Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Sojusz Kościoła z neoliberalizmem przyczynił się do kryzysu tradycyjnej rodziny w Polsce [KATOLICKIE IMAGINARIUM]

Marcin Kędzierski napisał swoiste requiem dla katolickiej wyobraźni. Otworzył cykl dyskusji nad kondycją i przyszłością katolicyzmu w Polsce. Tekst powstał w kontekście ostatnich sporów o LGBTQ+ i dotyczy przede wszystkim utraty nośności nauczania Kościoła katolickiego o płci, małżeństwie i rodzinie. Głos ten wpisuje się w narrację o przegranej przez katolików w wojnie kulturowej z globalnym trendem liberalizmu obyczajowego. Ta nieuchronna fala – słyszymy – dociera do naszego kraju. Za jej sprawą katolicyzm także nad Wisłą staje się pustą formą obyczajową, martwym językiem, który do nikogo nie przemawia. Pozostaje więc czekać na proroka, który tchnie nowego ducha w te zgliszcza. Czyż jednak Kościół, akceptując neoliberalne rozwiązania społeczno-ekonomiczne, sam nie zadał potężnego ciosu w plecy tradycyjnej rodzinie rozumianej zgodnie z własnym Magisterium?

W tekstach o wojnach kulturowych często najważniejsze jest to, co zostaje przemilczane i zepchnięte na margines. Tak jest i w tym wypadku. Kędzierski praktycznie pomija rolę, jaką odegrał (i nadal odgrywa) polski Kościół, katoliccy intelektualiści i liderzy opinii w rozmontowywaniu katolickiego imaginarium w naszym kraju. Jest to niezwykle wygodna dla tych grup strategia i bynajmniej nie nowa. Od lat stanowi standardową linię obrony przyjętą przez licznych przedstawicieli polskiego duchowieństwa, choć zwykle w duchu wojowniczym (musimy mierzyć się z laicyzacją), a nie, jak u Kędzierskiego, pacyfistyczno-kapitulanckim (już przegraliśmy duży plan, teraz skupmy się na naszych małych wspólnotach jako formach przetrwalnikowych). W obu tych wydaniach przekierowuje uwagę na zewnętrzne siły miażdżące bezbronny Kościół w ramach jakiegoś nieuchronnego procesu historycznego.

Polemiki (i panegiryki) wokół tekstu Kędzierskiego w dużej mierze również trzymają się tak wyznaczonej osi: katolicyzm kontra globalny walec historii. Autorzy przyjmują różne stanowiska: katolicyzm nie idzie z duchem czasów, więc przegrywa (Wilkin); dobrze, że przegrywa, bo zastępuje go lepszy, liberalny porządek (Sawczuk); szkoda, że przegrywa, ale można opóźnić ten proces (Terlikowski) itd. Nie odmawiając znaczenia szerszym trendom kulturowym, skupmy się dla odmiany na tym aspekcie, który w debacie spychany jest na ubocze, ale w polskim kontekście wydaje się istotny, mianowicie na roli, jaką w demontażu katolickiego modelu rodziny odgrywają sam Kościół i jego pragmatyczny mariaż z neoliberalną transformacją w Polsce.

W polemice z Kędzierskim na łamach Kultury Liberalnej Sawczuk twierdzi, że chrześcijaństwo przegrywa z liberalizmem, bo liberalizm jest „lepszym chrześcijaństwem”. Ale można też odwrócić tę tezę: katolicyzm w Polsce przegrywa, bo co najmniej od końca lat 80. ubiegłego wieku ochoczo stał się jeśli nie promotorem, to skwapliwym kwitariuszem neoliberalnych rozwiązań społeczno-ekonomicznych uderzających w fundamenty rodziny rozumianej zgodnie z własnym Magisterium.

Słowami odmienianymi przez wszystkie przypadki w kazaniach i dokumentach KEP są tradycyjna rodzina i jej obrona. Wszystko to okraszone wezwaniami do większej dzietności. Ale rodzina nie jest strukturą zawieszoną w próżni społecznej. Prowadzone od lat 90. badania wskazują, że statystycznie Polki i Polacy nie realizują swoich planów prokreacyjnych – mają mniej dzieci, niżby chcieli. Potwierdzają to takie zjawiska, jak wysoka dzietność Polek udających się na emigrację do krajów zapewniających lepsze zabezpieczenie społeczne, jak np. Wielka Brytania. Czynniki ekonomiczne nie są jedynym powodem, ale całościowe ich lekceważenie, w perspektywie tych badań, to po prostu błąd.

