Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Kaczyński i Morawiecki? Lepszej prawicy nie będzie

przeczytanie zajmie 14 min
Kaczyński i Morawiecki? Lepszej prawicy nie będzie Autor ilustracji: Magdalena Karpińska

Jarosław Kaczyński miał wokół siebie mnóstwo ludzi, którzy pomagali mu bić się o władzę, ale niewielu, którzy pomogliby mu ją sprawować. Mateusz Morawiecki jawił się jako jedyny polityk, który szanuje przeszłość i rozumie teraźniejszość, a więc będzie w stanie zadbać o przyszłość. Uwierzył, że potrafi pchnąć Polskę na modernizacyjne tory, jednocześnie nie spychając jej tożsamości zanurzonej w historii do rowu. Intuicja nie zawiodła prezesa. Morawiecki pomógł dokonać niemożliwego. Polska wydawała rekordowe środki na redystrybucję, ale dzięki uszczelnieniu podatków przez ludzi Morawieckiego to sytuacja finansów publicznych była bardzo dobra. Niemal wszystkie wskaźniki gospodarcze i społeczne się poprawiały. Trudności w poszerzaniu władzy nie wynikają z deficytów Morawieckiego. Kluczowe jest słabe społeczne poparcie białej prawicy, którą on reprezentuje. To przede wszystkim efekt względnie trwałej tożsamości prawicy III RP, która w swojej masie jest czerwona i budowana na innych emocjach.

Zawieszenie broni

Podpisana przez liderów Zjednoczonej Prawicy umowa koalicyjna i dokonana rekonstrukcja kończy okres kilkutygodniowego napięcia w obozie dobrej zmiany. Ci, którzy oczekiwali, że przyniesie ona przełomowe rozstrzygnięcia, musieli się zawieść. Choć wiele się działo, to finalnie niewiele się wydarzyło. Uzgodnienia wskazują raczej na kruchy rozejm niż trwały pokój. Nie dają także jasnej odpowiedzi, jak zmienią się dotychczasowe koalicyjne zasady gry i co w praktyce oznacza wejście Jarosława Kaczyńskiego do rządu.

Najważniejsze nie jest to, co zostało ustalone, ale to, co się ostatecznie nie dokonało. Solidarna Polska nie została wyrzucona z rządu. Mimo mocnego ostrzału i buńczucznych zapowiedzi wielu polityków PiS-u partia Ziobry nie wyszła z tej konfrontacji przesadnie osłabiona. Dalej jest w koalicji, mimo że przez ostatnie miesiące widowiskowo podkopywała pozycję premiera. Wpychała go w wojnę światopoglądową. Oczekiwała niemożliwych sukcesów w unijnych negocjacjach budżetowych. Podważała kierunek transformacji energetycznej forsowanej przez otoczenie Morawieckiego. Ziobro w zasadzie bez kosztów zachował swoje ministerstwo, a także wpływ na obsadę dwóch wiceministrów i ministra w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Kluczowym pytaniem w nowej rzeczywistości jest to, czy wejście Jarosława Kaczyńskiego do rządu oznacza wzmocnienie, czy osłabienie Mateusza Morawieckiego. Z jednej strony rola Kaczyńskiego pilnującego Ziobry nasuwa skojarzenia z podwórkową prośbę prymusa-słabiaka do starszego kolegi, aby pilnował intruza, który mu dokuczał na osiedlu. Wejście prezesa PiS-u do rządu może być więc zamanifestowaniem, że mimo swojej pozycji Morawiecki samodzielnie nie radzi sobie z Ziobrą. Nie jest to dobry prognostyk przed zapowiadaną zmianą warty w PiS-ie.

Z drugiej strony w krótkim czasie Kaczyński ukrócił wojny podjazdowe Ziobry z Morawieckim. Słyszymy o przygotowywaniu do roli wiceprezesa partii w miejsce Adama Lipińskiego. Sama struktura rekonstrukcji w jakimś sensie, jeśli zostanie obudowana wzmocnieniem standardów programowania prac rządu, ma szansę wzmocnić centrum decyzyjne wokół premiera. Przyjęcie niewyobrażalnej dla wielu roli zastępcy Morawieckiego może być więc interpretowane jako symboliczne zakończenie procesu wzmacniania pozycji byłego bankiera.

