Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Jak zwiększyć wynagrodzenia społecznie użytecznych zawodów?

przeczytanie zajmie 10 min

Skoro wyceny rynku nie są obiektywnymi wyrokami oddającymi realny wkład pracownika, tylko wypadkową wielu niezależnych od jednostki czynników, nie ma żadnego powodu, żeby w tym zakresie ograniczać się do mechanizmu rynkowego. Z drugiej jednak strony zignorowanie informacji zwrotnej z rynku byłoby co najmniej ryzykowne. Należy sięgnąć po mechanizmy korygujące wycenę rynkową, które wsparłyby pozycję zawodów wartościowych społecznie, a przy tym niedocenianych przez pracodawców.

Pandemia wydobyła na światło dzienne pewną istotną prawdę o naszym rynku pracy. Prawdę, która przed koronawirusem była praktycznie niedostrzegana. Okazało się, że istnieje pewien fundamentalny podział wśród zawodów: są ci, bez których pracy jesteśmy sobie w stanie wyobrazić nasze codzienne życie i ci, bez których byłoby to bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe. Po jednej stronie większość tzw. białych kołnierzyków od pracy zdalnej i konferencji na Zoomie. Po drugiej: oklaskiwani powszechnie lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni, sprzedawcy, kurierzy, śmieciarze.

Co łączy te wszystkie zawody, których przedstawiciele narażali swoje zdrowie w trakcie lockdownu? Nie licząc lekarzy, wszystkie są słabo wynagradzane, zwykle wyraźnie poniżej średniej krajowej. Kluczowe z punktu widzenia społeczeństwa prace należą do najniżej płatnych. To bez wątpienia wiele mówi o systemie gospodarczym, w którym żyjemy. Jeśli ludzie, którym tak dużo zawdzięczamy, otrzymują tak mało za swoją często wyczerpującą i trudną pracę, to podział dochodów ewidentnie szwankuje. Dotyczy to zresztą wszystkich krajów rozwiniętych, Polska nie jest tu w żadnym razie niechlubnym wyjątkiem.

Najbardziej cenieni społecznie – najmniej zarabiający

Szacunek, jakim darzone są poszczególne grupy zawodowe, jest regularnie badany przez sondażownie. W 2019 r. CBOS opublikował hierarchię zawodów w oparciu o kryterium „poważania społecznego”. Oczywiście na dole znaleźli się różnego rodzaju politycy – radni, posłowie, członkowie rządu – oraz księża, dziennikarze oraz urzędnicy. Taki już polski folklor. Nad Wisłą gardzi się wszystkim, co związane z polityką lub administracją. Na samiutkim dole znalazł się także ktoś, kto tam jakby nie pasował – mowa o maklerze giełdowym, którego można uznać za reprezentanta wszystkich finansistów, bo był jedynym ich przedstawicielem w zestawieniu. Zdecydowanie największym szacunkiem cieszyli się za to strażak oraz pielęgniarka. Nieco za nimi znaleźli się robotnicy wykwalifikowani, górnicy, uniwersyteccy profesorowie, lekarze i nauczyciele. Gdyby szacunek społeczny pokrywał się z wynagrodzeniami, to właśnie te zawody byłyby na szczycie drabiny płac. A jednak tak nie jest.

W świetle danych GUS za październik 2018 r., na szczycie polskiej drabiny płacowej znajdują się przeróżnej maści dyrektorzy i kierownicy. Nie licząc handlu detalicznego i gastronomii, wszyscy oni zarabiają w okolicach dwukrotności średniej krajowej lub więcej – czasem zdecydowanie więcej. Można to jeszcze zrozumieć – stanowisko kierownicze łączy się zwykle z dużą odpowiedzialnością i stresem. Następni w kolejności są specjaliści i tu już rozstrzał jest ogromny. Na górze znajdują się informatycy, których miesięczne zarobki wynoszą przeciętnie 180% średniej krajowej, a także prawnicy z dochodami na poziomie dwóch średnich krajowych. Półtorej średniej krajowej zarabiają specjaliści do spraw rynku nieruchomości oraz finansiści. 127% przeciętnego wynagrodzenia otrzymują specjaliści od public relations i marketingu.

