Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Niemcy – brama do bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO

Niemcy – brama do bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO Źródło: 7th Army Training Command - flickr.com

Każda zapowiedź zwiększenia obecności wojsk USA w Polsce i w innych państwach wschodniej flanki NATO powinna być przyjmowana z co najmniej chłodnym entuzjazmem. Tymczasem oczekiwanie wzmocnienia naszego regionu przez Waszyngton wzbudziło wiele mieszanych uczuć nie tylko w Polsce, ale także w samej Ameryce. Wszystko dlatego, że okoliczności zwiększenia liczby stacjonujących żołnierzy Stanów Zjednoczonych w Europie Wschodniej (decyzją Donalda Trumpa) nadwyrężyły filary, które tworzą potencjał obronny nie tylko Polski, ale także całego Sojuszu. Jak wygląda obecna sytuacja na wschodniej flance NATO?

Na początku był chaos

Decyzja prezydenta USA o wycofaniu części sił amerykańskich z Niemiec zaskoczyła członków NATO i od samego początku wzbudzała wiele kontrowersji. To chaos należy uznać za cechę charakterystyczną wydarzeń ostatnich miesięcy, która nie tylko utrudnia jasną ocenę sytuacji, ale także zaostrza często i tak już napięte relacje członków Sojuszu.

Gdy 15 czerwca Donald Trump potwierdził doniesienia o wycofaniu prawie 1/3 sił USA z Niemiec, od razu połączono to z polityką karania Berlina za niewystarczające wydatki na własną obronność. Ponadto interpretowano ten ruch jako pierwszy krok do dalszego wzmocnienia obecności Amerykanów na wschodniej flance. Jednak były to spekulacje, ponieważ ani oficjalnie nadal nie było wiadomo, jakie jednostki będą z Niemiec wycofane, ani nie towarzyszyła temu zapowiedź Białego Domu o kolejnych działaniach. Wiedzieliśmy tylko, że co najmniej 9 500 żołnierzy wyjedzie z Niemiec. Prezydent Trump wywołał zamieszanie nawet w samym Pentagonie. Dotychczas u naszego zachodniego sąsiada przebywało około 34 500 żołnierzy USA. Te siły, choć stosunkowo niewielkie, były (i nadal jeszcze są) kluczowe dla szybkiej reakcji Stanów Zjednoczonych w razie kryzysu lub wojny na wschodniej flance.

Na wojska składa się tylko jedna brygada bojowa – reszta to oddziały odpowiedzialne przede wszystkim za logistykę, wywiad i dowodzenie. Ich praca w połączeniu z rozbudowaną bazą infrastruktury logistycznej i szkoleniowej NATO sprawia, że w razie konfliktu nasz najsilniejszy sojusznik ma większy potencjał realnej i szybkiej pomocy Europie. Dlatego, gdy prezydent USA zapowiedział najpierw wycofanie 9 500 żołnierzy – liczba finalnie urosła aż do 12 000 – nie sposób było uniknąć niewygodnego pytania, czy przez utarczki z Niemcami Donald Trump pozbawił NATO szansy na szybką reakcję na wschodniej flance.

Jak zauważa w wywiadzie dla CEPA były dowódca armii Stanów Zjednoczonych w Europie, Ben Hodges, redukcja o około 1/3 personelu sprawia, że np. wojska amerykańskie odpowiedzialne w Niemczech za szybkie reagowanie nie będą już w stanie wypełniać stawianych im zadań.

Biorąc pod uwagę ogromną przewagę w potencjale militarnym Rosji nad naszym regionem, bardzo łatwo zauważyć, że to właśnie szybkie, skokowe zwiększenie liczebności armii USA byłoby decydujące podczas potencjalnego konfliktu. Bez niego nie sposób w obecnych warunkach wyobrazić sobie efektywnej obrony m.in. państw bałtyckich przed armią rosyjską. Tak drastyczne wycofanie armii USA z Niemiec realnie obniża potencjał całej wschodniej flanki i sprawia, że tworzona już od co najmniej 4 lat doktryna odstraszania została osłabiona nawet bez ruchów koncyliacyjnych ze strony Kremla.

Potęgującym chaos czynnikiem jest niekonsekwentna retoryka prezydenta Trumpa. O ile w czerwcu można było odczytywać jego decyzję jako cios wymierzony we wszystkich sojuszników niewypełniających zobowiązań do wydawania 2% PKB na obronność, o tyle obecnie po podaniu szczegółów przez Pentagon widać wyraźnie, że cios był wyłącznie skierowany w Niemcy.

