Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Słabnący katolik w świecie lewicowej religii emancypacji [KATOLICKIE IMAGINARIUM]

Słabnący katolik w świecie lewicowej religii emancypacji [KATOLICKIE IMAGINARIUM] Zdjęcie: Lee Kindness, Wikipedia

Gdy miejsce jednej religii zajmuje druga, nie ma zbyt wiele przestrzeni do obrony wartości i symboli religijnych tej słabszej. Trzeba powiedzieć sobie zupełnie otwarcie, że w takiej sytuacji znajdują się obecnie chrześcijanie, których uniwersalna religia zostaje stopniowo zastąpiona inną uniwersalną religią, której jednym z wyznań jest religia lewicowej emancypacji.

Chrześcijanie są ideową mniejszością

Te słowa brzmią jak świecka herezja. Żaden liberalny demokrata, zwolennik nowoczesnej tożsamości, lewicowiec nie uznałby, że jego poglądy mają cokolwiek wspólnego z religią. On jest od religii wyzwolony, tak samo jak od dogmatów, doktryny, i swobodny w podejmowaniu decyzji i wyznawaniu wartości. Jeśli jednak uważniej przyjrzeć się światopoglądowi, który wyłania się z działań nie tylko skrajnej lewicy, ale także wielu umiarkowanych obyczajowych liberałów czy nawet nominalnych konserwatystów, to okaże się, że jest on w istocie tak samo religijny, jak odchodząca w przeszłość (oby nie na zawsze) pobożność tradycyjnych chrześcijan.

Polityczna poprawność ogranicza wolność słowa o wiele mocniej niż dawne Święte Oficjum. Lewicowe szwadrony aktywistów kneblują debatę i wyrzucają z niej odmawiających przyjęcia nowej ortodoksji myślicieli czy wykładowców o wiele skuteczniej niż przereklamowana w swojej skuteczności święta hiszpańska inkwizycja (nie mylić z inkwizycją kościelną). Lista dogmatów jest być może krótsza niż w przypadku tradycyjnego chrześcijaństwa, ale karę za ich odrzucenie nieodmiennie stanowi wykluczenie z debaty, i to nawet jeśli poza tym jednym przekonaniem jest się wiernym, ortodoksyjnym liberalnym lewicowcem. A przekonała się o tym ostatnio autorka Harry’ego Pottera, która ośmieliła się zanegować tezę, że płeć ma jednak pewne biologiczne zakorzenienie, a nie jest tylko kwestią wolnego wyboru.

Nowa świecka religia, w tym przypomina stare wyznania Greków czy Rzymian, jest oczywiście tolerancyjna wobec innych wyznań, ale pod warunkiem, że uznają one relatywistyczny (z wyłączeniem przekonań kluczowych dla nich), pluralistyczny i emancypacyjny paradygmat współczesnej myśli i współczesną woluntarystyczną antropologię, która uzależnia tożsamość od wolnego wyboru jednostki.

Tradycyjnie rozumiane chrześcijaństwo, nie tylko katolickie, ale również prawosławne czy protestanckie, nie może tego zrobić, bowiem byłoby to sprzeczne z jego fundamentalnym przekonaniem doktrynalnym dotyczącym uniwersalności Dobrej Nowiny. Antropologia nowej religii z jej skoncentrowaniem na emancypacji i wolności jest nie do pogodzenia z antropologią chrześcijańską – substancjalistyczną, zbudowaną na przekonaniu o istnieniu zakorzenionej w stworzeniu, do pewnego stopnia niezmiennej natury ludzkiej.

