Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Siedem grzechów głównych polskiego rynku pracy

Coraz częściej rozbrzmiewają otrzeźwiające głosy, że polska transformacja – a w efekcie również nasz obecny ustrój gospodarczy – nie stanowi tworu idealnego. Tego typu refleksje przestają też stanowić wyłączną domenę lewicy. Bezkrytyczne podejście do porządku neoliberalnego, kłócące się z fundamentami rzekomo katolickiego społeczeństwa Polski, wpędziło wielu pracowników w położenie, na które coraz trudniej przymykać oko.

Polski kapitalizm może i ma ładną twarz, gdy spogląda się na starannie wyselekcjonowane słupki i cyfry PKB. Jeśli jednak zwrócimy się ku szerszemu oglądowi oraz konkretnym, ludzkim historiom, trudno nie zauważyć struktur grzechu rządzących naszym systemem gospodarczym.

Barwnie opisują to coraz częściej wydawane w Polsce reportaże o pracy i pracownikach, takie jak Urobieni. Reportaże o pracy Marka Szymaniaka, Nie hańbi Olgi Gitkiewicz czy Cięcia. Mówiona historia transformacji Aleksandry Leyk i Joanny Wawrzyniak. Pokazują one nie tylko statystyczną stronę polskiego rynku pracy, ale i tę konkretną – z twarzami, imionami, codziennym kieratem. Uzupełniają one abstrakcyjne liczby o realne ludzkie doświadczenie, które odczarowuje wiele neoliberalnych frazesów.

Każda struktura grzechu, już na mocy samej definicji, składa się z wielu systemowych braków doskonałości. Można ją szkicowo rozpisać przy pomocy prostej, tradycyjnej formuły siedmiu grzechów głównych. Nie ma bowiem co udawać, że problem, z którym mamy tu do czynienia, jest partykularny czy cząstkowy. Przyjrzyjmy się im po kolei.

Pycha

Pycha bywa nazywana grzechem pierwotnym – to z niej mają wywodzić się wszystkie inne błędy. Nie inaczej jest i tutaj. W okresie transformacji Rzeczpospolita przyjęła model przemian skopiowany z rozwiązań rodem z instrumentarium Margaret Thatcher i Ronalda Reagana. Modele te pyszniły się swoją kompletnością – wyróżniać je miała genialna prostota, mająca wreszcie wyjść naprzeciw społecznemu zapotrzebowaniu.

Takie bezkrytyczne podejście spowodowało, że w latach 90. właściwie nikt na poważnie nie zadał sobie pytania, czy radykalnie liberalny kierunek przemian jest właściwy. Do dziś zresztą rozlegają się pohukiwania, że jakakolwiek (nie tylko przecież socjalistyczna!) korekta neoliberalnych, podstarzałych aksjomatów to rzekomo zamach na dobrobyt i powrót do PRL-u.

Owa pycha nie dotyczy jedynie samouwielbiającego się systemu. Bywa również przywarą konkretnych ludzi – przedsiębiorców i publicystów, którzy każdą krytykę czy choćby sugestię korekty odbierają jako atak na siebie. Cieszą się reputacją Atlasów, samotnie dźwigających ciężar polskiej gospodarki – a oni skwapliwie dają tej narracji wiarę.

W reportażach i aktach sądowych nietrudno znaleźć opowieści, w których pracodawcy prośby o podwyżkę postrzegali w kategoriach zamachu na dobro zakładu pracy. W reportażu Urobieni Marek Szymaniak opisuje sytuację z wałbrzyskiej fabryki Toyoty, gdzie wyjście do toalety w trakcie pracy uznawane jest za sabotaż i finalnie może skutkować zwolnieniem. Utożsamienie dobra w ogóle z własną prywatną korzyścią, mierzalną wyłącznie pieniędzmi i ignorującą potrzeby innych – oto pierwszy z grzechów.

Chciwość

Pycha każe upatrywać pełni dobra we własnym tylko interesie – chciwość zaś pozbawia w tym zakresie wszelkich ograniczeń. Polski kapitalizm często miewa niestety tylko jedną miarę: zysk przedsiębiorstwa. A właściwie nie tyle przedsiębiorstwa, co jego zarządu. Owa niepohamowana chęć dorobienia się nie pozwala na redystrybucję. Statystyki nie pozostawiają miejsca na złudzenia: w Polsce mamy do czynienia z jedną z największych obserwowanych dysproporcji w zarobkach między kadrą menedżerską a resztą pracowników.

