Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Polska to nie Zachód, bo Zachód wie, gdzie jest. „Niesamowita Słowiańszczyzna” Marii Janion przeczytana ponownie

Polska to nie Zachód, bo Zachód wie, gdzie jest. „Niesamowita Słowiańszczyzna” Marii Janion przeczytana ponownie Wojciech Gerson – Opłakane apostolstwo, źródło: wikipedia

Śmierć Marii Janion z pewnością przełoży się na wzmożone zainteresowanie jej twórczością. Nie wiadomo, czy doczekamy się jedynie kolejnych panegiryków, czy też pojawią się również bardziej skrupulatne analizy. Spróbuję wybrać tę drugą opcję. Rozpocznę od ponownego przeczytania jej najsłynniejszego dzieła – Niesamowitej Słowiańszczyzny. Dla Janion utrata słowiańskiego dziedzictwa wiąże się z wytworzeniem nieusuwalnego pęknięcia i rysy na naszej narodowej duszy. Doświadczamy braku, jakiejś pustki sprawiającej, że nie potrafimy odnaleźć swojego własnego miejsca w nowoczesnej Europie. Pozbawiono nas ważnego fragmentu naszej historii, dlatego jesteśmy zawieszeni między poczuciem wyższości nad barbarzyńskim Wschodem a świadomością niższości względem kulturalnej i technologicznej potęgi Zachodu. Stanowimy byt niepełny, pozbawiony gruntu, a co za tym idzie, zagubiony i narażony na ciągłe zranienia.

Odejście tej kontrowersyjnej i jednocześnie niezwykle odważnej w interpretacjach badaczki powinno wywołać w nas chęć zadawania kolejnych pytań. Na tym w końcu opiera się cała humanistyka – na eroterycznym nastawieniu do świata, czyli patrzeniu na niego zaangażowanym okiem, które nie przyjmuje wszystkiego bezkrytycznie, lecz nieustannie zastanawia się nad fundamentalnymi dla człowieka zagadnieniami. W takiej perspektywie dorobek Marii Janion pozostaje ważnym elementem polskiego krajobrazu intelektualnego. Nadal warto ją czytać. Nie dlatego, że jakieś mądre głowy uznały ją za autorytet. Powód jest o wiele prostszy – jej prace zmuszają nas do myślenia, wzywają do dyskusji. Co więcej, Janion jak nikt inny potrafiła poruszać tematy trudne, niemiłe dla powszechnego ucha. Doskonale wiedziała, gdzie znajdują się nasze narodowe bolączki i nie wahała się w nie uderzyć. Nie zawsze słusznie, ale zawsze inspirująco.

Najsłynniejszą i najchętniej czytaną pracą Marii Janion jest bez wątpienia Niesamowita Słowiańszczyzna. Książka zyskała drugą młodość wraz z kolejną falą zainteresowania duchową i materialną spuścizną słowiańskich czasów. Jednakże sami Słowianie stanowią tylko punkt wyjścia do postawienia o wiele bardziej kluczowego pytania – o źródło pęknięcia polskiej tożsamości. Autorka umieszcza pogańską przeszłość w perspektywie straconego dziedzictwa. Za pomocą śladów utrwalonych w literaturze romantycznej stara się dotrzeć do zapomnianej i utraconej przez nas przeszłości. Podążając tropem Aleksandra Gieysztora, który posługiwał się już nowym typem refleksji historycznej, gdzie analiza źródeł powoli ustępowała pola interpretacji, Maria Janion snuje swoją własną opowieść. Dość specyficzną, bo humanistyczną. A w niej chodzi przede wszystkim o przyglądanie się znaczeniom. O to, w jaki sposób się kształtowały, jaki miały na nas wpływ i co mówią o nas samych.

Opowieść w takim ujęciu ma zupełnie inną dynamikę niż standardowa interpretacja. Nie tylko tworzy określoną wizję badanego przedmiotu, lecz także umożliwia bezpośrednie odniesienie do teraźniejszości. Opowieści ze swej natury są teleologiczne, nie służą zapewnieniu słuchającym dobrego humoru. Ich tłem są wartości i sensy, niezaprzeczalnie aktualne. Nierzadko pomagają nam zrozumieć siebie, swoją specyficzną sytuację. A humanistyczna opowieść operuje jeszcze dodatkowymi narzędziami. Teoriami, które ze względu na przywiązanie do klasycznych metod analizy wydają się często dziwaczne, nieporadne, niestosowne i pozbawione odpowiedniej naukowej formy. Wszystko to służy odnalezieniu odpowiedzi na podstawowe problemy współczesności.

