Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Orzeł i tryzub. Spojrzeć ponad Banderą

Bardzo łatwo można utożsamić Ukraińców z tradycją UPA. Byłoby to jednak uproszczenie i krzywda zarówno dla współczesnych mieszkańców Ukrainy, jak i wobec tych, którzy podjęli ryzyko, żeby ratować Polaków z wołyńskiego pogromu. Przypomnienie Wołyńskich Sprawiedliwych oraz ich historii stanowi najlepszy możliwy sposób, żeby jednocześnie potępić UPA oraz ostatecznie uczcić ofiary. Tylko dostrzegając prawdę w całej jej złożoności, można przepracować narodową traumę i zbliżyć się do pojednania.

Obecności Ukraińców w Polsce nie da się nie dostrzec. Od jakiegoś czasu niemal codziennie spotykamy się ze wschodnim zaśpiewem sprzedawcy czy sprzedawczyni w sklepie, a niektóre branże (np. kierowcy Ubera) są wręcz zdominowane przez przybyszy ze Lwowa, Iwanofrankiwska czy Dniepru. Wśród graffiti na ścianach kamienic warszawskiego Śródmieścia pojawiają się już ukraińskie napisy. Na Dworcu Zachodnim, głównym porcie autobusowym stolicy, gdzie zawsze można natknąć się na koczujących przybyszów zza wschodniej granicy, głośna była sprawa grupy ukraińskich rabusiów. Napadali na najbiedniejszych – bezdomnych oraz innych Ukraińców. Okradzionym zabierali ubrania i dokumenty, żeby ofiary nie były w stanie w żaden sposób dochodzić swoich praw. Innym razem pobity został tam Białorusin, bo kilku naszych rodaków uznało go za Ukraińca. Nie trzeba widzieć kolejek przy przejściu granicznym w Medyce, żeby domyślić się, że nie tylko nam trudno się odnaleźć w nowej sytuacji. Mówiąc krótko: doświadczenie emigracji nieraz bywa traumatyczne i nie pozostaje bez wpływu na uczucia narodowe.

No właśnie, narodowe. Ukraińskie. Oddajmy głos Annie Strońskiej, wieloletniej publicystce paryskiej „Kultury”: „Bo co my wiemy o Ukrainie? Z obszaru – dwie Polski, z ludności – prawie że półtora. I tyle, tyle lat wspólnoty w nienawiści. Do poduszki Ogniem i mieczem, do zamyślenia się – Zarudzie”.

Jaki mamy obraz narodu ukraińskiego? Czy przychodzi nam na myśl Taras Szewczenko, ichni wieszcz i Jowisz narodowego panteonu? Własna tradycja intelektualna i polityczna (pomarańczowa rewolucja!), a może wojskowa? W końcu to dobrze zorganizowane ukraińskie oddziały w 1919 roku śmiałym ruchem zajęły Lwów (w obronie którego stanęły nasze Orlęta), a rok później dowódca regularnej, choć znacznie mniejszej od naszej, armii – Symen Petlura – zawarł sojusz z Józefem Piłsudskim dla powstrzymania bolszewickiej ekspansji.

Obawiam się, że ponad dwadzieścia lat po napisaniu tych słów, wciąż rację ma Strońska. Słowa „naród” i „ukraiński” brzmią razem dziwnie, o ile nie niepokojąco; tryzub kojarzy nam się nieporównanie bardziej z Banderą niż z Petlurą, Szewczenką czy pomarańczową rewolucją.

Wołyński kolec w ranie

„Dużo jest spraw między Polakami a Ukraińcami – spraw przykrych czy bardzo ciężkich. Nie sądzę jednak, by należało operować informacjami nieścisłymi. W interesie chyba naszych narodów leży znormalizowanie stosunków, co wymaga powiedzenia sobie w oczy całej prawdy – ale tylko prawdy.” Te słowa tak trafnie wpisujące się w kwestię walki o prawdę historyczną dotyczącą Wołynia napisał nie kto inny, jak Jerzy Giedroyc, założyciel i naczelny „Kultury” oraz de facto pionier dialogu polsko-ukraińskiego, który prowadził już wtedy od przeszło 30 lat.

Oczywiście, trudno się dziwić skojarzeniu: Ukraina–banderyzm, skoro wystarczy wyjechać do Lwowa, żeby natrafić na ulicę Bohaterów UPA, pomnik Stepana Bandery albo zobaczyć czerwono-czarne flagi na epitafium dla poległych w Donbasie żołnierzy. Z jednej strony Majdan spontanicznie i oddolnie doprowadził do popularyzacji pozdrowienia „sława Ukrajini – Herojam sława” czy wzmocenia antyrosyjskiego sentymentu, a co za tym idzie – gloryfikowania przykładów oporu wobec Moskwy. Z drugiej strony jednak nie da się ukryć, że niemałą zasługę w ugruntowaniu się tego stanu rzeczy ma ukraińska polityka historyczna ostatnich lat. Ustanowienie dnia powstania UPA świętem narodowym jest symbolicznym przykładem państwowego sankcjonowania pewnych tendencji gloryfikujących ukraiński skrajny nacjonalizm, które miało miejsce za prezydentury Petra Poroszenki.