Efektem jest nieuchronny, i w tym obecna sytuacja przypomina nieco sytuację pierwszych chrześcijan, kurs kolizyjny obu „religii”. Analogiczna – przy pełnej świadomości różnic – jest także sytuacja chrześcijan. I dzisiaj, i wówczas jesteśmy stroną słabszą, a nie silniejszą. To nasze najistotniejsze przekonania są ukazywane jako sprzeczne ze społeczną ortodoksją. Tak samo dzieje się z naszym językiem i fundamentalnymi założeniami dotyczącymi metafizyki, antropologii i moralności. Niezależnie od wyznania chrześcijanie przejęli w swojej masie religię lewicowej emancypacji, wizję Boga, która niewiele ma wspólnego z Tym realnym, i zaakceptowała głęboką społeczną zmianę.

Oznacza to, że choć pozostają oni wewnątrz Kościoła, to nie akceptują i nie znają jego realnego języka i wiary. A jeśli nawet znają, to na przeciw siebie mają potężne korporacje (nie tylko) medialne, polityczną potęgę wielu państw, także tych, którymi rządzą obecnie ludzie przedstawiający się jako konserwatyści – warto przypomnieć, że Donald Trump wspiera także jako prezydent ruch LGBTQ+, a Boris Johnson, tak jak jego poprzednicy, jest w tych sprawach zdecydowanym liberałem. Narodowi populiści, poza krajami Europy Środkowej, także w większości spraw obyczajowych są zwolennikami nowej, uniwersalistycznej religii emancypacji. Chrześcijanie czy nawet klasyczni konserwatyści są w tej kwestii w mniejszości. I muszą mieć tego świadomość.

Chrześcijańska taktyka wobec prowokacji

Dopiero gdy zrozumiemy, w jakim świecie przyszło nam żyć i działać, możemy odpowiedzieć na pytanie, jak reagować na związane z rozwojem nowego kultu prowokacje czy bluźnierstwa, transgresje czy wręcz przejęcia (niekiedy wrogie) symboli religijnych. Rozwiązanie tej kwestii wymaga rozpatrzenia problemu na trzech poziomach. Pierwszym z nich jest poziom obywatelski związany z troską o społeczność, w której żyjemy; drugim – poziom konserwatywnej myśli politycznej; a trzecim – poziom wiary chrześcijańskiej. Te trzy odpowiedzi, choć niekiedy będą pozornie sprzeczne, dają dopiero pełny obraz sensownego reagowania na wyzwania dotyczące profanacji przedmiotów kultu czy symboli religijnych.

Zacznijmy od odpowiedzi obywatelskiej, która z powodów oczywistych sformułowana być musi w przestrzeni myślowej właściwej liberalnej demokracji. Z tej perspektywy pewne sposoby prowadzenia sporów światopoglądowych lub cywilizacyjnych, do których używane są przedmioty kultu i symbole religijne, powinny być zakazane i spenalizowane. Uzasadnienia dla takiej postawy mogą być co najmniej trzy:

  1. Zachowanie spokoju społecznego w społeczności religijnie pluralistycznej.

  2. Świadomość pozytywnych skutków religijności (także tej z naszej perspektywy nieprawdziwej).

  3. Szacunek dla ludzi.

Pierwszego argumentu nie trzeba chyba szerzej rozwijać. Jest rzeczą jasną, że zachowanie spokoju społecznego, szczególnie w sytuacji, gdy żyjemy w społecznościach pluralistycznych religijnie, wymaga wzajemnego szacunku dla własnych wierzeń i opinii, a przynajmniej przestrzegania standardów retorycznych w wyrażaniu swoich negatywnych ocen. Nie, nie chodzi tu o ustępstwa, wprowadzanie kodeksów etycznych w życie mediów, które regulować będą pisanie o islamie w taki sposób, by nie urazić jego wyznawców, ale o świadomość, że silne rozchwianie emocji społecznych może niszczyć państwo. Szacunek wobec innych systemów religijnych pozostaje więc kluczowy do zachowania spokoju społecznego.

