Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Trzaskowski i Hołownia jak bracia ksero. Która inicjatywa rokuje na przyszłość?

przeczytanie zajmie 8 min
Trzaskowski i Hołownia jak bracia ksero. Która inicjatywa rokuje na przyszłość? Źródło: Kadr z filmu „Mowa ptaków”

Kiedy na scenie politycznej pojawiają się dwa łudząco podobne podmioty bardzo szybko następuje próba ich potencjałów, wyklarowanie hierarchii, a w ostatecznym rozrachunku – wchłonięcie słabszego przez silniejszego lub anihilacja jednej z inicjatyw. W ostatnim czasie tak było chociażby z Nowoczesną Ryszarda Petru, która okazała się zbyt chimeryczna, aby zagrozić hegemonii Platformy Obywatelskiej. Podobnie rzecz miała się z Solidarną Polską i szeregiem innych prawicowych inicjatyw, które nie mogły zaistnieć poza PiS-em. Tak też stać musi się z Nową Solidarnością, ruchem społecznym Rafała Trzaskowskiego, który zestarzał się jeszcze przez powstaniem, jak i ruchem Polska 2050 Szymona Hołowni. Są łudząco podobne, chociaż o innej charakterystyce. Tylko jedna z inicjatyw ma polityczną rację bytu.

Rafał Trzaskowski i Szymon Hołownia są jak Paweł i Piotr Zduńscy z serialu M jak Miłość, postacie grane przez braci Mroczków. Upraszczając, jeden to czaruś i leser, który wszystko, co osiąga, zawdzięcza wrodzonej charyzmie i robieniu dobrego wrażenia. Drugi to typ idealnego zięcia – stateczny i pracowity, zawsze mówiący sąsiadce „dzień dobry”. Obaj są braćmi bliźniakami, a jednocześnie diametralnie się różnią, realizują zupełnie inną receptę na życie.

Pierwszy wiele obieca, ale wystarczy, że pęknie rura w łazience i możesz być pewny, że znajdzie sobie akurat ważniejsze rzeczy do zrobienia. Zamiast odebrać bliską osobę z przychodni, będzie bawić się w klubie, pijąc drinka z palemką.

Drugi zaś zadzwoni po fachowca i, narzekając, że wcześniej nikt nie zrobił tego porządnie, będzie czekał na niego i tydzień, bo nie czuje się wystarczająco kompetentny do naprawy. Zamiast wyjść do klubu, chętnie spędzi czas w domu, przy okazji przypomni najbliższym o okresowych badaniach.

Wybory prezydenta są jak jednorazowa randka, na której wszyscy dają ponieść się pięknej opowieści, a Kinga – jako figura elektoratu – z pewnością będzie wolała spędzić ją w towarzystwie charyzmatycznego Pawła. Dobrze jest się z nim pokazać, a koleżanki z pewnością będą oczarowane. Jednak perspektywa związku na lata, kiedy trzeba polegać na kimś bardziej odpowiedzialnym, raczej skieruje wybór w stronę Piotrka. Może nie dostarczy on wielu wrażeń, ale przynajmniej da poczucie, że mu zależy i faktycznie będzie się starał. Po etapie randek przychodzi czas weryfikacji, w której Paweł, czyli Rafał Trzaskowski, nie ma szans na pozytywny odbiór.

Trzaskowski liderem nie będzie

Metafora, jakkolwiek przerysowana, w mojej opinii dobrze oddaje różnicę politycznych charakterów Trzaskowskiego i Hołowni. Pierwszy z nich, chociaż nie bez zalet, nigdy nie był liderem. Co więcej, nie można znaleźć ani jednej przesłanki wskazującej, że chciałby nim naprawdę zostać. Zawsze w drugim szeregu, nie był skory do utorowania sobie drogi samodzielnie. Zarządzanie miastem oddał swojemu zapleczu. Tworzy wrażenie, jakby brakowało mu nie tylko autorskiej wizji, ale i ambicji, aby rzeczywiście zarządzać Warszawą. Wysunięcie jego kandydatury w wyborach prezydenckich zawdzięcza wyłącznie spektakularnej klapie kampanii Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, posiadaniu mniejszego negatywnego elektoratu niż kontrkandydaci i relatywnie małej rozpoznawalności, która nie pozwalała na obciążenie go ponurym dla części wyborców dziedzictwem Tuska. Przy odpowiedniej ogładzie i prezencji zapewniało to kampanię na poziomie.

