Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Praca człowieka to zdecydowanie więcej niż wskaźniki wydajności

przeczytanie zajmie 19 min
Praca człowieka to zdecydowanie więcej niż wskaźniki wydajności Zdjęcie: Quang Nguyen vinh

Praca jest stałym elementem kondycji ludzkiej. Zaangażowanie w przetwarzanie świata podług naszych potrzeb wyznacza rytm naszego życia, dzieląc go na czas pracy i czas odpoczynku. Rozwój gospodarki kapitalistycznej wtłoczył w nas jednak przekonanie, że jedyną rzeczą godną szacunku jest aktywność użyteczna, przydatna i przynosząca bezpośrednie korzyści. Poza tym obszarem rozciąga się domena lenistwa, na które mogą pozwolić sobie tylko ci, którzy na nie w pocie czoła uprzednio zapracowali. Taka wizja to potworna redukcja człowieczeństwa, eliminująca z horyzontu naszych działań najbardziej specyficzną dla gatunku ludzkiego czynność: zdolność do kontemplacji prawdy.

Purytańska etyka pracy i dyktat rozumu instrumentalnego

Dominującym współcześnie modelem rozumienia pracy, szczególnie wśród osób, którym bliskie są teorie wolnorynkowe i proprzedsiębiorcze, jest opisana przez Maxa Webera purytańską etyka pracy, którą niemiecki socjolog łączył z duchem kapitalizmu. Traktuje ona pracę jako wartość samą w sobie oraz jako źródło moralnej wartości człowieka, przez co dokonuje coś na wzór jej sakralizacji. Ciężką pracę i bogactwo odczytywano w kategoriach łaski Bożej. Zakładano, że temu, komu się materialne powodzi, Bóg błogosławi. W ramach purytańskiej etyki pracy odpoczynek stawał się jedynie funkcją pracy, która stanowiła główny celem życia ludzkiego. Jej celem miałaby być przemiana rzeczywistości i kumulowanie bogactwa. Najwyższe cnoty to pracowitość i oszczędność, a najlepszym sposobem wydatkowania zarobionych pieniędzy – filantropia. Zdaniem Webera ta właśnie wizja legła u podstaw współczesnego kapitalizmu i związanego z nim krytycznego postrzegania czasu wolnego. Czas wolny i bezczynność to zignorowanie uświęcającej ascezy pracy, a więc marnowanie szansy na otrzymanie błogosławieństwa. Szczęśliwy może być tylko ten, kto podejmuje się wykonywania dzieł praktycznych i pracuje.

Można zaryzykować tezę, że wszystkie propozycje ograniczenia czasu pracy, podobnie jak postulaty wprowadzenia kolejnych zasiłków społecznych czy idea bezwarunkowego dochodu podstawowego poddawane są krytyce według tego samego klucza: wymienione rozwiązania to furtka do demoralizacji człowieka, który otrzymując środki do życia bez pracy, traci nieuchronnie motywację do działania i popada w najgorszy z możliwych stanów – lenistwo. Tylko ciężka praca jest bowiem w stanie utrzymać wysoki poziom moralny człowieka.

W ten właśnie sposób praca staje się wartością samą w sobie. Jak skrajną formę potrafi przybrać takie podejście, demonstruje Jarosław Górski w swoim felietonie o bezsensownej „pracy po polsku”: nie liczy się efekt, ale sam fakt wykonywania pracy. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie wynajdywał sobie zajęcia na siłę, kto nie zamiatał kompulsywnie stanowiska pracy albo nie przeglądał po raz enty skrzynki mailowej tylko po to, aby nie stać czy nie siedzieć „bezczynnie”. Bynajmniej nie chodzi tutaj o znalezienie sobie zajęcia z powodu nudy – aby tylko coś robić – lecz o wyuczone formy wykazywania sztucznej „produktywności”. Proces technologiczny czy inaczej niezawiniony przestój nie są usprawiedliwieniem. Któż z nas nie słyszał zdania: „ale zawsze jest coś do posprzątania!”? Jarosław Górski podaje przykład własnej rozmowy z dyrekcją szkoły, która nie potrafiła pojąć, że wspólne oglądanie z młodzieżą filmu podczas pozalekcyjnego klubu filmowego może być pracą. „Inni koledzy wymyślili aktywne dwie godziny zajęć. A pan aktywnie przecież będzie pracował tylko godzinę”.