Maria Janion w Niesamowitej Słowiańszczyźnie wzięła pod lupę polską tożsamość. Dla niej utrata słowiańskiego dziedzictwa wiąże się z wytworzeniem nieusuwalnego pęknięcia, rysy na naszej narodowej duszy. Doświadczamy braku, jakiejś pustki sprawiającej, że nie potrafimy odnaleźć swojego własnego miejsca w nowoczesnej Europie. Pozbawiono nas ważnego fragmentu naszej historii, dlatego jesteśmy zawieszeni między poczuciem wyższości nad barbarzyńskim Wschodem a świadomością niższości względem kulturalnej i technologicznej potęgi Zachodu. Stanowimy byt niepełny, pozbawiony gruntu, a co za tym idzie, zagubiony i narażony na ciągłe zranienia.

Remedium na taki stan rzeczy miałoby być wprowadzenie słowiańszczyzny do powszechnej świadomości, bez obawiania się jej niesamowitości, tajemniczości i grozy. Historia musiałaby zostać opowiedziana na nowo, aby wprowadzić jedność do naruszonej zbiorowej egzystencji. Warto zaznaczyć, że Maria Janion pod hasłem „słowiańszczyzna” nie widzi żadnego konkretnego bytu, lecz fantazmat. Termin ten, zaczerpnięty został z myśli Freudowskiej, oznacza coś, co możemy uznać za wyobrażenie, złudzenie, iluzję, mit, ale co mimo wszystko nadal pozostaje w nierozerwalnym związku z rzeczywistością i nabiera właściwego kształtu dopiero w naszym życiu wewnętrznym.

Nieobecność Słowian w naszej świadomości nie ma charakteru zwykłej historycznej niewiedzy. Stanowi trudną do zasklepienia ranę. Religia chrześcijańska, od której zazwyczaj rozpoczynamy opowieść o nas samych, była czymś diametralnie innym od pogaństwa. A przyjęcie nowej wiary nie odbywało się w sposób łagodny i pokojowy. Zostaliśmy odcięci od właściwego nam imaginarium, a następnie znaleźliśmy się w obcym świecie. Źle ochrzczeni, pozbawieni korzeni straciliśmy swoistość i nawet dzisiaj objawia się to nieporadnością w stosunku do naglących wyzwań współczesności. W pewnym sensie przestaliśmy być sobą i wciąż szukamy oparcia w oczach innych. Jakbyśmy nie potrafili sami o sobie stanowić.

Naturalnie Maria Janion zdawała sobie sprawę, że odzyskanie utraconego dziedzictwa słowiańszczyzny jest niemożliwe. Minęło zbyt wiele czasu. Do wielu źródeł nie da się już po prostu dotrzeć. My sami również mamy ambiwalentny stosunek do Słowian. Z jednej strony wydają się nam czymś na poły mitycznym, dzikim, nieprzystającym do racjonalnego i obiektywnego myślenia, a z drugiej strony nauczono nas, że tej spuścizny nie należy traktować poważnie, bowiem mogą się w niej kryć rzeczy raczej wstydliwe, a nie godne naśladowania. Jednakże nadal możemy szukać śladów (w literaturze, kulturze, historii) utraconej swoistości, aby zrozumieć, jakie mechanizmy sprawiły, że wciąż nieobce jest nam poczucie zagubienia.

Zaakceptowanie pogaństwa jako nieodłącznego atrybutu naszych dziejów prawdopodobnie ułatwiłoby nam poruszanie się w nowoczesności, która również pozostaje dla nas problematyczna. Chociaż Słowiańszczyzna przepadła, a nasze początki przypominają bardziej baśń niż historyczną kronikę, to nadal odzywa się ona w naszej świadomości. Ten fantazmat dalej wywiera na nas wpływ, choć nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę. Niesamowita Słowiańszczyzna miała być pierwszym krokiem prowadzącym do zmiany. Nieśmiałą próbą zagojenia tej strasznej rany.