Nie ma jednak wątpliwości, że władzy w partiach politycznych i elektoratach nie zdobywa się przez namaszczenie. Żeby korona mocno osiadła, trzeba ją najpierw samodzielnie wytargać, a następnie wsadzić sobie na głowę. Nałożona przez innych zazwyczaj jest niestabilna i spada przy pierwszym potknięciu. Jakkolwiek Kaczyński zdaje się dziś bliski wskazania Morawieckiego na swojego następcę, to jednak sam premier, a nie prezes partii, musi skorzystać z tej szansy. Rozpoczyna on test zdolności politycznego przywództwa, wykorzystania zasobów i pokonania ograniczeń, które przed nim stoją. A te są niebagatelne i warto przyjrzeć się nim bliżej.

Kim Morawiecki nie jest?

Dlaczego Ziobro nie został ukarany mimo jawnych sygnałów nielojalności? Dlaczego nie stracił stanowiska i wpływów? Zdecydowała o tym nie tylko królowa polityki – arytmetyka. Liczba poselskich szabel w Sejmie jest istotnym, ale nie jedynym wyjaśnieniem. Odpowiedź może wydawać się zaskakująca: to w PiS-ie nie chciano przesadnie wzmacniać członka PiS-u, Morawieckiego, kosztem członka innej partii – Ziobry.

Dlaczego? Przecież na rzecz Morawieckiego działała nie tylko wspólna przynależność partyjna. Ziobrzyści zabierają miejsca na listach, więc przeciw wzmacnianiu szefa Solidarnej Polski przemawia elementarny interes wielu partyjnych działaczy.

Nacisk na porozumienie zarówno dołów, jak i partyjnej wierchuszki wynika nie tylko z obawy przed rządem mniejszościowym lub przyspieszonymi wyborami. Niedoceniany jest zupełnie inny czynnik. Bliskość ideowa, a przede wszystkim mentalna, przeciętnych działaczy PiS-u i SP jest większa niż przeciętnych PiS-owców z ekipą Morawieckiego.

Obserwacja ta jest oczywista nie tylko dla koneserów polityki. W powszechnym odbiorze SP to frakcja w PiS-ie, a nie osobna partia. Kiedy Ziobro jeździł po kraju, by przekonać do siebie wyborców, spotykał się z życzliwością wśród PiS-owskich wyborców, ale i z… niewiedzą, że nie jest członkiem PiS-u. Trudno się dziwić, bo przecież mentalnie SP to PiS na 110%. Solidarna Polska nie ma żadnych cech szczególnych. Nie istnieje nic (może poza wiekiem działaczy i ich nieco gorętszym temperamentem), co by tę partię różniło od tej, z której wyszła, a następnie zawiązała koalicję. Co innego Morawiecki ze swoim zapleczem.

Choć od kilku lat to właśnie on jest premierem o niemałej popularności społecznej, wysokiej lojalności wobec Kaczyńskiego, a także wymiernych sukcesach, wciąż w PiS-ie przez wielu, zarówno działaczy, jak i sympatyków, nie jest darzony pełnym zaufaniem. Może to i sprawny premier, ale raczej z gatunku wynajętych technokratów, a nie ktoś, kto może być dla członków partii prawdziwym liderem. I właśnie z tego powodu wydaje się dziś prawdopodobne, że pomimo wysiłków Kaczyńskiego nie będzie ani jego pierwszym zastępcą, ani prawdziwym następcą.

Dla wielu działaczy tej partii ważny jest fakt, że na PiS-owskim szlaku bojowym przyłączył się nie pod Lenino, ale pod Berlinem. Nawet nie zdążył pobrudzić garnituru przed dumnym przemarszem wojsk po władzę między pobitymi wrogami. Morawieckiego nie było w PiS-ie, kiedy partia przeżywała lata wielkiej opozycyjnej smuty. W przeciwieństwie do pozostałych działaczy Morawieckiemu nigdy w oczy nie zajrzał egzystencjalny strach przed trwałą życiową marginalizacją. Długa dominacja liberalnych elit mogła powodować przecież blokadę rozwoju kariery, nie tylko politycznej, dla walczących z salonem III RP.

