Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Miałkość treści i mistrzostwo formy. Recenzja filmu „Tenet”

przeczytanie zajmie 8 min
Miałkość treści i mistrzostwo formy. Recenzja filmu „Tenet” Syncopy, Warner Bros

Christopher Nolan ma prawdziwą obsesję na punkcie czasu. W jego najnowszym dziele fascynacja ta osiąga szczyt. Posiłkując się fizycznymi teoriami, Nolan zabiera widza w świat szpiegów i handlarzy bronią. Tworzy film, który równie dobrze mógłby być reklamowany jako kolejna odsłona przygód Jamesa Bonda. Twórca Incepcji twierdzi, że jest to najambitniejszy projekt w jego karierze, a gazety huczą o ponad 250 mln dolarów wydanych na produkcję. Czy Nolan sprostał wyzwaniu dostarczenia wielkiego dzieła stęsknionym filmowych wrażeń kinomanom? Czy efektowna marketingowa otoczka rzetelnie opisuje ten ambitny projekt? To zależy.

Czas – klucz do twórczości Nolana

Wchodząc na salę kinową po długiej pandemicznej przerwie, widz cofa się w czasie. Mulan Disneya, Czarna Wdowa Marvela – zwiastuny tych filmów można było zobaczyć już wiele miesięcy temu. Pandemia stała się dla filmowej rzeczywistości hamulcem. Tenet z ogromnym budżetem i głośnym reżyserskim nazwiskiem miał ją przełamać, stać się sygnałem powrotu do kinowej normalności, pomóc nam chociaż na chwilę uciec do innej rzeczywistości, wolnej od codziennych troski, i przenieść do przeszłości i przyszłości jednocześnie.

Czas i jego zaburzenia w całej filmografii Nolana znajdują się na pierwszym planie. W pełnometrażowym debiucie z 1998 r. – The Following – i w Memento nielinearna historia ma zataić informację przez widzem aż do ostatnich scen. Incepcję rozpoznamy po często wykorzystywanym slow motion. W Insterstellarze czas (a właściwie jego nieuchronny upływ) jest potężnym antagonistą całej historii, któremu główni bohaterowie starają się przeciwstawić. Prestiż natomiast na wzór wyjaśniania magicznej sztuczki rozpoczyna się od końca. W Dunkierce tykający zegar buduje napięcie, a równoległe trzy osie czasowe symbolizują złożoność wydarzeń, wzmacniając niepewność i potęgując wrażenie chaosu wojny.

Tenet to kulminacja fascynacji Nolana czasem. Już sam tytuł, będąc palindromem (wyraz brzmiący tak samo, czytany z lewej do prawej i odwrotnie), wskazuje na możliwość przyglądania się rzeczywistości na zasadach lustrzanego odbicia. W Memento z 2000 r. w jednej ze scen czas metaforycznie działa wstecz, aby wyjaśnić widzowi zdarzenia – wówczas pistolet leżący na ziemi podskakuje i wpada do ręki głównego bohatera. Jest to obrazek, który 20 lat później możemy znowu zobaczyć u tego samego twórcy, tym razem dosłownie, a nie w ramach flashbacku nadającego sens fabule.

Wszystko, co związane z dziełem, było skrzętnie ukrywane aż do samej premiery. Aura tajemniczości miała pobudzać zainteresowanie, a pandemia jedynie spotęgowała to wrażenie. Czy Nolan poradził sobie z oczekiwaniami wygłodniałych kinomanów?

Nowy Bond

Nowe dzieło Nolana to thriller szpiegowski. Właściwie jeżeli obedrzemy ten obraz z efektownego konceptu manipulacji czasem (i wszystkiego, co z tym związane), otrzymamy typowy film akcji w stylu serii przygód Jamesa Bonda i Ethana Hunta w Mission Imposible. Były agent CIA (w tej roli John David Washington) na polecenie tajemniczych mocodawców próbuje zatrzymać rosyjskiego antagonistę, Adreia Satora (Kenneth Branagh), który chce zniszczyć świat. Główna postać kobieca, Kat (Elizabeth Debicki), również sprawia wrażenie, jak gdyby została żywcem wyjęta z uniwersum Bonda – jej rola sprowadza się do emanowania seksapilem i bycia biernym świadkiem wydarzeń.

Bohaterowie pędzą na złamanie karku między pięknymi plenerami, włamują się do ściśle strzeżonych budynków, aby otrzymać konieczne przedmioty bądź informacje. Drogie jachty i błyszczące auta bohaterów przemierzają cały świat, zahaczając o USA, Wielką Brytanię, Włochy, Norwegię, Estonię, Rosję i Indie. Twórcy kupili nawet ogromnego Boeinga 747, aby na planie filmowym go… wysadzić. Trzeba docenić umiłowanie Nolana do efektów realizowanych w świecie rzeczywistym w dobie wszechobecnych obrazów generowanych komputerowo (CGI). To wszystko składa się na wyjątkową skalę widowiska, które robi wrażenie.