Przeciwników ograniczenia wymiaru pracy czy nowych dni od niej wolnych nie przekonują też dane wskazujące, że mniejszy wymiar pracy może wiązać się z większą wydajnością, podobnie jak XIX-wiecznych francuskich moralistów i ekonomistów – opisanych przez Paula Lafargue’a w jego Prawie do lenistwa – nie przekonywał przykład Wielkiej Brytanii, która wprowadziła dziesięciogodzinny dzień pracy. W tej optyce zaniechanie pracy oznacza wyhamowanie wydajności oraz zmarnowanie czasu i możliwości. A to największa zbrodnia. To myślenie typowe dla nowoczesności i towarzyszącego jej racjonalistycznego projektu.

Współczesny sposób oglądu rzeczywistości społecznej w państwach rozwiniętych jest wynikiem całego ciągu zmian i ewolucyjnych przekształceń na polu idei. Max Horkheimer w swojej Krytyce instrumentalnego rozumu pokazuje, w jaki sposób kultura europejska przeszła od wizji rozumu obiektywnego, który ogarniał całą rzeczywistość, do rozumu subiektywnego, którego działanie ogranicza się do „klasyfikowania, wnioskowania oraz dedukowania w całkowitym oderwaniu od specyfiki treści”.

Zmęczona ideologicznymi wojnami Europa zaczęła odchodzić od oceniania poszczególnych wizji dobrego życia, a więc i celów. Racjonalnej ocenie podlegać miały jedynie narzędzia stosowane do uzyskiwania tych celów. Ufundowana na religijnym Objawieniu wizja obiektywnej prawdy ogarniającej całą rzeczywistość rywalizowała początkowo ze świeckimi metafizykami szukającymi źródła prawd obiektywnych w naturalnym rozumie dostępnym wszystkim Ostatecznie jednak obie te wizje przegrały walkę o rząd dusz. Niemożność ustalenia prawdy „ostatecznej”, wspólnej dla wszystkich stron, doprowadziła do sytuacji w której tego typu rozważania uznano za jałowe z samej swojej istoty, za obiektywną rzeczywistość zaczęto zaś uważać to, mierzalne i naoczne.

W życiu społecznym takim realnym bytem okazał się interes i to on, a nie ugruntowana racjonalnie wizja dobrego życia, stał się jedynym wyznacznikiem celów. Myślenie takie ma daleko idące konsekwencje: w tym ujęciu za jedynie sensowne wypada uznać wyłącznie działanie przynoszące wymierny efekt. Satysfakcji, rozwoju moralnego, szczęścia, dobra czy piękna nie da się zmierzyć, można za to obliczyć i wycenić wartość rynkową produktu, ilość wytopionej surówki czy obrobionych w ciągu godziny dokumentów.

Kapitalizm potrafi stworzyć piekło na ziemi

Zainicjowany u progu nowoczesności proces przechodzenia od dawniejszych form uspołecznienia do form bliższych naszym czasom wielokrotnie niósł rozczarowanie. Znoszono święta i dni wolne od pracy, likwidowano zgromadzenia zakonne i cechy, uwłaszczano chłopów. Choć część tych zmian, jak na przykład emancypacja warstw chłopskich, stanowiła pozytywny skutek uboczny, trudno powiedzieć to samo o likwidowaniu dni wolnych od pracy.

Logika kapitalizmu domagała się jednak zaprzęgnięcia jak najliczniejszych mas w proces produkcyjny. Wymuszone tą logiką skupienie ludzi w ciasnych osiedlach robotniczych i wtłoczenie ich w dwunastogodzinny dzień pracy przez 6 dni w tygodniu nie spowodowało jednak uświęcenia nowopowstałej klasy robotniczej. Wręcz przeciwnie – dziwiętnastowieczne miasta przemysłowe okazały się wylęgarniami demoralizacji i zepsucia. Ciężkie warunki pracy i jej graniczące z ludzką wytrzymałością natężenie unaoczniło robotnikowi jego kondycję jako bez mała biblijnego prochu. W wielu miejscach świata do dziś niewiele się zmieniło.