Ważne nie jest tylko to, gdzie w przeszłości Morawieckiego nie było, ale przede wszystkim to, gdzie wtedy był. Kiedy PiS-owski zakon walczył w okopach o głodzie i chłodzie, ale bez amunicji, Morawiecki robił prestiżową karierę w wykupionym przez zagraniczny kapitał banku – instytucji, która symbolizuje neoliberalny porządek, z którymi PiS jest na wojnie.

Jego korporacyjna biografia nie irytuje PiS-owskich działaczy tylko z tego powodu. Problemem jest to, że Morawiecki ściąga do polityki ludzi z rynku, z którymi współpracował w biznesie. Nabór innymi niż zwykle kanałami osób ulepionych z całkiem innej gliny nie może być uznany przez środowisko, które wyznaje swoje kryteria awansu. Biznesowy narybek premiera nie tylko nie ceni partyjnego kombatanctwa w III RP (co innego ewentualne epizody z twardej opozycji antykomunistycznej spod znaku Solidarności Walczącej, ale to raczej zrozumiałe biograficznie odstępstwo, a nie reguła), ale wyznaje zasady podważające jego wartość.

Wreszcie kluczowa pozycja byłego bankiera w obozie władzy podważa założenia prostego podziału, który pozwala działaczom partii Kaczyńskiego odnaleźć się w rzeczywistości. Podziału na dobry, skromny, wspólnotowy i zakorzeniony w tradycji lud oraz złe, liberalne i wypłukane z polskości elity. Unieważnienie tego podziału to zakwestionowanie także chętnie odgrywanej przez PiS-owców roli strażników polskości, która daje przyzwolenia na liczne ułomności pod warunkiem, że służba Polsce (czyli partii) jest wierna.

PiS-owską zaprawą jest swoista wspólnota losu, która spowodowała, że jest to partia ludzi o silnym i częściowo uzasadnionym poczuciu wykluczenia. To wspólnota zbudowana na poczuciu krzywdy i odrzucenia. Taka też jest główna emocja prawicowego elektoratu.

Kim Morawiecki jest?

Na tym tle premier jawi się jako postać nie z tego świata. Morawiecki jest pragmatycznym technokratą, choć nieignorującym obszaru wartości. Ma konserwatywne poglądy, ale nie widzi potrzeby budowania tożsamości prawicy wyłącznie na udziale w kulturowej wojnie. Walczy o polskie interesy w UE, ale respektuje zasady gry, jakie Unia stworzyła. Dla Morawieckiego przeszłość w PO nie jest oceniana gorzej niż przeszłość w SB. Choć walczy o władzę, to polityki nie sprowadza do tego wymiaru. Jego działania są zorientowane na wyzwania rozwojowe Polski, a nie pilnowanie, aby ją wyczyścić z uwolskich złogów. Jego marzeniem nie jest kontrrewolucja, w której leje się krew zdrajców Polski, a co najwyżej otwarcie ścieżek sprawiedliwego awansu dla bliskich mu ideowo osób, które dotąd były wykluczane.

Owszem, premier zaakceptował i częściowo pewnie szczerze podziela PiS-owski mindset. W jego retoryce pojawiały się ostre akcenty, które zrażały do niego liberalne elity. Nie trzeba jednak doktoratu z retoryki, żeby widzieć, że nie jest to jego naturalna narracja. W przemówieniach nie wydaje się przesadnie autentyczny. Choć wielu działań, w tym reformy sądów, Morawiecki publicznie nie krytykował, to możemy podejrzewać, że przy niektórych z nich „głosował, ale się nie cieszył”.

Od kilku lat Kaczyński mocno inwestuje w Morawieckiego, karczując przed nim las barier, z jakimi spotkał się w polityce były prezes banku. Zmiana na fotelu premiera, gdy rekordy popularności biła Beata Szydło, była partyjnie niezrozumiała. Ze względu na kwestie państwowe to decyzja jak najbardziej zasadna. Kaczyński doskonale zdaje sobie sprawę, że kraj to skomplikowana maszyna, która wymaga niestandardowych kompetencji. Prezes dobrze widział o tym, że Szydło pełniła funkcję, która ją przerastała, że nie miała potencjału, nie tylko żeby Polską rządzić, ale nawet nią administrować.