Zresztą podobieństwa nie są przypadkowe. Reżyser podkreśla w wywiadach swój sentyment do bombastycznej kinowej rozrywki, którą dostarczały kolejne części agenta 007. To na pewno nie wady, ale charakter filmu kłóci się z oczekiwaniami widzów, ponieważ historia i marketingowa otoczka miały w zamierzeniu twórców sprawiać wrażenie głębi i intelektualnego wyzwania. A tego brakuje. To nie wysokie, artystyczne kino pełne niuansów i rozbudowanych portretów psychologicznych bohaterów. A tak można pomyśleć, gdy słucha się twórcy, który twierdzi w wywiadzie dla BBC Radio 1, że spędził 6 lat nad pisaniem skryptu.

Forma nad treścią

Niestety, scenariuszowe niedociągnięcia nie są szczególnie zaskakujące w kontekście pracy Christophera Nolana jako scenarzysty. Sztuczne, przedramatyzowane dialogi, powierzchownie zbudowani bohaterowie i kiepsko nakreślone relacje międzyludzkie to powtarzające się wady jego, mimo wszystko, wyjątkowych dzieł. W Tenecie jest to szczególnie widoczne.

Wydaje się, że Nolan jest kinowym autystykiem, który nie do końca czuje subtelność ludzkich relacji, a przynajmniej ma problemy z przeniesieniem ich na karty scenariusza. O ile we wcześniejszych filmach wizjonerskie koncepty przysłaniały mankamenty (vide Insterstellar), to w najnowszym dziele sławnego twórcy idea zmieniania biegu czasu na przeciwny jest zbyt mało efektowna pod względem fabularnym, aby się to udało.  

Świetna obsada robi, co może, żeby wyciągnąć coś więcej ze swoich kwestii, ale niestety z marnym skutkiem. Podczas słuchania niektórych dialogów Teneta, wracają wspomnienia słynnych drewnianych rozmów z trylogii prologów Gwiezdnych Wojen. Antagonista, Adrei Sator, jest przerysowanym złoczyńcą z wyraźnym rosyjskim akcentem, który chce zniszczyć świat (bo tak), a jego motywacja jest pretekstowa. Tak samo jest w wypadku protagonisty, który nie wiadomo, dlaczego jest tak zdeterminowany, by złego Rosjanina zatrzymać. Grany przez Washingtona (aktora znanego m.in. ze świetnej roli w BlacKkKlansman) zbawca świata nawet nie ma imienia i wprost jest podpisany jako… Protagonista. Nie pojawiają się nawet próby nakreślenia go jako człowieka z krwi i kości. Na jego pytanie do mocodawcy, dlaczego ma podjąć się misji, otrzymuje odpowiedź: by uratować ludzkość. I to wystarcza. Tak samo jak jego wiernemu partnerowi, Neilowi (Robert Pattinson). Wątpliwość ta już więcej nie wraca nawet w najtrudniejszych i najtragiczniejszych sytuacjach.

Pominięcie rzetelnej budowy postaci niestety sprawia, że stają się one od nas emocjonalnie odległe i nie możemy się z nimi zżyć, by zaczęło nam na nich realnie zależeć. Seans staje się chłodny, a sceny akcji, choć imponują realizacją, nie sprawiają, że drżymy na krawędzi kinowego fotela o dalszy ich los. O ile jeszcze w Dunkierce ten zabieg się koncepcyjnie bronił, to w thrillerze szpiegowskim motywacje bohaterów i relacje między nimi powinny być kluczowe. Naprawdę szkoda, że Christopher Nolan (poza swoim bratem, Jonathanem) nie wchodzi we współpracę ze scenarzystami, którzy mogliby poprawić jego chroniczne braki i uczynić jego dzieła jeszcze bardziej perfekcyjnymi.

Wielka idea jest najważniejsza

Innymi słowy, fabuła i wszystkie postacie są jedynie narzędziami stworzonymi do tego, by przelać na ekran oryginalny koncept manipulacji czasem i imponujące wizualnie sceny. Może to mierzić, ale aby dobrze bawić się na seansie (czego finalnie sam doświadczyłem) trzeba to zaakceptować i dać się ponieść akcji. Główną koncepcję manipulacji czasem należy docenić za jej złożoność, bardzo sprawne przeprowadzenie i dostarczenie sporej dozy satysfakcji, gdy wszystkie elementy na końcu idealnie układają się w całość, tłumacząc minione wydarzenia (w tym wymiarze scenariusz zdał egzamin). Wykorzystanie abstrakcyjnych, fizycznych teorii dodaje głębi historii i sprawia, że staje się ona nieoczywista pod względem przebiegu akcji.

