Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Niesamowite Ziemie Odzyskane-Uzyskane jako polsko-niemiecki gabinet osobliwości

Niesamowite Ziemie Odzyskane-Uzyskane jako polsko-niemiecki gabinet osobliwości Austrian National Library / unsplash.com

Życie na Ziemiach Odzyskanych przypomina ciągłe przebywanie w gabinecie osobliwości. Tożsamość buduje się pośród bloków z wielkiej płyty i domków z pruskiego muru. Kościołów z babińcem, o prostej architekturze bez zbędnego przepychu i pomników wielkich Polaków; do tego miasteczko, w którym ulica Mickiewicza prowadzi do poniemieckich bunkrów. W mieszkaniach na równych prawach sąsiadowały z sobą krany z napisem „kalt” i „warm” oraz peerelowskie meblościanki z węgierskimi kryształami. A wycieczki szkolne zawsze zahaczają o groby psów Bismarcka. Obiektywne oko rzadko kiedy potrafi sprawnie ująć taki bezładny obraz.

Jak opowiedzieć doświadczenie, które wymyka się słowom?

Ziemie Odzyskane nie tylko nazwę mają problematyczną. Chociaż przyzwyczailiśmy się do obecności Śląska, Pomorza Zachodniego bądź Wrocławia w polskich granicach, to ich „nietutejsza przeszłość” wcale nie została wymazana. Zresztą cała ta historia wymuszonego osadnictwa nadaje się idealnie do zekranizowania w wielkiej hollywoodzkiej produkcji, gdzie ludzkie dramaty mieszałyby się z sensacyjnymi przygodami, a niespodziewanych zwrotów akcji nie dałoby się zliczyć.

Jednocześnie nikt za bardzo nie wie, w jaki sposób należałoby snuć tę opowieść. Suche fakty nigdy nie oddadzą całego bogactwa doświadczeń, które wpłynęły na kształt tożsamości przynajmniej trzech pokoleń Polaków. Wygląda na to, że nie chcemy już więcej zbywać milczeniem niemieckich początków tych naszych Odzyskanych-Uzyskanych Ziem. Używany na początku przez władzę mit piastowski gryzie się z rzeczywistością i trudno traktować go poważnie. Ciężko jednak mówi się o sprawach, co do których nie posiadamy stosownego języka, kiedy racjonalizujący, metodologiczny dyskurs musi posiłkować się pełnymi emocji wspomnieniami.

Całkiem niedawno na rynku wydawniczym pojawiły się dwie pozycje, które usiłowały zmierzyć się z tą ogromną, a zarazem szalenie interesującą tematyką. Mowa o Poniemieckim Karoliny Kuszyk oraz o 1945. Wojna i pokój Magdaleny Grzebałkowskiej. Oba tytuły podejmują to zagadnienie z odmiennych perspektyw, chociaż równocześnie autorki starają się rozwiązać ten sam problem – jak wyrazić coś, co do tej pory opierało się słowom. Zadanie wcale nie jest proste bowiem za pomocą jakich ram można scalić los wysiedlanych Niemców i przesiedlanych Polaków? Jak opisać sytuację, w której zostaje się zmuszonym do zamieszkania w nieznanym miejscu, gdzie po poprzednich gospodarzach został wciąż ciepły piec i całe wyposażenie?

Połączenie oficjalnej narracji, o uzyskaniu bogatych ziem o świetnej infrastrukturze, z osobistymi przeżyciami ludzi żyjących na „Dzikim Zachodzie”, gdzie rządziło prawo silniejszego, a wojenne spustoszenia były widoczne gołym okiem, wymyka się jednoznacznej analizie. Klasyczne teorie badawcze ostatecznie okazują się niewystarczające. A trzeba jeszcze wspomnieć o tych kwestiach, o których wolelibyśmy zapomnieć – szabrze, dewastacjach, zemście na niemieckiej ludności cywilnej, powojennym szykanowaniu Żydów, masowych akcjach przesiedleńczych w koszmarnych warunkach. Autorki wyżej wspomnianych książek biorą na warsztat formę reportażu i pracują z nią indywidualnie, aby skonstruować dyskurs jak najlepiej oddający doświadczenia tych, którym przyszło żyć i umierać na Ziemiach Odzyskanych.