Okres inkubacji Morawieckiego w obozie dobrej zmiany był za krótki, żeby od razu uczynić go szefem rządu. Dlatego Kaczyński czekał na dogodny moment, by skończyć z improwizacją i zamknąć ten stresujący dla wszystkich etap. Morawiecki z doświadczeniem w zarządzaniu dużą korporacją, znający języki, obyty na międzynarodowych salonach, a przy okazji mocno zanurzony w polskości i podzielający diagnozy gospodarcze i społeczne obozu prawicy był dla Kaczyńskiego oczywistym skarbem.

Kandydatów do rozpalania społecznych emocji w PiS-ie było, co prawda, na pęczki, ale gorzej, gdy trzeba było wskazać tych, którzy nie byli bezradni wobec rzeczywistości. Kaczyński miał wokół siebie mnóstwo ludzi, którzy pomagali mu bić się o władzę, ale niewielu, którzy pomogliby mu ją sprawować. Morawiecki był tym rodzynkiem, z którym Kaczyński mógł coś zbudować, a nie tylko zniszczyć. Jawił się jako być może jedyny polityk, który szanuje przeszłość i rozumie teraźniejszość, a więc będzie w stanie zadbać o przyszłość. Uwierzył, że potrafi pchnąć Polskę na modernizacyjne tory, jednocześnie nie spychając jej tożsamości zanurzonej w historii do rowu.

Intuicja nie zawiodła Kaczyńskiego. Morawiecki pomógł dokonać niemożliwego. Polska wydawała rekordowe środki na redystrybucję, ale dzięki uszczelnieniu podatków przez ludzi Morawieckiego to sytuacja finansów publicznych była bardzo dobra. Niemal wszystkie wskaźniki gospodarcze i społeczne się poprawiały. Także ekonomiczny aspekt walki ze skutkami pandemii należy oceniać w kategoriach sukcesu. Spadek PKB, jak i wzrost bezrobocia okażą się relatywnie niskie, gdy spojrzymy na sytuację innych państw europejskich. Przygotowana w rekordowym czasie pomoc polskim przedsiębiorcom, choć nie bez skaz, okazała się tarczą chroniąca przed gospodarczym armagedonem.

Choć kryzys demokracji w Polsce miał przez ostatnie lata stałą kolumnę w zagranicznych czasopismach, to jednocześnie odnotowywaliśmy rekordowe zaufanie rynków. Jeśli wierzyć Radosławowi Sikorskiemu, który dekadę temu podczas swojego expose szefa MSZ wyjaśniał, że wiarygodność państwa powinna być mierzona kosztem obligacji, to Polska za Morawieckiego znajduje się w najlepszej kondycji w historii.

Jeśli jakieś ciekawe ruchy instytucjonalne w rządzie się pojawiały w ostatnich latach, to zazwyczaj pochodziły one z zaplecza premiera. To zaś, co było dla jego rządu największym obciążeniem z reformą sądów na czele, pochodziło zazwyczaj z okolic Ziobry i jego akolitów. Jedyną winą Morawieckiego było to, że nie miał miał wystarczającej siły, aby blokować ułańskie szarże i musiał robić dobrą minę do złej gry.

Dlaczego biała prawica nie może liczyć na więcej

Trudności w poszerzaniu władzy wynikają nie z deficytów Morawieckiego – umiarkowanej charyzmy, towarzyskiej sztywności czy oratorskich zdolności zbliżonych do syntezatora mowy Iwona. Problem nie polega nawet wyłącznie na braku sympatii PiS-owskich działaczy. Kluczowe jest słabe społeczne poparcie białej prawicy, którą on reprezentuje. To przede wszystkim efekt względnie trwałej tożsamości prawicy III RP, która w swojej masie jest czerwona i budowana na innych emocjach.

