Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Wybory parlamentarne w sierpniu? Blef Kaczyńskiego albo samobójstwo prawicy [SCENARIUSZE]

Wybory parlamentarne w sierpniu? Blef Kaczyńskiego albo samobójstwo prawicy [SCENARIUSZE] Źródło: Prawo i Sprawiedliwość - flickr.com

Scenariusz skrócenia kadencji i przeprowadzenia wyborów parlamentarnych w sierpniu wydaje się efektowny i groźny dla wielu polityków o słabszej pozycji, ale trudno go dziś uznać za realistyczny. A nawet jeśli – doprowadziłby zapewne do utraty władzy przez Zjednoczoną Prawicę. Wyraziste działania przeciw trwaniu rządu Zjednoczonej Prawicy dysponującej 235 głosami w Sejmie podejmować musieliby i prezes Jarosław Kaczyński, i prezydent Andrzej Duda. To uniemożliwi dalsze zrzucanie odpowiedzialności za kryzys polityczny i wyborczy na opozycję oraz polityków Porozumienia.

Blef, by przestraszyć wątpiących

Od wczoraj w mediach – pierwszy był bodaj tygodnik „Wprost” – pojawiają się informacje, jakoby w razie zablokowania w Sejmie ustawy o głosowaniu korespondencyjnym PiS był zdecydowany na przeprowadzenie wyborów w sierpniu. Nie tylko wyborów prezydenckich – co wymagałoby wprowadzenia któregoś ze stanów nadzwyczajnych – ale również wyborów parlamentarnych.

Wydaje się oczywiste, że to dziś jedynie straszak na posłów. Grożenie palcem skierowane jest jednak nie tylko do posłów Porozumienia, którzy nie zostaliby ponownie wpisani na listy Zjednoczonej Prawicy. Ma być też sygnałem dla ewentualnie wahających się posłów mniejszych ugrupowań, którzy w strachu przed przyspieszonym końcem kadencji i być może za gwarancję „pewnego” miejsca na listach partii rządzących mogliby „taktycznie zaciąć się w toalecie” lub „zawiesić komputer”. Wczorajsza relacja „Polski The Times” wskazuje, że łowy zakrojone są na szeroką skalę zwłaszcza wśród posłów Konfederacji i „kukizowej” części Koalicji Polskiej. Medialne przecieki, ale też nerwowe testowanie kolejnych scenariuszy, wskazuje, że do tej pory nie udało się złamać wystarczającej liczby posłów.

Scenariusz skrócenia kadencji i przeprowadzenia wyborów parlamentarnych w sierpniu wydaje się efektowny i groźny dla wielu polityków o słabszej pozycji, ale trudno go dziś uznać za realistyczny. A nawet jeśli – doprowadziłby zapewne do utraty władzy przez Zjednoczoną Prawicę.

Wybory w sierpniu możliwe są w dwóch scenariuszach. Pierwszy z nich właściwie nie wchodzi w grę – wymagałby samorozwiązania Sejmu, do czego potrzebna jest większość 2/3 Sejmu, a więc 307 posłów. Tylu w parlamencie raczej się nie znajdzie, bo wymagałoby to niebagatelnego poparcia opozycji i pełnej lojalności w Zjednoczonej Prawicy. W obecnej sytuacji możemy być chyba pewni, że samorozwiązania nie poprze Platforma Obywatelska, która dołuje w sondażach. Teoretycznie do większości starczyłoby wspólne głosowanie klubów PiS, Lewicy i PSL-Koalicji Polskiej. Nawet jeśli czysto hipotetycznie uznamy – bo moim zdaniem to wyjątkowo mało prawdopodobne – że udałoby się skłonić do takiego głosowania kluby Kosiniaka-Kamysza i Czarzastego, to większość wisi na siedmiu posłach. Tu znów kluczowe okażą się głosy 18 polityków Porozumienia. Ci zaś będą poważnie obawiać się, że na listach PiS w sierpniu się nie znajdą – a więc raczej będą przeciw skróceniu kadencji. Scenariusz „koalicji na rzecz samorozwiązania” z udziałem PiS, PSL, Lewicy i Konfederacji – również trudno uznać za możliwy do przeprowadzenia.