Freud jako tłumacz polskiej tożsamości na poniemieckich ziemiach

Poniemieckie Karoliny Kuszyk będzie dla wprawnego akademickiego oka metodologicznym koszmarem. Oczywiście już na poziomie wstępnych założeń nie miała to być naukowa monografia. Wprowadzenie obiecuje nam podróż po rzeczach pozostawionych przez Niemców: obrazach, pocztówkach, stołach, krzesłach, wekach, łyżkach. Wzrok autorki zwraca się w stronę partykularności, gdzie analiza niejednorodnej kultury materialnej stanowi klucz do badania tożsamości, wytworzonej w niezwykle specyficznych warunkach. Potrafi ona odszukać naprawdę fascynujące oraz nieprawdopodobne świadectwa stykania się niemieckiej przeszłości z polskim osadnictwem. Choćby słynnego parku nazwanego szumnie Doliną Miłości, którego odbudowę wstrzymał spór o kamień wychwalający Adolfa Hitlera. Albo o pewnie Niemce, nie mającej świadomości, chociaż od wojny minęło już ponad 60 lat, że jej nowi polscy sąsiedzi powoli zasiedlający jej rodzinną miejscowość, niekoniecznie pojawili się tam z własnej i nieprzymuszonej woli.

Jednak całość nie jest powiązana żadnym sprecyzowanym planem. Wspomnienia przeplatają się tutaj z historią niemieckich przedmiotów użytkowych, potem przechodzimy szybko do ruchu walczącego o reparacje, żeby zaraz wniknąć w środowisko poszukiwaczy skarbów. Dlatego też wątki poszczególnych rozdziałów, ze strony na stronę, coraz bardziej przypominają gabinet szalonego kolekcjonera.

Karolina Kuszyk przyjmuje niebywale zaangażowaną postawę względem rozważanych przedmiotów. Przyznaje, że będzie posługiwać się obserwacją uczestniczącą. Metodą porzuconą przez antropologię kulturową już jakiś czas temu, ponieważ jej założenia budziły poważne teoretyczne wątpliwości. Dotyczyły one głównie niemożliwości zachowania naukowego dystansu, jeśli jesteśmy bezpośrednio zaangażowani w to, co mamy badać. Chaotyczna struktura Poniemieckiego udowadnia, że owe zarzuty były słuszne. Na każdej stronie widać ślady poszukiwania przez autorkę wytrychu do zrozumienia jej własnej tożsamości. Z tych względów Ziemie Odzyskane zawężają się do rodzinnych okolic. A przecież nie można zapominać, że Pomorze będzie opowiadać trochę inną historię niż Dolny Śląsk.

Poniemieckim nie zabraknie również oceniania tego, jak osadnicy obchodzili się z napotkanymi rzeczami. Werdykt nie zawsze jest sprawiedliwy. Owszem, krytyka wykorzystywania poniemieckich nagrobków do budowy dróg lub obudowy piaskownic jest zasadna. Jednakże w podobnym tonie oceniane są także inne próby oswajania przestrzeni przez osadników. Czy w ogólnym rozrachunku meblościanka na wysoki połysk nie jest taką samą tandetą, jak popularne jeszcze przed wojną wśród niemieckiego mieszczaństwa oleodruki z aniołem stróżem? W pewnym sensie rozumiem uczucia pierwszych pionierów. Po prostu pragnęli okiełznać obcość przez to, co znane. Ukryć to, że zajęli czyjś teren. Nie da się tego osiągnąć bez samodzielnego przeobrażenia krajobrazu. Estetyczna ocena dokonywanych zmian jest drugorzędna… i trochę nie na miejscu.