Żądza rewanżu na elitach, które nieustająco pogardzały konserwatystami, stanowiła podstawową emocję konstytuującą prawicę po 1989 r. Prawicowego elektoratu nigdy nie porywali umiarkowani centroprawicowcy, którzy, co prawda, nie zgadzali się z Michnikiem, ale chcieli prawicy cywilizowanej, o przyjaznej i przyjemnej twarzy. Taka prawica dla tego elektoratu zawsze była co najwyżej tolerowana, ale nigdy nie kochana. To nie pech, partyjna nieudolność czy brak medialnego wsparcia, ale zasady demokracji spowodowały, że biała prawica na polskiej scenie partyjnej nie była niczym więcej jak elementem przygodnym, dekoracją i tłem prawicy pełnokrwistej, którą rozumiał i popierał elektorat. Nie jest prawdą, że taki elektorat stworzył Kaczyński. On go jedynie rozpoznał i przedstawił mu ciekawą polityczną ofertę.

Przewaga czerwonych emocji nad białą merytokracją nie jest efektem intuicji, ale obserwacji. W historii III RP mieliśmy sporo projektów politycznych, które chciały być umiarkowanie centroprawicowe i uciec od endeckiego wizerunku Polaka-katolika, który pełny jest negatywnych emocji i pretensji wobec otaczającego go świata. Ich los był jednak symptomatyczny. Lata 90. pełne były historii kanapowych partyjek spod znaku Partii Konserwatywnej, jej wcześniejszym i późniejszych mutacji. I później nie brakowało chętnych do budowy czegoś prawicowego, ale nie za bardzo, odrzucającego wyroki salonu, ale bez konieczności nieustannej konfrontacji – konserwatywnej, ale nie obskuranckiej. Polska XXI, Polska jest Najważniejsza czy wreszcie Polska Razem Jarosława Gowina to projekty białej prawicy, które łączyło jedno – nie miały wyborców. Cechę tę podziela zresztą obecna partia Gowina, czyli Porozumienie. Choć ma wiele rzadkich w polityce zasobów, to nie można do nich zaliczyć dużego elektoratu.

Trzeba przypomnieć, że pierwsza partia Jarosława Kaczyńskiego, czyli Porozumienie Centrum, miała być w zamyśle białą prawicą. Została zbudowana nie tylko w opozycji do Unii Demokratycznej, ale także w kontrze to prawicy antyinteligenckiej, klerykalnej i narodowej. Była to zarazem partia wielonurtowa, w której toczyła się realna dyskusja programowa. Jedyną w zasadzie mocniejszą emocją był antykomunizm, ale i w tym wypadku nie był on podszyty ludową zemstą, ale umotywowany troską o legitymizację systemu politycznego. Odpowiedź na pytanie, dlaczego partia ta nie osiągnęła sukcesów, dawał legendarny sondaż wykonany na zlecenie PC w połowie lat 90. Wynikało z niego, że elektorat polskiej chadecji, konserwatyzmu żoliborskiego, był zbiorem pustym.

Polska inteligencja odrzucała wszystko, co pachniało prawicą na kilometr, widziała w niej zagrożenie dla modernizacji kraju na bezrefleksyjną, zachodnią modłę. Prawicowy elektorat z kolei szukał nie programu naprawy państwa, ale kogoś, kto zrozumie jego gniew. W efekcie jedynymi zwolennikami tego nurtu byli jego autorzy – Kaczyński i Dorn.

Tworząc PiS, Kaczyński wiedział, że musi iść na kompromisy z rzeczywistością, jeśli jego partia ma grać w ekstraklasie, a nie kopać się po czole w politycznej okręgówce. Dlatego stworzył formację, która miała ofertę przede wszystkim dla mas, a nie dla elit. Nie dodawało jej to uroku, ale konsekwentnie zwiększało społeczne poparcie. W PiS-ie z założenia mieli mieścić się wszyscy na prawo od dawnego PC, ale nawet kilka lat po powstaniu była partią w dużym stopniu respektującą społeczne hierarchie i polską wersję demokracji liberalnej wraz z jej nieformalnymi regułami. Jeszcze po wygranej w 2005 r. w wyborach prezes Kaczyński zachowywał się ostrożnie, negocjując z PO koalicję. Nominacja Stefana Mellera na szefa MSZ była symbolicznym sygnałem wysłanym w stronę elit liberalnych, że nie będzie PiS-owskiej rewolucji, a co najwyżej ewolucyjna próba zmiany reguł politycznej i państwowej gry. A jednak prawdziwe zwycięstwo przyszło dopiero wtedy, kiedy PiS zmarginalizowało Samoobronę i Ligę Polskich Rodzin, a także przejęło ich elektoraty, w efekcie przestało się oglądać na elity. Co prawda, w 2007 r. Kaczyński oddał władzę PO, ale cofnięcie to miało charakter taktyczny. Zastrzyk katolicko-narodowego populizmu pozwolił PiS-owi przekroczyć masę krytyczną i sięgnąć po pełnię władzy, choć przyszła ona dopiero po ośmiu latach cierpliwego czekania.

