Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

„Płynność, głupcze!” – trzy podatkowe sposoby na uzdrowienie gospodarki

„Płynność, głupcze!” – trzy podatkowe sposoby na uzdrowienie gospodarki Mike Petrucci / unsplash.com

Przynajmniej czasowo należy wprowadzić istotne zmiany systemu podatkowego, aby poprawić płynność finansową przedsiębiorstw. Zmiany powinny szczególnie faworyzować inwestycje oraz prace nad nowymi produktami, usługami, procesami, własnością intelektualną. Rządzący powinni rozważyć dopuszczenie dowolnego ustalania stawek amortyzacyjnych (w tym jednorazowej amortyzacji), powszechną metodę „kasową” w podatkach dochodowych i VAT oraz umożliwienie rozliczania w trakcie roku ulg w podatkach dochodowych.

Kiedy opadnie kurz wznoszony kolejnymi pojawiającymi się w szybkim tempie „tarczami”, trzeba zastanowić się, jak umożliwić przedsiębiorcom powrót do dobrej kondycji. Jej oznaką będzie nie tylko powstrzymanie fali upadłości, ale również zachęcenie do inwestowania, a wraz z tym tworzenia miejsc pracy. Jak osiągnąć ten efekt? Parafrazując byłego prezydenta USA, „płynność, głupcze!” – właśnie na to powinny być nakierowane zmiany w podatkach, których wprowadzenie ma rzeczywiście pomóc przedsiębiorcom zgromadzić środki potrzebne, by inwestować i tworzyć miejsca pracy. Poniżej przedstawiam trzy pomysły zmian prawa podatkowego, które przyspieszą rekonwalescencję polskiej gospodarki.

Amortyzacja poduszką, a nie kagańcem

Amortyzacja w rozumieniu przepisów o podatkach dochodowych (CIT i PIT) to sposób rozliczania wydatków jako kosztów uzyskania przychodów (pomniejszających nam dochód do opodatkowania, a co za tym idzie – również podatek dochodowy do zapłaty) w czasie. Polega na tym, że zamiast zaliczyć do „kosztów podatkowych” całą kwotę, którą wydałem na zakup środka trwałego (np. maszyny) lub wartości niematerialnej i prawnej (np. licencji) wtedy, kiedy faktycznie te koszty ponoszę, mogę „rozliczyć w kosztach” tylko określony procent wydatków. Resztę należy rozliczać w kolejnych latach.

W praktyce działa to tak – jeżeli produkuję części metalowe i kupię za 1 mln PLN nowy zestaw tokarek i frezarek, nie mogę rozliczyć w kosztach uzyskania przychodów tego miliona w roku, w którym je kupiłem. Mogę rozliczyć w tym pierwszym roku tylko 140 000 zł – maksymalna stawka amortyzacji dla takich maszyn wynosi bowiem 14%. Aby zaliczyć do kosztów pozostałe 860 000 zł muszę poczekać, a więc jeżeli miałem w roku zakupu dochód przekraczający 140 000 PLN – muszę zapłacić od niego podatek, mimo, że faktycznie wydałem milion. W tym przypadku i tak mam szczęście – kupiłem maszyny. Gdybym musiał np. postawić nowy budynek do produkcji i na to też wydałbym milion, jako koszt rozliczyłbym w roku budowy tylko 25 000. Maksymalna stawka amortyzacji dla budynków wynosi bowiem 2,5%, a więc należy je „rozliczać w kosztach” przez… 40 lat.

Efekt? Oderwanie opodatkowania od kwot rzeczywiście wydatkowanych w danym momencie. Nie jest to nasza wyłączna polska specyfika – przepisy o amortyzacji obowiązują praktycznie we wszystkich państwach rozwiniętych. Jednak ze wszystkich ogólnie przyjętych dogmatów prawa podatkowego ten jest dla przedsiębiorców, którzy chcą inwestować najbardziej szkodliwym – każe im bowiem płacić podatek od dochodu, który de facto przeznaczyli na inwestycje, a więc od dochodu, którego już nie ma. Stąd zresztą popularność wszelkich form leasingu. Jeżeli ktoś nawet ma środki na zapłatę za zakup „z góry”, korzysta z leasingu po to, żeby zaliczać do kosztów podatkowych całą ratę (i duża opłatę wstępną) zamiast powoli „amortyzować”.

Należy więc zrezygnować z ograniczania zaliczania wydatków do kosztów podatkowych przez odpisy amortyzacyjne. Każda złotówka faktycznie wydana powinna móc stanowić „koszt podatkowy”. Rządzący już raz pokazali, że rozumieją ten problem, wprowadzając do przepisów o podatkach dochodowych możliwość jednorazowej amortyzacji w ramach tarcz antykryzysowych. Przepisy te dotyczą jednak tylko środków trwałych, „które zostały nabyte w celu produkcji towarów związanych z przeciwdziałaniem COVID-19”, w szczególności maseczek, rękawiczek itp. Jest to dalece niewystarczające. Każdy przedsiębiorca inwestujący i tworzący nowe miejsca pracy przeciwdziała skutkom COVID-19 i każdemu potrzebne jest wsparcie w postaci dowolnego ustalenia stawki amortyzacji – aż do całkowitej amortyzacji w momencie zakupu.

Metoda „kasowa”, czyli niech płacą tylko ci, którzy dostaną kasę

Każdy z nas jest w stanie przypomnieć sobie historię następującej treści: nie dość, że przedsiębiorcy nie zapłacił nieuczciwy kontrahent, to jeszcze przyszedł do niego Urząd Skarbowy i od tych niezapłaconych kwot zażądał podatku. Czy to sprawiedliwe? Na to pytanie nie odpowiem, ale mogę odpowiedzieć na inne: czy to przypadek? Niestety nie – jest to wynik obecnej konstrukcji systemu podatkowego.