Współczesny kapitalizm w państwach rozwiniętych również tworzy warunki, w których praca wcale nie musi człowieka ubogacać. Nie chodzi nawet o skrajne przykłady z Azji Wschodniej, gdzie zapracowywanie się na śmierć i plaga samobójstw oraz depresji nie jest niczym nadzwyczajnym (ukuto dla nich lokalne nazwy własne, takie jak japońskie karoshi czy koreańskie gwarosa). To samo, choć mniej wyraźnie, dotyczy europejskich i amerykańskich pracowników korporacji. Choroby psychiczne, „wysokofunkcjonujący alkoholicy”, narkomania i inne formy duchowej deprawacji stanowią często przemilczane oblicze sukcesu gospodarczego.

Okresy ciężkiej harówy i crunchu przekładane są klubowym życiem czy wakacjami all inclusive. A to skutkuje m.in. chorobami cywilizacyjnymi czy rozpadem tkanki społecznej. W 2018 roku pracujący na Uniwersytecie Stanforda profesor Jeffrey Pfeffer opublikował pracę Dying for a Paycheck. W wyniku analizy badań dotyczących zdrowia publicznego oraz warunków pracy w państwach rozwiniętych doszedł do szokujących wniosków. Według jego wyliczeń stres spowodowany pracą w samych Stanach Zjednoczonych generuje rocznie koszt ok. 300 mld dolarów oraz ma związek z ok. 120 tysiącami dodatkowych zgonów każdego roku.

W ostatnich latach w państwach wysokorozwiniętych obserwuje się spadek średniej przewidywanej długości życia. Według danych WHO grupa tzw. chorób niezakaźnych (czyli tych nie wywołanych patogenami, niedożywieniem ani problemami okołoporodowymi) generuje 71% przypadków śmierci na całym świecie, w tym 88% w państwach wysokorozwiniętych. W państwach niskorozwiniętych odpowiadają one jedynie za 37% zgonów. Widoczna jest silna korelacja pomiędzy zamożnością społeczeństw a przyczynami śmierci. Są to w głównej mierze schorzenia związane ze stylem życia, takie jak choroby układu krążeniowo-oddechowego, cukrzyca czy nowotwory. W najbogatszych społeczeństwach świata 9 z 10 najczęstszych powodów śmierci należy do tej grupy, a według badań przytaczanych przez Pfeffera większość z nich (w tym bezkonkurencyjny zabójca, czyli choroba niedokrwienna serca) ma udowodniony mniej lub bardziej bezpośredni związek ze stresem generowanym przez warunki pracy. Niewielka ilość ruchu, spożywanie wysokoprzetworzonej żywności o niskich walorach odżywczych (ale szybko dostępnej i zapewniającej zastrzyk dopaminy), wzmożone spożycie używek, niedosypianie czy zubożone życie towarzyskie i rodzinne wchodzą w niebezpieczne dla zdrowia sprzężenie zwrotne ze stresem. Zachodni człowiek sukcesu eksploatuje swoje ciało w pracy nie mniej niż XIX-wieczny robotnik. Fakt, że odreagowuje pijąc drogie whisky i wciągając przysłowiową „krechę” zamiast iść do taniej spelunki nie stanowi dla jego organizmu większej różnicy.

Maszyny nas uratują?

Jak każda przesada, sakralizacja pracy wytworzyła swoje przeciwieństwo, którym jest umiłowanie lenistwa. Pod koniec XIX wieku Paul Lafargue napisał Prawo do lenistwa, w którym po przedstawieniu przykładów hipokryzji ówczesnych mu moralistów, nakreślił program pozytywny opierający się na postulacie trzygodzinnego dnia pracy. Uzupełnia go obrazem wielkich uczt oraz perwersyjnego znęcania się nad dotychczasową klasą próżniaczą.