W ramach zapowiedzianych relokacji żołnierzy beneficjentem oprócz Polski będzie też Belgia, która na obronność od lat wydaje poniżej 1%. Trudno obronić tezę, że ruch amerykańskiego prezydenta wynika z chęci motywowania członków NATO do większych wydatków.

Co więcej, zaskakuje też wzrost liczby wycofywanych żołnierzy z Niemiec o ok. 2 500 od czerwca. Tak znaczne uszczuplenie ma zostać zrealizowane w zaledwie kilka miesięcy. Gwałtowność obecnych działań i brak klarownych podstaw polityki Trumpa stworzy próżnię, która może być trudna do wypełnienia.

Gdzie dwóch się bije, tam Polak traci

Wschodnia flanka zostanie osłabiona pomimo tego, że nasz kraj przywita 1 000 kolejnych amerykańskich żołnierzy i zostanie gospodarzem dla wysuniętego dowództwa V Korpusu Armii Stanów Zjednoczonych. Powody są dwa.

Pierwszy, bardzo praktyczny i namacalny, opiera się na tym, że ze względu na specyfikę Bałtyku, zagrożenie atakami ze strony Kaliningradu i (jak na razie) brak pełnej, wystarczającej infrastruktury na terenie m.in. Polski armia USA tylko przez terytorium Niemiec jest w stanie szybko i w dużej liczebności dotrzeć do nas w czasie kryzysu. Jeśli okazałoby się, że personel pozostawiony w Niemczech nie będzie mógł obsłużyć transferów amerykańskich jednostek, to realna szybka pomoc ze strony Amerykanów dla flanki znalazłaby się pod olbrzymim znakiem zapytania.

Po drugie, jednym z filarów działania całego Sojuszu jest jego wymiar polityczny, który ma kluczowe znaczenie. Już art. 5. Traktatu Północnoatlantyckiego z 1949 r. wprost stanowi, że atak na jednego członka NATO jest równoznaczny z napaścią na cały sojusz. Jednak równocześnie zachowawczo wskazuje, że udzielana pomoc odbywa się przy podjęciu „niezwłocznie, samodzielnie, jak i w porozumieniu z innymi Stronami działania, jakie uzna za konieczne”. Fundamentem obronności każdego państwa Sojuszu jest więc utrzymanie jedności i wspólnej percepcji zagrożeń, by w razie potrzeby otrzymać oczekiwane wsparcie. Niestety, spójność i jedność zaczynają ustępować coraz częściej politycznym utarczkom między sojusznikami, których współpraca jest konieczna, by Polska i inne kraje naszego regionu mogły liczyć na zdecydowaną, szybką i adekwatną pomoc.

Antagonizowanie Niemiec poprzez jednostronne i niespodziewane decyzje Donalda Trumpa może stać się niebezpiecznym precedensem. Napiętrzanie problemów i eskalacja sporów będą wpływać np. na szybkość reakcji NATO. Ze względu na nieufność i utarczki kraje mogą stawiać formalne przeszkody w przyszłości lub bagatelizować zagrożenie, co jest szczególnie niebezpieczne w realiach współczesnych, w których popularnymi narzędziami rosyjskimi są m.in. dezinformacja i wykorzystywanie „zielonych ludzików”. Łatwo można wyobrazić sobie scenariusz, w którym jeden z sojuszników będzie opóźniał wspólną reakcję całego NATO, chcąc wymusić na partnerze konkretne decyzje polityczne.

Nie powinien też naszej uwadze umknąć fakt, że relokacja Amerykanów z Niemiec sprawia, że połowa z tych żołnierzy wróci do domu. To dodaje kolejną, dość sporą łyżkę dziegciu do zawiłej sytuacji wewnątrz NATO.

Czy jednak wschodnia flanka (a w tym Polska) nie zdołała ugrać czegoś pozytywnego dla siebie? Wydaje się, że znów (także w naszym przypadku) cechą charakterystyczną ostatnich wydarzeń jest chaos. Można jednak pokusić się o wskazanie pewnych (choć nieznacznych) plusów.