Należy jednak powiedzieć sobie jasno: to złe podejście. Patrząc na naszego wschodniego sąsiada przez pryzmat UPA, podlegamy odwiecznemu mechanizmowi. Przestajemy dostrzegać to, co nie mieści się w soczewce. Przestajemy dostrzegać Ukrainę taką, jaka jest.

Jak przedstawił to Mateusz Parkasiewicz w swoim znakomitym artykule – Bandera to nie wszystko. Wokół sporu o ukraińską tożsamość – nasz wschodni sąsiad jest bardzo daleki od jednorodności. Szczególnie ważny (choć niekoniecznie jednoznaczny) jest podział między częścią zachodnią i wschodnią, „ruskohawaruczną”. Ta druga pomimo obecności tendencji prorosyjskich wcale mniej ukraińska nie jest. Co więcej, to tam tkwi jeden z głównych korzeni Ukrainy – Zaporoże. Odcinanie się wschodnich Ukraińców od jakiegokolwiek gloryfikowania banderowskiego nacjonalizmu nie jest w skali kraju czymś peryferyjnym, ale istotną częścią głównego nurtu. Sam zaś ów czerwono-czarny nurt pomimo dość wyraźnego upamiętnienia na zachodzie państwa wcale nie jest tak centralnym, jakby się mógł z polskiej perspektywy wydawać (wystarczy porównać liczbę uchwał rocznicowych dotyczących UPA z pozostałymi, chociażby tymi odnoszącymi się do URL).

Ale to nie wszystko. Ukonstytuowane w ten sposób postrzeganie Ukrainy i przeszłości polsko-ukraińskiej sprawia, że nie jesteśmy w stanie podołać zadaniu powiedzenia sobie w oczy całej prawdy, o którym pisał Giedroyc. Nie dostrzegamy przede wszystkim tych, którzy najbardziej zasługują na pamięć, a których wykluczenie ze zbiorowej pamięci jest zwycięstwem banderowskiego nacjonalizmu. Wołyńscy Sprawiedliwi, czyli Ukraińcy, którzy ratowali swoich polskich sąsiadów przed czystkami, stawali się z tego powodu zdrajcami narodu i nieraz płacili za to życiem.

Ogrom zła i odrobina dobra

Wydana w ubiegłym roku książka Maryli Ścibor-Marchockiej, Sprawiedliwi, to przede wszystkim opowieść o rzezi wołyńskiej. O fanatyzmie i okrucieństwie oprawców, o krzywdzie ofiar, ogromie ludzkiego cierpienia. Jest to przy tym książka bardzo polska. Autorka nie kryje się z tym, że pisze ją jako Polka mierząca się z narodową traumą, a reportażowe elementy dodają tym zmaganiom rodzinnego, osobistego charakteru. Fabuła prawie każdego mikroopowiadania, z których składa się pierwsza część książki, skupia się nie na tytułowych Sprawiedliwych, a na Polakach, którzy pośród krwawej pożogi na nich natrafili.

Każda historia jest inna – to banał. Niemniej zaskakuje brak ujednolicenia rysów osobowych bohaterów. Jedno ich łączy: gigantyczne ryzyko. Byli tacy – większość! – którzy nie chcieli się wychylać. Z duszą na ramieniu starali się kogoś jednak powiadomić o planowanej przez chłopców z kurenia akcji. Jeśli komuś udało się uciec, odwracali uwagę pościgu. Choć robili to niechętnie, ukrywali kogoś w schowku lub na strychu przez kilka godzin, dzień, dwa, aż minęło największe zagrożenie. Byli tacy, którzy uciekinierów przyjmowali pod swój dach. Ludzi, których widzieli pierwszy raz na oczy, przyjmowali jako szwagrów, rodzeństwo albo i własne dzieci. W sytuacji zagrożenia kłamali jak z nut, chroniąc siebie i swoich podopiecznych. Byli też tacy, którzy podchwycili głoszoną przez partyzantów ideologię i brali udział w czystkach, a kiedy na chwilę obudziło się sumienie, pomogli komuś uciec. Byli i tacy, których krewni należeli do UPA, a oni sami starali się przynajmniej godnie pochować pomordowanych. Byli też ci, którzy oddawali życie za bliskich lub znajomych, chcąc dać im szansę ucieczki albo po prostu nie chcąc opuścić ich w zagrożeniu.