Kiedy odłożymy na bok wyraźną przesadę w formułowanym programie pozytywnym, to dostrzeżemy w tej pracy wiele intrygujących i trafnych tropów. W jednej z cenniejszych obserwacji Lafargue wskazał na nieoczywisty na pierwszy rzut oka związek pomiędzy promowaną publicznie i wtłaczaną robotnikom etyką pracowitości oraz oszczędności, a uprawianą przez warstwy uprzywilejowane rozpasaną konsumpcją. Pomiędzy wzrostem wydajności pracy i wzrostem konsumpcji następuje sprzężenie zwrotne. Wyprodukowane towary trzeba bowiem gdzieś sprzedać, a kiedy się to zrobi, wówczas ma się kapitał na dalsze inwestycje w produkcję.

Ostatecznie jednak Lafargue popada w wewnętrzne sprzeczności. Dowodząc na przykład, że maszyna może przynieść wybawienie od pracy, na co miał nadzieję już Arystoteles, autor Prawa do lenistwa sam ulega zauroczeniu postępem technicznym. Z jednej strony Lafargue uważa, że zwiększanie się ilości pracy i towarzysząca jej mechanizacja to przejawy złej organizacji społecznej, z drugiej strony zupełnie pomija zaobserwowane przez siebie namnażanie się zmechanizowanej pracy i wieszczy, że maszyny umożliwią nam pracę po trzy godziny dziennie.

Francuz nie miał również racji, gdy prorokował, że zmniejszenie wymiaru czasu pracy i jednoczesne pobudzenie konsumpcji zagwarantuje powszechną szczęśliwość. Z czasem rozwój zachodnich państw dobrobytu pokazał, że taka wizja jest utopią. Okazało się bowiem, że błędne koło samonapędzających się konsumpcji, maksymalizacji wydajności i nadprodukcji może działać nie tylko w ramach społeczeństwa fabrykantów i robotników, ale również w skali międzykontynentalnej. Pracujący nominalne 8 godzin robotnicy poprzez kompulsywną konsumpcję wywierają nacisk na wyzysk robotników w Azji Wschodniej, których to z kolei harówa generuje nadwyżkę, którą marketingowcy muszą wcisnąć zachodniemu konsumentowi.

I tak purytańska etyka pracy spotyka się pod jednym dachem z hedonistyczną i libertyńską konsumpcją. Korposzczury, dzieci robotników państwa dobrobytu, harują dziesiątki nadgodzin, żeby zarobić na kolejną generację Iphone’a czy nowy hybrydowy samochód. A wszystkie te produkty są składane w azjatyckiej fabryce przez człowieka, któremu obce są pojęcia wolnego weekendu czy urlopu.

Fundamentalny podział ludzkiego życia

Hedonista i purytanin spotykają się nie tylko w osobie harującego korposzczura, który ze wstrętem patrzy na bezrobotną matkę otrzymującą 500+. Wspólnym elementem obu tych postaw jest błędny podział podstawowych wymiarów życia na pracę i konsumpcję, a przekładając to na język średniowiecznej scholastyki – na życie czynne i życie polegające na używaniu. Problem postrzegania niektórych form życia jako bezproduktywnych nie jest niczym nowym. Przykładem może być powstanie zakonów żebraczych w Europie, które wzbudziło powszechne oburzenie. Jak to jest możliwe – pytano – że jakaś instytucja może opierać swoje funkcjonowanie na żebraniu o owoce czyjejś pracy? To było dla wielu nie do pomyślenia. To ich zarzuty odpierał Św. Tomasz z Akwinu, a jego argumenty mogą być dla nas bardzo pomocne na drodze do rozwiązania dylematu pracy i bezczynności.

Akwinata, rozważając sposoby życia człowieka, wprowadził podział na życie aktywne i kontemplatywne, o których pisał w sposób następujący: „Wyżej powiedzieliśmy, że ów podział dotyczy życia ludzkiego, w którym czołowe miejsce ma umysł. Otóż umysł czy myśl dzieli się na czynny i kontemplatywny w zależności od celu. Celem zaś umysłowego poznania jest albo samo poznanie prawdy: co należy do umysłu kontemplatywnego, albo jest nim jakaś zewnętrzna działalność: co należy do umysłu praktycznego, czyli czynnego. Stąd też i życie wyczerpująco dzieli się na czynne i kontemplatywne. Życie »w rozkoszach« ma na celu zdobywanie cielesnych przyjemności, które są wspólne nam i nierozumnym zwierzętom. Stąd też — jak tamże pisze Filozof — jest to życie czysto zwierzęce. I dlatego nie mieści się w naszym podziale, które dzieli życie ludzkie na czynne i kontemplatywne” (ST, II-II, q. 179).