Niesamowita Słowiańszczyzna jest podzielona. Dwie wyodrębnione części książki mają odzwierciedlać jakiś duchowy podział bądź skazę. Sama struktura pracy okazuje się symbolem załamania tożsamości pozbawionej solidnych fundamentów. Początkowe fragmenty poruszają tematy filozoficzno-literackie, dotykają historii Słowian (w oparciu o mniej lub bardziej wiarygodne źródła), romantycznej recepcji słowiańszczyzny i dziejów pogaństwa na naszych ziemiach. Maria Janion analizuje również kategorie grozy i niesamowitości, które nadają ton całemu wywodowi. Natomiast druga połowa książki koncentruje się wokół bardziej współczesnych tematów: kryzysu patriotyzmu, podejściu do feminizmu, naszych relacji z sąsiadami. Pojawia się także sprawa nieprzepracowanej traumy związanej z Żydami. Niesamowita Słowiańszczyzna jest poszatkowana. Tak jak i cała Polska.

Znaki i sensy, które my sami przypisujemy Polsce, są bałamutne, niekompatybilne i niejednoznaczne. Nasze symbole stały się alegoriami – wyglądają ładnie podczas państwowych akademii, ale nic już nie znaczą. Wszystko to ma swój początek w dwuznacznym statusie słowiańszczyzny w naszej świadomości. Podobnie jak romantyzm jest ona jednocześnie zapomniana i niezapomniana. Zapomniana jako istniejąca realność, do której już nigdy nie będziemy mieć dostępu, i niezapomniana jako konkretna duchowość wpływająca nadal na konstrukcję polskiej tożsamości. Wpisana w nią niesamowitość może trwać dzięki późniejszym przykładom literackim, ale wciąż pozostaje ukryta. I budzi to w nas grozę. Nasze figury Matki, Ojca, kobiety, ojczyzny posiadają jedynie zewnętrzną formę – w środku są puste, nie mają siły pobudzić nas do działania. Straciliśmy swobodę w określaniu siebie. Mamy jakieś mgliste pojęcie, że ktoś zawłaszczył nasze dziedzictwo, ale nie wiemy, czym ono właściwie było.

Schrystianizowanym Polakom odebrano prawo do bycia Słowianami. Aktualnie przebywają w otchłani, z której starają się wydostać za pomocą dwóch sprzeczności. Z jednej strony charakteryzujemy się mentalnością postkolonialną, czujemy się gorsi, biedniejsi i bardziej zacofani w stosunku do wspaniałego Zachodu, sami nazywamy się peryferiami, a z drugiej strony nieobca jest nam mesjanistyczna duma, poczucie wyższości nad barbarzyńskim Wschodem. Nasze wyjątkowe zasługi i cierpienia upoważniają nas do pouczania zgniłego Zachodu – to my jesteśmy ostoją tradycji i pradawnych wartości. Biegając od Wschodu do Zachodu, nawet nie utknęliśmy pośrodku. W tym zawieszeniu nie radzimy sobie ani z bolesnymi kartami naszej historii, ani z wartościami wyznawanymi przez liberalną Europę.

Maria Janion w swoich badaniach posługiwała się metodami rozmaitych humanistycznych koncepcji. Nieobce były jej zarówno postkolonializm i teoria feministyczna, jak i psychoanaliza. Usiłowała dotrzeć do tego, co głębsze i bardziej niedostępne dla badacza, którego oko nie sięgało dalej niż do klasycznych źródeł z epoki. Niestety nie zawsze prowadziło ją to do słusznych wniosków. Starała się zastąpić jedną wielką narrację inną opowieścią, skoncentrowaną na kontekście słowiańskim, jednak nierzadko operowała przykładami w taki sposób, aby pasowały do snutej przez nią wizji.

Na pierwszy plan wysuwa się nasza domniemana peryferyjność i mesjanistyczna megalomania. Tak jakby historia Polski ograniczała się do kilku średniowiecznych momentów i XIX wieku. Istnienie polskiego renesansu, a wraz z nim egzemplifikacje świadczące przeciw naszej podrzędności i odtwórczości, zostały pominięte. Niezwykle trudno uznać, że i w tamtych czasach byliśmy sami sobie obcy. To jednak podważyłoby kompozycję tworzonej opowieści.

