Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Podatki liczone w Power Poincie. Dla kogo „estoński CIT”?

Podatki liczone w Power Poincie. Dla kogo „estoński CIT”? Źródło: Kancelaria Premiera - flickr.com

Rząd od jakiegoś czasu promuje nową propozycję podatkową zaczerpniętą wprost z Tallinna. „Estoński CIT” ciężko oceniać, bowiem – jak to ostatnio jest w zwyczaju – zamiast konkretnych wyliczeń i przepisów dostajemy marketingową prezentację PowerPoint.

Trzeba oddać sprawiedliwość rządowi Morawieckiego. Marketingowo są skuteczni, ponieważ określenie „estoński CIT” weszło już do debaty publicznej, mimo że powerpointowa propozycja polskiego rządu tylko w zarysie przypomina rozwiązanie estońskie.

Obowiązujący obecnie w Estonii system opodatkowania dochodów osób prawnych jest unikalnym systemem, który przesuwa moment opodatkowania osób prawnych z momentu osiągnięcia zysków na moment ich dystrybucji do udziałowców. Innymi słowy, podatek jest pobierany nie wtedy, gdy spółka wypracowuje zysk, ale wówczas, gdy zysk jest transferowany (np. w formie dywidendy) do udziałowców tej spółki. Pozwala to na nieopodatkowanie zysków, gdy te są reinwestowane. Dokładny opis mechanizmy tego podatku można znaleźć w dobrym opracowaniu Łożykowskiego, Jegorova i Leszczyłowskiej.

Tallinn w Warszawie

Tymczasem „estoński CIT” w Polsce według marketingowej prezentacji rządu Morawieckiego to:

  • brak podatku tak długo, jak zysk pozostaje w firmie,
  • brak podatku, a co za tym idzie brak rachunkowości podatkowej, deklaracji i minimum obowiązków administracyjnych,
  • prostota – podatnik nie musi ustalać, co jest podatkowym kosztem uzyskania przychodu, obliczać odpisów amortyzacyjnych, stosować podatku minimalnego, czy poświęcać czasu i środków na optymalizacje podatkowe.

Teoretycznie więc rząd faktycznie planuje wprowadzenie estońskiego rozwiązania do polskiego systemu podatkowego. Trzy powyższe cechy planowanego podatku to cechy charakterystyczne dla estońskiego systemu. Gdy jednak przeanalizujemy szczegóły propozycji (jeśli tak mnożna nazwać te kilka slajdów prezentacji), to już tak estońsko nie jest. Z ujawnionych przez rząd informacji można domyśleć się, że te trzy zalety prostego podatku dochodowego nie są przeznaczone dla wszystkich (a estońskie rozwiązanie to rozwiązanie powszechne). Otóż rząd stawia brzegowe warunki. Polski „estoński CIT” ma być przeznaczony dla tych firm, które:

  • wykazują przychody nie wyższe niż 50 mln PLN,
  • zatrudniają co najmniej 3 pracowników,
  • mają udziałowców będących osobami fizycznymi a nie spółkami,
  • nie mają udziałów w innych podmiotach,
  • wykazują nakłady inwestycyjne (cokolwiek to znaczy).

Zdaniem rządu takich firm jest ok. 200 tysięcy, choć według bazy danych Infocredit , do której mam dostęp, jest to maksymalnie 125 tysięcy. Czy to dużo? Liczba podatników wynosi ok. 500 tysięcy, tak więc nowa forma rozliczenia CIT będzie dostępna jedynie dla ok. 25% tychże firm (a w praktyce nawet mniej, gdyż baza danych, z której korzystam, nie pozwala na dokładną selekcję po liczbie pracowników).

Konsekwencje dla firm

Czy takie rozwiązanie jest efektywne dla biznesu? Z punktu widzenia spółki, która nie musi płacić podatku dochodowego, odpowiedź brzmi: tak. Zyski mogą być w całości przeznaczane na reinwestycje. Warto jednak wskazać, jak to wynika z badania Hazaka, że „wadą tego systemu podatkowego jest alokacja funduszy w środki pieniężne, co stanowi potencjalnie nieefektywny sposób inwestowania”. Okazało się bowiem, że firmy estońskie gromadzą gotówkę na rachunkach bankowych lub inwestują w nieruchomości (niejako w zastępstwie udziałowców), zamiast inwestować te fundusze w rozwój biznesu.

Dlaczego tak się dzieje? To oczywiście spekulacje, ale decyzje inwestycyjne firm nie zależą jedynie od tego, jaki system podatkowy istnieje w danym kraju. Kluczowym aspektem decyzji inwestycyjnej jest pewność prawa, rozwinięta infrastruktura oraz dostęp do wykształconych kadr. W przypadku braku takich czynników spółka może wybrać strategię przeczekania i gromadzenia funduszy w inwestycjach mało efektywnych z punktu widzenia gospodarki, jak chociażby w rynku nieruchomości.

Warto wspomnieć, że obecna sytuacja nie sprzyja podejmowaniu decyzji w sprawie inwestycji, chociażby przez niespójne działania rządu dotyczące lockdownu. Przedsiębiorstwa nie mają pewności, jak zachowa się rząd w najbliższych miesiącach (np. podczas spodziewanej drugiej fali epidemii jesienią), które branże zostaną znowu zamknięte i na jak długo.