Karolina Ćwiek-Rogalska z Kultury Liberalnej ma bez wątpienia słuszność, że nie wystarczy zdefiniować „poniemieckości” enumeracyjnie, wrzucając do tej kategorii coraz to nowe klasy przedmiotów, co zaciera wszelkie ewentualne różnice. Poniemieckość okazuje się czymś niezwykle mglistym. Zgadzam się również z tym, że użyte przez Karolinę Kuszyk freudowskie pojęcie Unheimlich, niesamowitego nie do końca zgodne jest z jego pierwotnym sensem. Aczkolwiek podejrzewam co mogło kryć się za taką decyzją autorki.

Podobnie jak ona wychowałam się na Ziemiach Odzyskanych, ale tych trochę innych, de facto nieobecnych w Poniemieckim – w Słupsku i Ustce. Jedyną rzeczą, która może połączyć te różnorodne miejsca jest właśnie nie poddająca się racjonalizacji niesamowitość. Niekoniecznie ta Freudowska. Doświadczenie egzystencji rzeczy, ich własnego żywota, na poły swojskiego, na poły obcego. Gdy rozum jest pewny, że stąpamy po gruzach niemieckiego osadnictwa, ale jednak uznajemy je za nasze i własne. „Poniemieckość” jest jednocześnie przezroczysta oraz nieustannie widoczna. W takim otoczeniu nawet codziennemu życiu zdarza się czasami przeczyć zdrowemu rozsądkowi.

W komórce na narzędzia przy rodzinnym domu mojej babci, nieopodal drzwi wejściowych, znajdowała się dziwna, prostokątna deszczułka. Do komórki zachodziło się zazwyczaj z samego rana, aby wziąć niezbędne do pracy przybory. Przy wychodzeniu klepaliśmy ręką w ową deseczkę, „na szczęście”, „na dobry dzień”. Nie wiedziałam skąd wziął się u nas ten zwyczaj, zresztą wtedy było to zwykłe, naturalne zachowanie. Dopiero wiele lat później, na studiach, dowiedziałam się, że ten kawałek drewna prawdopodobnie był pozostałością po mezuzie (pojemnik z fragmentami Tory, który powinno się dotknąć z szacunkiem przy przekraczaniu drzwi). Dla zewnętrznego obserwatora wygląda to jak staranie przygotowana scena ze scenariusza sentymentalnego filmu. Trudno w to wszystko uwierzyć, nie mówiąc już o znalezieniu jakiegoś racjonalnego wytłumaczenia.

Niesamowitość sama ciśnie się na usta. Życie na Ziemiach Odzyskanych przypomina ciągłe przebywanie w gabinecie osobliwości. Nieustanne zmaganie się z niemożliwymi do pogodzenia sprzecznościami nie ma końca. Tożsamość buduje się pośród bloków z wielkiej płyty i domków z pruskiego muru. Kościołów z babińcem, o prostej architekturze bez zbędnego przepychu i pomników wielkich Polaków; miasteczko, w którym ulica Mickiewicza prowadzi do poniemieckich bunkrów. W mieszkaniach na równych prawach sąsiadowały z sobą krany z napisem „kalt” i „warm” oraz peerelowskie meblościanki z węgierskimi kryształami. A wycieczki szkolne zawsze zahaczają o groby psów Bismarcka. Obiektywne oko rzadko kiedy potrafi sprawnie ująć taki bezładny obraz.

Uporządkowana podróż po dziejowym chaosie

1945. Wojna i pokój Magdaleny Grzebałkowskiej to już zgoła odmienna opowieść. Pierwszorzędna reporterska robota. Różnorodność tematyczna uzyskała klarowne ramy, dzięki wyraźnej myśli przewodniej. Książka ma na celu przedstawienie prawdziwego obrazu tytułowego roku, który, wbrew potocznym wyobrażeniom, wcale nie był czasem powszechnej szczęśliwości. Autorka sprawnie pokazuje, że w rzeczywistości rządy dalej sprawowały strach i niepewność jutra, a zbrodnicze działania nie zniknęły w magiczny sposób wraz z kapitulacją Niemiec.