Przystąpienie nowego kandydata największej partii opozycyjnej, dysponującego bezsprzecznymi atutami pozwalającymi dobrze wypaść na wyborczym wiecu i telewizyjnej debacie, do wyjątkowo długiego wyborczego wyścigu musiało wystarczyć, by przeskoczyć opozycyjnych kontrkandydatów. Jednak chybione wydają się oczekiwania, które pojawiły się po niewątpliwie imponującym wyniku wyborczym, że Trzaskowski stanie teraz na froncie budowy nowej, lepszej opozycji. Domaganie się powoływania nowych politycznych bytów przez sprzyjającą Platformie część opinii publicznej przypomina bardziej merdanie psa ogonem lub kolejne po Ryszardzie Petru i Mateuszu Kijowskim pudło w medialno-komentatorskim ciągu do namaszczenia lidera opozycji, który jako pierwszy po Tusku pokona PiS.

Po co Trzaskowskiemu Nowa Solidarność, skoro od lat jest członkiem największej partii opozycyjnej, a nawet jej wiceprzewodniczącym? Partii dysponującej ogromnymi środkami pieniężnymi, gotowymi strukturami i będącą od dłuższego czasu w kryzysie, o której przejęcie nie bał się zawalczyć mało charyzmatyczny Borys Budka?

Skoro Trzaskowski nie czuł się jeszcze na przełomie roku władny do nadania nowego tonu partii-matce, to dziś odwagi powinno dodać mu zdobyte 10 milionów głosów wyborców. Jednak od zakończenia wyborów właściwie milczy. Nie zajmuje stanowiska w żadnych sprawach istotnych zarówno dla partii, jak i sięgających poza zarządzaną przez niego Warszawą. Z wyborczego impetu popadł w marazm. Zgromadzony kapitał i wiążąca się z nim presja stają się dla polityka nie źródłem siły, ale ogromnym obciążeniem.

Platforma miota się więc nadal. Nowa Solidarność topnieje, zanim wyciągnięto ją z zamrażalnika. Rafał Trzaskowski milczy, ewentualnie ratuje sytuację po bardziej lub mniej poważnych wpadkach.

Dziś prawdopodobny, jak się zdaje, wybór Cezarego Tomczyka (będącego łącznikiem między Trzaskowskim i Budką) na szefa klubu Platformy świadczy raczej o kontynuacji dotychczasowego kursu partii. PO stawia na silną polaryzację i próbę dawkowania kolejnych elektrowstrząsów, aby pobudzić półmartwą strukturę i uśpione emocje wyborców.

Wybór nowego przewodniczącego klubu Koalicji Obywatelskiej może rzutować na kształt formacji bardziej niż ruch Trzaskowskiego, który jeśli nawet powstanie, to nie wiadomo, kto będzie nim zarządzać, czemu miałby służyć i dlaczego ktokolwiek miałby się do niego zapisać. Opóźnienie inauguracji świadczy raczej o tym, że nie wie tego sama twarz Nowej Solidarności. Trzaskowski jest trochę jak Piotr Zieliński w polskiej reprezentacji piłki nożnej. Za mocny na ławkę, ale nikt nie wie, czy naprawdę w tym meczu gra.

Hołownia dryfuje w lewo

Skoro więc Nowa Solidarność nie rokuje, to być może na poważnie należy bliżej przyjrzeć się Polsce 2050 Szymona Hołowni. Hołownia przez długi czas nie był brany pod uwagę jako poważny kandydat w wyborach, a jednak, gdyby nie nagłe objawienie się jego brata bliźniaka, prawdopodobnie zmierzyłby się z Andrzejem Dudą w II turze wyborów prezydenckich. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że miałby większe szanse na zostanie prezydentem niż Trzaskowski. Niezwykle długa i wyczerpująca kampania ukazała jego determinację i zmysł polityczny. Upór w rozwijaniu ruchu politycznego, który do wyborów ma szansę przystąpić dopiero za trzy lata, chociaż pozornie szalony, może jednak zapewnić mu sukces. Polska polityka potrzebuje bowiem kogoś, kto przełamie utarte schematy polityczne i zaskoczy wyborców czymś nieoczywistym. Hołownia zaś postrzegany jest jako aktor jednego występu i potrzebuje tego, by wyborcy potraktowali go poważnie.

Pierwsza jaskółka pojawiła się w poprzednim tygodniu. Hanna Gil-Piątek to wieloletnia aktywistka obywatelska i polityczna działająca w różnych lewicowych ruchach, była posłanka Wiosny i ważna postać tej formacji, przez jakiś czas nawet szefowa sztabu Roberta Biedronia. Stanowi pierwszy przyczółek Hołowni w parlamencie i jako sprawna posłanka, a wcześniej ideowa działaczka, wydaje się dobrą twarzą nowego projektu.