Na samym dole wykazu specjalistów znajdują się zawody, które według badań sondażowych cieszą się największym szacunkiem wśród obywateli. Pielęgniarki oraz położne zarabiają nieco powyżej średniej krajowej, a ratownicy medyczni nawet minimalnie mniej. „Inni specjaliści ochrony zdrowia”, do których należą na przykład radiolodzy, miesięcznie otrzymują 90% średniego wynagrodzenia w kraju. Nauczyciele szkolni, zależnie od poziomu edukacji, zarabiają między 90 a 95% średniej krajowej. Bardzo podobnie zarabiają bibliotekarki. Nieco lepiej zarabiają laboranci oraz farmaceutki – ok. 110% przeciętnej.

Można więc powiedzieć, że płace wśród specjalistów są postawione na głowie, jeśli spec od PR zarabia znacznie więcej od pielęgniarki lub nauczycielki. Nikt nie podważa wartości społecznej pracy pielęgniarki i nauczycielki. Wartość społeczna PR-owca lub marketingowca jest co najmniej dyskusyjna.

Fatalnie zarabiają także inne zawody wymienione we wstępie. Kierowcy otrzymują średnio 77% przeciętnego wynagrodzenia w kraju. Kierujący autobusami oraz samochodami dostawczymi nawet nieco mniej. Operatorzy wszystkich maszyn razem wziętych dostają co miesiąc 82% średniej krajowej. Zaledwie dwie trzecie średniej krajowej zarabiają sprzedawcy i kasjerki w sklepach.

Mógłby ktoś zauważyć, że zawody cieszące się szacunkiem i wiążące się z bezsporną wartością społeczną są zwykle związane z sektorem publicznym. Gdyby nauczycielki i pielęgniarki pracowały w sektorze prywatnym, to ich zarobki byłyby zdecydowanie wyższe. Jednak w Polsce część służby zdrowia oraz edukacji są prywatne. I w sektorze prywatnym oba zawody są jeszcze gorzej płatne niż w publicznym. Przykładowo nauczyciele w podstawówkach w sektorze publicznym zarabiają 94% średniej krajowej, a w sektorze prywatnym zaledwie 78% Podobne różnice są wśród nauczycieli na innych poziomach kształcenia. Pielęgniarki w sektorze prywatnym zarabiają 98% przeciętnego wynagrodzenia, a w sektorze publicznym 106% Gdybyśmy przyjrzeli się pozostałym zawodom medycznym, włączając w to lekarzy, także się okaże, że sektor prywatny płaci im zdecydowanie gorzej.

Czy Twoja praca tworzy finansową wartość dla społeczeństwa?

Odwrócona drabina płacowa wcale nie jest specyfiką Polski – jest to cecha charakterystyczna wielu gospodarek rozwiniętych w XXI w. David Graeber w książce Praca bez sensu przytacza analizę autorstwa New Economics Foundation, w której badacze porównali zarobki oraz wartość społeczną pracy sześciu zawodów w Wielkiej Brytanii: wybrali trzy profesje charakteryzujące się bardzo wysokimi zarobkami oraz trzy, w których płace są bardzo niskie. Wartość społeczna w tym zestawieniu była liczona jako liczba funtów wygenerowana dla społeczeństwa na każdego funta zarobionego. Mogła ona być dodatnia lub ujemna. W sytuacji ujemnej wartości społecznej, wspólnota jako całość traciła na działalności danego zawodu.

Analiza wartości pracy zawodów była w tym modelu prowadzona dwustopniowo – analiza ewaluacyjna badała wyniki, które zostały już osiągnięte, natomiast analiza prognostyczna szacowała przyszłe społeczne efekty wykonywania danej usługi. Analiza ewaluacyjna była oparta głównie na wycenie rynkowej usług, natomiast analiza prognostyczna szacowała długoterminowe skutki – przykładowo szkolenie zawodowe dla osoby bezrobotnej, dzięki któremu znajdzie pracę, przynosi rezultaty także wiele lat później w różnych obszarach (oszczędności dla służby zdrowia, organów ścigania itd.).