W tym przypadku również wydarzenia historii powszechnej są jedynie tłem dla prywatnych doświadczeń, jednakże nieklasyczne podejście, czerpiące garściami z metodyki historii mówionej, buduje w miarę kompleksową wizję lat powojennych. Różnorodność zdarzeń i sytuacji zostaje podporządkowana chronologii miesięcznej, która buduje specyficzne kalendarium, złożone z fragmentów ogłoszeń prasowych, gdzie informacje o otwarciu kolejnych punktów handlowych przeplatają się z rozpaczliwymi prywatnymi apelami. Kiedy jeden zaczyna handlować mydłem, inny szuka zagubionych krewnych. Ktoś sprzedaje dobra znalezione w nowym domu. W tym samym czasie z powodu biedy matki muszą oddawać dzieci. Za pomocą tego przeglądu prasy w fenomenalny sposób udało się pokazać wszystkie, nieraz równocześnie bolesne i radosne, odcienie 1945 roku.

Z tego względu przymusowe przesiedlenia i nakaz osadnictwa na Ziemiach Odzyskanych to tylko jeden z wielu wątków. Musiała pojawić się również Warszawa, Ukraińcy oraz niepewny los ocalałych z Holocaustu Żydów, pokazany przez pryzmat sierocińca dla żydowskich dzieci w Otwocku. 1945. Wojna i pokój nie dotyka bezpośrednio kwestii tożsamości budowanej na gruzach obcej kultury, a mimo to pobrzmiewa ona gdzieś na dalszym planie, stanowiąc nieusuwalne tło dla opisywanych sytuacji. Wszak kształt powojennych granic był nie tylko zagadnieniem geopolitycznym, lecz także dramatem zwykłych ludzi. Na dodatek również tych obcych. Magdalena Grzebałkowska nie pochyla się wyłącznie nad Polakami. Na kartach książki przedstawia też jak w tej trudnej sytuacji radzili sobie Niemcy. Niektórzy z nich zostali. Inni przeżyli trudną przesiedleńczą wędrówkę. Wielu zginęło w katastrofie statku Gustloff. Większość zniknęła. Pozostały po nich tylko rzeczy, którym starano się przypisać piastowski rodowód. Pomimo szwabachy i wszechobecnej cegły.

W 1945. Wojna i pokój poniemieckość jest mroczna. Nowe terytoria były niebezpieczne, rządziło tam prawo silniejszego. Niewłaściwa tożsamość mogła prowadzić do zguby. Magdalena Grzebałkowska opisuje losy obozu dla niemieckiej ludności cywilnej, gdzie pod rządami Czesława Gęborskiego dochodziło do aktów terroru w ramach zemsty na okupancie. Dokonano tam między innymi celowego podpalenia, aby usprawiedliwić masakrę przebywających tam ludzi. Cóż z tego, że część uwięzionych mówiła po polsku i do takiej narodowości się przyznawała? Tuż po wojnie nie istniał przywilej samodzielnego definiowania tożsamości. Władza odgórnie ustalała podział między „swoimi” a „obcymi”. Poznamy także historię ucieczki z Wermachtu Kaszuba Stanisława Schroedera, którego ojciec uważający się za polskiego Kaszuba, został stracony w 1943 r. za zdradę III Rzeszy. Sam Stanisław nie miał czasu na szukanie odpowiedzi na pytanie kim jest. Podobnie jak ci, którzy na Wschodzie musieli naprędce wybrać narodowość, żeby zachować swoje majątki. Nikt nie był jednak zwolniony z ponoszenia niechcianych konsekwencji.