Warto w tym kontekście prześledzić raporty CBOS o planach prokreacyjnych Polaków. Z badań jasno wynika, że przyczynami rezygnacji z realizacji tych planów nie były masowe przyjęcie hedonistycznego systemu wartości, odrzucenie macierzyńskiego powołania dla kariery, ale sytuacja materialna, obawa przed utratą pracy, brak możliwości pogodzenia roli zawodowej z rodzicielską czy warunki mieszkaniowe. Raport o sytuacji polskich rodzin z roku 1998 wskazywał, że minimum socjalnego nie osiągało wówczas circa 63 proc. rodzin z trójką dzieci i nawet 80 proc. rodzin z czwórką lub większą ich liczbą! Los rodzin wielodzietnych, bezwzględnie wepchniętych w rolę przegranych nieudaczników transformacji, stanie się bolesną lekcją dla kolejnych pokoleń młodych Polek i Polaków.

Twierdzenie, że decyzje o założeniu rodziny i posiadaniu dzieci są podejmowane pod wpływem feministycznej propagandy i parad równości, to doskonała zasłona dymna dla tych niewygodnych faktów. Poważne ich potraktowanie mogłoby bowiem oznaczać wejście w drogę władzy i kręgom biznesowym, którym na rękę była ta nieoczekiwana podmianka dogmatu o sprawiedliwym rynku pod społeczną naukę Kościoła.

Co ciekawe, w czasach PRL-u Kościół potrafił zająć stanowisko w sprawie zwiększenia liczby miejsc w żłobkach i przedszkolach, długości urlopów macierzyńskich czy umożliwienia kobietom pracy na pół etatu, dostrzegając związek między uwarunkowaniami społeczno-gospodarczymi i prawnymi a wyborami jednostek. Świadczą o tym memoriały do władz, m.in. z roku 1970 czy 1977. Po transformacji Kościół dokonuje wolty i staje na stanowisku, że to nie są sprawy, w których jest kompetentny. Warto w tym miejscu przywołać opublikowane w 1999 r. opracowanie ks. dr. Janusza Balickiego, omawiające przemiany roli Kościoła wobec polskich wyzwań demograficznych. Swoją drogą, opracowanie to, obejmujące okres powojenny, jest ilustracją omawianego zwrotu: część poświęcona okresowi władzy ludowej napisana została językiem Kościoła troszczącego się o lud. W części odnoszącej się do ówczesnej sytuacji autor mimo przywoływania danych wskazujących niezbicie na ubożenie rodzin z dziećmi wykazuje daleko idące zrozumienie dla ograniczeń prawicowego rządu AWS-UW, a trudności związane z prowadzeniem polityki prorodzinnej przez chrześcijańskich polityków przypisuje obiektywnej sytuacji gospodarczej państwa.

Zarazem zapowiada coś, co wierni pamiętający okres transformacji znają doskonale: koncentrację Kościoła na walce z konsumpcjonizmem, „prądami obniżającymi prestiż macierzyństwa” (choć sam autor dostrzega ich marginalną wówczas rolę!) i przeciwdziałanie zmianom systemu wartości. Innymi słowy trzeba zacisnąć pasa w imię rozwoju gospodarczego kraju, a zarazem rodziny mają pozostać otwarte na rodzicielstwo w imię chrześcijańskich ideałów, nawet gdyby im głód zaglądał w oczy.

To nie mogło się udać. Powyższa sytuacja tłumaczy jednak, jak księża byli w stanie jednocześnie święcić supermarket (co się zdarzało) i nie zauważać związku między niemalże niewolniczą i niestabilną pracą kobiet a ich decyzjami dotyczącymi zakładania rodziny i posiadania dzieci. Może powiodłoby się częściowo, gdyby Kościół hierarchiczny mocniej świecił przykładem wyrzekania się dóbr materialnych w imię wyższych wartości. Ale Kościół Katolicki w Polsce rozumiany jako organizacja nie był wówczas – i nadal nie jest – żadnym „głupstwem dla świata;”nawet dobroczynne dzieła, często stanowiące szlachetne dziedzictwo przeszłości, coraz bardziej przekształcają się w instytucjonalny CSR. Wręcz przeciwnie – stanowi często przykład sprawnej, skutecznej i wpływowej organizacji, doskonale rozumiejącej kompromisy z własną misją tam, gdzie są one potrzebne do osiągnięcia celów politycznych i ekonomicznych, od poziomu episkopatu poczynając, a na poziomie pojedynczych parafii kończąc.

Kościół czynił wiele, aby sięgnąć np. po środki z Unii Europejskiej. „Czym różni się dom turystyczny od domu rekolekcyjnego? Tylko nazwą” – tłumaczył cytowany z aprobatą przez „Niedzielę” ekspert, który doradzał parafiom, by aplikować o środki na działalność turystyczną, jeśli np. planują budowę domu rekolekcyjnego na obszarze atrakcyjnym dla podróżujących. Odnowa części klasztoru ze środków unijnych pod warunkiem wyciszenia odniesień religijnych w okresie trwałości projektu jest rzecz jasna przejawem długofalowej mądrości.