W reportażu Olgi Gitkiewicz Nie hańbi autorka klarownie ilustruje grzech chciwości na przykładzie wielkopolskich Wronek, gdzie działają dwie fabryki – Amiki i Samsunga. Oba zakłady właściwie nieustannie oferują pracę dla nowych chętnych. I oba notorycznie płacą wyłącznie płacę minimalną, podnoszoną jedynie przy okazji kolejnych ustaw parlamentarnych. Alternatywa nie istnieje: Wronki to małe miasteczko, innych opcji zarobku trzeba szukać daleko, a nie każdy ma za co uciec. Lokalny pracownik prędzej czy później i tak wyląduje albo w Amice, albo w Samsungu.

Nieczystość

Nieczystość można potraktować dużo szerzej niż tylko jako libertynizm seksualny. To tendencja czynienia drugiego człowieka przedmiotem i narzędziem realizacji swoich zamiarów. Na polskim rynku pracy taka nieczystość staje się narzędziem chciwości. Pracownicy nie mogą bezwarunkowo liczyć na to, że będą traktowani jak ludzie. Swoje człowieczeństwo muszą zostawić przed bramami zakładu pracy. W samej pracy nie są już nawet sługami, a tylko kolejnym trybikiem w bezdusznej maszynerii.

W prezentującej polską transformację oczami pracowników książce Cięcia powtarza się jeden motyw. Niezależnie od prezentowanej historii, pracownicy zdawali sobie sprawę z „konieczności wyrzeczeń”. Nie mieli złudzeń, że okres przemian będzie łatwy. Dlatego też godzili się na redukcje zatrudnienia i kolejne ograniczenia.

Protestowali jednak przeciwko deptaniu ich godności. Chociażby w przypadku załogi warszawskiej fabryki Wedla, gdzie pracownicy długo wyróżniali się cnotą cierpliwości. Nie akceptowano jednak tego, że pracodawca wolał najpierw zwalniać samotne matki – bo mniej wydajne. Że wszelkie decyzje dotyczące pracowników podejmowano za ich plecami. Że nagle interakcje między pracownikami w zakładzie – nawet te nie mające wpływu na produktywność – stały się rzeczą zakazaną. Albo wreszcie, że zagraniczny inwestor wymiatał z firmy wszelkie resztki jej tradycji, z charakterystycznym logiem „Wedel” na czele (co zresztą finalnie źle wpłynęło na wyniki sprzedaży i zostało cofnięte). Chodziło więc po prostu o to, by człowiek był czymś więcej niż tylko cyferką w rubryczce i standaryzowaną mocą przerobową. A jednak w Polsce to minimum przekraczało wyobraźnię wielu pracodawców.

Zazdrość i nieumiarkowanie

Kapitalizm w wydaniu polskim nie znosi krytyki. Jest sam sobie aksjomatem, którego krytyka jest niewskazana. Gdyby dotyczyło to tylko teorii, problem nie byłby poważny. Sęk w tym,  że krytyka systemowa pozostaje niemile widziana nawet wówczas, gdy „błędy i wypaczenia” stają się oczywiste.

Na ten przykład powróćmy do wspomnianej fabryki Amiki we Wronkach, opisanej w Nie hańbi. Pracowała tam pani Ilona, jedna z wielu szeregowych pracownic dużego zakładu. Jej sytuacja była trudna, lecz nie wyjątkowa. Złe traktowanie, minimalna płaca, przemęczenie, brak alternatyw. Skutek – samobójstwo. Jak opisuje Gitkiewicz, osoby z otoczenia zmarłej doskonale wiedziały, że jest to skutek ostrej polityki zakładu wobec zatrudnionych.

Wobec tego działacz społeczny, Piotr Ikonowicz, rzucił w mediach społecznościowych hasło „Amica ma krew na rękach”, co miało wywołać – i wywołało – określony oddźwięk społeczny. Oburzona Amica uznała to za niesprawiedliwy atak i wytoczyła Ikonowiczowi proces sądowy, w której trakcie, wykazując rzekome szkody materialne wyrządzone przez pozwanego, sąd stanął po stronie tych, po których stronie stać wygodniej. Nikomu z szefostwa firmy nie spadł włos z głowy.

