Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Republikańska wspólnota i demokracja szacunku. Z dzisiejszych słów Andrzeja Dudę rozliczy Bóg i historia

przeczytanie zajmie 9 min
Republikańska wspólnota i demokracja szacunku. Z dzisiejszych słów Andrzeja Dudę rozliczy Bóg i historia Zdjęcie: Kancelaria Prezydenta

Dzisiejszym przemówieniem po złożeniu przysięgi Prezydenta RP Andrzej Duda zarysował przed samym sobą program „minimum”, jaki powinien patronować jego drugiej kadencji. To opowieść o republikańskiej, inkluzywnej wspólnocie i rozwijającej się demokracji, której fundamentem jest wzajemny szacunek. Kibicuję temu, by zachował wierność własnym słowom. Trudno być tu jednocześnie specjalnym optymistą. Przed pięcioma laty takim „minimum” była inna deklaracja że będzie prezydentem niezłomnym. Nie był. Tragizm jego dotychczasowej prezydentury wyraża się w tym, że „niezłomności” rozumianej jako niezależność od partyjnego zaplecza, polityczna podmiotowość czy zdolność do wchodzenia w rolę męża stanu godzącego zwaśnione strony – wyborcy w spolaryzowanej Polsce AD 2020 od Dudy wcale nie oczekiwali.

„My – polscy demokraci”

W chwili, gdy część opozycji bojkotowała udział w Zgromadzeniu Narodowym przyjmującym przysięgę głowy państwa, Andrzej Duda postanowił rozpocząć swoje wystąpienie od cytatu z Konstytucji 3 maja: „Wszelka władza społeczności ludzkiej początek swój bierze z woli narodu”. Ten republikańsko-demokratyczny cytat nie był przypadkiem, a osią wystąpienia inaugurującego drugą kadencję prezydenta.

Pierwszy ideowy fundament tego przemówienia to właśnie pochwała polskiej demokracji, która – w opinii Dudy, do której w pełni się przychylam – w czasie rządów Zjednoczonej Prawicy stała się bardziej inkluzywna. Z demokratycznej legitymizacji wynikającej z wysokiego udziału w procesie wyborczym prezydent wyciągnął jednak coś więcej: zobowiązanie do próby budowania demokracji wzajemnego szacunku i umiejętności poszukiwania minimum narodowego porozumienia. „Chcę być prezydentem polskich spraw. Spraw ważnych dla wszystkich Polaków. Tak dla moich wyborców, jak i dla tych, którzy poparli innych kandydatów – moich konkurentów” – przekonywał. To wizja „demokracji szacunku”.

Andrzej Duda deklarował dziś też między innymi: „To był zawsze nasz cel. Nas, polskich demokratów. Żeby ten mandat wyborczy był silny. Żeby frekwencja była jak najwyższa. I tak dzisiaj jest. (…) Mam nadzieję, że udział Polaków w kolejnych wyborach będzie jeszcze większy. To jest zadanie dla nas wszystkich: żebyśmy za 5 lat mieli frekwencję ponad 70-procentową albo jeszcze wyższą! Wielkie zadanie na przyszłość. (…) Koalicja polskich spraw, o której mówiłem, jest potrzebna. Są zagadnienia i problemy, które – mimo istniejących różnic – łączą. Powinniśmy budować wokół nich jak najszersze porozumienie. Będę konsekwentnie działał w tym kierunku. (…) . Niezwykle ważne jest, by nawet po największych sporach, niezależnie od różnic poglądów, zawsze potrafić podać oponentowi rękę. Tu, w Sejmie, w miejscach pracy, w gronie rodzinnym, w domu. (…) Mam nadzieję, że mój następca także swojego konkurenta do Pałacu Prezydenckiego zaprosi i podadzą sobie ręce. Tak jak powinni to robić Polacy. Bardzo liczę na dobrą współpracę – z każdym”.

Drugi ideowy fundament przemówienia to wizja wspólnoty politycznej – wizja jednoznacznie republikańska i inkluzywna. Wizja, co chyba warto odnotować, z bieguna dokładnie odwrotnego od nacjonalistycznych koncepcji „Polski narodowo-katolickiej”.