Jakkolwiek rok 1945 to nie tylko ostatnie akordy wojny. Powoli nadchodził czas nieuniknionych zmian. Jednym z najlepszych fragmentów reportażu Magdaleny Grzebałkowskiej jest podróż śladami propagandowej książki Wandy Melcer Wyprawa na odzyskanie ziemie. W te same miejsca, do tych samych ludzi (lub ich potomków). Drogowskaz stanowiły dla niej także Pamiętniki osadników ziem odzyskanych, czyli wspomnienia, prześwietlone oczywiście przez czujnych cenzorów, pierwszych pionierów przysłane na konkurs ogłoszony przez Instytut Zachodni w Poznaniu. Podróż udowodniła, że życie zbudowane na poniemieckim wciąż odciska piętno na tożsamości. Może zniknął już strach przed Niemcem, który miał po czasie upomnieć się o „swoje”, ale rozmowa o tym, jak pędziło się żywot wśród rzeczy pozostawionych przez poprzednich gospodarzy, nadal jest trudna i bolesna. Temat ten nie został do końca przyswojony przez mieszkańców. Widoczność „poniemieckości” jest połowiczna. Wiadomo, że to kiedyś nie było „nasze”. Po wielu latach stało się swojskie. Kamienica ozdobiona szwabachą (rodzaj niemieckiej kursywy, stosowanej często na szyldach sklepowych) przeobrażała się w rodzinny dom. Jednak wstyd powodowany sięganiem po cudze, nawet mimo chęci, nie pojawiał się. Może dlatego, że przyjechało się w te okolice w bydlęcych wagonach, w urągających ludzkiej godności warunkach sanitarnych, po pozostawieniu za sobą całego dotychczasowego majątku? Niekiedy interpretacja przegrywa z prozaicznością. Niektórych budynki przekształcają się w ruinę wyłącznie z braku funduszy, a nie ze względu na nienawiść do wszystkiego, co niemieckie.

W 1945. Wojna i pokój zamęt potoczności jest łagodzony przez podmurówkę z historii powszechnej (klasyczne kalendarium znajdziemy na końcu książki). Jednakże to uporządkowanie nie zmienia toku relacjonowanych opowieści. Wiele punktów widzenia, mnóstwo trudnych tematów, poszatkowane dzieje ludzi, powiązanych wspólnym losem. Czytelnik musi sam zebrać wszystkie elementy układanki i ułożyć z nich jakąś historię. Sama autorka jest niezwykle ostrożna. Stara się nie komentować i nie poprawiać. Nie narzuca się ze swoją interpretacją. Chowa się za zasłonę nie przykładania współczesnych klisz do przeszłości, która wyrwała się przecież z obiegowych ram. Nie stawia żadnych mocnych tez.

A jednak ta reporterska schludność jest odrobinę drażniąca. Cały czas zachowujemy zdrowy dystans od przedstawianych zdarzeń. Dlatego też umyka nam owa niesamowitość nieodzownie przynależna do egzystencji osadników Ziem Odzyskanych. Racjonalizujemy ich zachowania i zaczynamy uważać, że urządzili się na tych obcych ziemiach przy pomocy siły dziejowego rozpędu. Czy rzeczywiście jednak nic nie ułatwiło nam tego zadania? A może tkwi w nas coś, co umożliwiło nam przystosowanie się do tej niełatwej sytuacji?

Polskość wsypywana do niemieckiej solniczki

Czy Poniemieckie oraz 1945. Wojna i pokój łączą jakieś wspólne wątki? Mimo ewidentnych różnic pojawiają się pewne wspólne punkty. Nowych osadników cechował powszechny strachu przed tym, że to, co było poniemieckie, kiedyś stanie się popolskie (to słowo samo w sobie brzmi koszmarnie). Aczkolwiek szaber był dla nich chlebem powszednim. Lęk przed tymczasowością z jednej strony wywoływał chęć zagarnięcia dla siebie jak największej ilości ruchomych dóbr, podczas gdy z drugiej strony zniechęcał do dbania o nowe mieszkania lub gospodarstwa – w końcu to i tak nigdy nie będzie nasze.