Chyba zakrawa o truizm stwierdzenie, że każdy dodatkowy żołnierz Sojuszu na wschodniej flance jest cenny. Ich stacjonowanie (nawet jeśli w systemie rotacyjnym) na miejscu sprawia, że odległe geograficzne państwa, m.in. USA i Wielka Brytania, są w stanie od razu w czasie kryzysu reagować. Pojawienie się dodatkowego tysiąca żołnierzy Stanów Zjednoczonych nad Wisłą, nawet na niekorzystnych w okresie pokoju warunkach, w czasie kryzysu będzie nieocenione, bo już nawet taka liczba buduje potencjał odstraszania. Niemniej warto pamiętać, że wspomniani żołnierze USA trafią do nas na podstawie umowy zawartej przez prezydentów Dudę i Trumpa w 2019 r. w Waszyngtonie, a nie w wyniku relokowania sił wycofywanych z Niemiec.

Kolejnym pozytywnym sygnałem, choć przede wszystkim symbolicznym, jest zapowiedź utworzenia w Polsce wysuniętego dowództwa V Korpusu. To dowództwo, reaktywowane po 7-letniej przerwie na początku tego roku w Fort Knox (Kentucky), zostało utworzone z myślą o lepszym dowodzeniu i kontroli wojsk USA w Europie.

Podsumowując, na znanym obecnie planie relokacji sił USA w Europie wschodnia flanka tylko pozornie zyskuje. Przed optymizmem powstrzymuje też skutecznie fakt, że wielkim beneficjentem będzie wspomniana Belgia, ale też… Włochy. Pomimo że wydały w 2019 r. jedynie ok. 1,2%, to na Półwyspie Apenińskim na stałe (a nie rotacyjnie) zagoszczą dotychczas stacjonujące w Niemczech eskadra F-16 i dodatkowe bataliony brygady powietrznodesantowej.

Wschodnia flanka to nie tylko Polska i kraje bałtyckie

Ponadto, choć jeszcze nie wiemy w jakim zakresie, co najmniej kilka tysięcy amerykańskich żołnierzy będzie rotować w regionie Morza Czarnego. Okazałoby się to spełnieniem postulatów wielu analityków, którzy już od dłuższego czasu wskazywali, że Rosja w ostatnich latach zyskała znaczny potencjał, który przy niejednoznacznej postawie Turcji zagraża stabilności regionu. Obecne na tym akwenie Rumunia i Bułgaria nie są w stanie odpowiedzieć na rosnące zagrożenia.

Wzmocnienie funkcjonowania USA w basenie Morza Czarnego wskazuje, że południowy odcinek flanki został wreszcie dostrzeżony. To zaś oznaczałoby realne zwiększenie potencjału odstraszania Rosji i przyczyniłoby się również do poprawy bezpieczeństwa u nas nad Bałtykiem – o sile wschodniej flanki decyduje to, jak mocne jest jej najsłabsze ogniwo. Jeżeli NATO nie będzie zdolne do adekwatnej reakcji na dowolnym odcinku flanki, to naiwnością byłoby oczekiwać, że Rosja takiej słabości nie wykorzysta.

Potrzeba umocnienia obecności NATO u naszych południowych sojuszników jest wyraźna. Po pierwsze, leżące nad Morzem Czarnym Bułgaria i Rumunia nie posiadają same w sobie silnych armii, a co ważniejsze – marynarek wojennych, które mogłyby służyć jako przeciwwaga dla rozrastającej się od lat rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. Amerykanie lub inni sojusznicy nie mogą wyręczyć powyżej wspomnianych krajów w budowaniu np. stałej bazy morskiej swoich marynarek ze względu na konwencję z Montreux, która uniemożliwia budowania stałej obecności na Morzu Czarnym przez państwa, które nad nim nie leżą. Szczególnie przy narastających napięciach wewnętrznych NATO z Turcją zdolności obronne Bułgarii i Rumunii stają się coraz ważniejsze. Do tego należy dodać, że wojna na Ukrainie, kwestia Naddniestrza, niestabilność w Mołdawii sprawiają, że Rosja ma wiele możliwości atakowania Sojuszu na południowym odcinku wschodniej flanki.

Dlaczego w Polsce powinniśmy wspierać obecność NATO np. w Rumunii? W interesie Rosji jest zdezintegrowany i słaby wschodni front sojuszy na jak największej liczbie odcinków. Taki, który nie jest w stanie szybko przerzucać znacznych sił w dowolne miejsce, od Bałtyku po Morze Czarne. Mając do czynienia z takim przeciwnikiem, Rosja potrzebowałaby ogromnych zasobów, których utworzenie przy rosnących problemach demograficznych i gospodarczych jest wątpliwe. Dlatego Moskwa dąży do konfliktów punktowych, np. w Gruzji i na Ukrainie.