Nigdy PiS by tego nie dokonał, gdyby nie wzmocnienie czerwonego nurtu jakobińskich rewolucjonistów spod znaku Macierewicza lub ojca Rydzyka. Artyleryjski atak salonu, niechęć niezależnych ekspertów do współpracy, lekka redukcja centrowych wyborców i psychiczny koszt wizerunkowego zjazdu w stronę obciachowej formacji polskiej prowincji to z perspektywy walki o władzę koszty warte poniesienia. Przejęcie i obsługa niemałych elektoratów LPR i Samoobrony pozwalały przecież na partyjną hegemonią po prawej stronie sceny politycznej. Był to zarazem dla PiS-u moment przełomowy, bo przechylił jego tożsamość w stronę rewanżystowskiej partii, dla której naczelnym celem jest zmiana dystrybucji społecznego szacunku w Polsce, a wszystkie pozostałe miały być pod niego podporządkowane.

Antyliberalny entourage pozwalał kanalizować potężny społeczny gniew wywołany transformacyjnym szokiem. Ci, którzy myślą, że PiS byłby lepszą partią bez Macierewicza, Pawłowicz i Ziobry, zapominają, że byłaby to wówczas partia niemająca zdolności do samodzielnego rządzenia. Chcąc rządzić, byłaby najpewniej zmuszona wchodzić w koalicję z większymi radykałami.

Czerwoni nad białymi

Paradoksem jest, że jakobinizacja PiS-u powstępowała wraz z czasowym oddaleniem od początków III RP. Ostremu językowi sprzyjała polaryzacja polityczna, którą przyspieszyła rewolucja technologiczna zamykająca ludzi we własnych bańkach informacyjnych. W tych okolicznościach nie może dziwić, że PiS opuściło wielu umiarkowanych polityków, którzy nie chcieli iść na wojnę i najlepiej czuliby się we wspólnym rządzie PO i PiS-u.

Pierwsza duża fala odejść przypadła na 2007 r. Wówczas przed wyborami obóz zmienili m.in. Radosław Sikorski, Bogdan Borusewicz, Antoni Mężydło. Ważnym wydarzeniem była katastrofa smoleńska. Śmierć Lecha Kaczyńskiego osłabiała nurt prawicy państwowej, która miała odwagę stawiania granic rewolucji i odżegnywania się od pogłębiania podziałów wspólnoty narodowej. Smoleńsk zabrał do grobu jej patrona, a niedługo potem spowodował kolejne odejście polityków skupionych wokół byłego prezydenta. Stworzona została partia Polska Jest Najważniejsza. Takie osoby, jak Paweł Kowal, Joanna Kluzik-Rostkowska i Paweł Poncyliusz symbolizowali tzw. miękką prawicę, która miała konserwatywne podglebie, ale uciekała przed konfliktem. Nie była zdolna do taplania się w politycznym błocie i nie chciała konfrontacji z liberalnymi elitami. Nic dziwnego, że po latach większość tamtych polityków znalazła się ostatecznie w PO. Z PiS-em w burzliwych okolicznościach rozstawali się też, i to więcej niż raz, intelektualnie suwerenni politycy, tacy jak Ludwik Dorn czy Kazimierz Ujazdowski.

Ich odejście z PiS-u miało znowu systemowy, a nie jedynie personalny charakter. Wynikało ze stopniowego zejścia PiS-u na bardziej radykalne pozycje. W miarę upływu czasu partia ta stawała się coraz bardziej wiecowa, a coraz mniej salonowa. Nie zmieniała tego liczna grupa profesorów, bo, wchodząc do PiS-owskiego obozu, rozsmakowali się w konfrontacji z salonem, który z powodu ważnych uprzedzeń wobec ludzi o odmiennych poglądach zamykał przed nimi drzwi. Ale to nie oni zmieniali partię, ale partia zmieniała ich.