Nie ma w tym nic dziwnego, w końcu wiele specjalizacji przynosi realną stratę dla społeczeństwa. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna płatnego zabójcy za kogoś wartościowego, a jednak znajdują się ludzie, którzy chcą takim osobom płacić. To brutalny przykład, ale obrazuje prosty fakt, że nie zawsze korzyść dla jednej osoby musi się równać wartości dodanej dla całego społeczeństwa.

Wśród wybranych zawodów najwięcej zarabiał bankier. Jego roczna płaca wynosiła 5 milionów funtów. Autorzy analizy ocenili wartość społeczną jego pracy jako ujemną. Szacunkowo niszczył on 7 funtów na każdego funta zarobionego. Dyrektor reklamowy co roku inkasował 500 tysięcy funtów, choć jego praca przynosiła społeczeństwu stratę prawie 12 funtów na każdy funt jego dochodu. Doradca podatkowy przeciętnie zarabiał na Wyspach 125 tysięcy funtów. To sporo zważywszy na to, że wartość społeczna jego pracy wyniosła minus 11 funtów na funta dochodu.

Na przeciwnym końcu zestawienia znajdowali się sprzątaczka w szpitalu, pracownik zakładu recyklingu i utylizacji odpadów oraz pracownica w domu opieki. Szpitalna sprzątaczka w Wielkiej Brytanii zarabiała w momencie tworzenia analizy zaledwie 13 tysięcy funtów rocznie. Podczas swojej pracy generowała jednak dziesięciokrotnie wyższą wartość społeczną. Na każdego funta jej zarobków przypadało 10 funtów wartości społecznej. Pracownik zakładu utylizacji śmieci wypadł jeszcze lepiej. Przy zarobkach 12,5 tys. funtów rocznie generował dla społeczeństwa co roku 12 funtów na każdego funta dochodu. Pracownica domu opieki zarabiała zaledwie 11,5 tys. funtów rocznie, przy tym jej praca dawała społeczeństwu 7 funtów na każdego zarobionego.

Oczywiście powyższego zestawienia nie można traktować jako twardych danych. Wartość społeczna wszystkich sześciu zawodów jest w dużej mierze szacunkowa. Na przykład można się spierać, czy wartość społeczna pracy bankiera na pewna jest na aż tak dużym minusie. W przeciwieństwie od speców od marketingu oraz optymalizacji podatkowej, akurat bankierzy przynoszą społeczeństwu pewną wartość. Zarządzają depozytami bankowymi i udzielają kredytów oraz pożyczek. Nie zmienia to faktu, że zarabiają wielokrotnie więcej od pracowników, których wartość społeczna pracy jest bezsporna.

Kto rano wstaje, temu Pan Rynek daje?

Przyjrzyjmy się teraz głównym mitom dotyczącym wysokich zarobków. Według popularnego wyobrażenia zarobki odzwierciedlają wkład własny w pracę. W tej optyce osoby dużo zarabiające nie tylko wstają wcześnie rano, żeby zacząć swoją robotę skoro świt, ale zostają dłużej, często po godzinach, a podczas pracy dają z siebie wszystko. Nie należy więc podważać rynkowej wyceny pracy, „zaglądać innym do portfela”, bo to tak, jakby podważało się osobiste zasługi bliźnich. Zamiast jątrzyć oraz kierować się zawiścią i zazdrością, lepiej samemu zakasać rękawy i wziąć się do roboty, bo tylko od nas zależy, ile będziemy w naszym życiu zawodowym zarabiać.

Gdyby rzeczywiście to pracowitość odpowiadała w głównej mierze za wysokość otrzymywanych zarobków, wtedy ci, którzy więcej pracują, więcej by zarabiali. Wystarczy jednak rzut oka na statystyki dotyczące liczby godzin pracy, by się przekonać, że jest odwrotnie. Polacy pracują przeciętnie ponad 1806 godzin rocznie, co daje nam miejsce w czołówce nie tylko Europy, ale i świata. Wśród europejskich członków OECD niewiele ustępują nam Czesi (1788 godzin) i Węgrzy (1725). Na drugim biegunie są Duńczycy i Niemcy, którzy pracują odpowiednio 1380 i 1386 godzin rocznie, czyli ponad 400 godzin rocznie (!) mniej niż Polacy. Kilkadziesiąt godzin rocznie więcej niż Niemcy pracują Holendrzy.