Drugim, nie mniej istotnym powodem, dla którego warto ograniczyć zasadę wolności słowa (która nie jest wartością najwyższą, bo jest redukowana w demokracjach liberalnych, chociażby przez zapisy o kłamstwie oświęcimskim czy antyrasistowskie) w odniesieniu do religii, pozostaje świadomość pozytywnego wpływu religijności na życie społeczne. „Można […] powiedzieć, że każda religia, która pozostaje w kręgu podstawowych pytań i która nie usiłuje, jak to się zdarzało, wyjść z niego […] nakłada na rozum człowieka jarzmo zbawienne. I trzeba jej przyznać, że nawet jeżeli nie zbawia człowieka w życiu wiecznym, to jest przynajmniej bardzo użyteczna dla szczęścia i godności człowieka w życiu doczesnym” – wskazywał Alexis de Toqcueville. Takie ujęcie znaczenia religijności sprawia, że warto ją chronić przed pustym szyderstwem, bluźnierstwem czy nieroztropnym podważaniem. Dla społeczeństwa i dla jednostek istnienie religii – niezależnie od ich prawdziwości – pozostaje istotną wartością umacniającą, a także nadającą sens i cel życia głębszy niż czysty konsumpcjonizm.

I wreszcie kwestia ostatnia. Nie ma wątpliwości, że tożsamość religijna pozostaje ważnym elementem kształtującym naszą osobowość, samopostrzeganie, stosunek do własnej i cudzej godności.

Jeśli więc godzimy się, by poprzez ograniczenia wolności słowa chronić najgłębszą tożsamość osoby związaną z jego rasą, tożsamością seksualną, płcią czy narodowością, to nie widać powodu, by uznać, że religijność powinna być z tych zapisów wyłączona. Mowa nienawiści niszczy nie tylko ludzi ze względu na ich płeć, ale także ze względu na ich religię. Ochrona praw jednostek zawierać więc powinna także obronę przed szyderstwem z kwestii religijnych czy niszczenia tego typu symboli.

Argumenty te, choć wydają się racjonalne, nie sprawdzają się w sytuacji silnego sporu, wojny kulturowej, w której obie strony z lubością atakują siebie nawzajem, używając do tego emocjonalnie nacechowanych sformułowań, i bez wzajemnego szacunku. Państwo może oczywiście próbować ograniczać ten rodzaj debaty, ale jeśli ma być skuteczne, to nie powinno być stroną w tym sporze i nie może faworyzować jednej ze stron. Tak jednak nie jest, a konserwatysta musi być tego świadomy.

Nie prowokować bez sensu

Z perspektywy kogoś, kto uważa się za konserwatystę, sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana. Konserwatyzm w swoim wymiarze historycznym oznacza bowiem postawę, której celem jest zachowanie tego, co wartościowe w naszej przeszłości, chronienie przed rewolucyjnymi zapędami przy jednoczesnej zgodzie na to, że pewne rzeczy zmieniać trzeba, chociażby po to, by uniknąć rewolucji i zmiecenia całego społecznego status quo. Kłopot z takim ujęciem konserwatyzmu polega tylko na tym, że w istocie żyjemy już w sytuacji postrewolucyjnej i to nie tylko na poziomie bieżącej polityki, ale także mentalności.

Niezwykle jednoznacznie pokazał to w swoim znakomitym tekście Marcin Kędzierski. Status quo, którego mieliby bronić konserwatyści, już nie istnieje. Tradycyjna moralność seksualna została, także wewnątrz partii prawicowych, zastąpiona nowymi, o wiele bardziej pragmatycznymi systemami etycznymi, a próba odwołania się do chrześcijańskiej moralności w bieżącej polityce traktowana jest jako naiwność. Skuteczność, gra na emocjach, wykluczanie inności, choć związane ze rewolucją komunikacyjną, zostały zaakceptowane także przez uznających się za konserwatystów chrześcijan jako moralny sposób prowadzenia polityki. Miarą moralności stała się skuteczność, co jest nie do pogodzenia z całą tradycją klasycznej teologii moralnej czy etyki chrześcijańskiej.