Problemem współczesności jest całkowite pomijanie życia kontemplatywnego, względnie upychanie go do kategorii życia „w rozkoszach”. Rzekomo ma ono stanowić luksus, na który pozwolić mogą sobie wyłącznie ci ludzie, którzy już wcześniej nań zapracowali. Dominuje natomiast fetysz instrumentalności i produktywności – wszystko musi przynosić jakąś konkretną i wymierną korzyść, w przeciwnym wypadku nie zasługuje na szacunek. Nie jest od tego wymogu wolna nawet działalność intelektualna. Uczelnie maja generować patenty, współpracować z przemysłem i wdrażać innowacje do produkcji. Studenci zdobywać punkty ECTS, a wykładowcy wpisywać ich postępy w tabelki ewaluacyjne. O poziomie czasopism intelektualnych zaś świadczyć ma ich poczytność.

Pojawić się może pytanie, dlaczego degradacja kontemplacji jest zjawiskiem negatywnym? Podejście takie oznacza ignorowanie typowej człowiekowi cechy. Już Arystoteles zwracał uwagę na to, że życie rozumne, wychodzące poza rzeczywistość materialną, jest tym, co odróżnia człowieka od reszty otaczającego nas świata. Zatrzymując się na poziomie zaspakajania potrzeb fizjologicznych i emocjonalnych niczym de facto nie różnimy się od zwierząt, podczas gdy dobre życie człowieka powinno się cechować rozwijaniem własnego człowieczeństwa, stawaniem się lepszym, rozwijaniem sił, które drzemią w każdej osobie. W podobnym tonie Erich Fromm zwraca uwagę na to, że tym, co nas odróżnia od zwierząt, jest samoświadomość. Ona sprawia, że każdy człowiek jest bytem wyjątkowym w swoim rodzaju. Stąd każde działanie powinno odciskać tę wyjątkowość. A jak to wygląda współcześnie?

Oddajmy głos Maxowi Horkheimerowi „Gdy rozum wyrzekł się autonomii, stał się instrumentem. […] Jego wartość operacyjna, jego rola w procesie ujarzmiania ludzi i przyrody stała się jedynym kryterium. Pojęcia zostały zredukowane do zbiorów cech, które są wspólne wielu egzemplarzom. Dzięki temu, że określają one podobieństwo, oszczędzają trudu wyszczególnienia jakości i w ten sposób pozwalają lepiej zorganizować materiał poznania. […] Każde zastosowanie pojęć rozumu, które wykracza poza pomocnicze, techniczne zestawienie danych faktograficznych, jest tępione jako ostatni ślad zabobonu”.

Typowe dla kapitalizmu myślenie oparte o produktywność i skalę oznacza dwie rzeczy: unifikację i modelowanie. Te z kolei są zabójcze dla ekspresji człowieczeństwa. W przeciwieństwie do rzemieślnika, robotnik nie odciska swojego indywidualnego Ja na produkowanym przedmiocie. Fromm mówi wręcz o człowieku biernym, który reaguje jedynie na bodźce z otoczenia, zamiast aktywnie wychodzić ze swoim Ja w świat. Produkcja i kultura masowa nie potrzebują indywiduum, a seryjne egzemplarze działające według modelu, reagujące zawsze (według statystycznie wyliczonego prawdopodobieństwa) tak samo na bodźce – to właśnie pozwala na optymalizację i zwiększanie produktywności.

Nie jest przypadkiem, że wraz z nasilaniem się zjawiska umasowienia kultury pojawiła się presja na samorealizację oraz ekspresję. Człowiek wtłoczony w schemat chce na siłę się odróżnić od otoczenia. Kultura masowa zaś zamiast stanowić dla niego pomoc w dążeniu ku dobru, prawdzie i pięknu ściąga go ku życiu zwierzęcemu. Stąd człowiek swojego Ja szuka w emocjach i dobrach materialnych, zabawie, drogich przedmiotach, wycieczkach i egzotyce.