Oczywiście, masowość partii powoduje, że wciąż w jej szeregach sporo jest ludzi o bardziej koncyliacyjnym nastawieniu, ale są dziś albo w ewidentnej mniejszości, albo w taktycznym przyczajeniu. Wielu zapewne woli nawet nie ujawniać swojej prawdziwej natury w obawie przed rewolucjonistami, którzy w każdej chwili mogliby zdemaskować delikwentów jako niepewny element rewolucji.

Szczyt możliwości

Dopiero mając na uwadze powyższe procesy, można zrozumieć, dlaczego brak wsparcia PiS-owskich działaczy dla Morawieckiego nie jest ewenementem. Raczej zastanawia jak to możliwe, że w ogóle rozpatrujemy go jako kandydata na lidera partii. Morawiecki reprezentuje postawę i kompetencje, na które nie ma społecznego, a zarazem i partyjnego popytu. Obecna konstelacja partyjna, w której Morawiecki kontroluje i tak dużą część rządu, to być może maksymalny wpływ, jaki biała prawica w Polsce może osiągnąć. Pozycję tę Morawiecki zawdzięcza głównie autorytetowi Kaczyńskiego, który z propaństwowych odruchów roztacza nad premierem ochronny parasol.

Z drugiej strony nie możemy zapominać o tym, że do zwycięstwa prawicy potrzebna była właśnie ta biało-czerwona drużyna prawicy. Chociaż PiS w formacie jakobińskim gwarantował sobie pozycję hegemona na opozycji, to nie był zdolny do samodzielnego przejęcia władzy. Nie jest przypadkiem, że sukces przyszedł dopiero wówczas, gdy na miejsce wypchniętych, umiarkowanych, zawodowych polityków od zawsze orbitujących wokół prawicowych partii Jarosław Kaczyński zaczął szukać zastępców. Nie zapominajmy, że u podstaw przełomu 2015 r. stała nominacja mało znanego krakowskiego akademika z elitarnej rodziny na kandydata na prezydenta, ale też wpuszczenie na eksponowane pozycje w obozie profesora specjalizującego się w badaniu społeczeństwa obywatelskiego czy utożsamianego z Kościołem łagiewnickim byłego polityka Platformy Obywatelskiej. Bez Dudy, Glińskiego, Gowina i wreszcie Morawieckiego prawica byłaby pewnie bardziej zjednoczona, ale w opozycji.

Trudno sobie jednak wyobrazić, że wpływy białej prawicy mogą być większe niż dziś. Zawsze była przecież elementem towarzyszącym, a nie konstytutywnym dla prawicowego elektoratu.

Niepoprawnymi optymistami są ci, którzy wciąż liczą na ucywilizowanie się prawicy w przyszłości z powodu wyczerpywania się sporu o genezę III RP. To scenariusz, mam nadzieję, nie w pełni wykluczony, ale raczej mniej niż bardziej prawdopodobny. Rosnąca polaryzacja tworzy ciśnienie, które miażdży wszystko, co umiarkowane i centrowe. Redukuje i tak minimalny popyt na państwo i narodowotwórczo inkluzyjne narracje. Miejsce PiS-u w przyszłości może zająć nie prawe skrzydło Unii Wolności, ale alt-rightowa Konfederacja lub inne ugrupowanie skierowane do jej dzisiejszych wyborców.

Alternatywą wobec obecnego PiS-u nie jest więc prawica odpowiedzialna, elegancka i ambitna, ale zsekularyzowana, antywspólnotowa i antyzachodnia. Przeszłość i przyszłość jasno wskazują, że zadziwiające nie jest to, że biała prawica w tak niewielkim stopniu wpływa dziś na Polskę. Dziwić powinno raczej to, że dziś ma tak duże wpływy. Każdy, kto jej kibicuje, nie powinien się więc martwić, ale delektować chwilą. Lepszej prawicy w Polsce prawdopodobnie nie będzie.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.