Ta ostatnia sytuacja szczególnie dotyczy mieszanych małżeństw, których losy stanowią chyba najtragiczniejszy epizod zbrodni wołyńskiej. Jak bardzo taki związek mógł być sam przeciw wrogiemu światu, zostało dobitnie pokazane w filmie Wołyń Smarzowskiego, gdzie ostatni sprawiedliwi tej ziemi, Polka i Ukrainiec, giną z rąk… polskiej akcji odwetowej.

Beznadziejność sytuacji, w której znalazło się tyle polsko-ukraińskich małżeństw, i heroizm decyzji, żeby mimo wszystko trwać przy współmałżonku, są najdobitniejszym świadectwem przeciwko narracji o wrogości i antagonizmach. O tej samej beznadziei i heroizmie można także mówić w odniesieniu do ryzyka, które podjęli ukraińscy sąsiedzi, żeby ocalić Polaków. Zanim jednak porównamy tę historię do opowieści o Polakach, którzy ratowali Żydów, należy zauważyć, że Niemiec polujący na Żyda był dla Polaka wrogiem, zaś antypolskie czystki prowadzili „swoi”, mając na języku słowa o wyzwoleniu narodu i obietnicę konketnych zysków po „polskim ciemiężcy”. Oczywiście, Sprawiedliwi stanowili mniejszość, bo zawsze tak bywa. Jednak nie odbiera im to chwały. Wręcz przeciwnie, ich zasługi stają się dzięki temu jeszcze większe.

Książka Ścibor-Marchockiej to piąta publikacja na ten temat. Dziewiętnaście lat wcześniej pojawiła się pozycja Ludobójcy i ludzie Leona Karłowicza. W 2007 roku IPN wydał raport Romualda Niedzielki Kresowa księga Sprawiedliwych, a pięć lat później opublikowano podsumowanie projektu edukacyjnego Wołyń 1943. Pojednanie przez trudną pamięć, przeprowadzonego przez polskich i ukraińskich studentów po przewodnictwem Aleksandry Zińczuk. W 2016 roku ukazała się książka Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia Witolda Szabłowskiego – jedyna, której udało się trafić do szerszego odbiorcy. Nakręcono też film – Mój przyjaciel wróg. To wciąż za mało.

Cnota i braterstwo

„Nie tylko Ukraińcy nie są gotowi do pojednania. My też. […] My wciąż nie odprawiliśmy, nie zamknęliśmy żałoby, wciąż krwawimy, wciąż nie zamknęliśmy tych grobów” – mówi jeden z rozmówców Ścibor-Marchockiej w reportażowej części książki.

Pamiętając o Ukraińcach, którzy w trakcie mordów na Wołyniu ratowali Polaków przed swoimi rodakami, ryzykując przy tym własnym życiem, wypełniamy obowiązek wobec nich – Wołyńskich Sprawiedliwych. To przede wszystkim. Przywracanie ich postaci w zbiorowej pamięci nie pozwala na przymknięcie oczu na zbrodniczą działalność UPA, zmarginalizowanie jej lub sprowadzenie do walk polsko-ukraińskich. Czyni to w sposób najlepszy i najdelikatniejszy z możliwych – dotykając tematu w konkrecie losu człowieka, pozostając z dala od bardzo abstrakcyjnej retoryki ogólnonarodowych oskarżeń. Ale oprócz tego pamięć o wołyńskich bohaterach może pozwolić nam wreszcie zakończyć żałobę. Dostrzeżenie wielowymiarowości prawdy jest tym, czego potrzebujemy, żeby móc zamknąć nasze groby.

Każdy z trzynastu nadanych rok temu na wniosek Instytutu Pileckiego medali Virtus et Fraternitas został przyznany za inny przykład ratowania Polaków przed zbrodniami XX wieku. Jeden trafił do rodziny Giergielów, która schroniła swoich sąsiadów przed banderowcami. Kolejne odznaczenie otrzymała Ołeksandra Wasiejko, która pielęgnowała groby i pamięć po zamordowanych. To dopiero początek, ale początek najwłaściwszy i nie odosobniony. Przykładem jest „Płomień Braterstwa” – wspólna akcja polskich i ukraińskich harcerzy, którzy w przeddzień 99. rocznicy Bitwy Warszawskiej zapalili znicze na cmentarzach żołnierzy armii ukraińskiej, którzy polegli w wojnie z bolszewikami. W końcu do tego samego celu prowadzi wiele dróg, celu, którym jest dostrzeżenie Ukrainy.

Na zakończenie oddajmy głos Ścibor-Marchockiej: „[…] z kim kojarzy się nam Ukrainiec? Ze studentem na polskiej uczelni? Robotnikiem? Gosposią przydatną zwłaszcza, gdy w domu ktoś chory? A historycznie? Z UPA? SS-Galizien? Czy komukolwiek kojarzy się z Aniołem w piekle? Aniołem, który podał kubek wody, chleb, wywiózł pod sianem w bezpieczne miejsce, uchował, opatrzył, ostrzegł, a czasem za to zapłacił męczeństwem?”.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.