I tutaj zaskakująco aktualny pozostaje Lafargue, który zwraca uwagę na to, że kompulsywne dążenie do zwiększenia produkcji musi skutkować rozbuchaną konsumpcją, w innym wypadku fabrykant zostałby z masą nikomu niepotrzebnych śmieci. Już w XIX wieku przewidział on konsumpcjonizm, z którym mierzymy się dzisiaj. Marketing oparty na zwierzęcej części naszej natury (schemacie bodziec-reakcja) ma za zadanie tworzyć nowe potrzeby, których realizacja zaspokoić ma rosnącą produkcję, odwracając tym samym naturalny bieg rzeczy.

Erich Fromm zwraca uwagę na paradoks nudy i braku czasu. Jednocześnie gonimy za niedostatkiem czasu i marnujemy go, uciekając przed nudą. Człowiek współczesny odczuwa pustkę, ale nie potrafiąc jej nazwać, ucieka w konsumpcję. Dobra materialne i rozrywki są niczym narkotyk. Spełniają dokładnie tą samą rolę, jednocześnie oddziałują na typowo zwierzęcy układ nagrody oraz znieczulają. To dlatego ludzie zgadzają się na pracę ponad siły, niszczą swoje zdrowie, zaniedbują relację dla materialnej nagrody i chwili zapomnienia. Lubimy mówić o tym, że zdrowie i rodzina są najważniejsze. A na co je wymieniamy? Na luksusowe samochody, nowe gadżety, wycieczki i co tam jeszcze podsuną nam spece od marketingu. Powiedzmy sobie szczerze – to jest uwłaczające dla godności osoby ludzkiej.

Tym, co daje człowiekowi prawdziwe szczęście jest wyjście poza materię, ku dobru, prawdzie i pięknu. Żeby jednak je dostrzec, trzeba mieć czas, aby się zatrzymać. Podziwiając piękno obrazu, medytując celem poznania siebie lub rozmyślając nad prawdą, nie produkujemy, ale realizujemy siebie, używamy drzemiącego w nas potencjału. To jest prawdziwa aktywność, ponieważ jej źródło tkwi w nas, jest wyrazem naszej wolności, nie jest jedynie bierną odpowiedzią na bodziec. Wyjęty z korporacji pracoholik postawiony w głuszy lasu lub klasztornej celi, czuje niepokój, gubi się, ponieważ brak mu bodźców, które w „normalnych” okolicznościach pobudzają go do działania. Okazuje się, jak bardzo jest zewnątrzsterowny.

Ale Syn Cieśli i 2 Tes…

Praca stanowi ważny element Ewangelii, jednak nie można zapominać o tym, że ostateczny cel życia człowieka jest nadprzyrodzony, a nie doczesny. Żadne przypomnienia postaci św. Józefa lub odwołania do słów: „Kto nie chce pracować, niech też nie je” (2 Tes 3, 10), nie zanegują prawdy, że praca w świetle Objawienia nie jest dobrem samym w sobie. Świetnie po raz kolejny pokazuje to św. Tomasz.

Jednym z istotniejszych argumentów za wartością życia kontemplatywnego jest zapisany w Ewangelii według św. Łukasza. W rozdziale dziesiątym czytamy, jak pewnego razu Jezus odwiedził dwie siostry, Martę i Marię. Każda z nich zupełnie inaczej zrozumiała, w jaki sposób należy podjąć gościa. Podczas gdy Maria słuchała słów Pana i kontemplowała jego obecność, Marta „uwijała się koło rozmaitych posług” (Łk 10, 40). Pierwsza została przez Chrystusa pochwalona, co św. Tomasz wyjaśnia, mówiąc, że, „życie kontemplatywne obraca się koło tego, co Boże, zaś czynne koło tego co ludzkie. Stąd też Augustyn tak pisze: »Na początku było Słowo: Oto co Maria słuchała! Słowo Ciałem się stało: Oto, komu Marta usługiwała!«”! (ST, II-II, q. 182).