Według popularnej wykładni pracowitości powinniśmy być – wspólnie z Czechami i Węgrami – w unijnej czołówce płac. Niewiele pracujący północni Europejczycy powinni zamykać tabelę. Jest jednak inaczej, a w zasadzie zupełnie odwrotnie. Holendrzy, Duńczycy i Niemcy znajdują się w ścisłej czołówce UE pod względem zarobków, ze średnimi dochodami na poziomie 30-40 tys. euro netto rocznie. Na drugim końcu skali znajdują się między innymi Czesi, Polacy i Węgrzy z rocznymi wynagrodzeniami w okolicy 10 tys. euro (Czesi nieco powyżej, Węgrzy minimalnie poniżej).

Prawda jest więc zupełnie inna. Nie jest tak, że kto więcej pracuje, więcej zarabia, ale kto więcej zarabia, mniej pracuje. Ogromnymi pokładami pracowitości wykazują się ci mniej zarabiający. I w sumie nic dziwnego. W końcu zarabiając odpowiednio dużo, można sobie spokojnie pozwolić na ograniczenie czasu pracy czy rezygnację z kilku zleceń. Zarobionych środków i tak wystarczy na życie w dobrobycie. Za to osiągając niskie wynagrodzenie, trzeba tyrać nawet i kilkanaście godzin dziennie, brać wszystko, co wpadnie w ręce, łącznie z dwoma etatami, byle tylko starczyło na wszystkie potrzeby i jeszcze nieco zostało na czarną godzinę. Tych będących na dole drabiny dochodowej nie trzeba uczyć pracowitości, bo akurat tej im nie brakuje. Co innego z efektywnością tej pracy, ale o tym za chwilę.

Pracowitość, produktywność a globalne łańcuchy wartości

Oczywiście ktoś mógłby teraz zauważyć, że nie jest istotne, ile godzin kwitniemy w pracy, bo można w niej siedzieć 14 godzin dziennie i nic w tym czasie nie robić. Ważniejsze są efekty naszej pracy – czyli pracowitość rozumiana jako produktywność. Skoro nie wypracowujemy podczas naszej pracy odpowiedniego zwrotu, to trudno, żebyśmy dużo zarabiali. Utożsamianie produktywności z pracowitością jest jednak równie nieuzasadnione. Produktywność to wartość wypracowywana w godzinę pracy.

Przykładowo Norweg wypracowuje 85 dolarów na godzinę, a Francuz 68. Tymczasem Polak w tym czasie około 40 dolarów, a Łotysz 35. Trudno jednak na tej podstawie stwierdzić, że Norweg jest niemal trzy razy bardziej pracowity od Łotysza, a Francuz o połowę bardziej od Polaka. Na Zachodzie pracują miliony Polaków oraz obywateli krajów Europy Środkowo-Wschodniej i jakoś produktywnością nie odstają. Wręcz przeciwnie, niejednokrotnie są chwaleni za jakość swojej pracy. W jaki sposób 2-3 razy mniej pracowici ludzie mogliby bez większych problemów rywalizować z miejscowymi?

Z czego to wynika? Z tego, że produktywność pozostaje w dość luźnym związku z pracowitością. Wręcz przeciwnie – gdy produktywność jest wysoka, można sobie pozwolić na pracę na niższych obrotach. Produktywność wynika przede wszystkim z zaawansowania technologicznego oraz organizacji pracy w firmie, w której się pracuje. A także rynkowej wyceny dóbr produkowanych w twojej firmie. I wreszcie, od ogólnej rynkowej wyceny dóbr wytwarzanych w gospodarce w kraju, w którym pracujesz. Jeśli jest wysoka (bo ciągnie ją na przykład kilka bardzo rozwiniętych branż), to wtedy nawet płaca sprzątaczki może zawstydzić płacę profesora uniwersytetu z kraju, którego gospodarka wyceniana jest nisko.