Niesamowita Słowiańszczyzna była próbą opowiedzenia trochę innej historii, w której zmiana obowiązującego paradygmatu dokonałaby się za pomocą odzyskania utraconego, pogańskiego dziedzictwa. Aczkolwiek wszystko sypie się przez metodologiczną nieprzystawalność. Autorka miesza klasyczne metody badań z ich bardziej współczesnymi odpowiednikami. Ponadto nawet nowoczesne teorie traktuje dość niefrasobliwie, wybierając z nich to, co akurat przydaje się do potwierdzenia słuszności stawianych tez. Niemniej wcale nie jest łatwo połączyć elementy różnych teorii w jedną spójną całość. A trzeba to jeszcze pogodzić z klasycznymi rozważaniami i formą opowieści, która ma określone ramy, rządzi się swoimi prawami, produkuje stosowne sensy, a przede wszystkim jest jednolita. Właściwie zaproponowana przez Marię Janion metoda uprawiania humanistyki jest w gruncie rzeczy niemożliwa do zrealizowania. Wszystkich fundamentalnych różnic nie da się sprowadzić do jednej wykładni. Opór wzbudza zwłaszcza swobodne posługiwanie się teorią postkolonialną, która w Niesamowitej Słowiańszczyźnie jest już tylko luźno związana z twierdzeniami Edwarda Saida.

Ponadto niektóre fragmenty pracy (zwłaszcza te odnoszące się do kwestii żydowskiej) wyłamują się z głównego toku argumentacji. Służą wyłącznie zaznaczeniu osobistych politycznych preferencji autorki. W swojej opowieści o słowiańszczyźnie nie zasypuje podziałów, lecz jedynie inaczej rozmieszcza swoich i obcych. Ostatecznie najbardziej podzielona okazała się sama Maria Janion. Rozdarta między wielką miłością do literatury romantycznej, potwierdzoną dodatkowo ogromną wiedzą w tym zakresie, a interpretacjami odczytującymi ten okres przez pryzmat konkretnego światopoglądu, dla którego podstawowym punktem odniesienia pozostają cele społeczno-polityczne. Dlatego też Niesamowita Słowiańszczyzna jest zbiorem pewnych przekonań, niekoniecznie ze sobą współgrających. Maria Janion była sama sobie obca. Rozpostarta między klasycznymi sposobami uprawiania badań a używaniem koncepcji, które jednoznacznie podważają ich zasadność. Opowieść stworzona z takich nici po prostu nie może się udać.

O tych wszystkich kontekstach pisałam szerzej w artykule Maria Janion Powielona – wokół Niesamowitej Słowiańszczyzny, opublikowanym w numerze czwartym „Kronosa” z 2017 roku. Jednakże z powodów strukturalnych jedynie napomknęłam w nim o pewnej istotnej sprawie. Marii Janion pod pewnymi względami udało się wyrwać z niezwykle popularnego geograficznego paradygmatu, którego początki sięgają czasów oświecenia. Ten paradygmat po dziś dzień inspiruje wielu autorów, którzy chcieliby umiejscowić polskość w jednym, konkretnym miejscu.

Dla Przemysława Czaplińskiego w Poruszonej mapie Polska leży tam gdzie zawsze, czyli jest zawieszona między różnymi kierunkami. Z nikim nie potrafi się dostatecznie zintegrować, a sami Polacy zamiast realnych przestrzeni wolą wyobrażone światy. Natomiast Marek Cichocki w tekście Północ i Południe podważa tradycyjny podział na Zachód i Wschód, stara się udowodnić, że dla nas bardziej adekwatna będzie tytułowa klasyfikacja. W końcu byliśmy barbarzyńcami z Północy, których nawróciło południowe chrześcijaństwo. Propozycja ciekawa, chociaż sama Północ jest u Cichockiego niczym – ani się jej nie rozważa, ani nie traktuje poważnie. Przypomina pusty dzban, który mógł nabrać treści dopiero po podróży na Południe. Podałam tylko dwa przykłady, ale taka wyobrażona geografia wciąż produkuje nowe sensy. Wytwarza piękne znaczenia, które w praktycznym zastosowaniu są jednak bezużyteczne. Konia z rzędem temu, kto potrafi dostatecznie zdefiniować, ostatnio mało popularny, termin Europa Środkowo-Wschodnia. Mimo wszystko trudno je porzucić, bo czy istnieje sposób mówienia o sobie samym bez zaznaczenia miejsca?