Sabotowanie własnej większości w trzech krokach

Jaka jest alternatywa? Dymisja rządu Mateusza Morawieckiego. Ta jednak nie oznacza wcale automatycznego rozpisania wyborów, ale rozpoczyna dopiero długotrwałą procedurę „trzech kroków” opisaną w artykułach 154 i 155 Konstytucji.

To zaś wymagałoby kilkukrotnego uchylenia się od odpowiedzialności za stabilność rządu zarówno przez Prawo i Sprawiedliwość, jak i Andrzeja Dudę. To scenariusz nie tylko politycznej awantury i destabilizacji rządu w czasie kryzysu zdrowotnego i gospodarczego, ale i prosta droga do spektakularnej porażki w ewentualnych wyborach w sierpniu tak dla PiS, jak i dla urzędującego prezydenta.

Po kolei. Dymisja Mateusza Morawieckiego możliwa jest właściwie jedynie w trybie art. 162. w ust. 2 pkt 3 Konstytucji – a więc rezygnacji premiera. Szkopuł w tym, że w tym scenariuszu Konstytucja daje prezydentowi prawo do nieprzyjęcia takiej dymisji. Andrzej Duda musiałby – po raz pierwszy – wziąć na siebie współodpowiedzialność za utratę władzy przez Zjednoczoną Prawicę.

Następnie rozpoczynamy słynne „trzy kroki”. W pierwszym – w ciągu 14 dni prezydent powinien powołać nowy rząd, a w ciągu kolejnych 14 dni – desygnowany premier powinien wystąpić o wotum zaufania Sejmu. Zwyczajem jest, że w pierwszym kroku kieruje się to powołanie wobec sejmowej większości. Tą zaś – dalej dysponuje obóz Zjednoczonej Prawicy. Politycy Porozumienia z Jarosławem Gowinem na czele konsekwentnie deklarują przecież, że nawet w wypadku głosowania przeciw wyborom korespondencyjnym – zamierzają dalej popierać rząd PiS i chcą pozostać co najmniej parlamentarnym zapleczem rządu. W tym kroku, jeżeli naprawdę obóz rządzący chciałby doprowadzić do przyspieszonych wyborów, prezydent musiałby niezgodnie ze zwyczajem powołać na funkcję premiera polityka sejmowej mniejszości, bądź też – uchylić się od działania, co rzeczywiście przewiduje art. 154 ust. 3 Konstytucji. To zaś – oznaczałoby kolejne działania prezydenta na rzecz utraty władzy przez prawicę. Gdyby zaś wskazał polityka obozu rządzącego – to PiS musiałoby zagłosować przeciwko powołaniu rządu, dla którego formalnie posiada większość. Jeżeli Porozumienie utrzyma poparcie dla rządu – dla wyborców takie uchylenie się od odpowiedzialności za stabilność władzy będzie zupełnie niezrozumiałe.

Wspomniany art. 154 ust. 3 Konstytucji przewiduje krok drugi – inicjatywa jest po stronie Sejmu, który w ciągu 14 dni może wybrać premiera. Znów – dążąc do przedterminowych wyborów parlamentarnych partia rządząca mimo deklaratywnego poparcia 235 posłów musiałaby uchylić się od odpowiedzialności za państwo.

Wreszcie przechodzimy do kroku trzeciego, opisanego w art. 155 ustawy zasadniczej. Tu znów inicjatywa wraca do prezydenta, który powołuje premiera i na jego wniosek ministrów, którym do utrzymania władzy wystarcza już nie bezwzględna, ale zwykła większość głosów. W przeciwieństwie do kroku pierwszego, prezydent nie może uchylić się od działania – musi powołać premiera. Znów – musiałby albo zaproponować premierostwo bądź to politykowi mniejszości sejmowej, albo Prawo i Sprawiedliwość musiałoby zagłosować przeciwko nominatowi ze swojego obozu. Dopiero w wypadku nieuzyskania wotum zaufania zwykłą większością – prezydent będzie mógł skrócić kadencję Sejmu i zarządzić wybory.