Mimo tego, że jako Polacy naturalnie koncentrujemy naszą uwagę wokół Bałtyku, to właśnie wobec Morza Czarnego Rosja jest najbardziej agresywna. Coraz otwarciej mówi się o tym, że dalsza destabilizacja Ukrainy, Mołdawii i Kaukazu będzie coraz bardziej negatywnie wpływać na bezpieczeństwo członków NATO. Taki destrukcyjny potencjał zauważa m.in. tegoroczna strategia bezpieczeństwa Rumunii. Te obawy są też widoczne w mediach w obliczu zaplanowanych przez Południowy Okręg Wojskowy Federacji Rosyjskiej na wrzesień ćwiczeń „Kaukaz 2020”.

Działania potrzebne są już teraz

Samo stwierdzenie, że eskalacja napięć w relacjach transatlantyckich jest zagrożeniem i sprzyja tylko Moskwie, jest niewystarczające. Biorąc pod uwagę fakt, że ewentualna następna kadencja Donalda Trumpa jako prezydenta USA może przynieść kolejne napięcia, powinniśmy zastanowić się nad tym, jaką postawę przyjąć, aby nie dopuścić do osłabiania obronności Sojuszu w Europie. Nie jesteśmy przecież zdani wyłącznie na łaskę Wujka Sama. Mamy także własne narzędzia.

Jak wskazują liczne raporty – w tym ten wydany przez Center for European Policy Analysis, One Flank, One Threat, One Presence – potencjał obronności wschodniej flanki obok obecności twardej siły militarnej jest silnie powiązany z rozwojem infrastruktury na osi Północ-Południe, współpracą polityczną, aktywną wymianą informacji przez wywiady państw i stałym przedstawianiem innym członkom NATO widocznych z perspektywy wschodniej zagrożeń i potrzeb.

To dzięki tym działaniom reakcja NATO będzie mogła być szybsza i realnie rozpraszać potencjał militarny Rosji. Obecnie w ramach samej flanki taka współpraca układa się pomyślnie, warto jednak zwiększyć jej koordynację przede wszystkim z niemieckim partnerem. Sposób mający poprawić relacje transatlantyckie został przedstawiony w raporcie Center for European Policy Analysis. To postulat uznania przez NATO kosztów budowy dróg i infrastruktury użytecznej z punktu widzenia obronnego w Europie jako wydatków na wymagane 2% względem PKB. Niemcy mogłyby w ten sposób szybciej zwiększyć procent wydatków i tym samym pijarowo zbliżyć się do stanowiska Waszyngtonu w tej sprawie.

***

Pomysły na pogłębianie współpracy w NATO mogą być różnorodne, ale dyskusję nad nimi trzeba rozpocząć już dziś, aby uniknąć problemów w przyszłości. Zarówno dla Polski, jak i całej wschodniej flanki napięcia na linii Berlin-Waszyngton są newralgiczne. Chociaż USA dysponują siłą do odparcia Rosji, to Niemcy posiadają terytorium, przez które ta pomoc może do nas przybyć. O tym, jak ważny jest polityczny filar Sojuszu, dobrze wie Rosja, która od lat w swojej strategii zakłada tworzenie podziałów politycznych między Europą a USA. Należy się jej przeciwstawić. Trzeba szukać wspólnych pól kooperacji, o których jakiś czas temu pisałem w tekście o wojnie o 5G. Jednak trzeba również pamiętać, że Stany Zjednoczone to nie wszystko. Ogromny potencjał drzemie w ściślejszej współpracy krajów Europy Środkowo-Wschodniej, także tych często zapominanych na Południu. Wykorzystajmy wszystkie możliwe narzędzia, aby zagwarantować sobie bezpieczniejsze jutro.

Anglojęzyczna wersja materiału do przeczytania tutaj. Wejdź, przeczytaj i wyślij swoim znajomym z innych krajów!

Artykuł (z wyłączeniem grafik) jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zezwala się na dowolne wykorzystanie artykułu, pod warunkiem zachowania informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie „Dyplomacja publiczna 2020 – nowy wymiar”. Prosimy o podanie linku do naszej strony.

Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie „Dyplomacja publiczna 2020 – nowy wymiar”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.