Jeśli taki byłby efekt polskiego „estońskiego CIT”, to główny cel jego wprowadzenia nie zostałby zrealizowany. Tu zresztą powinniśmy nalegać, aby przed wprowadzeniem tego rozwiązania Ministerstwo Finansów przeprowadziło analizę wpływu „estońskiego CIT” na decyzje inwestycyjne polskich firm. Tak się składa, że Ministerstwo Finansów dysponuje kadrą i wiedzą oraz danymi do przeprowadzenia takiej analizy. Może więc najpierw warto takie analizy sporządzić a dopiero potem zatrudnić specjalistę ds. pijaru do tworzenia slajdów na temat nowego podatku. O tym pisaliśmy w raporcie Centrum Analiz KJ „Podatkowy labirynt. Wyzwania polskiego systemu danin publicznych”.

Skutki dla budżetu

Z danych Ministerstwa Finansów dotyczących rozliczenia CIT za 2018 r. wynika, że podatek należny deklarowany przez podatników wynosi ok. 45 miliardów PLN. Z danych dotyczących rozliczeń największych podatników wynika, że 26,5 miliarda zadeklarowało 2700 największych firm. Pół procenta podatników płaci prawie 60% CIT. Polski podatek estoński jest kierowany do firm małych, czyli takich, które wykazują przychody nie wyższe niż 50 milionów PLN. Nie znamy dokładnych statystyk dotyczących CIT płaconego przez takie firmy, ale jak należy się domyślać, zagregowany podatek tych firm nie stanowi bardzo istotnej kwoty w dochodach budżetowych. Wydaje się więc, że zagadka ograniczenia przychodowego w polskim estońskim CIT jest już jasna. Rząd Morawieckiego zaproponował bardzo chwytliwy marketingowo produkt, niewiele tracąc na tym z punktu widzenia budżetu.

Pomijając prawdopodobnie nikły negatywny skutek dla budżetu, można zastanowić się, czy jesteśmy obecnie w sytuacji, która sprzyja obniżaniu podatków? Czy wzrastający deficyt, niedofinansowana służba zdrowia i obecna sytuacja pandemiczna nie powinna raczej skłaniać do szukania dodatkowych dochodów do budżetu? Jeśli bowiem lansowane przez Morawieckiego estońskie rozwiązanie nie zadziała jak katalizator zysków przedsiębiorstw (bo te nie będą inwestować, a jedynie zwiększać swoją płynność finansową), to jedynym efektem nowego podatkowego pomysłu rządu będzie większa dziura w budżecie.

Po co nam CIT

Nawiasem mówiąc, rozważania o potrzebie podatku CIT oraz jego przyszłości (m.in. wspólna podstawa opodatkowania, nad którą pracuje Komisja Europejska) to istotne pole dociekań naukowych w zakresie ekonomii opodatkowania. Podatek od zysków przedsiębiorstw pełni rolę uzupełniającą w systemie podatkowym. Bez podatku CIT dochód przedsiębiorstw nie byłby opodatkowany tak długo, jak długo nie zostałby dystrybuowany do indywidualnych właścicieli. To prowadziłoby do wstrzymywania wypłat dywidendy dla akcjonariuszy, którzy otrzymywaliby dodatkową korzyść z opóźnienia wypłaty (zmniejszenie wartości bieżącej netto ciężaru podatkowego).

Kolejnym argumentem za utrzymaniem podatku CIT jest fakt, że sektor korporacyjny korzysta z dóbr publicznych. W efekcie powinien partycypować w utrzymaniu tychże dóbr. Oczywistym kontrargumentem jest nieefektywny pobór „zapłaty” za korzystanie z dóbr publicznych. Otóż efektywniejszym sposobem byłby bezpośredni pobór opłaty, lecz z powodów praktycznych (np. wycena dóbr publicznych) taka opcja jest niemożliwa. W efekcie jedynym narzędziem pozostaje opodatkowanie korporacji.

Dodatkowo, podatek CIT jest zbliżony do podatku od renty ekonomicznej i czystego zysku, co sprawia, że stosunkowo w niewielkim rozmiarze wpływa na decyzje produkcyjne przedsiębiorstw. Ciekawy argument za utrzymaniem CIT przytaczają Huizinga i Nicodeme. Obaj autorzy twierdzą, że podatek CIT pozwala opodatkować kapitał kontrolowany przez nierezydentów. Innymi słowy, w części jest to podatek płacony przez nierezydentów (a więc osoby nie będące wyborcami). Autorzy dowodzą, że gdyby gospodarka była zamknięta, rządy chętniej zmniejszałyby obciążenia CIT.

***

 Istnienie CIT w formie, w jakiej mamy go obecnie w Polsce, wcale nie jest czymś negatywnym. Co więcej „estoński CIT” ma swoje wady, a w okrojonej polskiej wersji jako wadę dodatkową można wskazać zniechęcanie do rozwoju firmy. Gdy bowiem ktoś przekroczy magiczną barierę 50 milionów PLN przychodu wpadnie w CIT klasyczny. Nawiasem mówiąc, stworzy to nowe zachęty dla arbitrażu podatkowego, który jest głównym grzechem polskiego systemu podatkowego. Więcej o tym we wspomnianym już raporcie „Podatkowy labirynt. Wyzwania polskiego systemu danin publicznych”.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.