Tak długo zatem, jak Porozumienie samodzielnie nie podejmie decyzji o wyjściu z koalicji, tak długo PiS będzie skazane na działania sabotujące powstanie rządu, dla którego formalnie ma poparcie w parlamencie. Trzykrotnie (przyjmując rezygnację Morawieckiego, w kroku pierwszym i kroku trzecim) – wyraziste działania przeciw powołaniu rządu Zjednoczonej Prawicy dysponującej 235 głosami w Sejmie będzie musiał podejmować prezydent Andrzej Duda.

Dodatkowo – dopóki większość jest po stronie Zjednoczonej Prawicy nie widać żadnych racjonalnych argumentów, które kazałyby przejąć inicjatywę rządową przez podzieloną opozycję. O ryzykach związanych z obejmowaniem władzy w czasie kryzysu – nie wspomnę.

Zrzucanie winy na opozycję i Gowina straci wiarygodność

Trudno uwierzyć, że Polacy mogliby taki spektakl ocenić pozytywnie. Dziś pohukiwania o „nieodpowiedzialności opozycji” i „ryzykowanym osłabianiu obozu rządzącego przez Gowina” brzmią groźnie, ale wraz z potencjalnymi wymaganymi Konstytucją kolejnymi krokami ostrze odpowiedzialności za ewentualny upadek rządu, przyspieszone wybory i potencjalną utratę władzy przez prawicę – będzie kierowało się w stronę PiS.

Trudno uwierzyć, że taka kilkutygodniowa awantura i kolejne niezrozumiałe z perspektywy wyborców PiS ruchy pozwolą w sierpniu politykom obozu rządzącego na zwycięstwo. Dalsze zrzucanie odpowiedzialności na opozycję i Gowina – przestanie brzmieć wiarygodnie nawet dla najbardziej wiernych wyborców. W ewentualnych sierpniowych wyborach należałoby się spodziewać, że nawet oni ukarzą tak PiS, jak i Andrzeja Dudę. Jeśli nie przez głosowanie na konkurentów – to choćby przez demobilizację.

Opowieści o pewnym zwycięstwie PiS w sierpniu, dodatkowym poparciu zyskiwanym dzięki kumulacji wyborów prezydenckich i parlamentarnych oraz zadowoleniu w PiS z wizji list i przyszłych rządów „bez przystawek” w postaci partii Gowina i Ziobry – można włożyć między bajki lub w najlepszym razie uznać za prężenie muskułów.

Podsumowując: wybory parlamentarne w sierpniu to dziś po prostu straszak mający zmobilizować polityków Porozumienia do położenia uszu po sobie, a polityków opozycji – do współpracy na rzecz przeprowadzenia wyborów korespondencyjnych. Realizacja konstytucyjnych scenariuszy mogących prowadzić do skrócenia kadencji – wydaje się albo niemal niemożliwa (samorozwiązanie), albo skazująca partię rządzącą i prezydenta na serię chaotycznych, niezrozumiałych przez wyborców ruchów.

Wydaje się zatem niemal pewne, że rozpuszczając plotki o możliwym skróceniu kadencji Kaczyński blefuje. Decyzja o uchylaniu się od rządu w sytuacji dysponowania sejmową większością – to polityczne samobójstwo, które musiałoby się skończy spektakularną wyborczą porażką w sierpniu zarówno dla Andrzeja Dudy, jak i PiS.

Totalna dominacja albo totalna dezercja

Jedyny scenariusz racjonalizujący takie działanie to ten, który nakreśliłem miesiąc temu w filmie na Youtube – że Jarosław Kaczyński postawił na alternatywę „albo totalna dominacja, albo totalna dezercja”. Według niej jeżeli PiS nie będzie mieć w 100% podległego i pozbawionego jakichkolwiek wątpliwości zaplecza sejmowego oraz prezydenta – woli zdezerterować z rządzenia w czasie bezprecedensowego momentu zagrożenia bezpieczeństwa zdrowotnego i gospodarczego Polaków. Gotowość do świadomego oddania władzy w obliczu kryzysu epidemiologicznego i kryzysu gospodarczego, w sytuacji dramatycznej słabości opozycji oraz realnego zagrożenia stabilności politycznej i ustrojowej – byłoby nieodpowiedzialnością idącą tak daleko, że dyskwalifikowałoby polityków PiS w oczach nie tylko większości wyborców, ale nawet – większości wyborców o prawicowych poglądach.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.