Zarówno podatki dochodowe, jak i VAT, co do zasady przewidują moment powstania obowiązku podatkowego (czyli kiedy „zaczynamy być zobowiązani” zapłacić podatek) oderwany od faktycznego otrzymania zapłaty od kontrahenta. W podatkach dochodowych sprowadza się to do reguły, że przychodami do opodatkowania są kwoty „należne, choćby nie zostały faktycznie otrzymane” (jeżeli więc zgodnie z umową należy mi się zapłata, muszę rozpoznać przychód i zapłacić podatek, choćbym nie zobaczył z tej kwoty ani złotówki). Odnośnie VAT jest to bardziej skomplikowane i przyjmuje formę różnych momentów powstania obowiązku podatkowego określonych ustawowo (ciekawych odsyłam do art. 19a Ustawy VAT).

Zwolennicy takiego stanu rzeczy argumentują, że nie można „przenosić na państwo ryzyka prowadzenia działalności gospodarczej” – a więc państwo nie powinno tracić na tym, że ktoś nie zapłacił nam wynagrodzenia. Posługujący się tym argumentem nie dostrzegają jednak różnicy między „przerzuceniem ryzyka” na państwo a opresją ze strony tego państwa. Przedsiębiorca ponosi ryzyko zawsze, kiedy nie może liczyć na subsydia w sytuacji, w której kontrahent mu nie zapłacił (mimo że aby dostarczyć mu towar kupił sprzęt, surowce, zapłacił ludziom pensje itp.) i na to postulowana zmiana nie ma wpływu. Tymczasem w obecnym kształcie przepisów oprócz tych kwot jeszcze musi zapłacić podatki od „wirtualnego zysku” z tej transakcji, którego przecież nigdy na oczy nie zobaczył.

Dlatego drugim postulatem jest upowszechnienie metody kasowej opodatkowania, zgodnie z którą zarówno podatek dochodowy, jak i VAT przedsiębiorca musi zapłacić dopiero kiedy faktycznie otrzyma od kontrahenta zapłatę. I znów – rządzący zdają sobie sprawę, że jest to rozwiązanie korzystne, pozwalając na jego stosowanie małym podatnikom. Jednak dziś, kiedy także w dużych zakładach konieczność zapłaty podatku od nigdy nieotrzymanych pieniędzy oznaczać może brak środków na utrzymanie miejsc pracy, ta prosta i uczciwa forma pomocy (czy raczej nieszkodzenia) powinna być dostępna dla wszystkich.

Ulgi bez opóźnionego zapłonu

Polskie podatki dochodowe w ostatnich latach wzbogaciły się o ulgi „zaprojektowane” z myślą o opracowujących nowe produkty i usługi, a także „wytwarzających własność intelektualną” – konkretną wiedzę, mogącą być przedmiotem patentu lub innej ochrony, z której można czerpać dochody czy to od sprzedając w formie licencji, czy to wytwarzając produkty lub świadcząc usługi z użyciem tej wiedzy.

Mowa tu przede wszystkim o tak zwanej Uldze B+R, która pozwala, w skrócie, zaliczyć wydatki na opracowanie nowych produktów, usług lub metod działania do kosztów podatkowych w podwójnej lub nawet wyższej wysokości (a w efekcie wykazać niższy dochód i zapłacić niższy podatek) oraz IP-Box – opodatkowaniu dochodów z tzw. kwalifikowanych praw własności intelektualnej stawką 5% podatku dochodowego. Samo ich wprowadzenie miało sens. Mają one jednak zasadniczą wadę – obecnie skorzystać z nich można, co to zasady, tylko w rozliczeniu rocznym. Można więc przez cały rok ponosić znaczne wydatki na opracowanie nowego produktu, ale oszczędność podatkową z tego tytułu uzyskać dopiero składając roczną deklarację w podatku dochodowym.

W obecnej sytuacji podejmowanie ryzyka, jakim jest opracowywanie nowych produktów, usług i metod działania (za czym, zwłaszcza w razie ich skomercjalizowania, idą nowe miejsca pracy) zasługuje na ułatwienie. Dlatego postulowane jest, aby wszyscy korzystający z tych ulg mogli rozliczać się z ich uwzględnieniem także w trakcie roku, płacąc zaliczki na podatek dochodowy (które, co do zasady, przedsiębiorcy płacą co miesiąc; niektórzy mają możliwość robić to co kwartał).

Znów, ustawodawca docenił wagę takiego przywileju, wprowadzając go w ramach przepisów „antykryzysowych”. Podobnie jednak jak z np. amortyzacją ograniczył to do wydatków związanych z wąsko pojmowanym „przeciwdziałaniem COVID-19”. Tymczasem w momencie, w którym ponoszenie tych wydatków jest jeszcze bardziej istotne niż dotychczas, zasadne jest rozszerzenie tych ulg na ogół przedsiębiorstw – niezależnie nad jakimi produktami, usługami, metodami działania czy własnością intelektualną pracują.

***

Przedstawiłem w teksie trzy pomysły, jak poprawić płynność finansową polskich przedsiębiorców prostymi zmianami prawa podatkowego. Czy są one rewolucyjne, czy tylko sprowadzają się do naprawy poważnych i zabójczych dla przedsiębiorców wad obecnego systemu, pozostawiam ocenie czytelnika.

Działanie sfinansowane ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.