Oczywiście trudno lekceważyć jej jednoznacznie lewicową tożsamość. Z perspektywy wielu konserwatystów – a i tacy na Hołownię w czerwcu głosowali – taki wybór pierwszego politycznego transferu może być dowodem, że w Polsce 2050 nie znajdą oni swojej reprezentacji. Przez trzy lata Hołownia może jednak pozwolić sobie na to, by w nowe i perspektywiczne nazwiska inwestować, myśląc o uspójnieniu przekazu ruchu dopiero w kolejnej fazie. Dziś jego możliwości pozyskiwania nowych, niezgranych i merytorycznych posłów są ograniczone. Hołownia nie może pozwolić sobie na wielkie wybrzydzanie. Lewica, Zieloni, młodzi posłowie Koalicji Obywatelskiej to dziś główne rezerwuary jego formacji. Chociaż polityk dla zachowania wiarygodności w części swojego dotychczasowego elektoratu bardzo potrzebuje posłów centroprawicowych, to ich pozyskanie zdaje się dużo trudniejsze niż zwrócenie się w lewą stronę.

Nadal aktualne pozostaje pytanie, czy w podobny sposób postrzega to Hołownia. Jego absurdalny i histeryczny atak na rzekomą turystykę religijną mającą się objawiać audiencją prezydenta Rzeczypospolitej w Stolicy Apostolskiej – przy okazji wizyty we Włoszech – wydaje się dowodem na to, że lider Nowej Solidarności z przekonaniem zamierza łowić w tych segmentach sceny politycznej, które swym prymitywnym antyklerykalizmem zagospodarowywali wcześniej Janusz Palikot i Robert Biedroń. Może się więc okazać, że brak centroprawicowych głosów w formacji, ale i centroprawicowych wyborców, nie jest dla Hołowni wcale problemem, ale świadomym wyborem, a wręcz oczekiwaniem.

Na rzecz takiej ewolucji może przemawiać również zwykła kalkulacja – na centroprawicy wciąż jest ciasno, a na liberalnej lewicy trwa wieloletni już kryzys przywództwa. Pogodzenie się z politycznymi realiami możne zadziałać na korzyść Hołowni, który zamiast budować ruch idealny, wybiera kompromis z rzeczywistością. Musi jednak zdawać sprawę, że ruch, który dziś oparty jest tylko na jego nazwisku, w najbliższym czasie definiować będą posłowie, którzy do niego przystąpią.

Od ewentualnych transferów, których będzie tym więcej, im większa liczba osób przestanie wierzyć w potencjał innych partii opozycyjnych, zależeć będzie późniejszy elektorat Hołowni. Już w ostatnich wyborach 85% jego  głosów w II turze zostało oddanych na Rafała Trzaskowskiego, nie zaś na Andrzeja Dudę. Sugeruje to, że wyborcy byli bardziej liberalni niż konserwatywni, co naturalnie pcha Polskę 2050 w stronę liberalno-lewicową, a nie zaś w kierunku centroprawicy.

Dziś Szymon Hołownia zdaje się iść na kompromisy z politycznymi realiami i emocjami aktywistów swojego ruchu. Popełnia błędy, na przykład udzielając łatwego poparcia Rafałowi Trzaskowskiemu przed II turą wyborów. Musi zacząć nadawać rys swojemu ruchowi, aby nie stał się on przeźroczystą plazmą, która pozbawiona jest cech szczególnych.

Czy Trzaskowski pożre Hołownię?

Rafał Trzaskowski ma ogromne zasoby, których pozazdrościć może mu Szymon Hołownia. Jednak tak jak cała formacja, z której się wywodzi, marnuje ją w nadziei, że polityczny los przyniesie mu władzę bez przesadnego wysiłku. Zaś Szymon Hołownia bez partyjnych pieniędzy i poza logiką, która teoretycznie skazuje jego ruch na klęskę, z jakichś powodów idzie naprzód. Na początku nowego parlamentarnego sezonu osiągnął już więcej niż konkurent.

Być może Hołownia i tak jest skazany na pożarcie, bo polityczna polaryzacja zawsze dowartościuje większego i ostatecznie unicestwi nowicjuszy. Wydaje się jednak, że takie pożarcie będzie możliwie jedynie wówczas, gdy większy zacznie się od mniejszego uczyć – przejmie nie tylko jego język (co już obserwowaliśmy w kampanii prezydenckiej), ale i polityczną metodę budzenia emocji i mobilizowania biernych dotąd wyborców. Możemy być pewni, że Polska AD 2023 będzie zupełnie inna niż Polska AD 2020. Po dwóch intensywnych kadencjach PiS-u prawdopodobnie zarysuje się nowy podział socjopolityczny, który popchnie preferencje Polaków w zupełnie inną stronę. A społeczne emocje Hołownia czuje zdecydowanie lepiej, co udowodnił, dostosowując się do realiów pandemicznej kampanii. Jeśli Trzaskowski ma przyszłość, to tylko w Platformie czekającej aż władza wpadnie jej w ręce. Ale to w Polsce 2050 jest więcej życia, nawet jeśli serce tego ruchu bije dziś coraz mocniej po lewej stronie, a konserwatywna głowa, która miała pozwalać na budowanie ruchu ponad prostymi podziałami ideowymi, odgrywa w tym projekcie coraz mniejszą rolę.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.