Istotą tego fragmentu jest wskazanie, że praca ujęta jako cel sam w sobie przesłania nam rzeczy najistotniejsze. Celem aktywności jest przejście do stanu odpoczynku, w którym człowiek może się cieszyć z owoców swojej pracy. Jednym właśnie z takich sposobów odpoczywania jest to, co zrobiła Maria, „która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie” (Łk 10, 39).

Zwolennicy absolutyzacji pracy w duchu neoliberalnego kapitalizmu często powołują się na przytoczony już wcześniej werset z Drugiego Listu do Tesaloniczan: „Kto nie chce pracować, niech też nie je”. Przeciwko tej tezie Doktor pisał: „Ta sama zasada stosuje się również do tych, którzy mają inne uczciwe środki do życia. Pamiętajmy jednak, że człowiekowi nie wolno czynić tego, czego nie można czynić w sposób uczciwy. Stąd też Apostoł nakazał pracę fizyczną li tylko z tego powodu, żeby wykluczyć grzech tych, którzy zdobywali nieuczciwie środki do życia. Patrzmy na jego wypowiedzi. Po pierwsze, nakazał pracę fizyczną dla wyrugowania kradzieży: »Kto dotychczas kradł, niech już przestanie kraść, lecz raczej niech pracuje uczciwie własnymi rękami«. Po drugie, by ustrzec od pożądania cudzych rzeczy: »Pracujcie własnymi rękami, jak to wam przykazaliśmy, abyście zacnie postępowali na oczach tych, którzy są zewnątrz«. Po trzecie, by wykluczyć haniebne i bezwstydne interesy, z których niektórzy czerpią środki do życia: »Gdy byliśmy u was, nakazywaliśmy wam tak: Kto nie chce pracować, niech też nie je. Słyszymy bowiem, że niektórzy wśród was postępują wbrew porządkowi: wcale nie pracują, lecz zajmują się rzeczami niepotrzebnymi« — A glosa dodaje: »Którzy obrzydliwymi zatrudnieniami zarabiają na życie« — „Tym przeto nakazujemy i napominamy, aby pracując ze spokojem, własny chleb jedli”. Przy tej sposobności Hieronim zaznacza: Apostoł mówił to »nie tyle jako nauczyciel, co jako tępiciel wad pogan«” (ST, II-II, q. 187).

Odpowiada również Akwinata na stale powracający argument z pracy jako lekarstwa na lenistwo: „Praca fizyczna podejmowana celem przezwyciężenia lenistwa albo umartwienia ciała sama z siebie nie jest przykazaniem obowiązującym wszystkich. Jest przecież wiele sposobów przezwyciężania lenistwa lub także umartwienia ciała poza pracą fizyczną. Można bowiem umartwiać ciało postami i niedospaniem, a lenistwo można przezwyciężyć czytaniem i rozważaniem świętych Pism oraz oddawaniem czci Bogu. Stąd to glosa do słów psalmu: »Osłabły moje oczy z ciągłego wczytywania się w Twoje słowa« tak powiada: »Nie jest próżniakiem ten, kto swój czas przeznacza tylko na wczytywanie się w słowo Boga, ani też pracy fizycznej nie należy przedkładać nad wysiłek wkładany w poznawanie prawdy«” (ST, II-II, q. 187).

Narzędzie nie może być celem

Praca jest nam dana jako narzędzie zmieniania rzeczywistości, kontynuacji stworzenia oraz wzrastania w swoim człowieczeństwie. Jednak jak wszystko na tym świecie uwikłana została w zniszczenie i przemijanie z powodu grzechu pierworodnego. Dlatego bywa ciężka, niewdzięczna i wyniszczająca. Jednak praca jako taka snie ubogaci człowieka, musi ona jak i całe życie być podporządkowana celowi najważniejszemu, czyli kontemplacji prawdy.

Materia nie jest w stanie dać człowiekowi szczęścia, może jedynie chwilowo zagłuszyć jego brak. Tylko kontemplacja daje prawdziwą wolność, ponieważ wypływa z głębi człowieka; jest tym, co nie podlega prawom konieczności i zepsucia typowym dla otaczającego nas świata. Robiąc to, co nie jest konieczne, można realizować siebie, zatrzymując się z kolei na potrzebach, wikłamy się nieuchronnie w przemijanie.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.