Magdalena Grzebałkowska rozmawia z Niusią, która szabrowanie traktowała jak wielką przygodę, pomagającą przy okazji urządzić sobie całe mieszkanie. Karolina Kuszyk z takiego stanu rzeczy wyciąga na tyle daleko idące wnioski, że stawia znak równości między szabrowaniem i niedbałością o otrzymane po Niemcach rzeczy a niefrasobliwością późniejszych pokoleń wobec mienia państwowego. Mocna i frapująca teza, choć raczej niemożliwa do utrzymania. Zwłaszcza gdy autorka w celu jej udowodnienia posługuje się przykładem z filmu Stanisława Barei o łyżkach przytwierdzonych do stołów łańcuchami, co było jedynie filmową fikcją. Szaber w końcu zawsze był symptomatyczny dla czasów powojennych. Nie tylko w Polsce.

Obie autorki pochylają się też nad proklamowanym piastowskim rodowodem Ziem Odzyskanych. Propaganda wtłaczała polskość przez zmianę nomenklatury – nierzadko bez ładu i składu. Kto dziś odgadnie jaka urzędnicza myśl stała za przemianowaniem miasta Frankenstein na Ząbkowice Śląskie?

Zauważają też, że pragnienie dokonania zemsty na wojennym oprawcy było powszechne zarówno w formie zamalowywania wyzierającej zewsząd szwabachy czy usuwania pomników, jak i przez traktowanie ludności cywilnej jak niewolników wraz z niewzdryganiem się przed gwałtami i morderstwami. Bywało jednak, że zapominano o wzajemnych urazach, kiedy przez kilka miesięcy mieszkało się pod jednym dachem z Niemcami, zanim na dobre powędrowali na Zachód.

Jednakże po pewnym czasie Ziemie Odzyskane-Uzyskane stały się nareszcie nasze, rodzime. Do każdego, nawet najmniejszego, miasteczka zawitał Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki. Udało nam się nie tylko dzięki zwykłemu fartowi. Nie pierwszy raz ścieraliśmy się z nieprzychylną, tworzoną obcą ręką przestrzenią. Dobrze wiemy jak radzić sobie bez ziemi, gdy traci się własne państwo. Obce przedmioty przestają być straszne, kiedy wśród nich zacznie się toczyć życie w znanych nam formach. Przyzwyczailiśmy się do bycia w ciągłej wędrówce, co przynosi ze sobą inne korzyści, niż odwieczne trwanie w jednym miejscu. Owszem, Maria Konopnicka napisała Rotę. Ale już wcześniej wiedzieliśmy, że jesteśmy Polakami nie dlatego, że zamieszkujemy pewne wspólne terytorium, ale z powodu umiłowania tych samych wartości. Łączył nas określony styl życia, który zewnętrzni obserwatorzy określali nieraz jako dziwaczne warcholstwo. Nie rozumieli jak polska szlachta może uznawać tureckie przedmioty za elementy narodowego wyposażenia. Wysuwając na pierwszy plan kwestie tożsamości, a nie krwi i ziemi, od zawsze, ze swadą i fantazją, oswajaliśmy obce rzeczy. Tkwiąca w niemieckiej solniczce obcość odsyłała nas do dobrze znanych strategii budowania tego, kim jesteśmy.

Oczywiście to, co zastaliśmy na Ziemiach Odzyskanych nie było obojętne dla naszej egzystencji. Działy się tam rzeczy cudowne i osobliwe, bliższe baśni niż poważnej historii. Nie usunęliśmy całkowicie obcości z rzeczy, choć z biegiem lat stawała się ona coraz bardziej przezroczysta. Ponownie podjęliśmy trud przekształcenia naszej tożsamości.

Paradoksalnie owa nienormalność czasów powojennych nie była dla nas czymś nieznanym. Zadając sobie wciąż pytanie o tożsamość, zastanawiając się nad nią, a nawet podważając ją, jesteśmy wprawieni w organizowanie jej od nowa. Weszło nam to w krew. Na Ziemiach Odzyskanych nie dokonaliśmy ani przyswojenia, ani asymilacji. Oswoiliśmy przestrzeń na własnych warunkach. Chociażby przez meblościankę na wysoki połysk oraz wieszanie ogromnego, płaskiego telewizora na poniemiecką ścianę. Nie do końca w zgodzie z zachodnimi standardami, ale przynajmniej po swojemu.