Na ogólny poziom zarobków w kraju wpływa przede wszystkim miejsce w globalnym łańcuchu produkcji oraz nasycenie kapitałem. W państwach będących wysoko w tymże łańcuchu, nawet sprzątaczki mogą zarabiać przyzwoite pieniądze. Natomiast samo miejsce w łańcuchu zależy nie od gotowości obywateli do pracy w pocie czoła, tylko od decyzji korporacji lokujących w różnych państwach konkretne procesy.

Polska jest zdominowana przez zakłady produkcyjne, które znajdują się w łańcuchu produkcji większych koncernów. Duża część tych zakładów wprost należy do spółek zależnych tych korporacji. Tak więc sprzedaż tutejszej produkcji jest często jedynie przeniesieniem towarów w ramach jednej ponadnarodowej firmy, która swobodnie decyduje o miejscu naliczenia finalnej marży. Trudno więc głosy o niskich płacach zbywać argumentami o niskiej produktywności, skoro w gospodarkach o znacznym udziale kapitału zagranicznego produktywność w dużej części zależy od polityki zarządzania wartością dodaną przez koncerny.

I właśnie dlatego taksówkarz w Kairze, nawet gdyby byłby mistrzem kierownicy i wyczyniał za kółkiem cuda, nigdy nie osiągnie takich zarobków, jak jego kolega z Paryża – choć przecież jazda po drogach północnoafrykańskich miast wymaga więcej umiejętności niż dowożenie klientów w zachodniej Europie. I właśnie dlatego elektryk pracujący w upośledzonej technologicznie firmie, nawet gdyby zakładał 100 puszek w godzinę, nigdy nie osiągnie takiej produktywności, jak jego wcale nie lepszy kolega pracujący w utrzymaniu ruchu polskiej filii motoryzacyjnego giganta, od czasu do czasu naprawiający maszynę.

Kluczem do egalitarnego sukcesu jest inkluzywny model społeczny

Zarobki poszczególnych zawodów w obrębie kraju w ogromnym stopniu zależą od przyjętego modelu ekonomiczno-społecznego. Inkluzywny model społeczny, w którym istnieją mechanizmy włączające szerokie grupy społeczne w życie gospodarcze na równych zasadach, stwarza otoczenie rynkowe, w którym doceniane są prace przynoszące dużą wartość społeczną, ale niekoniecznie wysoki zysk. W krajach, gdzie związki zawodowe i inne formy kolektywnej ochrony pracowników są powszechne, nawet najsłabsze grupy zawodowe są w stanie wywalczyć wysokie płace.

W Polsce do związków zawodowych należy ledwie 12% pracowników, a układami zbiorowymi objętych jest tylko 17%, więc nic dziwnego, że zarobki wielu grup zawodowych są odwrotnie proporcjonalne do ich wartości społecznej. Dlatego też nierówności płacowe (nie mylić z dochodowymi) zawsze były w Polsce bardzo wysokie. Według Eurostatu ponad jedna piąta pracowników w Polsce należy do tzw. low wage earners, czyli zarabia mniej niż dwie trzecie mediany. Tylko na Łotwie, Litwie i w Rumunii jest ich więcej. Gdzie jest najmniej pracowników zarabiających poniżej dwóch trzecich mediany? W Szwecji, Belgii, Danii, Finlandii i Francji. We wszystkich tych krajach występuje też najwyższe w UE uzwiązkowienie oraz powszechność układów zbiorowych.

Kolejna sprawa to pozycja kobiet na rynku pracy. W Polsce panie nie tylko wykonują prawie dwukrotnie więcej nieodpłatnej pracy domowej niż mężczyźni, ale też zdecydowanie częściej korzystają z urlopu rodzicielskiego – dokładnie sto razy częściej. Baby window, czyli przerwa w aktywności zawodowej związana z urodzeniem i wychowaniem dziecka, to jedna z kluczowych przyczyn niższych zarobków kobiet. W okresie baby window pozbawione są one możliwości awansu oraz podwyżki, a wiek rozrodczy to też zwykle okres najszybszego pięcia się w strukturach firmy i nabywania kompetencji. Nic więc dziwnego, że skorygowana luka płacowa między płciami w Polsce jest jedną z wyższych w UE. Wynosi 18% i tylko w pięciu krajach UE jest wyższa – w Czechach, Łotwie, Bułgarii, Estonii i Litwie. We Francji, Austrii, Danii i Holandii jest ona niższa niż 10%, a w Niemczech wynosi tylko 6,7%.