Maria Janion dostrzegła, że rozmowa o tożsamości toczy się raczej w przestrzeni wewnętrznej niż zewnętrznej. Chociaż posługiwała się geograficznymi określeniami, to przeczuwała niepełność tych kategorii. Jednakże nie podjęła tego zagadnienia. Warto się zastanowić, czy wyobrażona geografia jest w stanie powiedzieć nam coś istotnego na temat naszej duchowości. A może Polska rzeczywiście nigdzie się nie znajduje? Nigdzie to straszne słowo. Kojarzy się z brakiem, negacją, zaprzeczeniem, nieobecnością. Osoba, której tożsamość nie ma miejsca, jest warchołem, koniunkturalistą, w nosie ma historię i tradycję, nie posiada korzeni. Tożsamość niezakorzeniona w ziemi budzi lęk i niepewność, trudno ją zdefiniować i nie wiadomo, co z nią zrobić – spotyka się z powszechnym niezrozumieniem. A jednak ta nieobecność miejsca określa polskość najwłaściwiej.

Polacy nie są przywiązani do miejsca, lecz do samej tożsamości jako swoistego bytu duchowego. Nie pytamy siebie, skąd jesteśmy, ale kim jesteśmy. Ciągle namyślamy się nad sobą. Musimy rozważać, podważać i nieustannie pytać o tożsamość, gdyż tak właśnie kształtujemy siebie. Jeżeli będziemy spoglądać w swoim kierunku przez obcy, niestworzony dla nas geograficzny paradygmat, to zawsze dostrzeżemy tylko dziwacznych cudaków. Dlatego w debacie poświęconej miejscu Polski na wyobrażonej mapie świata, warto pójść za intuicją Pawła Rojka. Polska leży nigdzie, jest uniwersalną ideą.

W rzeczywistości po prostu tworzymy tożsamość w inny, unikalny sposób. Za pomocą pojęć, sporów i dyskusji, a nie ziemi i miejsca. Geograficznie zawsze będziemy na straconej pozycji. Niezależnie od tego, czy umieścimy się na linii Wschodu i Zachodu, czy też Północy i Południa, nigdy nie znajdziemy się na właściwym miejscu. Zawsze czegoś nam będzie brakować. Problem może też tkwić w tych, którzy nie potrafią spojrzeć na nas inaczej bądź uporczywie trzymają się kategorii, które powstawały w czasach, kiedy odbierano nas jako przedstawicieli śmiesznego i peryferyjnego kraju. Lepiej przypomnieć sobie renesansowy ton, w którym nie było słychać resentymentu i poczucia krzywdy, lecz dumę z tego, że potrafimy przekształcać wszystko po swojemu. Bez strachu modyfikowaliśmy wielkie antyczne wzorce, a literatura zachęcała nas do autentycznego bycia. Nikt nie myślał o tym, żeby oglądać się na innych. Jeszcze wierzyliśmy w to, że bycie sobą, nawet mimo powszechnej krytyki, jest wielką wartością.

 Wiem, że Maria Konopnicka napisała Rotę, a w niektórych regionach wpływ niemieckiej kategorii Heimatu jest niepodważalny. Oczywiście odnajdziemy w źródłach przykłady silnego przywiązania do ojczystej ziemi, jednak często i w nich pobrzmiewają specyficzne pytania o stan polskiego ducha kształtującego się pośród innych okoliczności niż te, które kreowały Zachodnie myślenie. Jednakże bez silnej duchowej tożsamości nie bylibyśmy w stanie wprowadzić do europejskiej myśli przeświadczenia o możliwości istnienia narodu bez państwa. I raczej nie przetrwalibyśmy rozbiorów i innych historycznych klęsk. Prawdopodobnie nie jesteśmy sami sobie obcy, tylko nie spotykamy się z dostatecznym zrozumieniem i straciliśmy przekonania, że nasza swoistość jest czymś godnym zachowania i kultywowania. Czasami opłaca się być nigdzie. I pozostać przy tym sobą.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.