W efekcie nawet chrześcijański konserwatyzm ogranicza się do spowalniania procesu zmian, redukowania najbardziej radykalnych postulatów i dostosowywania tempa marszu do możliwej akceptacji społecznej. I jest w tym jakiś rozsądek, gdy bowiem nie można zatrzymać marszu zwycięskiej armii, to nie warto zaczynać globalnego starcia, a trzeba zadowolić się właśnie opóźnianiem, osłabianiem.

Prowokowanie strony silniejszej jest błędem, za który słono się płaci. Dlatego warto zadać sobie pytanie, czy harce polityczne części Zjednoczonej Prawicy, czy widowiskowe aresztowania, czy rozważanie (zamiast decyzji) na temat wypowiedzenia konwencji stambulskiej skończą się nie wzmocnieniem konserwatywnego status quo, ale jego osłabieniem i światopoglądowym blitzkriegiem.

Irlandia i Malta poddały się procesowi zmian po kilku latach. Polska, już w tej chwili głęboko zlaicyzowana, może to zrobić szybciej. I nie chodzi o defetyzm, o przekonywanie, że w ogóle nie trzeba działać, ale o świadomość sytuacji, w której jesteśmy. Sytuacji nie tyle politycznej, ile mentalnej i geostrategicznej. Bez silnej koalicji zagranicznej, bez chociażby próby zmiany mentalności nie da się wygrać tej wojny, można najwyżej przyspieszyć przegraną. A póki co nie widać budowania koalicji lub zmieniania świadomości w polskiej debacie publicznej. Wydarzenia medialne zaś, jak np. pewien sławny ślub, służą raczej rozkładaniu świadomości moralnej i religijnej niż jej umacnianiu. Poważny konserwatywny polityk musi mieć tego świadomość.

Walka o Ewangelię w zgodzie z Ewangelią

Chrześcijanin zaś nie może zapomnieć o jeszcze jednym wymiarze tego, o czym mówimy. Świat, który przemija, nie jest naszym ostatecznym domem, jedyną Ojczyzną, a jego obrona lub nawet walka z jego przeciwnikami nie jest naszym głównym celem.

O wiele istotniejsze jest to, by próbować (przy pełnej świadomości, jakie to trudne, gdy brakuje wspólnego języka i wspólnej przestrzeni kulturowej) nie tyle pokonać samych przeciwników, ale zyskać własne i ich nawrócenie ku Chrystusowi. Język, metody działania i sposób prowadzenia polemiki muszą być dostosowane do tego głównego celu, a styl życia wzorowany na Chrystusie. Inna droga byłaby zaprzeczeniem chrześcijaństwa. Żal za traconym dziedzictwem, światem, który odchodzi, lęk przed tym nowym (być może rzeczywiście gorszym) nie usprawiedliwia i nie może usprawiedliwiać zastąpienia moralności Ewangelii pragmatycznym szacunkiem dla siły.

Naszym głównym zaś celem ma pozostać głoszenie Chrystusa i przekazanie dalej Ewangelii. Ona będzie się inkulturowała w nowym świecie inaczej, miała inne formy, ale jeśli historia nie dobiegnie końca, jeśli Chrystus nie przyjdzie ponownie, będzie nadal głoszona. Europa może, tak jak kiedyś stało się to z Afryką Północną, stać się z perspektywy chrześcijańskiej pustynią, a katolicyzm, jaki znamy, może należeć już do przeszłości i zostać zastąpiony innymi formami katolickości. Jednak jako chrześcijanie wierzymy, że bramy piekielne nie przemogą Kościoła. Musimy zatem skupić się na sprawowaniu Eucharystii, kulcie i przekazie Ewangelii. A poza tym trzeba robić swoje jako obywatele i (jeśli nimi jesteśmy) konserwatyści, chrześcijanie. Wszystko to niezależnie od tego, co nas czeka. Przyszłość nie jest zdeterminowana, a ostatecznie zna ją tylko Bóg. Historia zaś jest w Jego, a nie w naszych rękach.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.