„Będziemy – wierzę w to głęboko – wszyscy jak jesteśmy na tej sali bronić prawdy o tym, że piękno, pomyślność i zamożność naszego kraju jest wspólnym dziełem wszystkich Polaków. Także dlatego, że obywatele Rzeczypospolitej wszyscy są sobie równi! Nie ma różnicy pomiędzy mieszkańcami wielkich miast, małych miasteczek i wsi. Każdy ma swoją i równą godność. Nie dzielimy Polaków na lepszych i gorszych ze względu na zarobki, wykształcenie, poglądy czy wyznanie religijne. Każdemu należy się szacunek. Polakiem jest każda osoba lojalna wobec Rzeczypospolitej i wobec swoich współobywateli. Każdy, kto ma Polskę w sercu! (…) Wierzę też w Boga. Ale jednocześnie wiem, że nie każdy musi w Niego wierzyć, żeby szanować uniwersalne wartości i tradycje, z których wyrosła Polska. Bo szanują i doceniają je zarówno ludzie wiary, jak i osoby niewierzące.” – mówił.

Czy Andrzejowi Dudzie można jeszcze wierzyć?

W reakcjach na te słowa widać, przed jak ogromnym wyzwaniem stoi prezydent. W oczach swoich krytyków, jeśli w ogóle widzą powody, by wsłuchać się na poważnie w te słowa i deklaracje, Andrzej Duda mówiący o demokracji i włączającej wspólnocie jest po prostu skrajnie niewiarygodny. Polityczni oponenci urzędującego prezydenta nie widzą cienia powodu, by potraktować dziś jego słowa poważnie.

Powiedzmy sobie szczerze – Andrzej Duda wraz z całym obozem politycznym Zjednoczonej Prawicy zrobił wiele, by jego słowa traktować z krytycznym dystansem. Szereg polaryzujących i często niepotrzebnych wypowiedzi samego prezydenta i jego politycznych stronników, zinstytucjonalizowana propaganda mediów publicznych, forsowanie kontrowersyjnych zmian prawnych w sposób wysoce antagonistyczny, niezdolność do odegrania podmiotowej roli w kryzysach konstytucyjnym czy wyborczym – to wszystko składa się na negatywny dorobek ostatnich pięciu lat, choć udział Andrzeja Dudy w tych procesach był różny i nie zawsze jednoznaczny.

Z drugiej jednak strony nie jest tak, że Andrzej Duda jest w swoich dzisiejszych deklaracjach zupełnie niewiarygodny. Gdy podsumować jego minioną już kadencję bez zacietrzewienia – widać cały szereg działań, które choć nie wywołały przesadnego zainteresowania opinii publicznej, to pozwalają poważnie potraktować hipotezę, że prezydent Duda mówił dziś w Sejmie… szczerze.

Po pierwsze, nie da się zaprzeczyć, że fakt politycznego upodmiotowienia obywateli dotąd politycznie biernych i niepartycypujących jest w istotnym stopniu efektem działań i samego prezydenta, i całego obozu Zjednoczonej Prawicy. Dostrzeżenie niedostrzeganych, docenienie niedocenianych, wsparcie niewspieranych, włączenie wykluczonych – to realny sukces tak Dudy, jak i Kaczyńskiego.

Po drugie, mimo pewnej skłonności do emocjonalnych wypowiedzi, w politycznej praktyce prezydent był zdecydowaniem jednym z najbardziej umiarkowanych przedstawicieli swojego obozu. Andrzejowi Dudzie zdarzało się w poprzedniej kadencji wchodzić w ostre konflikty z „jastrzębiami” obozu rządzącego. Był zaangażowany w spory ze Zbigniewem Ziobrą (weto ustaw sądowych i przeforsowanie kształtu reform ograniczającego wpływ ministra sprawiedliwości), Antonim Macierewiczem (spory kadrowe i istotne zaangażowanie w zmianę na czele resortu obrony) czy Jackiem Kurskim (targi wokół ustaw „rekompensacyjnych” i doprowadzenie do jego dymisji, co oczywiście skończyło się też symbolicznym upokorzeniem prezydenta w chwili powrotu Kurskiego do zarządzania TVP).

W każdym z tych obszarów – reformy wymiaru sprawiedliwości, kształtu mediów publicznych i polityki wojskowej za czasów Macierewicza – prezydent odegrał inną rolę, niż ta, w którą usilnie próbują go wpisać jego oponenci.