Niewykluczone, że nie istnieją jeszcze żadne naukowe narzędzia, które potrafiłoby oddać stan ducha tamtych czasów. Nie szkodzi. Sprzeczności oraz paradoksy możemy wyrazić posiłkując się zarówno faktograficznymi sprawozdaniami, jak i emocjonalnymi wspomnieniami. Czasami nie da się inaczej, niż za pomocą niesamowitej opowieści, przekazać tego, co od samego początku wymykało się racjonalnemu ujęciu.

Niesamowite przygody poniemieckich Polaków

Moja prababcia od strony babci była trochę oderwana od rzeczywistości. Nie zauważyła na przykład, że zaczęła się wojna i noszenie zaprzyjaźnionym Żydom wody przestało być łatwym sposobem na dorobienie paru groszy po szkole. Trafiła do obozu pod Płońskiem. Pradziadek pochodził z Wilna i został siłą wcielony do Armii Czerwonej. Spotkali się podczas wyzwalania wyżej wspomnianego obozu. Przy rodzinnych spotkaniach śmiano się, że pradziadek miał iść na Berlin, ale pomylił kierunek i zawędrował nad Morze Bałtyckie. Koniec końców osiedlili się w Ustce. Wybrali piękny dom nad samym morzem oraz spełniają marzenia o posiadaniu własnego kutra rybackiego. Od czasu do czasu goszczą u siebie dawnych mieszkańców, kiedy ci mogli już odwiedzać swoje rodzinne strony.

Rodzina od strony dziadka od niepamiętnych czasów mieszkała w Kaliszu. Ich nazwisko zapisywano przez dziwne u z dwoma kropeczkami na górze, jednak nikt spośród nich nie znał już języka niemieckiego. Na początku wojny ojciec mojego dziadka musiał uciekać przez okno z niemieckiego lazaretu, do którego trafił niespodziewanie po przegranej potyczce. Pewnie ktoś stwierdził, że jest Niemcem siłą wcielonym do polskiego wojska. Udało mu się przetrwać, ponieważ przez kilka dni udawał głuchoniemego. W czasie okupacji wsadzono go do aresztu, gdyż sąsiad podkablował go, że ukrywa na strychu radiostację. Jednak naczelnik okazał łaskę i po pewnym czasie zwrócił mu wolność. Wbrew pozorom nie uratowało go dobrze brzmiące nazwisko, lecz umiejętność sprawnego naprawiania aut. Radość w domu była tak wielka, że w 1942 r. na świat przychodzi mój dziadek. Od zawsze marzył o tym, żeby zostać marynarzem. W Ustce poznaje moją babcię i rezygnuje z przeprowadzki do Sopotu. Kiedy wstępuje do Ludowego Wojska Polskiego urzędniczka spolszcza mu nazwisko, żeby wszystko lepiej wyglądało w papierach. Jednak jeszcze moją mamę w podstawówce wyzywają od „hitlerówek”, a nauczycielki plotkują, że „Niemcy w końcu wrócili po swoje”.

Dla mnie los przygotował dzieciństwo w latach 90. Mieszkaliśmy w bloku, gdzie nie mogło być żadnych poniemieckich przedmiotów. Nawet najmniejszej solniczki. Dziadkowie również mieszkali w nowym budownictwie. Zgodnie z zasadami zdrowego rozsądku nie mogłam doświadczyć bezpośredniego, kłopotliwego kontaktu z poniemieckością. Trzecie pokolenie powinno być już wolne od tej obcości, z którą zetknęli się pierwsi osadnicy Ziem Odzyskanych. Historie o Niemcach odwiedzających swe dawne siedziby były już tylko odległymi, na wpół fantastycznymi, wspomnieniami. Polska była tutaj od dawna. Dla moich rodziców i dla mnie – od zawsze. Jednak przeszłości nigdy całkowicie się nie wymaże.