Gniew i lenistwo

Gniew i lenistwo to wbrew pozorom grzechy bardzo sobie bliskie. Pierwszy wyzwala w nas często dużą falę uczuć – nierzadko jednak te uczucia odwodzą nas od realnego, potrzebnego działania. Tak też sprawa ma się z polskim kapitalizmem i dogmatyzacją jego obecnego status quo. Jak wskazał prof. Andrzej Szahaj w rozmowie z Markiem Szymaniakiem opublikowanej w Urobionych, przed Polską w latach 90. stało kilka scenariuszy przemian.

Wybrano ten z grona radykalnie neoliberalnych. Dlaczego? Jakkolwiek kuriozalnie to zabrzmi – bo po prostu innych nie rozważono. Ciasnota intelektualna decydentów i ich gniewność, zaślepiająca na sugestie poprawek, uczyniła nasz system niewydolnym nie tylko na poziomie mikro – co starałem się zilustrować przykładami powyżej – ale i na poziomie systemowym.

Zawiodło również państwo. W obawie przed rozzłoszczeniem przedsiębiorców, prawo pracy mamy w Polsce martwe. Do większości firm Państwowa Inspekcja Pracy zagląda nie częściej niż raz na kilkadziesiąt lat (sic!). Gdy już tam zawita, w przypadku nadużyć może nałożyć symboliczny mandat – maksymalnie 500 zł. Sądy pracy procedują w sposób skutecznie zniechęcający do ubiegania się o sprawiedliwość  – procesowanie się jest kosztowne i długotrwałe. Państwo polskie raz, bazując na wątpliwej jakości prawie, zaniechało jego korekty czy choćby uczciwego egzekwowania. Skapitulowało przed obroną większości swoich obywateli, leniwie przyglądając się wyzyskowi wielu z nich. Jak mówi prof. Szahaj – w Polsce łamać prawo się po prostu opłaca.

Skapitulowały również i media. Nawet instytucję związków zawodowych, mającą przecież być podstawowym środkiem samoobrony pracowniczej, dziennikarze konsekwentnie Polakom obrzydzali. Narracja medialna w ostatnich latach jest niemal wyłącznie taka: związki nie działają w sposób prawidłowy, a ich liderów zżerają polityczne ambicje. Zatomizowanym pracownikom, pozbawionym ochrony państwa, obrzydzono nawet ich własną inicjatywę.

Leon XIII mówi jak być powinno

Z powyższych spostrzeżeń wyłania się raczej ponury obraz, w którym państwo oddaje rzesze pracowników na pastwę niekoniecznie uczciwych pracodawców, lękając się przy tym skutecznej korekty systemowej. To tylko wycinek problemu – na jego szczegółowe opisanie potrzeba setek stron.

Wielu Polaków pozostaje zakładnikami mglistej wizji złotego rogu neoliberalnego kapitalizmu, gdzie wyzysk wielu ma stanowić dopuszczalną cenę za dobrobyt nielicznych, a abstrakcyjne wskaźniki rozwoju usprawiedliwiają notoryczne nadużycia. Ciasny intelektualnie dyktat neoliberalizmu, choć pomógł w znacznej mierze wyjść z zapaści schyłkowej komuny i rozruszać naszą gospodarkę, obecnie zniewala wielu naszych współobywateli w kolejnym społeczno-ekonomicznym potrzasku.

Gdy Europa wchodziła w XX wiek, papież Leon XIII pisał w encyklice Graves et Communi: „Dla przyrodzonej łączności ludu ze stanami wyższymi, zacieśnionej jeszcze ściślej przez ducha braterstwa chrześcijańskiego, cokolwiek się czyni dla wspomożenia ludu, wszystko to odbija się zbawiennie i na tych stanach”.

Wchodząc więc już dużymi krokami w wiek XXI, czas najwyższy odrobić zaległą lekcję sprzed przeszło stulecia. Wciąż aktualnym wyzwaniem pozostaje przekształcenie Rzeczpospolitej w rzecz faktycznie wspólną, a nie jedynie folwark tych najlepiej uposażonych. Wszak troska o dobro wspólne to zysk dla nas wszystkich.

Korzystałem z reportażu „Urobieni. Reportaże o pracy” Marka Szymaniaka (wyd. Czarne, 2016), „Nie hańbi” Olgi Gitkiewicz (wyd. Dowody Na Istnienie, 2017), raportu z badań „Cięcia. Mówiona historia transformacji” Aleksandry Leyk i Joanny Wawrzyniak (wyd. Krytyki Politycznej, 2020), encykliki Leona XIII Graves et Communi (1901) oraz danych Głównego Urzędu Statystycznego oraz Państwowej Inspekcji Pracy.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.