Po trzecie, Andrzej Duda co najmniej kilkukrotnie podejmował istotne działania na rzecz odpartyjnienia i depolaryzacji polskiego sporu politycznego ogólnie, a własnej prezydentury – w szczególności.

Było tak, gdy ogłaszał inicjatywę referendum konstytucyjnego, do prac nad którym zapraszał wszystkie partie. Właściwie wszystkie solidarnie, włącznie ze Zjednoczoną Prawicą, inicjatywy nie podjęły. Było tak, gdy proponował zmianę konstytucji w chwili ogłaszania swojej wersji ustaw sądowych. Wówczas opozycja odrzuciła zaproszenie. Było tak, gdy do swojej wersji ustaw sądowych wpisał wybór członków Krajowej Rady Sądownictwa większością kwalifikowaną. To również nie zaspokoiło apetytów opozycji, która co do zasady nie skorzystała z okazji. Było tak, gdy do Komitetu Narodowych Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości zapraszał nie tylko ludzi różnych światów obywatelskich, ale i liderów wszystkich partii, które przekroczyły w 2015 r. próg wyborczy. Reakcją był bądź bojkot, bądź – drobne złośliwości jak desygnowanie przez Platformę Obywatelską Hanny Gronkiewicz-Waltz w czasie, gdy z powodów wizerunkowych marginalizowano ją nawet we własnej partii. Było tak wreszcie, gdy w reakcji na inicjatywę Klubu Jagiellońskiego konsultował decyzję o wecie ordynacji do Parlamentu Europejskiego z politykami mniejszych formacji opozycji – wówczas Polskim Stronnictwem Ludowym, Kukiz’15, Partią Razem i Prawicą RP.

Republikańska polskość? Duda w nią wierzy

Po czwarte wreszcie – inkluzywna, republikańska wizja polskiej polityczności nie jest czymś nowym w retoryce Andrzeja Dudy.

Śmiem twierdzić, że konsekwencja z jaką prezydent mówi o naszej wspólnocie świadczy o jego szczerych poglądach w tej kwestii – podobnie republikańsko-inkluzywnych, jak w przypadku śp. Lecha Kaczyńskiego. Wbrew obiegowej opinii obaj w konstruowaniu wyobraźni historyczno-tożsamościowej wykraczali daleko poza rejony na co dzień kojarzone z rzekomo z definicji nacjonalistyczną, zawężającą i wykluczającą polską prawicą.

Przykłady? Przywołam dwa z pierwszej kadencji Andrzeja Dudy.

Pierwszy to przemówienia w czasie obchodów marca 1968. Przed dwoma laty prezydent mówił: „Jesteście bohaterami naszej wolności. Tak jak Solidarność lat 80., tak jak Żołnierze Niezłomni, jak bohaterowie 1956 roku – tak i Wy jesteście bohaterami naszej wolności, jesteście bohaterami dzisiejszej polskiej niepodległości. Niezależnie od tego, co dzisiaj myślicie, jakie są Wasze poglądy i co wypowiadacie. Dla polskiej wolności, dla polskiej niepodległości jesteście postaciami pomnikowymi. (…) Patrzę dziś na tę moją Polskę, na tę naszą Polskę dzisiejszych czasów XXI wieku i myślę sobie: co za żal, co za stratę ponosi dzisiejsza Rzeczpospolita, że Wy wszyscy, ci, którzy wyjechali, ci, którzy być może umarli przez tamten 1968 rok, że Was dzisiaj z nami nie ma. Że jesteście elitą inteligencji, ale w innych krajach. Że jesteście ludźmi sukcesu szanowanymi, ale w innych krajach. Że Wasza twórczość, Wasz dorobek naukowy, że Wasze wspaniałe osiągnięcia nie poszły na rachunek Rzeczypospolitej. Co za żal!”.