W dzieciństwie uwielbiałam przesiadywać w okolicy Baszty Czarownic, gdzie miano spalić ostatnią w Europie czarownicę – Trinę Papisten. Zgodnie z faktami nie było to prawdą, ale dla mnie nie miało to żadnego znaczenia. Podobnie jak to, że jej prześmiewczy przydomek wskazywał na to, że była zwolenniczką papieża, czyli katoliczką. Dość dziwna sytuacja jak na polskie realia. Domyślałam się, że coś się tutaj nie zgadza, ale było to dla mnie „przezroczyste”. Trina była nasza. Analogicznie jak ród Grifitów, w którego zamku do dziś mieści się Muzeum Książąt Pomorskich. Przynajmniej gryficki książę Kazimierz IV Słupski cechował się bardziej polskim rodowodem, gdyż był wnukiem Kazimierza Wielkiego. Podobno czekała na niego królewska korona, ale wdał się w konflikt z księciem gniewkowskim Władysławem Białym. W trakcie oblężenia Złotoryi dostał kamieniem w głowę i szybko dokonał żywota. Przypadek uratował nas przed „polsko-niemieckim” królem. Historia potrafi wytyczać swoje ścieżki w naprawdę niesamowity sposób.

Jednak to, że żyłam na trochę inną modłę, ukazało się mi w pełnej krasie przez porównanie. Dopiero w czasach gimnazjalnych uświadomiłam sobie, że chodzenie po niedzielnej mszy do szkółki, gdzie dzieciaki dyskutują o Bogu, Biblii i innych ważnych sprawach, nie jest typową polską tradycją. Wycieczki szkolne udowodniły, że nie każdy Kościół charakteryzuje się skromną ornamentyką. I że nie w każdej polskiej szkole obok portretu Jana Pawła II wisiał Marcin Luter. Nie wszędzie na języku polskim słyszało się, że możemy być dumni, ponieważ posługujemy się prawdziwą polszczyzną, a nie jakąś gwarą. Nawet jeśli uczniowie w innych miastach mogą pisać o swoich przodkach Polacy, a nie słupszczanie bądź ustczanie.

Na studiach poznałam jeszcze więcej osób pochodzących z Ziem Odzyskanych. Okazało się, że nawet w trzecim czy czwartym pokoleniu zachowało się pewne poczucie odrębności, czy wręcz nieprzystawalności. I powtarzają się niektóre zachowania, wymykające się prostej racjonalizacji. Choćby takie, że potomkowie pionierów z Pomorza szybciej, mimo różnic, odnajdą się na Dolnym Śląsku, niż w Krakowie. Ja w dawnej polskiej stolicy zawsze się gubię. Przyłapuje się też na pomstowaniu na typową polską zabudowę miejską. Za to we Wrocławiu czuje się prawie jak u siebie. Ten układ ulic, te rozwiązania architektoniczne – jestem we właściwym miejscu. Niby gdzie tam Słupskowi do Wrocławia. A jednak jest nam do siebie jakoś blisko. Na czym polega ten mechanizm – nie mam pojęcia. Ziem Odzyskanych nie łączy podobna historia, identyczny typ zabudowy albo jedna religia. Jednakowi są tylko ludzie, którym przyszło żyć w niesamowitych okolicznościach.

Moja babcia jako młoda dziewczyna zobaczyła na ulicy niezwykle przystojnego mężczyznę. Odstrojony, wyperfumowany, z kwiatami – zmierzał w stronę domu jej koleżanki. Niewiele myśląc poszła za nim i dołączyła do ich randki. Nawet usiadła między nimi w kinie. Ten chłopak w przyszłości zostanie moim dziadkiem. Babcia zawsze mi powtarza, że jak się czegoś chce, to się bierze, bez odczuwania wstydu.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.