Nolan zadaje ambitne pytania, np. o teorię wielu równoległych rzeczywistości i tzw. paradoks dziadka, które niedawno mogliśmy zobaczyć w netflixowym serialu Dark (co się stanie, jeżeli cofniesz się w czasie i zabijesz swojego dziadka przed tym, gdy urodzi się twój ojciec?). To jest właśnie największa siła tego obrazu i całej filmografii Nolana – podarowanie widzowi ambitnej wizji, którą może on zarówno w trakcie, jak i po seansie samemu zgłębiać. Ja również podjąłem się po seansie próby (zakończonej spektakularnym fiaskiem) zrozumienia filozofii Henryka Mehlberga i jego argumentów za koncepcją temporalnej izotropii, czyli symetrią czasu fizycznego. Temat jest na tyle skomplikowany, że po seansie warto zgłębić go samodzielnie lub porozmawiać ze znajomymi, a nawet wybrać się do kina ponownie, żeby lepiej pojąć przedstawione na ekranie teorie. Twórca szanuje widza i daje mu frajdę samodzielnego łączenia kropek.

Christopher Nolan jest wizjonerem i tego mu nikt nie odbierze. Mało kto jest w stanie przekonać studia filmowe do wyłożenia ogromnych pieniędzy na niepewne, nieoczywiste i ambitne projekty (podobno budżet najnowszego filmu przekraczał 250 mln dol).

Nolan sam określił Tenet jako swój najambitniejszy film, który jest stworzony dla jak największego formatu, najlepiej IMAX-a. Rzeczywiście jest to wizualna i techniczna wirtuozeria. Realizacja ociera się o perfekcję. Sekwencja w kijowskiej operze – inspirowana prawdziwym atakiem terrorystycznym w tej moskiewskiej z 2002 r. – to perełka porównywalna ze sławnym długim ujęciem, które rozpoczyna Spectre (i znowu wracamy do Bonda). Zostajemy od razu wrzuceni w wir kapitalnie zaaranżowanej akcji, w której nie można znaleźć najmniejszej pomyłki. Chociaż później nie spotkamy już równie dopracowanej sekwencji, to sceny akcji nie schodzą poniżej wysokiego poziomu.

Zdjęcia Hoyte Van Hoytemy robią wrażenie, a ścieżka dźwiękowa nie rozczarowuje. Pod nieobecność ulubionego przez Nolana współpracownika – Hansa Zimmera, który był zajęty pracą nad niedługo nadchodzącą Diuną Denisa Villeneuve’a – odpowiedzialność za soundtrack przypadła Ludwigowi Göranssonowi (Czarna Pantera, Creed, The Mandalorian), który świetnie wyznaczył tempo i zbudował napięcie. To wszystko powoduje, że Tenet na małym ekranie straci bardzo dużo na swojej wartości. Zachęcam do wizyty w kinie, szczególnie, gdy pandemia koronawirusa stanie się jedynie niemiłym wspomnieniem z przeszłości.

***

Najnowsze dzieło Christophera Nolana ma wiele wad. Kuleją m.in. dialogi i sylwetki postaci, fabuła wydaje bardziej skomplikowana, niż w rzeczywistości jest, i ostatecznie zaangażowanie widza w historię spada, obniżając emocjonalny ładunek scen akcji. Zbyt szybkie tempo, schematy wielokrotnie odgrzewane w przeszłości. Tenet na pewno nie jest najlepszym filmem tego reżysera. Ale to nieistotne. To nadal jest Nolan. Ambicja, ogromny budżet, techniczna i wizualna wirtuozeria, nieoczywisty koncept przewodni, który sprawia, że po seansie wertuje się podręczniki do fizyki i gorąco debatuje z przyjaciółmi, próbując odgadnąć wszystkie szwy historii i zinterpretować z pozoru nieistotne szczegóły. Jest to obowiązkowe święto kina, które przyciąga każdego wielbiciela X muzy, niezależnie od tego, czy jest się fanem tego ambitnego twórcy. Właśnie dlatego należy zobaczyć Teneta i wyrobić sobie własną opinię, aby w szare, jesienne wieczory porozmawiać na temat swoich odczuć i możliwych interpretacji. Oczywiście niekoniecznie teraz, gdy szaleje pandemia. Jednak gdy wrócimy do normalności, jest to mimo wszystko pozycja obowiązkowa.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.