Rynek we wszystkich krajach rozwiniętych wycenia wartościowe społecznie prace poniżej ich wkładu w życie społeczne. Jak zostało wyżej opisane, rynkowa wycena pracy zależy od wielu czynników, na które wpływ pracownika jest marginalny. Zależy ona od zamożności kraju, w którym się żyje, zyskowności firmy, w której się pracuje, a także od siły negocjacyjnej danej grupy zawodowej.

Rynek do korekty, a nie do likwidacji

Skoro wyceny rynku nie są obiektywnymi wyrokami oddającymi realny wkład pracownika, tylko wypadkową wielu niezależnych od jednostki czynników, nie ma żadnego powodu, żeby w tym zakresie ograniczać się do mechanizmu rynkowego. Z drugiej jednak strony zignorowanie informacji zwrotnej z rynku byłoby co najmniej ryzykowne. Należy sięgnąć po mechanizmy korygujące wycenę rynkową, które wsparłyby pozycję zawodów wartościowych społecznie, a przy tym niedocenianych przez pracodawców.

Kluczową sprawą jest wzmocnienie pozycji zawodowej kobiet. Nieprzypadkowo większość zawodów wartościowych społecznie, a przy tym nisko płatnych, to zawody sfeminizowane, związane z pracę opiekuńczą lub wychowawczo-edukacyjną.

Wzmocnić pozycję kobiet na rynku pracy można na wiele różnych sposobów. Przede wszystkim skracając baby window, równocześnie obejmując tym zjawiskiem mężczyzn. Inaczej mówiąc, należy wcielić w życie mechanizmy, w wyniku których opieka nad niemowlęciem będzie rozłożona bardziej równomiernie, a luka w aktywności zawodowej matek spowodowana porodem stanie się możliwie krótka. Wprowadzenie bezpłatnych żłobków dla wszystkich dzieci powyżej pierwszego roku życia umożliwiłoby kobietom szybszy powrót na rynek pracy. Obowiązkowy 4-miesięczny urlop tacierzyński nie tylko nauczyłby mężczyzn zajmowania się domem i dzieckiem, ale też wyrównałby pozycję negocjacyjną obu płci. Należałoby też uniemożliwić pomijanie kobiet przebywających na urlopie macierzyńskim przy podwyżkach zakładowych.

Drugą kwestią jest upowszechnienie układów zbiorowych oraz członkostwa w związkach zawodowych. Układy zbiorowe powinny bezwzględnie obowiązywać we wszystkich firmach dużych, czyli powyżej 250 pracowników. W takich przedsiębiorstwach powinna istnieć także obligatoryjnie zakładowa komórka związkowa, a każdy nowy pracownik podczas podpisywania umowy otrzymywałby deklarację o przystąpieniu do związku, której nie musiałby podpisać, jeśli z jakichś powodów by nie chciał. Należałoby również zadbać o należyte upowszechnienie instytucji rady pracowniczej. W świetle przepisów obowiązującego prawa powinny one działać we wszystkich firmach powyżej 50 pracowników, lecz faktycznie działają w nieco ponad pięciuset na kilkanaście tysięcy tego typu firm w Polsce. Przyczyna? Niepowołanie takiej rady nie jest obwarowane sankcją karną dla pracodawcy.

***

Żeby docenić wartość społeczną pracy, nie trzeba do razu wymyślać nowych, innowacyjnych mechanizmów. Na początek wystarczy skorzystać ze sprawdzonych rozwiązań, które z powodzeniem działają w krajach północnej Europy – nordyckich, niemieckojęzycznych oraz w krajach Beneluksu. Wzmocnienie pozycji zawodowej kobiet oraz upowszechnienie kolektywnych form ochrony pracowników skutecznie koryguje rynkową wycenę pracy, która nie dostrzega wartości społecznej. Nie ma żadnego powodu, żeby zdawać się tylko na nią. Nie trzeba też rezygnować z rynku, żeby zbudować bardziej sprawiedliwe społeczeństwo. Rynek potrzebuje niezbędnych korekt, a nie jego likwidacji.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.