Niczego złego w dostosowywaniu się do reguł tego świata nie widziało wiele parafii zatrudniających świeckich pracowników najpierw na czarno, a potem na umowy śmieciowe. Ostatnio znajomy organista z długim stażem niemal się rozpłakał ze wzruszenia, bo po raz pierwszy w karierze otrzymał propozycję umowy o pracę od nowego proboszcza. Tymczasem katolickie małżeństwa planujące potomstwo miały działać wbrew logice tego świata, godząc się na ubóstwo i zdając się na Opatrzność. Jeśli coś kompromituje powyższe pojęcie, to właśnie szermujący nim z wygodnych, zabezpieczonych materialnie pozycji duchowny obiecujący modlitwę w sytuacji, w której trzeba dać głodnemu chleb.

Apele do polityków o pochylenie się nad sytuacją rodzin przez lata kontrastować będą z gromami padającymi na „materialistyczne” wybory wiernych, w szczególności kobiet. Te z nich, które będą odkładać decyzję o macierzyństwie z powodów materialnych, znajdą się w przedziwnej pułapce dwóch dyskursów fałszywie opisujących ich wybory: czasopism kobiecych chwalących je za nowoczesność i homiletów gromiących za egoizm. Jeśli ktoś naprawdę szuka przyczyn odpływu młodych kobiet w stronę lewicy, nie może pomijać tego aspektu.

W katolickich rodziców (szczególnie zaś w matki) uderzyły też inne wybory i strategie hierarchów. Nierozliczenie skandali seksualnych to tragedia ofiar, ale także tych kobiet, które często zachęcały synów do ministrantury. Bardzo nierówne lekcje religii to nie tylko zmarnowana szansa ewangelizacji, ale także cios w autorytet zachęcających do tego rodziców. Kościół nawołujący do otwartości na każde życie nie wstawił się mocno za matkami dzieci z wrodzoną niepełnosprawnością, gdy za rządów Zjednoczonej Prawicy protestowały w Sejmie. Paradoksalnie broniące aborcyjnego status-quo czarne protesty miały większe przełożenie na władzę niż dywagacje katolickich intelektualistów. Wśród tych ostatnich nie zabrakło głosów wyrażających poważnie poglądy, które chciałoby się uznać za lewicową karykaturę katolicyzmu. Jeden z publicystów katolickich i obrońców życia argumentował na TT na marginesie sporu o pamiętną ustawę Ordo Iuris, że rozwiązania wspierające rodziny dzieci z wrodzoną niepełnosprawnością są drugorzędne, bo nie wpływają na liczbę aborcji, a jak rodzice nie dają rady, to mogą oddać dziecko do klasztoru żeńskiego, w czym wtórowała mu słynna działaczka pro-life.

Rapsod pamięci katolickiej wyobraźni naszkicowany przez Kędzierskiego wygląda więc raczej na wyraz zawiedzionej nadziei „pokolenia JP II”, że wraz z upadkiem komunizmu liberalny kapitalizm ala polonaise zbuduje nad Wisłą Królestwo Boże na ziemi. Ważnym przejawem tego trendu były letnie seminaria Tertio Millenio, na których amerykańscy katoliccy myśliciele tacy jak Michael Novak, splatali w młodych umysłach obronę wiary z obroną wolnego rynku. Z Tischnerowskiego homo sovieticusa wyciosano pałkę bijącą w domagających się elementarnej sprawiedliwości społecznej poszkodowanych transformacji. Dało to początek prądowi, który wcale nie tak ironicznie można podsumować jako doktrynę „bez brutalnych praw kapitalizmu nie ma zbawienia”. Nie twierdzę, że Marcin Kędzierski reprezentuje tego typu poglądy, podkreślam jedynie negatywny wpływ takich przekonań reprezentowanych chociażby przez „późnego Tischnera” na katolicką debatę i pośrednio polski Kościół.

Swoją rolę odegrały mnożące się jak grzyby po deszczu wraz z narastającym rozwarstwieniem społeczno-ekonomicznym ruchy w Kościele obsługujące duchowe potrzeby części bogacących się katolików. Duszpasterstwa biznesu za całkiem sowitą opłatą pozwalały złagodzić dysonans pomiędzy codziennością akumulacji kapitału poprzez zatrudnianie ludzi pracy na śmieciówkach czy w schemacie „pensja minimalna a reszta pod stołem”, a niedzielną Ewangelią o uchu igielnym. Wizja Kościoła jako „miasteczka Wilanów” jak widać jest biznesplanem na dość krótkoterminowe przedsięwzięcie. Dopóki katoliccy duchowni i myśliciele nie zauważą, że to nie feminizm i progresywne ideologie zadały cios rodzinom planującym potomstwo, lecz przyjęty model społeczny, w którym dziecko oznacza zubożenie, a „ofiara jest frajerem”, niewiele się zmieni – szczególnie wówczas, gdy sami nie zrezygnują z uprzywilejowanej pozycji.

Portal klubjagiellonski.pl istnieje dzięki wsparciu Darczyńców indywidualnych i Partnerów. Niniejszy tekst opublikowany został w ramach działu „Architektura społeczna”, którego rozwój wspiera Orange Polska.

Tym dziełem dzielimy się otwarcie. Utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony oraz przedrukowanie niniejszej informacji.