romantycznych. Celem Vienia, Włodiego i całej sceny hip-hopowej z lat 2000. było wyrwanie się z tej społecznej kondycji, a nie idealizowanie szarych podwórek i połamanych ławek. Kiedy wsłuchamy się na poważnie w rapowe teksty, to dostrzeżemy, że są to opowieści o przyjaźni, wierności, solidarności, braterstwie, współpracy, opowieści młodych-aspirujących, którzy w sytuacji rodzącego się w Polsce kapitalizmu próbują wziąć sprawy w swoje ręce, własnymi siłami „wejść w historię”. Wystarczy odtworzyć takie kawałki jak Nie bój się zmiany na lepsze czy Damy radę, żeby to zauważyć. Opowieść o polskim rapie to drugie oblicze opowieści o szczękach, dorobkiewiczach i społecznym awansie, zakorzeniona jednocześnie w socjologicznym konkrecie bloków, kamienic i podwórek.

Dlaczego ta historia jest tak istotna? Bo wprowadza inną niż elitarno-polityczno-inteligencką perspektywę patrzenia na najnowszą historię Polski. Wprowadza bohaterów z niższej klasy społecznej, zrywa z fałszywą optyką biernego homo sovieticusa, ucieka od estetyki nostalgicznych zdjęć z polaroida, wrzuca nas za to w realne blokowiska i realne życiorysy. Jest historią zmagania się z własnymi ograniczeniami i społecznym otoczeniem. Jednocześnie ma w sobie duży ładunek uniwersalności, bo my wszyscy jesteśmy z tych szarych bloków. Jesteśmy dużo bardziej post-chłopskim niż post-szlacheckim społeczeństwem.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.