Drugi zaskakujący przykład to z kolei zaangażowanie prezydenta Dudy w upamiętnienie żołnierzy Armii Berlinga. „Krew przelana za ojczyznę jest jedna, krwi przelanej za ojczyznę nie wolno w żaden sposób dzielić i nie wolno w żaden sposób dzielić tych, którzy za ojczyznę polegli. (…) Jesteśmy tu, na tym cmentarzu, gdzie w dostojeństwie i ciszy spoczywają żołnierze, z których krwi powstała wolna Polska – ta, która jest tu i teraz, dzisiaj! Nie byłoby jej tutaj, na tej ziemi, gdyby nie tamta przelana krew. Wszystkie pokolenia po wieczne czasy powinny o tym pamiętać” – mówił prezydent na uroczystościach rocznicy forsowania Odry w 2017 roku.

Hiperdemokratyczna tragedia

Sądzę, że przypomnienie powyższych działań pozwoli poszerzyć perspektywę tym, którzy na dotychczasowy dorobek prezydenta patrzą ślepi na jedno oko. To wyliczenie nie ma na celu przekonać kogokolwiek, że pierwsza kadencja Andrzeja Dudy był udana. Nie była. Uważam ją za rozczarowującą i tragiczną.

Dlaczego rozczarowującą? Bo wiele słów podobnych do dzisiejszych wypowiedział Duda i pięć lat temu przed Zgromadzeniem Narodowym. I co? W mojej opinii zdecydowanie za mało. Za mało zrobił choćby na rzecz „odbudowy wspólnoty” i „wzajemnego szacunku”, które wieńczyły i wówczas jego przemówienie.

Co chyba jednak najbardziej symboliczne – mówił też wówczas, że będzie „niezłomny”. Tymczasem prezydenturze Andrzeja Dudy wiele brakło choćby i do zwykłej podmiotowości tworzonego przezeń ośrodka władzy, o niezłomności nie mówiąc.

Dlaczego tragiczna? Mam na myśli dosłowne i klasyczne, a nie potoczne rozumienie tego słowa. Pierwsza kadencja Andrzeja Dudy była bowiem tragicznie rozdarta. Między poczuciem lojalności wobec swoich własnych wyborców a funkcją „prezydenta wszystkich Polaków”, której i tak nie mógł zrealizować. Między staniem na straży niedoskonałej konstytucji a szczerym przekonaniem o potrzebie przeprowadzenia fundamentalnych zmian naruszających, choćby w zakresie sądów i trybunałów, dominację elit III RP. Między byciem potępianym przez oponentów i szanowanym przez sojuszników a byciem postrzeganym jako „obcy” przez oba z plemion – w jednym jako „zdrajca”, w drugim jako „renegat”. Między marzeniem o lepszej, bardziej łączącej polityce, która dałaby mu w najlepszym razie wczesną emeryturę a brutalnymi realiami politycznej gry, których zaakceptowanie stanowiło jedyną szansę na stanięcie w wyścigu o reelekcję.

Podsumujmy zatem. Andrzej Duda nie dopełnił obietnicy „niezłomnej prezydentury”. Sądzę, że Polacy mają tego świadomość. Ale, zauważmy, nie przeszkodziło to wyborcom, by przedłużyć jego mandat z niemal bezprecedensowym poparciem w historii III RP. Mówiąc brutalnie, „niezłomności” rozumianej jako niezależność od partyjnego zaplecza, polityczna podmiotowość czy zdolność do wchodzenia w rolę męża stanu godzącego zwaśnione strony – wyborcy w spolaryzowanej Polsce AD 2020 od Dudy wcale nie oczekiwali. By wygrać – wręcz nie powinien był być w ten sposób „niezłomny”, bo to mogło zniechęcić część jego dotychczasowych wyborców, a nowych – niekoniecznie do niego przekonać.

Ten hiperdemokratyczny tragizm to, jak sądzę, klucz do zrozumienia jego dotychczasowego dorobku. Ale też źródło umiarkowanej nadziei na najbliższe pięć lat. Przez minione – codziennie musiał pamiętać o tym, że na pstrym koniu jeździ tak łaska prezesa Kaczyńskiego, jak i opinii publicznej. Dziś pozostaje odpowiedzialny jedynie przez Bogiem i historią. I tylko przed takim trybunałem będzie odpowiadał za wierność wizji, którą w dzisiejszym wystąpieniu przed Zgromadzeniem Narodowym wygłosił. Dla nas wszystkich byłoby dobrze, gdyby zdecydował się i umiał być jej wierny.